Rozmawiają o Brexicie, o byciu mężem Japonki, o Kubie Rozpruwaczu, Londynie, kryminałach i końcu świata. Marta Guzowska przepytuje Tonego Parsonsa, którego najnowsza książka „Rzeźnik”, czyli druga część trylogii z detektywem Maxem Wolfe’em w roli głównej, właśnie ukazała się w Polsce.
Czy głosował Pan za Brexitem, czy przeciwko?
Za.
O! A dlaczego?
Bo uważam, że Unia Europejska jest anty-demokratyczna, skorumpowana i niekompetentna. Waluta się nie sprawdza – euro to katastrofa dla milionów bezrobotnych młodych ludzi w całej Europie. Głosowałem za Brexitem ponieważ wierzę, że każdy kraj powinien kontrolować swoje prawa, swoją walutę, swoje granice i swój los. Nikt nie głosował na bogatych staruchów w Brukseli i nikt nie może ich wyrzucić z zajmowanych stanowisk. Szczerze mówiąc, czekam już na to, żeby zobaczyć upadek Unii, tak jak widziałem upadek komunizmu. Tożsamość narodowa jest warta ocalenia. UE to upadła idea rodem z XX wieku.
Chyba jednak ma pan trochę wyrzuty sumienia z powodu takiego, a nie innego wyniku referendum, skoro tak gęsto się Pan tłumaczy 🙂 Ale w Pana powieściach kryminalnych, z których dwie: „Krwawa wyliczanka” i „Rzeźnik” ukazały się po polsku nakładem wydawnictwa Albatros, nie ma polityki. Można wręcz odnieść wrażenie, że Pana bohaterowie nie czytają gazet i nie oglądają telewizji, chyba, że wiadomości podają informacje na temat śledztwa. Myśli Pan, że polityka nie nadaje się do kryminałów?
W moich książkach wszystko jest podporządkowane opowieści. I wszystkie wykorzystane elementy muszą sprawić, żeby opowieść przykuwała uwagę. Jeśli ktoś chce pisać o polityce, powinien prawdopodobnie przerzucić się na dziennikarstwo – tam polityka jest nieprzefiltrowana i nierozcieńczona wątkiem, bohaterami i akcją. Więc, szczerze mówiąc, polityka nie przychodzi mi do głowy, kiedy piszę kryminały. Ona gdzieś tam jest, w tle, ale najważniejsza jest historia, którą opowiadam.
Pana kryminały z serii z Maksem Wolfem dzieją się w Londynie. Pan też tam mieszka. Jak wpływ ma na Pana to wielokulturowe miasto?
Myślę, że większość ludzi mieszkających w Londynie czuje się obywatelami świata, ja też. Ale w moim przypadku, moja osobista sytuacja ma większe znaczenie niż miasto, w którym mieszkam. Od 24 lat jestem mężem Japonki – przy naszym stole mówi się w obu językach. Więc naprawdę, jak każdy londyńczyk, jestem obywatelem świata.
Sądząc z Pana powieści, kocha Pan to miasto i jest Pan zafascynowany jego historią. Myślał Pan o umieszczeniu akcji którejś ze swoich powieści w Londynie przeszłości? Oczywiście natychmiast przychodzi na myśl przypadek Kuby Rozpruwacza…
Nie, nigdy nie miałem ochoty umieszczać akcji powieści w przeszłości. Trudno to dobrze zrobić – odtworzyć te wszystkie drobiazgi, które tworzą atmosferę, a które ze swoich własnych czasów zna się niejako z automatu. Także kiedy po raz pierwszy zacząłem myśleć opowieściach z Maksem Wolfem, uzmysłowiłem sobie, że wszyscy wielcy autorzy kryminałów – od Arthura Conan Doyle’a po Raymonda Chandlera – pisali powieści osadzone w czasach sobie współczesnych. Pisanie o teraźniejszości jest dla mnie dostatecznie dużym wyzwaniem.




