Tag: Tomasz Sekielski

  • „Latają i szpiegują”, felieton Piotra Niemczyka

    Dziwna jakaś przekora nie pozwala mi na pisanie o reorganizacji polskiego rządu, po której Jarosław Kaczyński obejmie funkcję porównywalną tylko do roli Kim Ir Sena jako przewodniczącego Komisji Wojskowej w KRLD. Ta sama przekora nie pozwala mi też napisać o wydaleniach rosyjskich dyplomatów z państw europejskich, w których szpiegowali „pod przykryciem dyplomatycznym”. Nie czuję się też na siłach, by pisać o kolejnych sporach społeczności wywiadowczej USA z Donaldem Trumpem, który najwyraźniej nie ma nic przeciwko temu, żeby prezydenta Stanów Zjednoczonych ponownie wybrali rosyjscy hakerzy i specjaliści od dezinformacji.

    Za to – jako nieuleczalnego maniaka czytania książek – dopadła mnie jakaś potrzeba napisania o urządzeniach służących do wywiadu elektronicznego. W szczególności szpiegowskich samolotów i dronów.

    Najbardziej zaintrygowała mnie informacja o tym, że już nie tyle rozwój możliwości bezzałogowców jest głównym zadaniem ich konstruktorów. To co się teraz liczy przede wszystkim w wyścigu „kto lepszy”, to umiejętności ich wykrywania i niszczenia, a z drugiej strony utrudnianie ich wyśledzenia i miniaturyzowania.

    A co to są w ogóle te drony i po co się je buduje? Chyba nie trzeba czytać eksperckich opracowań i instrukcji obsługi. Zupełnie wystarczająco wyjaśnia to Tomasz Sekielski w powieści „Sejf”:

    Bezzałogowe samoloty były idealnym narzędziem do rozpoznawania terenu i namierzania oddziałów wroga. Wykorzystywano je właściwie w każdej operacji specjalnej. Polski wywiad dysponował maszyną MQ-9 Reaper produkowana przez Amerykanów z General Atomics Aeronautial Systems – nowością pośród latających dronów. Jej pułap maksymalny wynosił 15 tysięcy metrów, zasięg sześć tysięcy kilometrów, bez lądowania mogła przebywać w powietrzu 28 godzin, pod skrzydła podczepić można było ponad 1300 kilogramów uzbrojenia. Standardowe wyposażenie stanowiły kamery do prowadzenia obserwacji w dzień i w nocy, dalmierz laserowy i laserowy wskaźnik celów. Już od ponad trzech godzin Żniwiarz z wysokości kilku tysięcy metrów patrolował okolice Koterki i Siemiatycz, na tym pułapie właściwie nie do zauważenia przez postronnych obserwatorów. Całkowitą niewidzialność zapewniały mu systemy antyradarowe.”1

    Jednakże książka Tomasza Sekielskiego nie jest wystarczająco nowa, żeby zauważyć, że opisywany pojazd to prawdziwy dinozaur. Zarówno według kryteriów wielkości (ponad 1300 kilogramów uzbrojenia), jak i funkcjonalności – współcześnie unika się łączenia misji bojowych i rozpoznawczych – stąd budowane są inne typy statków do różnych celów. Ta specjalizacja jest dość w stosunku do dotychczasowej historii bsl-ów. Dlatego tez i wielu autorów nie wnika w te różnice zadań.

    Jednym z najbardziej znanych (bo też i najstarszych) bezzałogowców jest Global Hawk. Jego możliwości dość precyzyjnie omawia Frederick Forsyth, były pilot i kurier wywiadu brytyjskiego.

    Global Hawk ma wyjątkowo długi czas lotu – aż trzydzieści pięć godzin. Jeśli nie oddala się zbytnio od bazy, jest w stanie krążyć nad celem przez trzydzieści godzin. Lecąc na pułapie dwudziestu tysięcy metrów, niemal dwukrotnie wyżej niż samolot pasażerski, w ciągu dnia może przeszukać ponad sto tysięcy kilometrów kwadratowych. Albo zawęzić promień poszukiwań do dziesięciu kilometrów kwadratowych i przekazywać obraz ostry jak brzytwa.

    Hawk nad Kismaju wyposażony był w radar ze sztuczną przesłoną, czujniki elektrooptyczne i na podczerwień oraz radiolokator, pozwalające mu działać w dzień i w noc, przy dobrej pogodzie i w chmurach. Mógł także <słuchać> najcichszych transmisji nadawanych przy minimalnej mocy oraz <wyczuć> zmiany źródeł ciepła spowodowane przez poruszających się poniżej ludzi. Zebrane w ten sposób dane wywiadowcze w ciągu nanosekundy przekazywano do Nevady.”2

    O ciekawym urządzeniu informowały niedawno serwisy specjalistyczne. Izraelska firma SPEAR, pracująca na potrzeby sił zbrojnych opracowała model Ninox40, który może startować z ręki żołnierza czy szpiega. Waży 250 gramów i wraz ze specjalną tuleją mieści się, na przykład w lufie małego granatnika podwieszanego do powszechnie stosowanych w armiach karabinków automatycznych.

    Fot: SPEAR.

     

    Wbrew pozorom, tak zminiaturyzowane drony, to w literaturze szpiegowskiej, nic nowego. Pisał o nich Vladimir Volkoff już w 2003 roku w „Spisku”. Nietrudno się zdziwić, że porównywał je do karaluchów, czy innych latających robali.

    Postawił zabawkę na owalnym stoliku w miedzianej ramie, przodem do otwartego okna.

    Z wyglądu przypominała ona wielkiego, ciemnobrązowego karalucha o długości mniej więcej siedmiu centymetrów, z trójkątną głową przechodzącą w płaski korpus, błoniastymi skrzydłami składającymi się niczym wachlarz pod rogowymi pochewkami, z nitkowatymi, długimi czułkami i sześcioma kosmatymi odnóżami.

