Tag: Tom Clancy

  • Szpieg w opałach – felieton Piotra Niemczyka

    W najnowszej, jeszcze ciepłej powieści Vincenta V. Severskiego „Nabór”, dochodzi do wymiany oficera i agenta polskiego wywiadu na jednego z najważniejszych operatorów Sił Ghods, elitarnej jednostki dywersyjnej irańskich służb specjalnych. „Gdy generał Ahmad Harumi zobaczył nagranie wideo, na którym Arif wyjaśnia, w jakiej jest sytuacji i czego oczekują jego porywacze, wydał krótkie polecenie, by natychmiast odstawić obu więźniów do Kijowa. Arif Harumi wyleciał w drugą stronę tego samego dnia, w którym Wydział Q odebrał na lotnisku Igora i Wasię.”1

    Wymiana, jak widać nie była zbyt skomplikowana. Oficerowie i agent zostali wymienieni na lotnisku w kraju trzecim. Od czasu spektakularnych spotkań na moście Glienicke w Berlinie, do tego rodzaju operacji wykorzystuje się porty lotnicze w państwach neutralnych (przynajmniej w relacjach ze stronami). No chyba, że skonfliktowane służby wywodzą się z krajów sąsiadujących. Jak Estonia i Rosja, które ostatnio wybierają most na rzece granicznej w Koidula.

    Taka wymiana natychmiast przywołuje na myśl sprawę polskiego obywatela, Mariana Radzajewskiego, ofiarę prowokacji rosyjskiej FSB. Został on aresztowany w 2018 roku za rzekomą próbę zakupu tajnych części systemu obrony przeciwlotniczej S-300 (sprawa wydaje się absurdalna o tyle, że systemem S-300 dysponują przynajmniej trzy państwa NATO). Moskiewski sąd skazał go w 2019 roku na 14 lat kolonii karnej w obostrzonym rygorze. Pomimo wyraźnych sygnałów strony rosyjskiej, że chętnie by go wymieniła w pakiecie, za któregoś z zatrzymanych w ostatnich latach, agentów SWR, polska dyplomacja nie chce lub nie potrafi nic z tym zrobić.

    www.unsplash.com/Jørgen Håland

    Tyle tytułem wstępu, bo trzeba pamiętać, że wymiana oficerów lub agentów wywiadu, złapanych na gorącym uczynku to ostateczność. Robi się to głównie po to, żeby potencjalnych przyszłych agentów zapewniać, że służba zrobi wszystko, aby w przypadku dekonspiracji uratować ich przed więzieniem, czy jeszcze gorszym losem. Tyle, że wymiana – jeżeli w ogóle do niej dojdzie, bo przecież nigdy nie ma takiej pewności – jest rozwiązaniem z możliwych najgorszym. Nie tylko ze względu na los więzionego i często brutalnie przesłuchiwanego agenta, także ze względu na to, że każda wpadka oznacza konieczność, trudnego i oznaczającego obowiązek pracochłonnej weryfikacji informacji, rachunku strat. W tym analizy, które z informacji przekazanych wcześniej przez agenta mogły być podsuniętą przez przeciwnika dezinformacją.

    Dlatego najlepszym wyjściem, w przypadku zagrożenia agenta lub oficera z linii „nielegalnych” (czyli poza statusem dyplomatycznym), jest eksfiltracja.

    Eksfiltracja to wywiezienie podejrzanej o dekonspirację osoby z obszaru, na którym może być poszukiwana, w bezpieczne miejsce. Pod fałszywą tożsamością lub dobrze ukrytą w jakimś ładunku.

    W literaturze szpiegowskiej można znaleźć wiele przykładów wywożenia agentów lub przykrywkowców. Tom Clancy wyjaśnia jednak, że pomimo iż sprawa dotyczy w pierwszej kolejności reputacji służby, to w przypadku niepowodzenia może spowodować poważne implikacje międzynarodowe. Dlatego, podobnie jak w przypadku ewentualnej wymiany, musi ją poprzedzać zgoda najwyższych władz państwowych.

