Tag: Serce

  • Autorze, szacunek do twojej pracy to ja mam gdzieś

    Nie jestem święty. Zdarzało mi się ściągać z sieci filmy czy seriale, do których dostępu w legalny sposób nie miałem. Czy jestem z tego dumny? Nie. Czy robię to dalej? Też nie, a od kiedy korzystam z Netflix czy HBO GO, to już w ogóle nie mam pojęcia, co dzieje się po tej złej stronie Internetów. Książek nie ściągałem z nielegalnych źródeł nigdy, ale widać jestem wyjątkowy, bo dużo osób to robi, a autora ma po prostu w dupie.

    Serce”, moja ostatnia książka, zawitała do księgarń 13 lutego. Dzień przed Walentynkami, cudownym okresem, gdzie miłość pojawia się w każdej sklepowej witrynie i nawet osiedlowe nurki rzygają wtedy tęczą. No po prostu różowo do kwadratu. Szkoda tylko, że kilka dni po tym święcie dostałem maila, który dosadnie pokazał mi, że moja praca jest gówno warta. Przynajmniej dla niektórych.

    Ustawiłem Alert Google na interesującą mnie frazę, bo przecież może się zdarzyć, że jakiś ciekawy tekst do mnie nie trafi. Wiadomo, ktoś nie oznaczy, coś przegapię itd. I takiego maila dostaję raz w tygodniu, ale poważnie zastanawiam się nad tym, czy z funkcjonalności nie zrezygnować, bo jedyne co uzyskałem to wkurw. Wprawdzie Google napisało do mnie, że jest kilka recenzji czy zapowiedzi, ale dostarczyło mi także sporo linków do mojej książki. Torrenty, fora internetowe i portale, szumnie reklamujące się „darmowymi” e-bookami. Klikasz i masz.

    www.unsplash.com/rawpixel

    Co mam z tego ja? Egoistyczny, nastawiony na zysk autor? Mam wkurwa, ale to już zapewne wiecie. Wiem, że nie da się zapobiec rozpowszechnianiu e-booków. Serio, zdaję sobie z tego sprawę, bo przecież przez lata przyzwyczailiśmy się, że w Internecie to wszystko jest za darmo. Książki jak widać także, bo nikt na tym nie ucierpi, prawda? Tylko, że cierpi i to nie sam autor, któremu po ściągnięciu z Chomika, nie wpadnie na konto 1,50 zł, ale czytelnik.

    Każdy taki ściągnięty plik to mniejsza liczba w Excelu, która świadczy o opłacalności inwestycji. Inwestycji, którą jestem w tym wypadku ja. Wydawnictwo wykłada pieniądze na zaliczkę, korekty, redakcję, druk, wystawki w Empiku (szok, co nie?) i marketing. I te pieniądze zwrócić się powinny, jeżeli mam napisać kolejną książkę. Bo i po co inwestować w kogoś, kto nie przynosi zysków? Dla samej idei? Bądźmy realistami.

    Nie mam pojęcia, ile osób ściąga moje książki lub w ogóle jakiekolwiek powieści z nielegalnych źródeł. Podejrzewam jednak, że trochę ich może być, bo inaczej by się na nich nie pojawiały. Dostając Alert Google uderzyło mnie to, jak powszechnie dostępna jest moja książka i jak niewiele potrzeba, by mieć ją za darmo. Za to, żeby zniknęła z takich serwisów, to już droga przez jebaną mękę. Serio, spróbujcie sami. Na Chomiku trzeba zgłosić to samodzielnie, bo choć istnieje tam link do oficjalnego sklepu, to widocznie algorytmy nie wyszukują innych treści, które do niego nie prowadzą. Znaczy wiem, że wyszukują, tylko serwisowi się to nie opłaca.

    Ja, jako właściciel praw, muszę:

    – podać swój adres korespondencyjny

    – wkleić linki prowadzące do materiałów

    – napisać obszerne wyjaśnienie w tym określić, jaki to rodzaj pliku, bo przecież sam link tego nie weryfikuje (kurwa, serio?).

    A na koniec dostaje jeszcze taką oto notkę: „Zgodnie z przepisami dotyczącymi świadczenia usług drogą elektroniczną, możemy uniemożliwić dostęp do plików jedynie w reakcji na urzędowe zawiadomienie lub wiarygodne zgłoszenie. Prosimy wypełnić powyższe dane, by zgłoszenie spełniało warunek wiarygodności. Proszę pamiętać, że podane informacje mogą zostać przekazane osobie, która dostarczyła materiały podejrzane o łamanie zasad, w celu umożliwienia jej złożenia wyjaśnień.”

    www.unsplash.com/freestocks.org

    Ciekawe tylko, czy moje dane kontaktowe także zostaną udostępnione użytkownikowi, który postanowił podjebać moją książkę, a następnie wrzucić ją do serwisu. Jakoś wątpię, żeby on musiał wypełniać tyle pól, by uwodnić swoje prawa do danego tytułu. Prędzej tylko odhaczył zapis w regulaminie, którego nie czytał, a który chroni go lepiej, niż mnie.

