Tag: Umberto Eco

  • Szpieg w opałach – felieton Piotra Niemczyka

    W najnowszej, jeszcze ciepłej powieści Vincenta V. Severskiego „Nabór”, dochodzi do wymiany oficera i agenta polskiego wywiadu na jednego z najważniejszych operatorów Sił Ghods, elitarnej jednostki dywersyjnej irańskich służb specjalnych. „Gdy generał Ahmad Harumi zobaczył nagranie wideo, na którym Arif wyjaśnia, w jakiej jest sytuacji i czego oczekują jego porywacze, wydał krótkie polecenie, by natychmiast odstawić obu więźniów do Kijowa. Arif Harumi wyleciał w drugą stronę tego samego dnia, w którym Wydział Q odebrał na lotnisku Igora i Wasię.”1

    Wymiana, jak widać nie była zbyt skomplikowana. Oficerowie i agent zostali wymienieni na lotnisku w kraju trzecim. Od czasu spektakularnych spotkań na moście Glienicke w Berlinie, do tego rodzaju operacji wykorzystuje się porty lotnicze w państwach neutralnych (przynajmniej w relacjach ze stronami). No chyba, że skonfliktowane służby wywodzą się z krajów sąsiadujących. Jak Estonia i Rosja, które ostatnio wybierają most na rzece granicznej w Koidula.

    Taka wymiana natychmiast przywołuje na myśl sprawę polskiego obywatela, Mariana Radzajewskiego, ofiarę prowokacji rosyjskiej FSB. Został on aresztowany w 2018 roku za rzekomą próbę zakupu tajnych części systemu obrony przeciwlotniczej S-300 (sprawa wydaje się absurdalna o tyle, że systemem S-300 dysponują przynajmniej trzy państwa NATO). Moskiewski sąd skazał go w 2019 roku na 14 lat kolonii karnej w obostrzonym rygorze. Pomimo wyraźnych sygnałów strony rosyjskiej, że chętnie by go wymieniła w pakiecie, za któregoś z zatrzymanych w ostatnich latach, agentów SWR, polska dyplomacja nie chce lub nie potrafi nic z tym zrobić.

    www.unsplash.com/Jørgen Håland

    Tyle tytułem wstępu, bo trzeba pamiętać, że wymiana oficerów lub agentów wywiadu, złapanych na gorącym uczynku to ostateczność. Robi się to głównie po to, żeby potencjalnych przyszłych agentów zapewniać, że służba zrobi wszystko, aby w przypadku dekonspiracji uratować ich przed więzieniem, czy jeszcze gorszym losem. Tyle, że wymiana – jeżeli w ogóle do niej dojdzie, bo przecież nigdy nie ma takiej pewności – jest rozwiązaniem z możliwych najgorszym. Nie tylko ze względu na los więzionego i często brutalnie przesłuchiwanego agenta, także ze względu na to, że każda wpadka oznacza konieczność, trudnego i oznaczającego obowiązek pracochłonnej weryfikacji informacji, rachunku strat. W tym analizy, które z informacji przekazanych wcześniej przez agenta mogły być podsuniętą przez przeciwnika dezinformacją.

    Dlatego najlepszym wyjściem, w przypadku zagrożenia agenta lub oficera z linii „nielegalnych” (czyli poza statusem dyplomatycznym), jest eksfiltracja.

    Eksfiltracja to wywiezienie podejrzanej o dekonspirację osoby z obszaru, na którym może być poszukiwana, w bezpieczne miejsce. Pod fałszywą tożsamością lub dobrze ukrytą w jakimś ładunku.

    W literaturze szpiegowskiej można znaleźć wiele przykładów wywożenia agentów lub przykrywkowców. Tom Clancy wyjaśnia jednak, że pomimo iż sprawa dotyczy w pierwszej kolejności reputacji służby, to w przypadku niepowodzenia może spowodować poważne implikacje międzynarodowe. Dlatego, podobnie jak w przypadku ewentualnej wymiany, musi ją poprzedzać zgoda najwyższych władz państwowych.