    Husajn otworzył blat mahoniowego sekretarzyka, położył na nim laptopa i uruchomił go.

    Z niewielkiego pudełka wyjął przedmiot przypominający drążek zmiany biegów. Był to joystick.

    Podłączył joystick do komputera i uruchomił program <Owady>.

    Ekran zamigotał i Husajn ujrzał na nim szczegóły pokoju, w którym się znajdował – otwarte okno, kawałek szafy z lustrem, grafikę przedstawiającą Napoleona przekraczającego Alpy. To właśnie <widział> jego karaluch.

    Wziął do ręki joystick i delikatnie, milimetr za milimetrem, przesunął go do przodu.

    <Cockroach> zamachał przezroczystymi skrzydłami i z ledwie słyszalnym pomrukiem uniósł się w powietrze.

    To, co <widział> karaluch, natychmiast pojawiło się na ekranie, a Husajn, ograniczając prędkość jego lotu do minimum, najpierw kazał mu kilkakrotnie oblecieć dookoła obwieszony wisiorkami żyrandol. Ćwiczył się w tym pilotażu przez całe dnie, ale i tak potrzebował teraz kilku chwil, żeby uchwycić relacje zachodzące między pozycją mikrodronu a przedmiotami, których obraz przekazywał. (…)

    W końcu <Cockroach> wyfrunął przez okno, poleciał w stronę Mojki, musnął jej powierzchnię, minął się z kilkoma muchami, przestraszył parę wczesnych komarów, przeciął kanał, osiągnął poziom granitowego nabrzeża i zaczął wznosić się w powietrze. (…)

    W końcu mikrodron wleciał przez okno do pokoju i przysiadł na stoliku, z którego rozpoczął swoją podróż. Komputer zarejestrował wszystkie przekazane przez niego obrazy.”3

    Vladimir Volkoff do śmierci (w 2005 roku) raczej nie zetknął się z takim urządzeniem, ale wyjątkowo trafnie przewidział jego możliwości.

    Co ciekawe nie tylko miniaturyzacja jest sposobem na ukrycie zbliżającego się bsl przed instalacjami, które mają go wykryć. Rosjanie, w lecie 2020, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy do mediów trafiły pierwsze zdjęcia Ninox’ów ogłosili, że rozpoczęli produkcję bezzałogowców w technologii stealth. Mają one wejść do wyposażenia wojskowego w 2024 roku, ale specjalne powłoki, które uniemożliwiają namierzenie drona przez radary, były już najprawdopodobniej testowane w Syrii i tureckie radary nie były w stanie wykryć nawet dużych i uzbrojonych obiektów.

    Z drugiej strony mniej więcej tyle miejsca, co nowoczesnym technologiom ukrywania dronów, poświęcają media metodom ich wykrywania. Tylko w sierpniu 2020 dwa państwa ogłosiły postępy w produkcji urządzeń do utylizacji bsl’ów. I w tej sprawie Rosjanie są w czołówce stawki. Opublikowali parametry zestawu „Rać”, który wykrywa obce obiekty z odległości 3,5 kilometra. Odpowiednio skonfigurowany system radiolokacji przechwytuje ich sygnały właśnie z takiej odległości. Dodatkowym wsparciem jego możliwości są urządzenia optoelektroniczne. Możliwości uszkodzenia drona przez system Rać zaczynają się 2,5 kilometra od chronionego miejsca. Najpierw promieniowanie mikrofalowe ma uszkodzić system nawigacji, łączności i reszty elektroniki, a kiedy to nie wystarczy, oślepionego i ogłuszonego intruza dobija się laserem, który działa skutecznie w promieniu do jednego kilometra.

    Obok Rosjan swoje plany ujawnili (częściowo) Niemcy. System, który zamierzają wprowadzić, nazywa się „Guardion”. Wykrywa on zbliżające się bezzałogowce radiowo i radarowo, a także wychwytując fale dźwiękowe i w ostateczności wizualnie. Następnie rozwala im system łączności i nawigacji. Na zakończenie uszkadza je fizycznie silnym impulsem promieniowania elektromagnetycznego i jest zdolny do przechwycenia obiektu specjalną siatką wystrzeliwaną z wyrzutników.

    www.unsplash.com/Grant Ritchie

    Może właśnie z powodu rozwijającej się techniki przechwytywania i niszczenia dronów, różne agencje wywiadowcze i siły zbrojne nie rezygnują ze statków pilotowanych przez ludzi. Wygląda na to, że człowiek nadal może szybciej niż maszyna zauważyć zagrożenie i nawet spontanicznie podjąć środki zaradcze. Tylko w mijającym roku, przynajmniej dwa razy, głośno było o samolotach szpiegowskich. Chociażby dlatego, że amerykański U-2 (one naprawdę jeszcze latają) wleciał w strefę ćwiczeń chińskiej artylerii rakietowej nad zatoką Bohai w północno-wschodnich Chinach. Wtargnął w przestrzeń „no fly zone”, której nie można naruszać bez specjalnej notyfikacji. Wzmianki o regularnych lotach samolotów rozpoznania elektronicznego nad morzem Czarnym, Bałtyckim lub Barentsa, a także wzdłuż wybrzeży Alaski stały się tak rutynowe, że nie wzbudzają już większego zainteresowania mediów.

    Dużo poważniejszą dyskusję o zastosowaniach samolotów szpiegowskich do inwigilacji protestów ruchu „Black Lives Matter”, wywołały organizacje praw człowieka w USA. Przynajmniej od czerwca do sierpnia 2020, samoloty wyposażone w zaawansowany sprzęt rozpoznawczy, wykonały setki godzin lotów nad amerykańskimi miastami, w których odbywały się manifestacje. Najczęściej obserwującym, a zarazem obserwowanym samolotem były Cessny Citation, należące do FBI i wyposażone w sprzęt do identyfikowania twarzy, tablic rejestracyjnych a także połączeń telefonicznych i innych środków łączności, z dużej odległości.