    – Nie mogę wydać zgody na ewakuację bez akceptacji prezydenta. (…)

    – No to ją załatw! Do diabła z polityką! Są też względy praktyczne, Arturze. Jeżeli pozwolimy pogrążyć takiego człowieka, jeżeli nie ruszymy palcem, żeby go ochronić, to sprawa się rozniesie… Rosjanie zrobią z tego miniserial! Na dłuższą metę będzie nas to kosztowało więcej niż chwilowe ustępstwo polityczne.”2

    Kiedy już zapadnie decyzja polityczna, w pierwszej kolejności należy zagrożoną osobę ukryć w takim miejscu, w którym najtrudniej ją będzie odnaleźć obserwacji przeciwnika. Na przykład w szpitalu -chociaż, jak słusznie zauważa Alan Furst – nawet w takim miejscu trzeba być przygotowanym na najgorsze. „Musieli przyjąć, że szpital jest pod obserwacją, a zatem spędziwszy tam trzy dni, Uhl opuścił lecznicę na zakrytych prześcieradłem noszach, które wsunięto do karawanu. Potem, w domu pogrzebowym, wydostał się tylnymi drzwiami i udał się do wynajętego pokoju na przedmieściach.”3

    Bywa, że już po wyciągnięciu cennego źródła z pola widzenia przeciwnika, dalej już wszystko idzie łatwo i prosto. „Przez dwie doby trwała wzmożona wymiana zaszyfrowanych depesz radiowych, po czym został wywieziony niepostrzeżenie z Moskwy w samochodzie ambasady jadącym do Finlandii. Podróżowało w nim pięciu mężczyzn, wszyscy mieli paszporty dyplomatyczne i mogli przekroczyć granicę bez kontroli.”4 Robert Littell w tym przypadku postanowił uniknąć niepotrzebnych komplikacji.

    www.unsplash.com/ConvertKit

    Zresztą w innych przypadkach podobnie: „Mój ojciec, moja siostra i ja pojechaliśmy na wakacje nad Morze Czarne do Bułgarii. Amerykańska CIA podesłała nam greckie paszporty i dołączyliśmy do wycieczki objazdowej wracającej przez Bosfor do Pireusu.”5

    Tyle, że bardzo rzadko jest tak łatwo. Zdarza się, że agenta trzeba, w ryzykowny sposób, wykraść sprzed nosa obserwacji. Jak u Jacka Higginsa.

    – Jak pana pilnują pańscy stróże? – zapytał Dillon.

    – Na zmianę. Jeden jest zawsze ze mną w salonie mojego apartamentu.

    – Proszę położyć się do łóżka jak najszybciej, niezależnie od pory. Taki facet jak pan sobie poradzi z jednym strażnikiem w pokoju?

    – A potem?

    – Po schodach w dół, biegiem. Przed hotelem zawsze stoją taksówki. Proszę powiedzieć taksówkarzowi, żeby jechał na dworzec kolejowy Gare du Nord. O północy odjeżdża nocny pociąg do Brestu. Będziemy czekać przy wejściu, z paszportem dla pana. Od teraz nazywa się pan Henry Duval.

    – Dokąd pojedziemy?

    – Do Bretanii, prywatny samolot zabierze nas stamtąd do Londynu.”6

    Jak widać Higgins bardziej się koncentruje na tym jak urwać się obserwacji. Na wszelki wypadek przewiduje fałszywą tożsamość, ale samo przekroczenie granicy ma być już na kompletnym „nielegalu”, czyli na pokładzie samolotu, który po prostu ucieknie z obszaru kontrolowanego przez przeciwnika.

    Wśród pisarzy, największym specjalistą od eksfiltracji jest Graham Greene (ten od szydzenia ze służb wywiadowczych w „Naszym człowieku w Hawanie”). W czasie II Wojny Światowej był brytyjskim szpiegiem, więc w większości powieści raczej poważnie traktuje kłopoty wywiadowców.