    – Nie mogę wydać zgody na ewakuację bez akceptacji prezydenta. (…)

    – No to ją załatw! Do diabła z polityką! Są też względy praktyczne, Arturze. Jeżeli pozwolimy pogrążyć takiego człowieka, jeżeli nie ruszymy palcem, żeby go ochronić, to sprawa się rozniesie… Rosjanie zrobią z tego miniserial! Na dłuższą metę będzie nas to kosztowało więcej niż chwilowe ustępstwo polityczne.”2

    Kiedy już zapadnie decyzja polityczna, w pierwszej kolejności należy zagrożoną osobę ukryć w takim miejscu, w którym najtrudniej ją będzie odnaleźć obserwacji przeciwnika. Na przykład w szpitalu -chociaż, jak słusznie zauważa Alan Furst – nawet w takim miejscu trzeba być przygotowanym na najgorsze. „Musieli przyjąć, że szpital jest pod obserwacją, a zatem spędziwszy tam trzy dni, Uhl opuścił lecznicę na zakrytych prześcieradłem noszach, które wsunięto do karawanu. Potem, w domu pogrzebowym, wydostał się tylnymi drzwiami i udał się do wynajętego pokoju na przedmieściach.”3

    Bywa, że już po wyciągnięciu cennego źródła z pola widzenia przeciwnika, dalej już wszystko idzie łatwo i prosto. „Przez dwie doby trwała wzmożona wymiana zaszyfrowanych depesz radiowych, po czym został wywieziony niepostrzeżenie z Moskwy w samochodzie ambasady jadącym do Finlandii. Podróżowało w nim pięciu mężczyzn, wszyscy mieli paszporty dyplomatyczne i mogli przekroczyć granicę bez kontroli.”4 Robert Littell w tym przypadku postanowił uniknąć niepotrzebnych komplikacji.

    www.unsplash.com/ConvertKit

    Zresztą w innych przypadkach podobnie: „Mój ojciec, moja siostra i ja pojechaliśmy na wakacje nad Morze Czarne do Bułgarii. Amerykańska CIA podesłała nam greckie paszporty i dołączyliśmy do wycieczki objazdowej wracającej przez Bosfor do Pireusu.”5

    Tyle, że bardzo rzadko jest tak łatwo. Zdarza się, że agenta trzeba, w ryzykowny sposób, wykraść sprzed nosa obserwacji. Jak u Jacka Higginsa.

    – Jak pana pilnują pańscy stróże? – zapytał Dillon.

    – Na zmianę. Jeden jest zawsze ze mną w salonie mojego apartamentu.

    – Proszę położyć się do łóżka jak najszybciej, niezależnie od pory. Taki facet jak pan sobie poradzi z jednym strażnikiem w pokoju?

    – A potem?

    – Po schodach w dół, biegiem. Przed hotelem zawsze stoją taksówki. Proszę powiedzieć taksówkarzowi, żeby jechał na dworzec kolejowy Gare du Nord. O północy odjeżdża nocny pociąg do Brestu. Będziemy czekać przy wejściu, z paszportem dla pana. Od teraz nazywa się pan Henry Duval.

    – Dokąd pojedziemy?

    – Do Bretanii, prywatny samolot zabierze nas stamtąd do Londynu.”6

    Jak widać Higgins bardziej się koncentruje na tym jak urwać się obserwacji. Na wszelki wypadek przewiduje fałszywą tożsamość, ale samo przekroczenie granicy ma być już na kompletnym „nielegalu”, czyli na pokładzie samolotu, który po prostu ucieknie z obszaru kontrolowanego przez przeciwnika.

    Wśród pisarzy, największym specjalistą od eksfiltracji jest Graham Greene (ten od szydzenia ze służb wywiadowczych w „Naszym człowieku w Hawanie”). W czasie II Wojny Światowej był brytyjskim szpiegiem, więc w większości powieści raczej poważnie traktuje kłopoty wywiadowców.

    W intrydze, którą zaplanował dla bohatera „Czynnika ludzkiego” kluczową sprawą jest zmiana tożsamości.