    Ja wiem, ja rozumiem, że to walka z wiatrakami, bo serwisów jak Chomikuj, jest więcej, niż ja miałem pryszczy na czole w liceum. I tak, książki są drogie. E-booki są drogie. Audiobooki są drogie. To nie są produkty pierwszej potrzeby, ale spokojnie, już niedługo nie będzie tego problemu. Zwyczajnie nikomu nie będzie opłacało się wydawać książek innych, niż te z Empikowej topki.

    Pora pogodzić się ze smutną rzeczywistością i uświadomić sobie jedno.

    Jakość nie zawsze idzie w parze z popularnością, a Excel jest bogiem.

    P.S. Tak, felieton zawierał przekleństwa, bo jestem zawiedziony tą sytuacją. A jak ktoś mi powie, że przecież książkę trzeba najpierw sprawdzić, zanim się ją kupi, to odsyłam go do Legimi, gdzie za niewielką opłatę miesięczną mamy nieograniczony dostęp do tysięcy książek. I niech nikt mi więcej nie mówi, że książki są drogie.

    Bartosz Szczygielski

  • „Coś się kończy, coś zaczyna”, lutowy felieton Bartosza Szczygielskiego

    Walentynki tuż tuż, a to oznacza, że Instagram zaroi się od ckliwych cytatów, zdjęć z różami i pierścionkami zaręczynowymi. Nie bardzo rozumiem, co romantycznego jest w oświadczynach poczynionych tego dnia, ale widocznie jest w tym jakaś magia. Nie zapomnijmy o balonikach i czekoladzie. I wśród tego całego ckliwego gówna, przewija się gdzieś Szczygielski ze swoim Sercem.

    Jeszcze kilka lat temu byłem pogodzony ze swoim losem. Siedziałem w pracy na niewygodnym krześle i zastanawiałem się, jak zabić te ostatnie kilka godzin do magicznej szesnastej. I tak codziennie. Od poniedziałku do piątku. Od stycznia do grudnia. Dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej i nie dlatego, że z pracy odszedłem i mam inną. Wygląda inaczej, bo jestem chodzącym dowodem na to, że książki zmieniają życie. Moje zmieniły i to jest krótka historia pewnego przypadku.

    Pisać zacząłem właśnie z przypadku. Z nudy i dlatego, że lubię darmowe żarcie. Zresztą, czy jest ktoś, kto go nie lubi? Dowiedziałem się, że w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu organizowane są warsztaty pisarskie. Warsztaty z noclegiem, wyżywieniem oraz lekcjami od samych mistrzów. Miałem już wtedy za sobą kilka całkiem udanych (jak na wtedy) opowiadań, więc spróbowałem. Napisałem tekst w dwa dni, wysłałem i tak się przyjemnie złożyło, że zostałem doceniony. Spędziłem więc tydzień we Wrocławiu w samym środku festiwalu i z ludźmi, którzy po prostu kochali pisanie.

    Moim pierwszym nauczycielem był Mariusz Czubaj. Ten sam, który kilka lat później powiedział mi po rozdaniu nagród Wielkiego Kalibru, że czuje się ojcem chrzestnym mojego sukcesu. Wróciłem z kolejnej edycji tego samego festiwalu z nagrodą specjalną i wiedziałem, że teraz dużo się zmieni. Nie w sensie finansowym czy mojej popularności, ale tego, co siedzi w mojej głowie. Bo to w mojej głowie tkwiła ta nuda, która sprawiła, że zacząłem pisać Aortę. Książkę, która zmieniła wszystko.

    Nie jestem przykładem pisarza, który zaraz po debiucie zdobywa wydawniczy świat i niczego nie musi już udowadniać, bo i tak wszyscy liżą mu rowa. Miałem i dalej mam dużo rzeczy do udowodnienia, ale głównie samemu sobie. Aorta sprawiła, że uwierzyłem w siebie. Trochę, bo nie powiem, żebym czuł się dobrze ze samym sobą. Nigdy się tak nie czułem, ale debiut na zapchanym rynku wydawniczym udowodnił mi, że jestem w czymś dobry. A przynajmniej, że nie jestem całkowicie do dupy.

    Pracę nad kolejną książką zacząłem już będąc zatrudnionym w innym miejscu. Tam nie zastanawiałem się, jak wytracić godziny do końca dnia pracy, ale jak je wydłużyć, bo z niczym się nie wyrabiałem. Krew pisałem nocami i w weekendy. Z nieustającą presją, że musi być lepsza. Mocniejsza, ciekawsza i bardziej wciągająca, niż Aorta. W końcu druga książka to sprawdzian dla debiutanta. Jak go obleje, to pozamiatane. W pewnym momencie zwyczajnie odpuściłem. Przestałem pisać, a za to zacząłem oglądać dużo kotów w Internetach. Stwierdziłem, że to i tak bez znaczenia, co napiszę, bo przy takim nagromadzeniu autorów, zapomni się o mnie w kilka dni po skończeniu lektury.

