Tag: Śląsk
-
Omama, przelewy z Reichu i wewnętrzny Śląsk, czyli rozmowa z Anną Cieplak o „Rozpływaj się”
Omama, która jest jednocześnie babcią i mamą, finansowa kroplówka z zachodu, żółwie, dinozaury i proteza miłości. Dziś premiera „Rozpływaj się” Anny Cieplak. Kapitalna opowieść o wewnętrznych demonach, które budzą się bez względu na wiek, a może nawet dojrzewają razem ze swoimi nosicielami. Czy można zdać egzamin z życia? A jeśli tak, to kto ma wystawić ocenę. Jest dużo Śląska, rozłąki, ale też nadziei, że kiedyś będzie lepiej, chociaż może będzie tylko gorzej. Poświęćcie kilkanaście minut na zobaczenie rozmowy, a potem kilka godzin na przeczytanie „Rozpływaj się”, bo książka jest warta każdej poświęconej jej minuty.
-
Nowa literacka impreza plenerowa na mapie Polski?
W trakcie wczorajszej rozmowy na żywo na antenie smakksiazki.pl Sonia Draga zdradziła, że prawdopodobnie na literackiej mapie Polski pojawi się nowa impreza plenerowa. Jeszcze w tym roku, a właściwie to za niecałe trzy miesiące. Gdzie? Kto będzie jej organizatorem?
Prezes spółki Targi Książki, Rafał Skąpski zasugerował, że wydarzenie może nosić nazwę Śląski Plener Czytelniczy, a ma odbyć się na przełomie sierpnia i września w Katowicach. Gdzie dokładnie? Tego jeszcze nie wiemy, ale może to być Dolina Trzech Stawów. Co ciekawe, zarówno Sonia Draga, członkini zarządu spółki Targi Książki, jak i prezes Skąpski przyznali, że impreza może zastąpić listopadowe Śląskie Targi Książki przy ewentualnym powrocie pandemii koronawirusa. Pytanie, czy wydawcy jesienią jeszcze raz będą chcieli wrócić ze swoją ofertą na Śląsk? Czy organizacja Śląskiego Pleneru Czytelniczego w Katowicach to dobra decyzja? Wydaje się, że tak, bo jak podkreślali organizatorzy – ze względu pandemii łatwiej zaplanować coś na przełomie sierpnia i września, niż na końcówkę listopada. Całą rozmowę możecie zobaczyć klikając tutaj. Gościem była również Grażyna Grabowska, prezes spółki Targi w Krakowie, organizatora Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie, o których sporo rozmawialiśmy, bo to największa impreza literacka, która odbędzie się jeszcze w tym roku w Polsce.
-
Denaturat, Jeremi Przybora oraz Śląsk, czyli autobiografia Kazimierza Kutza
Swoją autobiografię pisał praktycznie do końca swojego życia. Z kim pił denaturat? Jak doszło do tego, że został reżyserem kultowych filmów? Co z jego życiem ma wspólnego Jeremi Przybora, a co Wenecja? Kazimierz Kutz opowiada w tej książce o sobie, ale też o aktorkach oraz aktorach, z którymi się zetknął. Nie zawsze są to opowieści, o które stawiają opisywanych w pozytywnym świetle. Skandale, anegdoty, pikantne opowieści – to znajdziecie w książce „Będzie skandal. Autoportret Kazimierza Kutza”. Niesamowicie ważny był dla niego Śląsk, który pozostał w nim aż do śmierci.
„A ja wiedziałem jedno: stawką jest wyrwanie się z tego śląskiego chomąta, bo u nas każdy chłop musiał być roboczym wołem, niewolnikiem. No i chciałem coś osiągnąć w kulturze. Chciałem być kimś. (…) zachciało mi się zostać facetem moc jakąś w sobie mającym, tajemnicę jakowąś.”
Zobaczcie wideo, w którym o Kazimierzu Kutzu mówi…sam Kutz oraz także jego syn, a także Jerzy Trela, Daniel Olbrychski, Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego, Marek Plura, senator RP.
Ten wybitny reżyser to kawał historii nie tylko polskiej kinematografii, ale także, a może przede wszystkim, Śląska. Premiera książki już jutro.
-
„Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.
Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje
Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.
Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.
Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.
Wojciech Chmielarz
-
„Czy można wyżyć z pisania książek? Nie wiem, spytaj za rok”. Waldemar Cichoń opowiada o pisaniu bajek dla dzieci, o Śląsku oraz o swoim najnowszym tytule „Zdarziło sie na Ślonsku. Łopowieści niysamowite niy ino dlo bajtli”.