    Obserwatorzy ustalili także samoloty innych formacji rządowych. Gwardii Narodowej, US Army (ze wskazaniem na Defence Intelligence Agency, czyli wywiad wojskowy), NSA a nawet Drug Enforcement Administration.

    O możliwościach takich statków powietrznych można się więcej dowiedzieć z literatury szpiegowskiej niż opracowań „fachowych”. Na temat protestów „Black Lives Matter” i metod ich inwigilowania powstanie jeszcze pewnie wiele powieści. A przynajmniej kilka już powstało z udziałem U-2 w co najmniej drugoplanowej roli. Pozwolę sobie zacytować jednozdaniową konkluzję Roberta Littela na ich temat:

    Nowy samolot wywiadowczy U-2 – szybowiec z silnikiem odrzutowym, wyposażony w kamery, zdolne z wysokości szesnastu kilometrów odczytać tablice rejestracyjne parkujących przed Kremlem samochodów.”4

    Biorąc pod uwagę, ile czasu minęło od napisania tych słów w początkach XXI wieku, można sobie tylko wyobrazić jak bardzo posunęła się precyzja urządzeń zainstalowanych w samolocie i to, że może on odczytać nie tylko tablice rejestracyjne, ale także policzyć ślady po rozgniecionych w czasie jazdy muchach.

    Ale szpiegowanie z powietrza to nie tylko drony i samoloty. Wystarczy spojrzeć w górę w trakcie dużych imprez. Sportowych, muzycznych, a przede wszystkich związanych z polityką, w trakcie kampanii wyborczych. Zobaczymy staroświeckie pozornie balony. Są one dość popularne w Izraelu, do obserwacji większych grup ludzi, których aktywność może w każdej chwili zamienić się w poważne rozruchy (na taką okoliczność balony są kuloodporne). I w tym momencie warto wrócić do powieści Federicka Forsytha, z balonów da się obserwować nie tylko duże obiekty na ziemi. Można kontrolować cały interesujący obszar przygraniczny:

    Rząd amerykański sięgnął do kosztownych i pomysłowych technik obserwacyjnych. Między innymi rozmieszczono serię zamaskowanych balonów, które umocowano w miejscach na uboczu, gdzie teren jest własnością Waszyngtonu, został wykupiony bądź wynajęty.

    W podwieszonych do balonów gondolach znajduje się zestaw ultranowoczesnego sprzętu radarowego oraz radiomonitorów, który obejmuje swym zasięgiem cały basen Morza Karaibskiego, od Jukatanu na zachodzie do Anegady na wschodzie i od Florydy na północy aż po wybrzeża Wenezueli. Każdy samolot, bez względu na wielkość, który wystartuje w obrębie tego akwenu, jest natychmiast dostrzeżony. Urządzenie podaje jego kurs, prędkość i wysokość. Każdy jacht, frachtowiec, krążownik czy transatlantyk jest po wyjściu z portu natychmiast odszukany i śledzony z nieba przez dalekie, niewidzialne oczy i uszy.”5

    Tradycjonaliści szpiegowania prawdopodobnie stwierdzą, że te wszystkie latające urządzenia, to zawracanie głowy. Że nie ma to jak porządna źródłowa informacja, pozwalająca zrozumieć plan działania i jego kontekst. Nowocześni analitycy się pewnie z tym nie zgodzą. Pewna informacja źródłowa, dostarczona na czas, to ogromna rzadkość. Dlatego trzeba sobie radzić także w sytuacjach, kiedy da się sfotografować rozmówców, ale o tym co było przedmiotem rozmowy, można się tylko domyślać. Dlatego można się spodziewać, że i drony i inne samoloty szpiegowskie, mają przed sobą długą i bogatą przyszłość.

    Piotr Niemczyk

    1 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 56;

    2 Frederick Forsyth; „Czarna lista”; przekład Andrzej Niewiadomski; ; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2014, str. 155;

    3 Vladimir Volkoff; „Spisek”; przekład Beata Biały; Klub Książki Katolickiej; Dębogóra 2008, str. 305-306;

    4 Robert Littell; „W gąszczu luster”; przekład Dorota Walasek-Elbanowska, Aleksandra Lercher-Szymańska; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2005, str. 380;

    5 Frederick Forsyth; „Fałszerz”; przekład Zdzisław Kusiak; Wydawnictwo Amber; Warszawa 2009, str. 315;

  • „Dzieje jednego pocisku” – felieton Piotra Niemczyka

    Nie. Nie ma obaw. Nie będę tutaj streszczał ani recenzował powieści Andrzeja Struga, chociaż znowu coraz bardziej zaczyna ona pasować do obecnych czasów. Chciałbym się tylko przez chwilkę zastanowić, jak to się stało, że Sławomir Sierakowski, redaktor „Krytyki Politycznej” znalazł w Mińsku, w trakcie zamieszek, łuskę po pocisku do broni gładkolufowej z napisem „Made in Poland” z boku.

    fot: profil FB Sławomira Sierakowskiego

    Po starannym przyjrzeniu się i porównaniu ze zdjęciami podobnej amunicji wyprodukowanej w Fabryce Amunicji Myśliwskiej w Pionkach, można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że to łuska od amunicji hukowej stosowanej przede wszystkim do rozpędzania demonstracji, najprawdopodobniej wyprodukowana w Polsce przed 2004 rokiem.

    Dlaczego przed 2004 rokiem? Bo Polska weszła do Unii Europejskiej w 2004 roku, a w Unii obowiązują inne zasady oznaczeń tego rodzaju amunicji niż w Polsce przed datą wejścia do UE.