    Paradoksalnie, to mi właśnie pomogło, bo Krew praktycznie napisała się sama. Wtedy, kiedy zdecydowałem się odpuścić. Druga powieść pojawiła się na rynku i cholera, do tej pory nie rozumiem, czemu nie zgarnąłem za nią żadnej nominacji. Jest o klasę lepsza, niż Aorta. Pod względem konstrukcyjnym i językowym znacznie dojrzalsza. Stała się taka, bo ja się zmieniłem. Pisanie sprawiło, że zacząłem podchodzić dożycia odrobinę inaczej. Odrobinę, bo do wielkich zmian potrzebowałem jednak czasu.

    Serce, zamknięcie trylogii, wymęczyło mnie na każdym możliwym polu. Znów czułem presję i to znacznie większą, niż przy Krwi. Ściskało mnie od środka wiele rzeczy, a znajomi mówili, że wyglądam jakbym wiecznie był nieszczęśliwy. Tak, był moment,że pisanie mnie unieszczęśliwiało. Nie wiedziałem, czy będę sobie w stanie z tym poradzić. Wiedziałem, że muszę to skończyć, bo inaczej mnie to zabije i palnę sobie w łeb. Miałem w głowie wszystko poukładane, bo Aorta, Krew i Serce to jedna, długa opowieść. Opowieść, która musiała się skończyć, żebym ja mógł pójść dalej.

    Serce skończyłem dawno temu, a w świecie wydawniczym musiały minąć lata świetlne (tak, wiem, że to jednostka odległości, nie czepiajcie się), by pojawiła się na półce. Czy poszedłem dalej? Tak, bo pisanie sprawiło,że przejrzałem na oczy i odkryłem rzeczy, które wcześniej skrywały się pod mgłą. Tą, która spowijała mój mózg. Jestem kurewsko dumny z każdej mojej książki. Z każdej, ale z Serca w szczególności, bo to zamknięcie. Zamknięcie idealne i wyzwalające mnie z łańcuchów, które sam sobie założyłem przed laty.

    Zmiany są potrzebne, a każda z moich książek taką zmianą była. Życiową czy też psychiczną. Mogę śmiało powiedzieć, że coś się kończy, coś się zaczyna. I teraz, kiedy na Walentynki gdzieś na Instagramie zobaczycie moje Serce, pomyślcie przez chwilę o jednej rzeczy.

    Książki zmieniają życie.

    Bartosz Szczygielski

  • „Moje serce”, Bartosz Szczygielski o swojej najnowszej powieści

    Kiedy po raz pierwszy powiedziałem mojemu redaktorowi, jak chce zatytułować kolejną książkę, nie był specjalnie zachwycony. Kryminały to specyficzny gatunek, a to, co zakomunikowałem, nie wpisywało się w ogólnie przyjęte normy. Brzmiało raczej jak tytuł powieści z gatunku, w którym skrzywdzone przez facetów kobiety kupują dom w górach i zakochują się potem w góralu.

    Planując swoją trylogię, od początku wiedziałem, jak to wszystko się skończy. Wiedziałem, gdzie znajdą się moi bohaterowie i co ich czeka, a tytuły powieści miały oddawać to, co się z nimi będzie działo. „Aorta” to nazwa nadana przez Arystotelesa, twierdzącego, że ten pień tętniczy utrzymuje serce we właściwym miejscu. Bez niego serce nie mogłoby pracować.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Czytelnicy sami mogli ocenić, kto w pierwszej części czuł się taką „aortą”, bez której cały organizm nie działałby poprawnie. Ja mam swoją wersję, ale wiem, że nie zawsze zgadzała się ona z tym, co czuli czytający mój debiut. Bardzo mi się to podobało, bo chciałem zachować taką niejednoznaczność i dać możliwość czytelnikom interpretacji zachować Gabriela oraz Kaśki.

    Krew” odnosiła się już do więzów krwi i rodziny, a większy nacisk położony był na kobiecą bohaterkę opowieści. Sama krew odnosiła się także do religii, która w drugiej książce miała duże znaczenie. Nie wyobrażałem więc sobie tego, że finałowa część cyklu będzie nazywała się inaczej niż „Serce”. To mało kryminalny tytuł, ale idealnie oddający sens całej historii.

    Okładka „Serca”, fot: Bartosz Szczygielski

    Na początku opowieści moi bohaterowie wiedzą kim są i jakie mają cele. Potem okazuje się, że ich świat nie jest taki, jak z początku zakładali. „Serce” będzie opowieścią o tym, kim są naprawdę. O tym, że od swojej natury nie sposób uciec i ta zawsze nas dopadnie. Niezależnie od tego, co próbujemy zrobić. Zamykająca cykl książka i jej tytuł oddaje dokładnie to, co chciałem i do czego dążyłem od samego początku. Oddaję czytelnikom coś więcej, niż kryminał z nietypowymi bohaterami i intrygą.

    Oddaję im swoje serce. Premiera w styczniu/lutym 2019.