    Koniecznej jest, by złapał pan następny autobus na lotnisko. – Mężczyzna zaczął wykładać zawartość swojej aktówki na stół: najpierw bilet lotniczy, potem paszport, butelkę wypełnioną czymś, co wyglądało na klej, wypchaną foliową torbę, szczotkę do włosów, grzebień i brzytwę.

    – Wziąłem wszystko, czego potrzebuję – powiedział Castle rzeczowym tonem.

    Mężczyzna zignorował go.

    – Ma pan bilet jedynie do Paryża. Wyjaśnię to panu.

    – Wszystkie samoloty są z pewnością obserwowane.

    – Będą obserwować zwłaszcza samolot do Pragi, odlatujący w tym samym czasie co samolot do Moskwy, który jest opóźniony ze względu na problemy z silnikami. Niecodzienne zdarzenie. Może Aerofłot czeka na jakiegoś ważnego pasażera? Policja będzie bardzo uważać na odloty do Pragi i do Moskwy.

    – Obserwatorzy zostaną rozmieszczeni już w punktach kontroli paszportowej. Nie będą czekać przy wyjściach.

    – O to ktoś się zatroszczy. Musi pan stawić się do kontroli za… – zerknął na zegarek Castle’a – jakieś pięćdziesiąt minut. Autobus odjeżdża za trzydzieści minut. To pana paszport.

    – Co mam robić w Paryżu, jeśli tam dotrę?

    – Gdy opuści pan lotnisko, ktoś wręczy panu nowy bilet. Będzie pan miał tylko tyle czasu, by złapać następny samolot.

    – Dokąd?

    – Nie mam pojęcia. Dowie się pan wszystkiego w Paryżu.

    – Do tego czasu Interpol zdąży zaalarmować tamtejszą policję.

    – Nie zrobi tego. Interpol nie zajmuje się sprawami politycznymi. To wbrew przepisom.

    Castle otworzył paszport.

    – Partridge – odczytał. – Dobre nazwisko wybraliście. Sezon polowań jeszcze trwa. – Potem, zerknąwszy na fotografię, zaprotestował: – Ale to zdjęcie się nie nadaje. Zupełnie nie jestem podobny.

    – To prawda. Ale zaraz pana upodobnimy.

    Nieznajomy wziął swoje przybory do łazienki. Między kubkami do mysia zębów ustawił powiększoną fotografię z paszportu.

    – Proszę usiąść na tym krześle – nakazał i zaczął przycinać brwi Castle’a, a potem zajął się jego włosami: mężczyzna z paszportu był ostrzyżony na jeża.

    Castle obserwował poruszające się nożyce. Był zdumiony, jak uczesanie powiększyło czoło, zmieniło całą jego twarz, a nawet, jak mu się zdawało, wyraz oczu.

    – Ujął mi pan dziesięć lat – odezwał się.

    – Proszę siedzieć spokojnie.

    Mężczyzna przylepił mu wąski wąsik; wąsik człowieka bojaźliwego, niepewnego siebie.

    – Broda czy duże wąsy zawsze wyglądają podejrzanie – oznajmił. Z lustra patrzył na Castle’a obcy człowiek. – No, gotowe. Myślę, że wyszło dobrze. – Ze swojej aktówki nieznajomy wyjął składaną białą laskę. – Jest pan niewidomy – powiedział. – Wzbudza pan współczucie, panie Partridge. Hostessę Air France poproszono, by czekała na autobus z hotelu. Przeprowadzi pana przez kontrolę do samolotu. Z Roissy w Paryżu, gdzie pan wysiądzie, zostanie pan przewieziony na Orly. Czekający tam samolot również będzie miał problemy z silnikami. Być może nie będzie się pan już nazywał Partridge: inna charakteryzacja w samochodzie, inny paszport. Ludzka twarz jest wprost nieprawdopodobnie podatna na zmiany. (…)

    Proszę już iść i pamiętać o lasce. Gdy ktoś się do pana odezwie, proszę nie poruszać oczami, ale całą głową, i starać się patrzeć obojętnie.”7

    W przeciwieństwie do tego jak Robert Littell wywiózł swojego agenta w towarzystwie czterech dyplomatów, w większości opisywanych przypadków – podobnie jak u Grahama Greena – uciekający w zasadzie musi być zdany głównie na siebie.

