Tag: Wisława Szymborska

  • Noblistka Wisława Szybmorska stała w kolejce po bilet – rozmowa z Grażyną Grabowską

    W trakcie krakowskich targów spotykaliśmy się od dziesięciu lat, czy to w halach, czy w Telewizji Targowej. Coś się jednak kończy, coś się zaczyna, bo Grażyna Grabowska przeszła na emeryturę – jak wspomina czas imprez książkowych? Czy powstanie trzecia hala? Czy pandemia mogła doprowadzić do bankructwa? Zapraszam na naszą rozmowę, w której wiele ciekawostek dotyczących organizacji targów.

    Adam Szaja: To nasza pierwsza rozmowa, gdy jest Pani na emeryturze. Jakie najmilsze wspomnienie będzie towarzyszyło z tych lat pracy?

    Grażyna Grabowska, była Prezes Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie®:

    Mam wiele wspomnień, ale te najbardziej wzruszające sięgają samych początków – i to nie tylko Targów Książki. Zabawne historie i anegdoty wiążą się także z innymi imprezami targowymi. Pamiętam czasy, gdy wynajmowaliśmy pomieszczenia od Klubu Sportowego „Wawel”, należącego do Wojska Polskiego przy ul. Rakowickiej. Organizowaliśmy też wydarzenia na terenach Klubu Sportowego „Wisła”. Bardzo miło wspominam współpracę z ówczesnym prezesem, Ludwikiem Miętta-Mikołajewiczem, z którym kontakt utrzymuję do dziś.

    Z halą wojska bywało różnie. Był taki moment, kiedy w dniu montażowym Targów Książki – po zmianach w dowództwie Wojska Polskiego – przyszedł generał i kazał nam natychmiast opuścić lokal. Oczywiście zrobił to w krótkich, żołnierskich słowach, mimo podpisanej umowy.

    Pamiętam, że kiedy postanowiliśmy zorganizować pierwsze Targi Książki w Krakowie, wiele osób ze środowiska wydawniczego i księgarskiego mówiło, że to się nie uda. Wcześniej podejmowano już dwie lub trzy próby zorganizowania takiej imprezy w Krakowie i nikomu się nie udało. Wtedy dosyć aktywnie działała krakowska sekcja Polskiej Izby Książki, więc skontaktowaliśmy się z jej przedstawicielami i zaprezentowaliśmy swoją koncepcję. Pamiętam, że niektórzy zakładali się, iż liczba wystawców nie przekroczy stu firm. Przekroczyła.

    Było chyba 140.

    120. Wiem, że były zakłady o skrzynkę whisky, ale nigdy nie zostały zrealizowane. Nie będę mówiła, kto miał ją przynieść.

    Może jak przeczyta, to przyniesie.

    Historii było wiele – także takich, które miały w sobie nutę smutku. Pamiętam na przykład moment, gdy redaktor „Znaku” wprowadzał na teren targów Czesława Miłosza. Musiał przeciskać się przez grupę młodzieży, która w ogóle nie rozpoznała noblisty i nie zwracała najmniejszej uwagi na to, że dwóch panów w średnim wieku próbuje się przedostać.

    Inne wspomnienie wiąże się z kolejną naszą noblistką – Wisławą Szymborską. Podczas targów przybiegł do nas podenerwowany pracownik ochrony, wołając: „Rany boskie, Wisława Szymborska stoi w kolejce po bilet!”. Było nam wtedy i wstyd, i przykro. Natychmiast ją wprowadziliśmy, choć i dla niej sytuacja okazała się lekko krępująca. A wszystko dlatego, że nie wysyłamy zaproszeń bezpośrednio do autorów – nie mamy ich prywatnych adresów. Informacje zawsze przekazujemy przez wydawców. Tym razem najwyraźniej wiadomość nie dotarła: może wydawca zapomniał, może nie zdążył. Efekt był taki, że pani Wisława stała w kolejce jak każdy inny uczestnik, zupełnie zaskoczona, że chcemy ją wprowadzić bez biletu.

    Byli jednak i tacy, którzy potrafili urządzić przy wejściu awanturę – domagając się wyjaśnienia, dlaczego nie otrzymali zaproszenia. Takie momenty zawsze pokazują, jak wielki – albo jak mały – potrafi być człowiek.