    Także w 2004 roku Bruksela zaczęła wprowadzać sankcje na dostawy broni i sprzętu policyjnego, który mógłby służyć represjom wobec obywateli. Embargo było wprowadzane z powodu represji uruchomionych przez reżym Łukaszenki po manipulowaniu wyborami, które powinny się odbyć w 1999 roku, a zostały przeprowadzone dopiero w 2001, po zniknięciu kilku czołowych polityków opozycji i rozpędzeniu protestów związanych z ich usunięciem. Już wtedy policja utworzyła tzw. szwadrony śmierci, odpowiedzialne za zniknięcia (zabójstwa?) opozycjonistów.

    www.unsplash.com/Osman Yunus Bekcan

    Można więc założyć, że amunicja do broni gładkolufowej trafiła na Białoruś „legalnie” przed 2004 rokiem, lub przez łańcuszek pośredników, jak ten opisany przez Tomasza Sekielskiego, jako ilustracja metod stosowanych przez służby białoruskie do nielegalnego handlu bronią:

    Chodziło o to, by nikt nigdy nie dotarł do prawdziwych zleceniodawców. W tym celu stworzono sieć firm przykrywek w Mołdawii, Syrii, Sudanie i Pakistanie. To między tymi państwami krążyły kontenery z bronią… ale tylko na papierze. Sprzęt został zamówiony w białoruskiej firmie BelTechExport.”1

    Białoruś jest potęgą w nielegalnym handlu bronią. Zarówno tą wyprodukowaną jeszcze w ZSRR, leżącą w magazynach armii, jak i tą zmontowaną już po likwidacji Związku Radzieckiego. Bywa też pośrednikiem pomiędzy renomowanymi producentami broni, a państwami i organizacjami objętymi międzynarodowymi sankcjami. Trudno mieć wątpliwości, że firmy trudniące się handlem bronią na Białorusi miałaby jakiekolwiek kłopoty z zakupem amunicji do broni gładkolufowej, wyprodukowanej w Polsce.

    Czy znalezienie łuski po amunicji używanej do rozpędzania protestów przez polskiego publicystę to zwykły przypadek? Niekoniecznie. OMON-owcy dość skrupulatnie zbierali łuski, z których muszą rozliczyć się w magazynach amunicji. Za zgubienie tulei od pocisku hukowego, gazowego czy gumowego mogą mieć kłopoty. Jednak kilka łusek zgubili. Może dlatego, żeby postawić Polaków, w trudnej sytuacji. Państwo rzekomo wspiera opozycję białoruską, ale zarazem gra na dwa fronty, sprzedając reżymowi Łukaszenki amunicję. To kłopot dla polskiego wizerunku i reputacji, nie mówiąc o tym, że może narażać RP na kłopoty spowodowane ewentualnym międzynarodowym śledztwem dotyczącym tego, jak amunicja z państwa Unii Europejskiej trafiła do kraju objętego embargiem.

    Jednak brutalne metody rozpędzania demonstracji i eliminowania różnych działaczy opozycji nie służą przecież jedynie ochronie tajemnic związanych z nielegalnym handlem bronią. Administracja Łukaszenki uwłaszczyła się na państwie białoruskim. Majątek tylko prezydenta szacowany jest na kilka miliardów euro. Majątki związanych z nim oligarchów, członków rządu i szefów agencji państwowych, a także kierownictwa służb specjalnych można szacować na setki milionów.

    Obok handlu bronią, drugie najpoważniejsze źródło zarobków to nadzór nad przemytem papierosów do Unii Europejskiej. W tej kontrabandzie, rola tzw. mrówek (czyli osób pojedynczo przemycających po kilka „sztang” papierosów) jest nieistotna. Problemem są TIR-y, wypełnione milionami paczek papierosów (w kontenerze mieści się prawie milion pudełek), które wjeżdżają „tranzytem” na Litwę i do Polski po to, aby dostarczyć papierosy np. do Mołdawii. Tylko, że papierosy „giną” po drodze. Granicę rumuńsko-mołdawską przekraczają puste, a wyroby tytoniowe zasilają wart ok. 100 mld euro czarny rynek papierosów Unii Europejskiej.

    www.unsplash.com/Giorgio Trovato

    Najlepszą powieścią jaką znam opisującą (także od środka) białoruskie KGB jest książka Vincenta V. Severskiego „Nielegalni”. Z dużą znajomością opisuje on powiązania funkcjonariuszy tej służby z mafią, a także fatalne relacje wewnątrz służby, szantaże i donosicielstwo.

    Pokój wypełniały kłęby dymu papierosowego wymieszane z oparami wódki, piwa i uryny z zepsutej toalety. W rogu pokoju stał telewizor włączony ma MTV bez głosu.

    Pułkownik Andriej Olegowicz Stepanowycz z mińskiego KGB czuł, że jeżeli zostanie dłużej, to za chwilę urwie mu się film. Podjął już decyzję: najwyższy czas iść do domu, zwłaszcza że mieszka niedaleko.

    Wydawało mu się, że głosy pięciu pijanych mężczyzn zlewają się w jeden potężny ryk. W żadnym wypadku nie mógł zasnąć, bo miał nieodparte wrażenie, że koledzy ze Służby Celnej, nie mniej pijani od niego, tylko czekają, żeby odebrać mu jego zasłużone pięć tysięcy dolarów.

    Później powiedzą, że gdzieś zgubiłem. To skurwysyny… Takim nigdy nie można ufać! – pomyślał z wysiłkiem.