    W intrydze, którą zaplanował dla bohatera „Czynnika ludzkiego” kluczową sprawą jest zmiana tożsamości.

    Koniecznej jest, by złapał pan następny autobus na lotnisko. – Mężczyzna zaczął wykładać zawartość swojej aktówki na stół: najpierw bilet lotniczy, potem paszport, butelkę wypełnioną czymś, co wyglądało na klej, wypchaną foliową torbę, szczotkę do włosów, grzebień i brzytwę.

    – Wziąłem wszystko, czego potrzebuję – powiedział Castle rzeczowym tonem.

    Mężczyzna zignorował go.

    – Ma pan bilet jedynie do Paryża. Wyjaśnię to panu.

    – Wszystkie samoloty są z pewnością obserwowane.

    – Będą obserwować zwłaszcza samolot do Pragi, odlatujący w tym samym czasie co samolot do Moskwy, który jest opóźniony ze względu na problemy z silnikami. Niecodzienne zdarzenie. Może Aerofłot czeka na jakiegoś ważnego pasażera? Policja będzie bardzo uważać na odloty do Pragi i do Moskwy.

    – Obserwatorzy zostaną rozmieszczeni już w punktach kontroli paszportowej. Nie będą czekać przy wyjściach.

    – O to ktoś się zatroszczy. Musi pan stawić się do kontroli za… – zerknął na zegarek Castle’a – jakieś pięćdziesiąt minut. Autobus odjeżdża za trzydzieści minut. To pana paszport.

    – Co mam robić w Paryżu, jeśli tam dotrę?

    – Gdy opuści pan lotnisko, ktoś wręczy panu nowy bilet. Będzie pan miał tylko tyle czasu, by złapać następny samolot.

    – Dokąd?

    – Nie mam pojęcia. Dowie się pan wszystkiego w Paryżu.

    – Do tego czasu Interpol zdąży zaalarmować tamtejszą policję.

    – Nie zrobi tego. Interpol nie zajmuje się sprawami politycznymi. To wbrew przepisom.

    Castle otworzył paszport.

    – Partridge – odczytał. – Dobre nazwisko wybraliście. Sezon polowań jeszcze trwa. – Potem, zerknąwszy na fotografię, zaprotestował: – Ale to zdjęcie się nie nadaje. Zupełnie nie jestem podobny.

    – To prawda. Ale zaraz pana upodobnimy.

    Nieznajomy wziął swoje przybory do łazienki. Między kubkami do mysia zębów ustawił powiększoną fotografię z paszportu.

    – Proszę usiąść na tym krześle – nakazał i zaczął przycinać brwi Castle’a, a potem zajął się jego włosami: mężczyzna z paszportu był ostrzyżony na jeża.

    Castle obserwował poruszające się nożyce. Był zdumiony, jak uczesanie powiększyło czoło, zmieniło całą jego twarz, a nawet, jak mu się zdawało, wyraz oczu.

    – Ujął mi pan dziesięć lat – odezwał się.

    – Proszę siedzieć spokojnie.

    Mężczyzna przylepił mu wąski wąsik; wąsik człowieka bojaźliwego, niepewnego siebie.

    – Broda czy duże wąsy zawsze wyglądają podejrzanie – oznajmił. Z lustra patrzył na Castle’a obcy człowiek. – No, gotowe. Myślę, że wyszło dobrze. – Ze swojej aktówki nieznajomy wyjął składaną białą laskę. – Jest pan niewidomy – powiedział. – Wzbudza pan współczucie, panie Partridge. Hostessę Air France poproszono, by czekała na autobus z hotelu. Przeprowadzi pana przez kontrolę do samolotu. Z Roissy w Paryżu, gdzie pan wysiądzie, zostanie pan przewieziony na Orly. Czekający tam samolot również będzie miał problemy z silnikami. Być może nie będzie się pan już nazywał Partridge: inna charakteryzacja w samochodzie, inny paszport. Ludzka twarz jest wprost nieprawdopodobnie podatna na zmiany. (…)