    Julian Siemionow, na przykład przewiduje tylko dowiezienie zbiega do granicy. „Stirlitz zaparkował swój samochód o sto metrów od placu przed dworcem kolejowym. Samochód ze strażnicy czekał już w umówionym miejscu. Kluczyk znajdował się w stacyjce. Okna były naumyślnie zachlapane błotem, żeby utrudnić ewentualne rozpoznanie osób jadących w samochodzie. W górach w ściśle oznaczonym punkcie były wetknięte w śnieg narty, a obok stały buty.”8 Rosyjski autor nie rozwinął wątku, czy ktokolwiek sprawdził, czy eksfiltrowany umie jeździć na nartach.

    Dość zabawny, ale praktyczny pomysł podsuwa z kolei Umberto Eco. Proponuje on, żeby zagrożony tylko udawał, że uciekł. A gdyby ten kto go szuka był bardziej dociekliwy, to żeby dowiedział się, że poszukiwany zmarł. „Proszę rozgłosić przez zaufanych ludzi, że zmarł pan w drodze do Paryża. Niech pan nie wraca do Lyonu, znajdzie sobie schronienie tutaj, zgoli brodę i wąsy, stanie się kimś innym. (…) W końcu Guatia i jego towarzysze też uznają pana za zmarłego i przestaną pana dręczyć.”9 Taki pomysł nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę. Ale daje sporo czasu na profesjonalne przygotowanie ewakuacji.

    Żaden poważny autor nie dopuszcza jednak myśli, żeby przynajmniej nie próbować ratować agenta. Także piewca PRLowskiego wywiadu Henryk Bosak: „<Grafik> był tylko agentem! – powiedział pułkownik (…). Nie można wykluczyć, że DST go złamała i przyznał się do współpracy. Ale nawet wtedy nie możemy go zostawić samego.”10

    Dlatego tak denerwuje bezczynność polskich władz wobec Mariana Radzajewskiego. Najprawdopodobniej nie był żadnym agentem. Ale to nie zmienia sytuacji, że jego los zaważy na reputacji polskich służb i na przekonaniu, że ktokolwiek kto zdecyduje się na współpracę z wywiadem RP, nie może liczyć na realną pomoc, kiedy znajdzie się w opałach. I nie trzeba do tego profesjonalnej wiedzy. Wystarczy przeczytać kilka książek.

    Piotr Niemczyk

    1 Nabór, str. 823;

    2 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 213;

    3 Alan Furst; „Szpiedzy w Warszawie”; przekład Ewa Penksyk-Kluczkowska; Wydawnictwo Sonia Draga; Katowice 2010, str. 112;

    4 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 360;

    5 Robert Littell; „Legendy czyli maski szpiega”; przekład Marek Fedyszak; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2006, str. 159;

    6 Jack Higgins; „Mroczne kryjówki”; przekład Jakub Kowalczyk; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 114;

    7 Graham Greene; „Czynnik ludzki”; przekład Adam Pituła; Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2015, str. 298;

    8 Julian Siemionow; „Siedemnaście mgnień wiosny”; przekład Zdzisław Romanowski; Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej; Warszawa 1985, str. 176;

    9 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 427;

    10 Henryk Bosak; „Werbownik”; Wydawnictwo Jaworski; Warszawa 2002, str. 194;

  • „Kłamstwo, inspiracja, manipulacja”. Felieton Piotra Niemczyka

     