    Co prawda nie napracował się zbytnio, by zasłużyć na te pieniądze, bo i nie było przy czym, zabezpieczał jedynie transport papierosów do Polski, ale piątka mu się należała, bo jest najstarszy stopniem. Już dawno nie dostał takiej kasy, więc wciąż odruchowo wsuwał rękę do kieszeni, sprawdzając, czy pieniądze są na swoim miejscu. I po każdej takiej kontroli było mu coraz przyjemniej”.2

    Ta przyjemność się szybko kończy, ponieważ Stepanowycz, jeden z szefów białoruskiego kontrwywiadu zostaje szybko zamordowany i obrabowany. Śledztwo nadzoruje osobiście Aleksander Łukaszenka, który wyjaśnienie sprawy zleca, rywalizującej z KGB, Służbie Bezpieczeństwa Prezydenta.

    Jak Służba Bezpieczeństwa prowadzi dochodzenie, to zawsze coś znajdzie, na każdego… – pomyślał z lekkim niepokojem kapitan Wasilij Krupa. Przekręty, korupcję, zaniedbanie, oszustwa, a może nawet jakiegoś szpiega. Dobrze powiedział Popow, że dzisiaj będą zajęcia w podgrupach, bo każdy ma coś na sumieniu i padł na nich blady strach!.”3 Oczywiście zajęcia w podgrupach, to narady na których funkcjonariusze KGB ustalają, kto komu daje jakie alibi, żeby ukryć nadużycia. Oczywiście suto zakrapiane wódką.

    Vincent Severski jednak nie zostawia złudzeń w sprawie tego, że funkcjonariusze „kręcili na boku” wyłącznie we własnym interesie. „Zastępca szefa kontrwywiadu, jeżeli robił interesy, to nie jakieś bazarowe przekręty. Taka figura, z takimi kontaktami musiała wyciągać poważną kasę. (…) Stosunki w białoruskim KGB przypominały dawne komunistyczne układy, wymieszane z mafią, chciwością, podłością i ludzkim marzeniem o lepszym życiu. (…) Celnicy są pod kryszą rosyjsko-białoruskiej mafii i bezpieki Łukaszenki.”4

    Jeżeli ktoś próbuje być samodzielny, musi spodziewać się, że prędzej czy później stanie się ofiarą szantażu: „Chuj mnie obchodzi, co robisz, ale kasa ma być regularnie i na czas. Rozumiesz, Popow?! – Był już bardzo agresywny. – Powiedz swoim, że Pułkownik Stepanowycz zapewnia ci kryszę! Pamiętaj, że byłem w Afganistanie, w specnazie. Nie próbujcie żadnych sztuczek, to wszystko będzie dobrze i wszyscy będą zadowoleni.”5

    Oczywiście nawet wiceszef kontrwywiadu w takiej „układance” nie mógł być samodzielny. „Stepanowycz zajmował się, jak rozumiem, przemytem na polskiej granicy, to musiał mieć swoich ludzi w Służbie Celnej i wśród wysokich urzędników w Mińsku, czyż nie? I w tamtejszej mafii… (…) Kilka razy próbowaliśmy usunąć go ze stanowiska, ale miał mocne plecy u Łukaszenki. (…) Oddawał gdzie trzeba działkę z przemytu i interesy się kręciły.”6

    A jak łatwo się przekonać na stronach książki Severskiego, gdy ktoś próbował się wyłamać z takiego systemu, to musi liczyć się z szantażem, przemocą, fabrykowaniem dowodów, a nawet morderstwem.

    Czytelnik powieści Severskiego, Sekielskiego czy innego autora piszącego o Białorusi, może powiedzieć: to wszystko bzdury. Fikcja literacka.

    Niestety nie. Potwierdzają to prace publicystów, historyków, politologów badających historię najnowszą Białorusi. Niestety w Polsce nie ukazują się książki opisujące kompleksowo sytuację w dawnej republice radzieckiej w oparciu o fakty. Na świecie jednak ukazało się ich sporo. Może warto przetłumaczyć chociażby kilka.7

    Finał powieści Andrzeja Struga jest pesymistyczny. Ale chyba dlatego, że za bardzo koncentruje się na przemocy. Społeczeństwo białoruskie protestuje pokojowo. To struktury siłowe, broniąc swoich wygodnych posad, profitów z korupcji i rozliczeń z mafią, sięgają do brutalnych represji. A losy pocisku przypominają trochę przestępcze „karuzele” stosowane do handlu bronią i przemytu wielkich ilości papierosów. Paradoksalnie to nie rozbudowane struktury bezpieczeństwa, coraz bardziej zaawansowane procesy produkcji i skomplikowane procedury międzynarodowego handlu posuwają świat do przodu. To idealiści, wizjonerzy, obrońcy praw człowieka i praworządności czynią go coraz lepszym. Oby zaczęło się to sprawdzać także na Białorusi.

    Piotr Niemczyk

    1 Tomasz Sekielski; „Obraz kontrolny”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2013, str. 113;

    2 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str. 77;

    3 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str.131;

    4 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str.134-137;

    5 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str. 196;

    6 Vincent V. Severski; „Nielegalni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2014, str. 348;

    7 Na przykład:

    – Andrei Sannikow; “My Story: Belarusian Amerikanka or Elections Under Dictatorship”; wydawca: East View Press, Waszyngotn DC 2015;

    – Hennadii Mykhailenko; “Lukashenko Ltd: It is my true life story about Belarus hospitality especially for foreign investors”; wydane nakładem własnym autora; Amazon 2016;

    – Anatol Liabedzka; “108 Days & Nights in a KGB Dungeon: Diary of Anatol Liabedzka, a Political Hostage”; wydawca: Versus aureus; Wilno 2013;

  • „Pegaz i inne zwierzęta” – felieton Piotra Niemczyka

    Zanim oddam głos i łamy Piotrowi Niemczykowi, ekspertowi do spraw bezpieczeństwa, byłemu dyrektorowi Biura Analiz i Informacji Urzędu Ochrony Państwa, a także autorowi książki „Krótki kurs szpiegowania” oraz współautorowi „Christine. Powieści o Krystynie Skarbek”, to chcę Pana Piotra serdecznie tutaj powitać, a Wam powiedzieć, że nie jest to incydentalna wizyta. Piotr Niemczyk będzie nas prowadził przez kręte drogi współczesnego świata, a będzie to robił w odniesieniu do literatury – najczęściej szpiegowskiej, ale nie tylko. Panie Piotrze, witam na pokładzie, proszę się czuć jak u siebie. Teraz już oddaję Was w ręce eksperta.