    Proszę już iść i pamiętać o lasce. Gdy ktoś się do pana odezwie, proszę nie poruszać oczami, ale całą głową, i starać się patrzeć obojętnie.”7

    W przeciwieństwie do tego jak Robert Littell wywiózł swojego agenta w towarzystwie czterech dyplomatów, w większości opisywanych przypadków – podobnie jak u Grahama Greena – uciekający w zasadzie musi być zdany głównie na siebie.

    Julian Siemionow, na przykład przewiduje tylko dowiezienie zbiega do granicy. „Stirlitz zaparkował swój samochód o sto metrów od placu przed dworcem kolejowym. Samochód ze strażnicy czekał już w umówionym miejscu. Kluczyk znajdował się w stacyjce. Okna były naumyślnie zachlapane błotem, żeby utrudnić ewentualne rozpoznanie osób jadących w samochodzie. W górach w ściśle oznaczonym punkcie były wetknięte w śnieg narty, a obok stały buty.”8 Rosyjski autor nie rozwinął wątku, czy ktokolwiek sprawdził, czy eksfiltrowany umie jeździć na nartach.

    Dość zabawny, ale praktyczny pomysł podsuwa z kolei Umberto Eco. Proponuje on, żeby zagrożony tylko udawał, że uciekł. A gdyby ten kto go szuka był bardziej dociekliwy, to żeby dowiedział się, że poszukiwany zmarł. „Proszę rozgłosić przez zaufanych ludzi, że zmarł pan w drodze do Paryża. Niech pan nie wraca do Lyonu, znajdzie sobie schronienie tutaj, zgoli brodę i wąsy, stanie się kimś innym. (…) W końcu Guatia i jego towarzysze też uznają pana za zmarłego i przestaną pana dręczyć.”9 Taki pomysł nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę. Ale daje sporo czasu na profesjonalne przygotowanie ewakuacji.

    Żaden poważny autor nie dopuszcza jednak myśli, żeby przynajmniej nie próbować ratować agenta. Także piewca PRLowskiego wywiadu Henryk Bosak: „<Grafik> był tylko agentem! – powiedział pułkownik (…). Nie można wykluczyć, że DST go złamała i przyznał się do współpracy. Ale nawet wtedy nie możemy go zostawić samego.”10

    Dlatego tak denerwuje bezczynność polskich władz wobec Mariana Radzajewskiego. Najprawdopodobniej nie był żadnym agentem. Ale to nie zmienia sytuacji, że jego los zaważy na reputacji polskich służb i na przekonaniu, że ktokolwiek kto zdecyduje się na współpracę z wywiadem RP, nie może liczyć na realną pomoc, kiedy znajdzie się w opałach. I nie trzeba do tego profesjonalnej wiedzy. Wystarczy przeczytać kilka książek.

    Piotr Niemczyk

    1 Nabór, str. 823;

    2 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 213;

    3 Alan Furst; „Szpiedzy w Warszawie”; przekład Ewa Penksyk-Kluczkowska; Wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2010, str. 112;

    4 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 360;

    5 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 159;

    6 Jack Higgins; „Mroczne kryjówki”; przekład Jakub Kowalczyk; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 114;

    7 Graham Greene; „Czynnik ludzki”; przekład Adam Pituła; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2015, str. 298;

    8 Julian Siemionow; „Siedemnaście mgnień wiosny”; przekład Zdzisław Romanowski; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1985, str. 176;

    9 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 427;