Napisał pięć książek o przygodach kota Cukierka. Właśnie kończy szóstą. Za moment ukaże się jedenaście historii o znanych Ślązakach,również w formie bajkowej. Smakksiazki.pl objął patronat nad najnowszą książką Waldemara Cichonia. Zapraszam do przeczytania wywiadu, w którym autor opowiada o łączeniu pracy zawodowej z pisaniem, obawach przed premierą nowego tytułu, a także o książkach dla dorosłych. Miłej lektury.
Prawdą jest, że rzuciłeś swoją etatową pracę żeby pisać książki?
Chciałbym, bo pijarowsko brzmi to znakomicie, ale nie było tak dramatycznie. Najpierw rzuciłem połową swojej pracy, a potem pozostała połowa rzuciła mną. W pewnym momencie to moje pisanie zaczęło się robić na tyle poważne, że nie starczało czasu. Poprosiłem o przejście na pół etatu, mój ówczesny szef mnie lubił i zgodził się, żebym łączył pisanie z pracą. Chciałem mieć taki wentyl bezpieczeństwa. Jednak w międzyczasie szef zmienił się na mniej fajnego i ten już uznał, że tak się nie da. Efekt jest taki, że od pół roku zawodowo zajmuję się pisaniem. Uprzedzając kolejne pytanie, czy można wyżyć z pisania, odpowiadam nie wiem, spytaj mnie za rok. Nie dopuszczam jednak myśli o powrocie do pracy etatowej. Za bardzo mi się podoba życie, które teraz prowadzę. Wszystkie moje poprzednie firmy miały korporacyjny sznyt, albo przynajmniej go udawały. Mnie się to nie podobało, robiłem swoje, wszystko po Bożemu, ale z dużym wstrętem. Teraz czuję się wolny, mam więcej przestrzeni do działania.
Obawiasz się momentu, w którym przyjdzie spadek pisarskiej formy, w którym przestaną się sprzedawać Twoje książki?
Pewnie, że się obawiam. Nie przeraża mnie jednak brak własnej pracowitości, bardziej boję się czynników zewnętrznych. Zawodowe zajmowanie się literaturą jest ponoć drugim najbardziej ryzykownym biznesem w Polsce, zaraz po restauratorstwie. Wszystko się tak dynamicznie zmienia, że nie wiemy co będzie z książkami za dziesięć lat. Literatura jest konkurencyjna, a pisanie i wydawanie książek dla dzieci, to już w ogóle. Mnóstwo osób się tym zajmuje z lepszym lub gorszym skutkiem. Wystarczy wejść do Empiku na dział dziecięcy i można dostać oczopląsu.
Póki co, piszesz książki dla dzieci. Pisząc je starasz się myśleć trochę jak dziecko?
Tworząc przygody Cukierka staram się raczej myśleć jak kot. Piszę takie książki, jakie sam chciałbym swoim dzieciom czytać. Taki był w ogóle początek, pierwszą książkę napisałem dla Marcela, swojego starszego syna. Początki były trudne, bo nie jest łatwo zadebiutować. Na szczęście, wszystko zaskoczyło, kończę pisać szóstą część przygód Cukierka. Do tej pory wszystkich części sprzedało się około czterdziestu tysięcy egzemplarzy, do czego znacznie przyczyniają się spotkania autorskie, na które jeżdżę do przedszkoli czy szkół.
Skoro już przy sprzedaży książek jesteśmy, to skąd pomysł na założenie własnego wydawnictwa? Wydasz w nim swoją najnowszą książkę, do której wrócimy w dalszej części rozmowy.
Generalnie i delikatnie rzecz ujmując, nie mam najlepszych doświadczeń z wydawnictwami. Mam wrażenie, że tam pracują specjalne osoby, które bez czytania wywalają rękopisy autorów – nawet tych, którzy nie są debiutantami i mają już jakieś sukcesy – do kosza. Albo palą nimi w piecu. Tajemnicą poliszynela jest też to, ile zarabiają polscy pisarze, wyłączywszy oczywiście ścisłą czołówkę, mniejsza o nazwiska. Dziesięć procent od sprzedaży brzmi nieźle, ale za to naprawdę nie da się utrzymać siebie i rodziny. Wydawnictwo Żwakowskie założyliśmy z żoną po to, żeby oprócz satysfakcji, że książki są znane i lubiane, mieć także satysfakcję finansową. No i żeby w pełni kontrolować jakość tego, co się tworzy. Możemy teraz decydować o jakości graficznej, o tym, na jakim papierze będzie książka wydana, kiedy się ukaże, kto będzie ilustrował itd.