    Zostańmy na chwilę przy tych smutnych sytuacjach, ale zupełnie innego kalibru. Jak blisko było momentu, żeby pandemia zmiotła was z biznesowej planszy?

    EXPO Kraków było jednym z niewielu centrów targowych w Polsce, w których podczas pandemii uruchomiono szpital tymczasowy. Dzięki temu wszystkie podstawowe koszty utrzymania obiektu były zabezpieczone – szpital pokrywał rachunki za prąd, wywóz śmieci i inne opłaty. Nie jest tajemnicą, że sam budynek został wybudowany w oparciu o kredyt, ale mieliśmy go nadpłaconego, więc bank mógł spać spokojnie.

    Dodatkowo spełnialiśmy warunki niektórych tarcz pomocowych, co również poprawiło naszą sytuację. Trudno mi dziś dokładnie ocenić, jak blisko byliśmy poważnego kryzysu, ale z pewnością nie znajdowaliśmy się w dramatycznym położeniu. Najważniejsze było przetrwanie firmy i utrzymanie całego zespołu. W tym celu zdecydowaliśmy się obniżyć wynagrodzenia do trzech czwartych dotychczasowej wysokości.

    fot: Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie

    Wszyscy to zaakceptowali? 

    Tak, była nawet taka sytuacja, że po tym, jak wróciliśmy już do wypłacania pełnych pensji, jedna z naszych wieloletnich pracownic powiedziała, że widzi, iż wciąż jest trudno, i może pozostać na trzech czwartych wynagrodzenia. To pokazuje, jak bardzo związani z firmą są nasi ludzie. Mamy to szczęście, że wiele osób pracuje z nami od lat, a niektórzy – od pierwszego dnia istnienia firmy.

    Kiedy w 1996 roku zakładaliśmy Targi w Krakowie, pierwsza ekipa liczyła trzynaście osób. Co ciekawe, dokumenty podpisywaliśmy 13 lutego, więc trzynastka stała się dla nas szczęśliwą liczbą. Z tamtej grupy, jeśli dobrze liczę, około połowa wciąż z nami pracuje – to ogromna wartość dla firmy.

    Przeszliśmy długą drogę: od organizacji działającej niemal jak rodzina (choć oczywiście bez więzów krwi), do znacznie większego organizmu, który rządzi się już trochę innymi prawami. Notabene Piotr Dobrołęcki uświadomił mi kiedyś, że jestem najdłużej urzędującym prezesem targów książki i targów w Polsce w ogóle.

    Będzie Pani mogła bez tego żyć, czy jednak jest szansa na jedną ósmą etatu?

    Były takie propozycje i niektórzy bardzo nalegali. Ale to byłaby absolutnie chora sytuacja. Przecież nie można być prezesem na ćwierć etatu, a były szef na jakiejkolwiek innej funkcji w firmie? To byłoby wysoce niekomfortowe dla wszystkich, dla mnie również.

    To jaki jest plan na ciąg dalszy?

    Po pierwsze, mam lekko zaniedbane sprawy rodzinne. Moja dalsza rodzina jest bardzo liczna, utrzymuję z nią kontakty, ale przez całe lata nie mieliśmy okazji się spotkać. We wrześniu organizuję zjazd rodzinny – już mam zgromadzonych pięćdziesięciu uczestników. Do tego pies, ogród, mnóstwo planów wycieczkowych i całe stosy książek czekających na przeczytanie. Jak większość ludzi odkładałam pewne rzeczy „na emeryturę” – i teraz wreszcie będę mogła się nimi zająć.

    Mam złą wiadomość.

    Wiem.

    Filip Łobodziński uświadomił mi kiedyś, i wdrukowało mi się to w mózg, że nie przeczytamy w życiu wszystkich książek, które mamy do przeczytania.

    Wszystkich pewnie nie, ale podejmę wyzwanie – choć wiadomo, że z czasem umysł może być coraz słabszy, a książki stojące na tak zwanych „mądrych półkach” zapewne jeszcze trochę poczekają. Mam duży ogród i mały ogród, tysiąc pięćset planów oraz hobby, które pochłania mnóstwo czasu, na szczęście nie aż tak dużo pieniędzy. Słowem – naprawdę mam co robić.