    10 Henryk Bosak; „Werbownik”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 194;

  • Co może prezydent? Felieton Piotra Niemczyka

    Wybory w Stanach Zjednoczonych rozgrzewają chyba do białości politycznie zaangażowanych Amerykanów i obserwatorów z całego świata, którzy szacują szanse w starciu pomiędzy realizmem a populizmem. Wśród tych najbardziej zainteresowanych są oczywiście funkcjonariusze służb specjalnych. W samych amerykańskich służbach odejście Trumpa będzie przyjęte z oddechem ulgi. Nieprzypadkowo w hrabstwie, w którym mieści się centrala CIA w Langley – Fairfax, Jo Biden wygrał 69,9 do 28% z Donaldem Trumpem. A w sąsiednim Arlington, gdzie również mieszka bardzo wielu ludzi wywiadu, te proporcje wyniosły nawet 81,5 do 17,2%.

    Zarówno FBI jak i CIA mają pewnie sporo kłopotów z jego wtrącaniem się w ich pracę i nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem informacji. CIA musi się zastanawiać czy przekazanie konkretnej informacji prezydentowi nie zaszkodzi bezpieczeństwu aktywów wywiadowczych. Tak było w przypadku między innymi z podanymi publicznie danymi z Syrii, które zresztą pochodziły nie ze źródeł własnych CIA, tylko od Mossadu. Podobnie było w przypadku ujawniania szczegółów z raportów służb dotyczących postępowań związanych z rosyjską ingerencją w wybory 2016 roku.

    Z kolei w FBI najwyższy niepokój muszą budzić informacje wychodzące w śledztwach dotyczących byłych doradców i sztabowców Trumpa, pokazujące ukrywanie przez nich lewych dochodów i bliskie kontakty z rosyjskimi oligarchami i przedstawicielami kremlowskiej administracji.

    W trakcie minionej kadencji Donalda Trumpa było trochę tak, jak przewidział Martin Zelenay (pseudonim oficera CIA polskiego pochodzenia), w książce wydanej na kilka lat przed wygraniem przez Trumpa wyborów:

    Powodem wielu kompromitujących Agencję afer było uwikłanie jej w nieodpowiedzialne działania polityków, realizujących swoje pokrętne cele w oparciu o własne wizje świata z pominięciem profesjonalnej wiedzy Agencji. W wyniku rozdmuchanych przez media skandali i ciągłego nawoływania do zwiększania kontroli nad jej działaniami CIA stała się w ciągu ostatnich lat polem niezliczonych manewrów politycznych, przynoszących jej wielorakie szkody. Od trudności w rekrutacji zdolnych absolwentów, poprzez ciągłe walki o budżet, aż po wprowadzanie w jej struktury ludzi z politycznego klucza, niemających pojęcia o specyfice tej instytucji i jej pracy.”1

    www.unsplash.com/History in HD

    Jeszcze bardziej dosłownie tę cechę amerykańskich polityków określił Robert Littell: „Nasi przywódcy uważają, że wiedzą wszystko lepiej od własnych analityków wywiadu. A nasi agenci w terenie boją się przekazać cokolwiek, co by nie zgadzało się ze z góry przyjętymi opiniami przywódców; oficerowie prowadzący, w obawie o dalszą karierę, nie przekazują wyżej tego, czego się od nas dowiadują.”2Można odnieść wrażenie, że w pierwszym z cytowanych zdań Littell (nie tylko pisarz, ale doświadczony korespondent amerykańskiej prasy m.in. w Moskwie) myślał wprost o Donaldzie Trumpie.

    A jaki realnie wpływ ma prezydent na funkcjonowanie amerykańskiego wywiadu? Oczywiście zależy to od jego osobowości i chęci wnikania w szczegóły szpiegowskiej kuchni. Jednak pomimo jego ogromnych uprawnień, relacjami prezydenta ze służbami rządzą pisane i niepisane zasady.