    Właśnie do księgarń trafiły dwie bardzo (a może nawet jeszcze bardziej) godne zauważenia pozycje. Pierwsza to „Burzliwe czasy” Mario Vargas Llosy. A druga to „Mindf*ck” Christophera Wylie. Widziałem już po kilka, jeżeli nie kilkanaście recenzji obu książek, nie będę więc ich omawiał (no może oprócz tego, że Christopher Wylie przecenia znaczenie kreatywności i unikalności metod Cambridge Analityca – nie oni pierwsi i nie oni jedni). Chciałbym jednak wskazać na podobieństwa pomiędzy tymi dziełami. Oba są o tym jak namieszać ludziom w głowie i wykorzystać presję opinii publicznej. W jednym przypadku do obalenia rządu w demokratycznym państwie, a w drugim do wybrania prezydenta, który w uczciwej kampanii wyborczej najprawdopodobniej nie miałby szans.

    Mario Vargas Llosa, fot: Felix Clay/East News/Wydawnictwo Znak

    Mario Vargas Llosa przypomina jak CIA, na polecenie rządu inspirowanego przez opinię publiczną, ogłupioną kampanią medialną, przekupionej i zmanipulowanej przez United Fruit Company, liberalnej prasy, doprowadza do obalenia demokratycznego rządu Gwatemali. Tylko dlatego, że planowana przez władze reforma rolna była niezgodna z interesami plantatorów i eksporterów bananów. Z przyzwoitych demokratów, nie związanych z Moskwą i nawet nieznających założeń komunizmu, zrobiono radzieckich agentów, którzy planowali stworzyć radziecki przyczółek w Ameryce Środkowej.

    I wszystko to działo się na długo przed Internetem, a nawet wszechobecnością telewizji. Na początku lat 50-tych.

    To właśnie dlatego, że akcja książki peruwiańskiego noblisty dzieje się tak dawno temu, trudno mi przecenić znaczenie historii Christophera Wylie.

    Dezinformacja, manipulacja i inspiracja to narzędzie wykorzystywane w szpiegostwie od zawsze. Bez względu na to czy treści były przenoszone na tabliczkach zapisanych pismem klinowym, czy przez World Wide Web zwany „siecią”.

    Chyba najbardziej upartym demaskatorem dezinformacji i tych wszystkich innych sztuczek, jest Wladimir Volkoff, który napisał na ten temat kilka powieści, a pokusił się nawet na napisanie bardzo serio rozprawy pt. „Dezinformacja. Oręż wojny”. Niespecjalnie mu wyszło (może dlatego, że zbyt często powoływał się na Sun Tzu) i książka nie przebiła się do powszechnej świadomości. Ale powieści, w szczególności „Montaż”, to prawdziwe perełki w dziale „wciskanie kitu”.

    Zwykle przekonanie drugiej strony do czegoś wymaga starannego planowania i przemyślenia. Bardzo istotne jest wybranie odpowiedniej techniki manipulacji. Volkoff opisuje to w taki sposób: „Posługujemy się pięcioma różnymi technikami, pozwalającymi kierować postępowaniem naszego przeciwnika. Po pierwsze, biała propaganda, polegająca po prostu na stałym powtarzaniu: <Jesteśmy od was lepsi>. Można to powtarzać milion razy. Dalej, czarna propaganda, do której trzeba mieć partnerów: przypisuje się przeciwnikowi zamiary, których on wcale nie żywi, a które nie będą się podobały temu trzeciemu, to dla niego gra się te komedię. Dalej, intoksykacja. Tu może być dwóch lub trzech partnerów. Chodzi o oszukiwanie za pomocą metod subtelniejszych niż zwykłe kłamstwo. Na przykład nie podrzucam panu fałszywych informacji, ale zaaranżuję coś takiego, że pan mi je wykradnie. Wreszcie dezinformacja, pojęcie, którego używamy też dla oznaczenia wszystkich tych metod. W węższym sensie dezinformacja jest w stosunku do intoksykacji tym, czym strategia wobec taktyki.”1