    Media, politycy i część opinii publicznej ekscytuje się ostatnio możliwościami systemu Pegasus, który CBA wykorzystywała prawdopodobnie do inwigilacji byłego ministra transportu w rządzie Donalda Tuska, Sławomira Nowaka. Co bardziej bulwersujące, system ten pośrednio mógł służyć zdobywaniu informacji ze sztabu wyborczego Rafała Trzaskowskiego. Mariusz Kamiński temu zaprzecza, ale nieprzekonująco.

    W każdym razie, nagle wiele mediów obudziło się, ścigając się jak na wyścigach, kto opublikuje bardziej przerażający opis możliwości tego systemu. Tymczasem wystarczy poczytać trochę powieści szpiegowskie, żeby zorientować się, że wiedza dotycząca zaawansowanych systemów inwigilacji i sposobów ich wykorzystania jest prawie tak stara jak komputery.

    Dan Brown, fot: www.danbrown.com

    Systemom inwigilacji elektronicznej, o możliwościach podobnych do Pegasusa, poświęcona jest powieść Dana Browna „Cyfrowa Twierdza”, wydana w Polsce w 2005 roku. Kiedy się ją czyta, można podejrzewać, że została ona napisana na podstawie rewelacji ogłoszonych przez Edwarda Snowdena. Tyle, że Dan Brown napisał swoją powieść zanim świat dowiedział się o tym amerykańskim uciekinierze.

    Ale po co szukać literatury amerykańskiej, w której nb. można się dowiedzieć naprawdę bardzo wiele o możliwościach „Singal Intelligence”, „Electronic Intelligence”, „Telekomunication Intelligence” i innych SIGINTÓW, ELINTÓW, COMINTÓW. Szczególnie tych najnowszych (polecam Toma Clancy’ego), w których akcja opiera się głównie o takie urządzenia.

    Ale nie trzeba szukać daleko. Tomasz Sekielski, w powieści „Sejf” wydanej już w 2012 bardzo dokładnie wyjaśnia o co chodzi w tych „zabawkach”. Bardzo proszę: „Na monitorze komputera pułkownika Wyrwickiego pojawiła się ikona sygnalizująca nadejście nowej wiadomości. Była to informacja przesłana przez jego ludzi obsługujących system Mozart, specjalistyczne niemieckie oprogramowanie do podsłuchiwania tysięcy rozmów jednocześnie. W zależności od potrzeb Mozart mógł nagrywać połączenia wykonywane z określonych numerów, rozpoznawać i wyławiać głosy wybranych osób albo reagować na słowa klucze wypowiadane w trakcie rozmowy telefonicznej. Co więcej, pozwalał na wykorzystanie konkretnego aparatu jako mikrofonu i podsłuchiwanie rozmów, gdy telefon, pozornie nieaktywny, leżał na biurku lub spoczywał w kieszeni właściciela.1

    I kawałek dalej o tym czy można się zorientować będąc „figurantem” systemu, że on działa: „Ani on, ani dziennikarz nie zwracali uwagi na swoje telefony komórkowe, które leżały na stole. Ale nawet gdyby im się przyjrzeli, nie byliby w stanie zauważyć, że urządzenia te pracują, działając jak pluskwy. Ich dzisiejszą rozmowę, tak jak wszystkie inne prowadzone przez ostatnie dni, zarejestrował system podsłuchowy Mozart i w postaci pliku dźwiękowego przesłał do Agencji Wywiadu.2

    Sporo na temat systemów inwigilacji elektronicznej pisze również Vincent V. Severski. Zwraca uwagę na przykład na to, że aby uniknąć podsłuchiwania rozmów przez telefon, najlepszym sposobem jest… pozbyć się go. W książce wydanej 8 lat temu napisał: „Neo wie, że możemy nie tylko śledzić jego telefon, ale też podsłuchiwać go aktywnie, jeśli jest włączony. Dlatego musi go gdzieś zostawiać.”3

    Vincent V. Severski, fot: smakksiazki.pl

    Żeby poznać więcej szczegółów trzeba jednak wrócić do literatury amerykańskiej. O tym jak wygląda efekt monitoringu osoby objętej systemem pisze były funkcjonariusz CIA (polskiego pochodzenia), ukrywający się pod pseudonimem Martin Zelenay: „W kolumnie, pojawiają się zielone litery i cyfry. To wyniki analizy danych z internetu, poczty elektronicznej i nasłuchu prowadzonego przez NSA. Pojawienie się czerwonych cyfr u góry oznacza uruchomienie nagrywania któregoś ze znanych nam numerów telefonów; podsłuchujemy ponad czterysta bezpośrednio związanych ze sprawą. Wyłapujemy kluczowe słowa z każdej rozmowy, przekazu radiowego, analizowany jest każdy przekaz elektroniczny. Wprowadziliśmy do systemu wszystkie dane, nazwiska, pseudonimy, przezwiska, inicjały osób, mających związek z akcją. Wyniki innych analiz pojawiają się w kolumnach niżej, na jasnym tle, natomiast aktualny przekaz z SCS jest jeszcze wyżej. – Mężczyzna uniósł rękę, wskazując rzędy pomarańczowych oznaczeń literowych i cyfrowych.”4