    Jedną z najważniejszych z nich jest to, że prezydent może podpisać akty ułaskawienia wobec funkcjonariuszy służb, jeżeli w trakcie działań, nawet drastycznie, naruszą prawo. „By zapewnić bezpieczeństwo członkom i członkiniom Kampusu na wypadek ujawnienia szczegółów ich działalności, prezydent Ryan podpisał w tajemnicy sto prezydenckich aktów ułaskawienia <in blanco> i przekazał je Hendleyowi.”3 To oczywiście bardzo dyskusyjne uprawnienie i raczej mało prawdopodobne, aby faktycznie wyglądało tak, jak opisał je Tom Clancy. Niemniej jednak podobnie mogły wyglądać dokumenty dotyczące konkretnych osób związanych z CIA, ułaskawionych chociażby przez Richarda Nixona i Geralda Forda za udział w aferze Watergate lub przez George’a HW Busha za sprawę nielegalnych dostaw broni do Iranu, tak zwaną: „Iran – Contras”.

    Oficjalnie nadzór nad służbami prezydent USA pełni za pośrednictwem Intelligence Community, kierowanej przez Dyrektora Wywiadu Narodowego. Z kolei w sytuacjach wymagających szybkich decyzji, bądź niezwłocznego przekazania informacji, znaczącą rolę odgrywa Doradca ds. Bezpieczeństwa Narodowego.

    James Grady twierdzi jednak, że to wszystko bzdura, ponieważ faktyczną kontrolę nad służbami pełni supertajna komórka, w której nawet prezydent nie ma wiele do powiedzenia:

    Kontrola nad skomplikowanym i nieraz kłopotliwym aparatem amerykańskiego wywiadu powołuje do życia klasyczny dylemat: sed quis custodiet ipsos custodes – kto nadzoruje nadzorców? (…) Wtajemniczeni mówią o niej <grupa 54/12>, ponieważ została ona utworzona na podstawie tajnego zarządzenia, opatrzonego tym właśnie numerem. (…) Poza szczupłym gronem kierowniczych osobistości związanych z wywiadem prawie nikt nie wie o istnieniu tej grupy.

    Skład grupy 54/12 także się zmienia wraz ze zmianą ekipy rządzącej. Zazwyczaj zasiada w niej jednak dyrektor CIA, zastępca Sekretarza Stanu do spraw polityki zagranicznej oraz Sekretarz Obrony i jego zastępca. (…) Nadzór nad skomplikowaną machiną wywiadowczą Stanów Zjednoczonych stanowi nie lada problem dla tak nielicznej grupy osób, mimo że są to specjaliści. Największym problemem jest to, że Grupa w swojej pracy musi polegać wyłącznie na raportach tych, których ma nadzorować. Sytuacja ta częstokroć wywołuje rozdźwięki w gronie członków grupy 54/12.”4

    Istnienie takiej grupy należałoby włożyć raczej pomiędzy teorie spiskowe, chociaż jej opis częściowo pasuje do struktury i zadań Wspólnoty Wywiadowczej (Intelligence Community), tyle że wspólnota ma cele i zadania bardziej koordynujące, a nie kontrolne. Praworządności pilnują z kolei powołani w strukturach służb inspektorzy generalni.

    Niewątpliwie najważniejszym uprawnieniem prezydenta jest dostęp do informacji wywiadowczej. Zaczyna się on zresztą jeszcze przed objęciem funkcji, przez któregoś z głównych kandydatów: „Zgodnie z dobrym obyczajem Agencji główni kandydaci do fotela prezydenckiego informowani są o bieżących wydarzeniach.”5

    Zarazem jest jednak równoległy, niepisany katalog spraw, o których prezydent nie powinien wiedzieć, żeby nie narażać niepotrzebnie nie tylko źródeł informacji wywiadowczych, ale także polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Zwraca na to uwagę Tom Clancy:

    – Powiemy o tym prezydentowi? – Zapytał Jack.