    Chociaż, jak można znaleźć na stronach „Cmentarza w Pradze” (kolejne z najlepszych dzieł o dezinformacji) bywa, że okazja przekazania szkodliwego kłamstwa może pojawić się nagle. Wtedy zamiast umiejętności planowania ważniejszy jest refleks: „Po wkroczeniu do miasta generał każe zająć urząd telegraficzny i przeciąć druty. Idzie tam porucznik z kilkoma żołnierzami; na ich widok telegrafista bierze nogi za pas. Porucznik wchodzi do biura i czyta treść depeszy wysłanej przed chwilą do komendanta garnizonu w Trapani: <Dwa statki pod banderą Królestwa Sardynii wpłynęły do portu, wysiadają z nich ludzie>. Właśnie w tym momencie nadchodzi odpowiedź, którą natychmiast odczytuje jeden z ochotników, pracownik urzędu telegraficznego w Genui: <Ilu ludzi i dlaczego wysiadają?>. Nasz oficer każe mu odpowiedzieć: <Przepraszam, pomyliłem się, to dwa frachtowce z Girgenti z ładunkiem siarki>. Reakcja z Tarpani: <Dureń z pana>. Zadowolony porucznik przyjmuje to do wiadomości, każe poprzecinać druty i odchodzi.”2

    Umberto Eco, fot: smakksiazki.pl

    Oczywiście na takie zdarzenie jak z powieści Umberta Eco nie wolno liczyć. Natomiast przewidując, w jaki sposób chce się oszukać przeciwnika, warto pamiętać o jednej z kluczowych zasad. Aby odbiorcy nabrali się na kłamstwo, muszą wierzyć źródłu, z którego przyszło. A takie źródło trzeba hodować i konserwować już na długo wcześniej. Jak u Vincenta Severskiego: „Tajnym służbom przeciwnika nie możesz dostarczać zupełnie nowych informacji, bo w to nie uwierzą. To muszą być informacje, które już znają. (…)

    Schemat mógłby wyglądać tak (…). Wybierzemy jedną z gier operacyjnych, jakie prowadzimy na przykład z Włochami albo Hiszpanami. Mogą też być Węgrzy albo Duńczycy. To jeszcze ustalimy. W krajach arabskich i Afryce mamy kilku nielegałów, którzy pracują dla sekcji piątej pionu <S>, czyli inspiracja i dezinformacja. Musi to być kanał sprawdzony, wcześniej wykorzystywany, bez jakichkolwiek oznak wytarcia czy zużycia.”3 Pewnie warto wyjaśnić, że jeżeli dezinformacja ma być przeprowadzona nie z wykorzystaniem mediów, chociażby społecznościowych, to najczęściej za pośrednictwem gier operacyjnych. Czyli – w największym uproszczeniu – poprzez podrzucenie przeciwnikowi fałszywego agenta, albo z wykorzystaniem podwójnego agenta, o którym wiadomo, że pracuje dla drugiej strony, ale tamci mu wierzą.

    A jak tworzyć takie kanały o jakich napisał Severski? Odpowiada na to John Le Carre: „My też nieraz prowadziliśmy tę czy inną ich siatkę i powiem, może nieskromnie, że szło nam całkiem nieźle. Dawaliśmy im najlepsze, co mieliśmy. Teksty o rakietach, o planach wojennych. (…) Podrzucaliśmy im już nieprzydatnych nam agentów, dawaliśmy im porządne środki łączności, zabezpieczaliśmy linie kurierskie, dawaliśmy wolne częstotliwości, żeby potem było nam łatwiej ich słuchać. Taka jest cena za to, że wodzi się przeciwnika za nos… Jak ty to określałeś? <Żeby wiedzieć, co mówią komisarzom>.4 Bo taka siatka służy nie tylko przekazaniu kluczowej w pewnym momencie fałszywki. Pozwala wcześniej, w pewnym sensie, sterować informacjami, które oficerowie wywiadu przekazują przełożonym.