    Czy to wszystko legalne? W literaturze szpiegowskiej polskich autorów dość trudno znaleźć wyczerpującą analizę prawną. Ale już w przypadku amerykańskiej jak najbardziej. Na przykład Alex Berenson na chwilę przestaje być pisarzem, a staje się publicystą, wiernie oddając argumenty używane w amerykańskim Kongresie i w mediach:

    W USA legalność monitoringu jest wątpliwa – zgodnie z konstytucją tego rodzaju przeszukania wymagają oficjalnego nakazu sądowego. Administracja Busha uznała monitoring za legalny, pod warunkiem że NSA będzie <dokładać wszelkich starań>, aby pomijać transakcje dokonywane przez zwykłych obywateli. Zasada ta pozostawiała ogromną lukę. <Wszelkie starania> nigdy nie zostały dokładniej zdefiniowane. Nikt spoza NSA nie wiedział dokładnie, ile danych amerykańskich obywateli przechwycił rząd. Jednak po kolejnych wyborach programu nie zakończono. Nowy prezydent zdecydował, że – podobnie jak więzienie w Guantanamo – jest on zbyt przydatny, aby go tak po prostu zakończyć. (…)

    Mimo to monitoring kart nie był pozbawiony wad. NSA nie zawsze była w stanie uzyskać dostęp do żądanych informacji, zwłaszcza w Chinach czy Rosji. Szacowano, że wychwytuje mniej niż połowę wszystkich transakcji na świecie dokonywanych za pomocą kart kredytowych. Wszystkie pozyskiwane dane były zakodowane, więc po ich wyłapaniu NSA musiała je jeszcze odszyfrować. (…)

    NSA śledziła rozmowy telefoniczne, e-maile, komunikatory internetowe, zmiany statusów na Facebooku – cyfrową falę tsunami. Codziennie w świat wypływały miliardy wiadomości, otwartych i zakodowanych. NSA poświęcała masę energii już na samą segregację potencjalnie interesujących ją informacji. Jedynym zajęciem jednej trzeciej agencyjnych komputerów było decydowanie, czym powinny zajmować się pozostałe dwie trzecie.”5

    Oczywiście sytuacja i możliwości służb specjalnych w USA, ale także Rosji, Chinach, Wielkiej Brytanii, Francji czy Niemczech, jest diametralnie różna od tej w Polsce. I systemy nadzoru nad służbami, i kultura prawno-polityczna jest zupełnie inna. Jednak możliwości małych Pegasusów i wielkich Pegazów są identyczne, albo prawie identyczne. Dlatego ewentualność wykorzystywania narzędzi inwigilacyjnych, pod pretekstem walki z korupcją, praniem pieniędzy i przestępczością zorganizowaną, do przechwytywania informacji ze sztabu wyborczego kandydata na prezydenta, wymaga co najmniej solidnego zbadania przez odpowiednie instytucje państwowe. A przydałaby się też porządna książka na ten temat. Taka jak „Wszyscy ludzie prezydenta”.

    Piotr Niemczyk

     

    1 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 112;

    2 Tomasz Sekielski; „Sejf”; Dom Wydawniczy Rebis; Poznań 2012, str. 138;

    3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 293;

    4 Martin Zelenay; „Tajny raport Millingtona”; przekład Marcin Osiowski; Wydawnictwo Znak; Kraków 2014, str.303;

    5 Alex Berenson; „Tajny agent”; przekład Magdalena Grala-Kowalska; Wydawnictwo Hachette Polska; Warszawa 2012, str. 204;

  • Powolna jazda samochodem oraz Pismo Święte, czyli Sekielski i Miłoszewski o Tyrmandzie

    Weszliśmy w rok Leopolda Tyrmanda, więc siłą rzeczy będzie tutaj „Lolka” trochę więcej, chociaż mam wrażenie, że zawsze było sporo. Pod koniec roku mieliście okazję zobaczyć rozmowę z biografem Tyrmanda, Marcelem Woźniakiem (klik), a dziś czas na wspominki. Jeden z moich gości specjalnie powoli jeździł samochodem żeby przesłuchać jak najwięcej „Złego”, natomiast drugi przypomina sobie, że w jego domu właśnie ta książka stała między Pismem Świętym a „Panem Tadeuszem”. Przed Państwem Tomasz Sekielski i Zygmunt Miłoszewski. Żeby była jasność, wypowiedzi obu panów nagrywałem w lipcu.

     

  • Rozmowa z pisarzem, którzy schudł 70 kilogramów. Tomku Sekielski, idź tą drogą!

    Gdy rozpoczął odchudzanie, znajomi wołali na niego anorektyk. Gdy poznał swoją przyszłą dziewczynę, a ta zaprosiła go na urodziny, zmusił się do zjedzenia pizzy. Zdarzyły się i takie imprezy, na które przychodził z własnym jedzeniem. To tylko część historii, które Mikołaj Marcela opowiedział o zrzucaniu wagi. Miał 158, teraz ma 83 kilogramy, a do tego napisał kryminał dla dzieci „Best Seler i zagadka znikających warzyw”, w którym główne role grają papryki, bakłażany, seler i inni. Jak zrzucić? Jak utrzymać? Jak żyć?

  • Czy politycy czytają książki? Robert Biedroń vs Tomasz Sekielski

     

    Jak to jest z tymi politykami? Czytają książki, a może tylko udają, że czytają? Znane są przypadki, kiedy robią sobie zdjęcia na tle fototapety imitującej półkę z książkami. Spytałem Roberta Biedronia, czynnego polityka, obecnie prezydenta Słupska co czyta. Okazało się, że sporo. Z Tomaszem Sekielskim, który przeprowadził setki rozmów z politykami z pierwszych strona gazet porozmawiałem już o konkretnych nazwiskach. Co z tego wyszło? Zobaczcie sami.