Rozmawiamy w momencie, gdy Twoja najnowsza książka, „Zdarziło się na Ślonsku. Łopowieści niysamowite niy ino dlo bajtli”, czeka na druk, a za miesiąc o tej porze, będziemy już chyba nawet po premierze. Piszesz w niej o Śląsku i po śląsku. Jest moda na Śląsk?
Jestem przeciwnikiem mód wszelkich. Pisząc tę książkę nie kierowałem się modą, bo Ślązakiem jestem od zawsze, a nie dlatego, że to popularne. To co mnie skłoniło do jej napisania, to sprzeciw wobec narracji, jaka jest o Śląsku prowadzona. Skojarzenia z tym regionem są przecież takie same od lat: orkiestra górnicza, krupniok, serial „Święta Wojna” z tym nieszczęśnie karykaturalnym Bercikiem. Jesteśmy postrzegani jako śmieszny ludek, który żyje na południu Polski, dziwnie mówi i wydobywa węgiel. Jeszcze niektórzy dobrze grają w piłkę i podobno są pracowici. A tak, w ogóle, to jesteśmy robolami i nadajemy się tylko do kopania węgla.
Uważam, że mało jest tak zróżnicowanych miejsc na świecie jak Śląsk, miejsc które dały światu tylu wybitnych ludzi: naukowców, odkrywców, twórców kultury, wielkich przemysłowców, sportowców. Ta książka powstała też z chęci wypełnienia pustki niewiedzy, bo edukacja historyczna kuleje. Kiedyś przeczytałem wyniki badań, z których wynika, że dziewięćdziesiąt procent uczniów szkół podstawowych i ponadpostawowych na Śląsku, nie potrafi wskazać choć jednej wybitnej postaci z naszego regionu. Ja piszę właśnie o takich bohaterach, o Ślązakach, którzy dokonali czegoś niezwykłego. Jest zatem Karol Godula, wybitny industrialista, dla mnie największy ze Ślązaków, jest Henryk Sławik, który uratował w czasie wojny trzydzieści tysięcy ludzi. W książce piszę też o Erneście Wilimowskim, sześciopalcym wirtuozie futbolu sprzed wojny, o świętej Jadwidze, patronce Śląska, Henryku Pobożnym, konstruktorze lokomotyw Robercie Garbem, himalaiście Jerzym Kukuczce, Oskarze Troplowitzu, wynalazcy kremu Nivea. Opisuję jedenaście postaci i zdarzeń, ale już wiem, że będzie druga część.
Skoro książka jest niy ino dlo bajtli, to co znajdą tam dorośli?
Moi znakomici recenzenci napisali na tylnej okładce, że tę książkę powinni przeczytać wszyscy, którzy Śląsk kochają. Opisuję historie, które nie są powszechnie znane i że nawet jeśli ktoś jest świadomym Ślązakiem i się identyfikuje z regionem, to mógł o części tych opowieści nie słyszeć.
Boisz się premiery?
Boję się zarzutów, że to nie jest napisane po śląsku. No, ale to wynika ze specyfiki śląskiego i nic na to się nie poradzi. Śląszczyzna nie jest skodyfikowana, nie ma przecież obowiązującego kanonu, poza tym jest zróżnicowana – zupełnie inaczej mówi się po śląsku w Katowicach, inaczej w Rybniku, a inaczej w Opolu. Zapewne znajdą się mądrale, którzy „napisaliby to lepiej”… Świadomie nie używałem też tzw. śląskich znaków, czyli tych wszystkich tyld, brewisów i cymerfleksów. Boję się, ale będę się bronił. Jestem przekonany, że tytuł będzie atrakcyjny dla czytelnika: dobry papier, twarda oprawa, wspaniałe rysunki i niesamowite historie. Nie będzie się czego wstydzić.
Piszesz też książkę już stricte dla dorosłych, zdradzisz coś więcej?
Jestem niechlujnym pisarzem, piszę cztery książki w jednym czasie, dlatego żadnej nie mogę skończyć. Za dużo nie chcę też zdradzać. Pierwsza książka dla dorosłych to będzie taki „Paragraf 22” w świecie polskiej nauki. Przez ostatnie lata zawodowo obracałem się w tym środowisku i wiem, że to jest świat śmieszny i absurdalny. Natomiast druga książka będzie o Śląsku. Kontrowersyjnie i alternatywnie historycznie, trochę sensacyjnie. Więcej Ci nie powiem, bo ktoś mi ukradnie ten pomysł 🙂
Fot: Marcel Janicki
Okładka: Wydawnictwo Żwakowskie