    – Nie. I to jego decyzja, a nie nasza. Jakiś czas temu powiedział nam, że nie interesują go szczegóły tajnych operacji, lecz ich wyniki. Za dużo mówi – jak większość polityków, ale jest na tyle inteligentny, by zdawać sobie z tego sprawę. Zdarzało nam się już tracić agentów, bo prezydenci nie umieli trzymać języka za zębami, by nie wspomnieć o niektórych członkach Kongresu.6

    Trochę się z tym nie zgadza Martin Zelenay, który podkreśla, że nawet jeżeli wywiad występuje o akceptację jakichś działań, to nawet jeżeli Biały Dom nie będzie chciał się mieszać w podejmowanie decyzji, musi się liczyć z konsekwencjami. „Czasami zazdroszczę Jasonowi, że nie musi przedstawiać swoich planów tym na górze. Słuchają, zastanawiają się, rozważają polityczne konsekwencje, a na końcu i tak mówią: <<To pańska decyzja, dyrektorze>>.

    – Ale jak coś pójdzie nie tak – powiedział Malcolm – to mu urwą łeb.”7

    Co prawda prezydenci USA nie mają zwyczaju osobistego urywania głów komukolwiek, ale faktycznie mogą skutecznie zniszczyć czyjąś karierę. Mogą także zrujnowaną karierę odbudować. Tak jak w przypadku Giny Haspel, która po tym jak kierowała jednym z tajnych więzień CIA w Tajlandii, została odsunięta na boczny tor, ale Donald Trump mianował ją najpierw zastępcą dyrektora, a następnie Dyrektorem CIA w 2018 roku.

    Biały Dom, fot: www.unsplash.com/David Everett Strickler

    Podsumowując prezydent Stanów Zjednoczonych nadzoruje służby poprzez celowo do tego powołane struktury, zapewniając ich agentom bezpieczeństwo, w przypadku złamania prawa w trakcie działań, podejmując decyzje personalne, a także oceniając jakość otrzymywanych informacji. Czy to jednak daje rzeczywistą kontrolę nad służbami? Robert Littell upiera się, że jednak nie: „Służby wywiadowcze mają fatalną skazę. Same ustalają swoje zadania, określają zagrożenia, a następnie próbują je zneutralizować. Zagrożenia, których się nie określa, przedostają się przez sito i nagle pojawiają jako prawdziwe katastrofy, a wtedy ci, którzy nie należą do środowiska wywiadowczego zaczynają ujadać, jak to przesypiamy sprawę. Nie przesypiamy. Po prostu inaczej określamy zagrożenia.

    – Powiadają, że wielbłąd to koń zaprojektowany większością głosów. (…) Moim zdaniem CIA jest agencją wywiadowczą zaprojektowaną w ten sam sposób.”8

    Dosyć mętne tłumaczenie Littella o przyczynach wpadek CIA, chociaż stawia agencję w raczej niekorzystnym świetle, pokazuje jednocześnie siłę amerykańskich instytucji. Bez względu na osobowość Prezydenta, który być może chciałby kierować samodzielnie służbami lub za pośrednictwem wstawionych, całkowicie zależnych od niego osób, przy takim modelu działania wydaje się niemożliwe.

    Żeby upodobnić służby amerykańskie do ich odpowiedników w państwach totalitarnych potrzeba dużo, dużo więcej czasu niż czteroletnia kadencja. A konieczne byłoby także złamanie oporu senackiej i izby reprezentantów komisji ds. wywiadu.

    Piotr Niemczyk

    1 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str. 58;

    2 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 721;

    3 Tom Clancy, Mark Greaney; „Zwierzchnik”; przekład Jan Dzierzgowski, Wojciech Górnaś, Antoni Górny, Krzysztof Heymer; Fabryka Sensacji; Warszawa 2014, str. 127;

    4 James Grady; ”Sześć dni Kondora”, przekład Stefan Wilkosz; Wydawnictwo Amber; Warszawa 1994, str. 62

    5 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 388;

    6 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 138;

    7 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str. 76;

    8 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 151;