     

  • „Rzucenie dziennikarstwa dla pisania książek? Rozważam”

    Ledwie kilka dni temu na księgarskich półkach pojawiła się jego najnowsza książka „Smak suszy”. Z Tomaszem Sekielskim rozmawiam o jego thrillerze politycznym, potencjalnym zamachu terrorystycznym w Polsce, a także, jak w tytule, o pokusie rozwodu z dziennikarstwem na rzecz bycia pisarzem na pełen etat.

     

  • „Haruki Murakami, Bob Woodward? Marzę, żeby napisali coś dla nas”. Tomasz Sekielski w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Z właścicielem wydawnictwa Od Deski do Deski, rozmawiam o spóźnionej książce Wojciecha Kuczoka, planach wydawniczych na nowy rok, a także o pieniądzach. Nie, o pieniądzach jednak nie rozmawiamy.

     

    Tomku, zacznę z grubej rury. Czy Wojciech Kuczok napisał już książkę, od której Twoje wydawnictwo miało rozpocząć serię na F/aktach?

    Plany – planami, a życie – życiem. Mam nadzieję, że w przyszłym roku książka będzie miała swoją premierę. Czytelnicy niecierpliwie czekają… ja też. Wierzę, że długość powstawania dzieła przełoży się na jego jakość.

    Czy z perspektywy wydawcy Sekielskiego inaczej patrzysz na polski rynek książki niż autor Sekielski?

    To jasne, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Nie jest jednak tak, że gdy zostałem wydawcą to coś mnie nagle zaskoczyło. Jako autor miałem świadomość problemów z jakimi boryka się rynek wydawniczy. Prowadzenie własnego wydanictwa, to nie jest łatwy biznes. Szczególnie w Polsce. Wiele osób wciąż mnie pyta: po co się w to wpakowałeś? Czasami nawet sam siebie o to pytam:) Jednak mimo przejściowych problemów i przeszkód „Od deski do deski” rozwija się. To głównie zasługa pani prezes, a prywatnie mojej żony Anny Sekielskiej, która wzięła na siebie codzienne zarządzanie firmą. Bez niej ten projekt nie miałaby szans.

    Przy starcie działalności wydawnictwa powiedziałeś, że nie zakładasz go po to, żeby zostać milionerem. Jeszcze musisz dokładać do interesu, czy wychodzisz już na zero? A może, czego życzę, jest górka?

    Podtrzymuję to co powiedziałem na początku. Wydawnictwo to inwestycja długoterminowa, a co do szczegółów – dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają.

    Jaki wpływ na działalność Od Deski Do Deski ma nominacja do Paszportu Polityki dla „Innej duszy” Łukasza Orbitowskiego? To znak, że obrałeś słuszną drogę?

    Nominacja dla Łukasza Orbitowskiego, to dla naszego wydawnictwa powód do dumy. Działamy na rynku bardzo krótko, a mimo to nasze książki zostały dostrzeżone oraz docenione zarówno przez krytyków jaki i czytelników. To chyba sygnał, że idziemy w dobrym kierunku. Nie zamierzamy schodzić z obranej drogi.

    Kolejną książkę w serii na F/Aktach napisze Sylwia Chutnik. Zdradź proszę, o czym będzie, no i kiedy będzie.

    Temat niech na razie pozostanie tajemnicą. Koncepcja tej książki zmieniała się kilkakrotnie. Premiera planowana jest na jesień 2016 roku.

    Trudno było namówić Janusza Leona Wiśniewskiego do napisania książki o zabójstwie Andrzeja Zauchy? Przyznasz, że autor nie kojarzy się z literaturą faktu. No, może trochę poza „Grandem”, ale tylko trochę.

    Janusz Leon Wiśniewski zgodził się właściwie od razu. Bardzo mu się spodobał pomysł napisania powieści w stylu „true crime”. Był nawet zaskoczony, że nikt przed nami nie wpadł wcześniej na wydawanie polskiej literatury tego typu. Wbrew pozorom książka „I odpuść nam nasze…” to historia jak najbardziej w stylu Wiśniewskiego. Jest tam wielka miłość, namiętność, zdrada i głośne zabójstwo.

    Co z Twoją książką o Grzegorzu Żemku i aferze FOZZ, wydasz ją w przyszłym roku?

    Książka jest już na etapie redakcji. Jestem bardzo zadowolony z tego co udało się stworzyć. To historia człowieka, który zna kulisy działania służb specjalnych i finansowych fortun jakie powstały w Polsce po 1989 roku. Rozmową z Grzegorzem Żemkiem – głównym oskarżonym w aferze FOZZ rozpoczynamy nową serię pt. NIE/ZWYKŁE ROZMOWY.

    Załóżmy, że masz nieograniczony budżet, którego autora ściągnąłbyś do swojego wydawnictwa? 

    To ciekawe pytanie, ale muszę być ostrożny. Konkurencja nie śpi. Jeśli powiem o swoich marzeniach, to przypadkowo mogę zdradzić z kim w Polsce prowadzimy rozmowy i jakie mamy pomysły. Co do autorów zagranicznych – to marzy mi się, aby Haruki Murakami napisał powieść specjalnie dla Od deski do deski. Inne nazwiska to: Roberto Saviano – autor „Gomorry” , Gianluigi Nuzzi – demaskator watykańskich tajemnic oraz Bob Woodward.

    Jakie plany wydawnicze na 2016 rok? Wyjdziesz poza serię na F/Aktach?

    Tak jak powiedziałem wcześniej – rozpoczynamy serię NIE/ZWYKŁE ROZMOWY. Kontynuujemy cykl NA/FAKTACH. Mamy też kolejne pomysły wydawnicze, o których jeszcze nie czas rozmawiać.

    Fot: Wydawnictwo Od Deski Do Deski