    Jason Matthews z kolei koncentruje się na przypadku podrzucenia rosyjskim służbom lipnej instrukcji dotyczącej metod łączności. Wymagało to stworzenia, na najwyższych szczeblach władzy w Waszyngtonie, swoistego teatru: „Oficjalne źródła amerykańskie starały się bagatelizować utratę podręcznika – niewiele z tego podano do publicznej wiadomości, ale jeden z <wysoko postawionych urzędników> określił incydent jako <wielki uszczerbek dla systemu bezpieczeństwa USA>. Zaraz też pojawiły się głosy w Kongresie i śledztwo w sprawie ustalenia odpowiedzialności za to, co się stało. Wahania i wzajemne oskarżenia stanowiły część ogólnego planu stworzenia zasłony dymnej dla Rosjan, którym to przedsięwzięciem zarządzał szef kontrwywiadu, Simon Benford. Miał on tylko jeden cel – utwierdzić Rosjan w przekonaniu, że dostali autentyczny podręcznik.”5 Dużo czasu, pracy i wysiłku musieli poświęcić oficerowie KGB aby ustalić, że opisywane sposoby łączności nie działają.

    www.unsplash.com/Tobias Tullius

    Zresztą jedną z metod manipulacji jest dyskredytowanie własnych instytucji i własnych metod. W oczach własnej opinii publicznej to pewnie szkodzi, ale to rekompensuje efekt przychodzący z zewnątrz: „Cała CIA czerpała przewrotną dumę z tego, że jedynie jej porażki były nagłaśniane w prasie. Szczególnie Zarządowi Operacyjnemu zależało na takiej właśnie społecznej ocenie, jaką nieustannie wystawiała im prasa.

    Potknięcia KGB nigdy nie zwracały podobnej uwagi. W ten tak często ukazywany negatywny obraz Firmy wierzyły nawet radzieckie agencje wywiadowcze. Mało komu przychodziło do głowy, że przecieki były celowe.”6 Tak przynajmniej wyjaśnia to Tom Clancy, który w pewnym sensie zaprzecza sam sobie, bo jego powieści są zwykle apoteozą sprawności i skuteczności wywiadu amerykańskiego.

    Bywa, że przekazana mediom ściema ma nie tyle wywołać jakiś efekt u przeciwnika, ile uratować własną skórę po jakimś poważnym błędzie.Gdy EFF ujawniła, że łódź podwodna NSA przechwytuje wiadomości przesyłane przez kabel ułożony na dnie, Strathmore z zimna krwią zaaranżował przeciek, jakoby łódź podwodna w rzeczywistości służyła do pozbywania się toksycznych odpadów. EFF i ekolodzy tracili czas i energię na dyskusję o tym, która wersja jest prawdziwa, aż wreszcie media miały tego dość i zajęły się nowymi tematami.7 Dan Brown w „Cyfrowej twierdzy” praktycznie antycypuje wszystko to, co zdarzyło się po ucieczce Edwarda Snowdena do Rosji. Co prawda fakt podsłuchiwania podwodnych kabli transatlantyckich nie był nigdy niczym nowym, to jednak pokazuje jak szybko można reagować na różne kłopotliwe sytuacje.

    Przy pomocy dezinformacji można nie tylko obalać rządy czy wybierać prezydentów. Można także wygrywać wojny. I to całkiem serio. Opisywana przez Kena Folleta w „Igle” operacja „Double Cross” miała miejsce naprawdę, chociaż w większym nawet stopniu polegała na wykorzystaniu odwróconych agentów niż tworzeniu fałszywych obozów wojskowych: „Na początku 1944 roku wywiad niemiecki zbierał dowody na istnienie potężnej grupy wojsk w południowo-wschodniej Anglii. Samoloty rozpoznawcze dostarczyły zdjęć baraków, lotnisk oraz eskadr okrętów wojennych w zatoce Wash. Zauważono generała Georga S. Pattona, ubranego w swoje charakterystyczne różowe bryczesy, który przechadzał się w towarzystwie białego buldoga; stwierdzono znacznie intensywniejszą działalność radiową i częstą wymianę meldunków między oddziałami. Szpiedzy niemieccy przebywający w Wielkiej Brytanii potwierdzali wszystkie te obserwacje.

    Oczywiście nie było żadnej armii. Okręty wojenne zbudowano z gumy i drewna, wojskowe baraki były tylko makietami; Patton nie miał pod swym dowództwem ani jednego żołnierza; meldunki nadawane przez radio były bez znaczenia; szpiedzy okazali się podwójnymi agentami.”8

    Nic dziwnego, że Vincent Severski, podsumowując różne narzędzia stosowane do rozstrzygania konfliktów dezinformację uważa za skuteczniejszą nawet niż głowice jądrowe: „Czas na cudowną broń. Nie jakąś tam amerykańską bombę neutronową czy SDI, ale na nieśmiertelne Protokoły Mędrców Syjonu, dezinformację i inspirację najwyższej jakości. To wciąż się sprawdza, lepiej nawet niż cały nasz arsenał atomowy.9

    I jak łatwo zauważyć, od wielu lat, wielu autorów powieści szpiegowskich, temat kłamstwa, inspiracji i manipulacji wyjaśnia swoim czytelnikom. Nie tylko Mario Vargas Llosa i Christopher Wylie.

    Piotr Niemczyk

    1 Vladimir Volkoff: „Montaż”; przekład Adam Zalewski; Klub Książki Katolickiej; Poznań 2005; str. 71;

    2 Umberto Eco; „Cmentarz w Pradze”; przekład Krzysztof Żabkolicki; Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2011, str. 142;

    3 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 619;

    4 John Le Carre; „Szpieg”; przekład Jan Rybicki; Świat Książki; Warszawa 2011, str. 245;

    5 Jason Matthews, „Czerwona jaskółka”; przekład Krzysztof Puławski; Wydawnictwo Świat Książki; Warszawa 2014, str. 291;

    6 Tom Clancy; „Kardynał z Kremla”; przekład Leszek Erenfeicht; Wydawnictwo Fabryka Sensacji; Warszawa 2011, str. 75;

    7 Dan Brown; „Cyfrowa twierdza”; przekład Piotr Amsterdamski; Wydawnictwo Sonia Draga, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz; Warszawa 2005, str. 85;

    8 Ken Follett; „Igła”; przekład Małgorzata Targowska-Grabińska; Wydawnictwo Czytelnik; Warszawa 1989, str. 5;

    9 Vincent V. Severski; „Niewierni”; Wydawnictwo Czarna Owca; Warszawa 2012; str. 618;

  • Pilne! Robert Langdon nadchodzi, czyli Dan Brown w Polsce.

     

    W jednym z wywiadów powiedział, że zarówno on, jak i Dan Brown, kupują książki w tej samej księgarni. Jest tylko jedna różnica: Brown wierzy w to, co czyta. Gdy niecały rok przed śmiercią przyjechał do Polski, spytałem go o ten wywiad. Odpowiedział z rozbrajającą szczerością: cały czas podtrzymuję, że to ja wymyśliłem Dana Browna. To jest postać z mojego „Wahadła Foucaulta”. O kim mowa? O Umberto Eco, oczywiście. 

    Nie zmienia to faktu, że przyjazd twórcy Roberta Langdona to wiadomość, która powinna być rozpatrywana kategoriach czerwonego paska na dole ekranu w telewizjach informacyjnych. Nie przez przypadek news pojawia się dzisiaj, bo tak się składa, że Dan Brown właśnie świętuje swoje urodziny. Jest to więc kolejny symbol, a tych w jego książkach nie brakuje.  Najważniejsze jest to, że już jesienią polscy fani twórczości Browna będą mogli uścisnąć dłoń swojemu ulubionemu autorowi.

    O ewentualnej wizycie Dana Browna w Polsce rozmawiałem z właścicielką Wydawnictwa Sonia Draga w lutym. Co powiedziała? 

    Okazuje się, że przez te kilka miesięcy udało się dopiąć wszystkie szczegóły, i jeśli mielibyśmy wybierać największe wydarzenie literackie tego roku, to wizyta Dana Browna przykryje absolutnie wszystko i wszystkich. No chyba, że Adam Zagajewski dostanie Nobla.

    Dan Brown ma być gościem tegorocznego Festiwalu Conrada, który odbywa się w Krakowie.