    To może jeszcze ten zjazd rodzinny się powiększy, skoro będzie miała Pani jeszcze teraz więcej czasu, żeby pogrzebać w drzewie genealogicznym, co jest właśnie Pani hobby.

    Nie zajmuję się już własnym drzewem genealogicznym – ono jest właściwie kompletne, dopisuję tylko kolejne osoby, gdy ktoś się urodzi. Teraz badam drzewa genealogiczne innych osób. To naprawdę bardzo fajne hobby, które szczerze polecam, bo nie da się go uprawiać poważnie w oderwaniu od historii, kultury, tradycji danego regionu, a czasem nawet konkretnego miasta czy wsi. Trzeba wiedzieć, co się wówczas działo w Polsce, w danej parafii, jak wyglądało życie codzienne. To bardzo poszerza wiedzę. Podam przykład. Kiedy ktoś mówi mi, że jest „z dziada pradziada Polakiem i katolikiem”, zawsze proszę, by podał nazwisko żeńskiej linii z XIX wieku. Wtedy często okazuje się, że w tle był prawdziwy konglomerat wierzeń, narodów i kultur. I to jest w tym wszystkim najbardziej interesujące.

    Wrócę na chwilę do czasów nie aż tak zamierzchłych. Pamiętam doskonale tę konferencję prasową, na której były burzone ściany szpitala. Czy gdyby nie pandemia, to trzecia hala by już stała? 

    Tak. Jak wspomniałam, mieliśmy już nadpłacony kredyt i zgromadzone środki, by realnie myśleć o rozbudowie. Targom Książki przydałaby się trzecia hala Targom Stomatologicznym również, i to koniecznie. Dodatkowa przestrzeń pozwoliłaby nam na inną organizację pracy: wydarzenia o tematyce przemysłowej mogłyby odbywać się równolegle, w sąsiednich halach, przyciągając tę samą grupę zwiedzających. Otworzyłoby to także możliwości dla większej liczby wydarzeń organizowanych przez firmy zewnętrzne. Wiadomo przecież, że w branży eventowej największe zainteresowanie przypada na wiosnę i jesień. Gdyby tylko w roku były trzy październiki i trzy maje – to byłoby idealnie.

    A ta hala powstanie?

    Tak.

    To jest kwestia dwóch lat, pięciu, dziesięciu?

    Nie jestem w stanie podać dokładnej daty realizacji, ale dokumentacja jest już gotowa, a projekt architektoniczny trzeciej hali opracowany. Nowa hala będzie połączona z dwoma istniejącymi na takiej samej zasadzie może funkcjonować niezależnie lub w połączeniu z pozostałymi. Dzięki temu będzie można montować wydarzenie w jednej hali, podczas gdy w drugiej będzie trwało inne wydarzenie, a w trzeciej coś będzie demontowane tak, aby hale pracowały cały czas.

    Oczywiście, podobnie jak w hotelu, nie da się mieć stuprocentowego obłożenia musi być czas na renowacje i poprawki. W najbliższym czasie w EXPO Kraków planujemy także wymianę oświetlenia na energooszczędne, ledowe. Całe szczęście, że są wakacje, bo wtedy zdecydowanie mniej się dzieje.

    Jeśli chodzi o frekwencję i biznes – czy targi książki są na pierwszym miejscu czy na drugim?

    Nie są na pierwszym, ale są blisko czołówki.

    A na pierwszym są dentyści? To jednak jest różnica biznesowa.

    Tak i potem długo, długo nic.

    Co Pani sobie myśli albo myślała, kiedy mówiono, że korki, że za ciasno, że za duszno? Mówimy cały czas o targach książki.

    Myślę, że ludzie już tak mają, że potrzebuje trochę czasu, by przyswoić pewne rzeczy. Kiedy Targi Książki odbywały się jeszcze w lokalu przy ulicy Zapolskiej, dopiero jakieś trzy lata później media zaczęły pisać, że „smok połknął Syrenkę” czyli że Targi Książki w Krakowie przerosły te w Warszawie. Trochę to trwało, zanim to dostrzeżono. Może też dlatego, że nie krzyczeliśmy o tym zbyt głośnow końcu to nie był żaden wyścig, kto będzie miał więcej autorów, wystawców czy zwiedzających. To nie igrzyska sportowe.

    Podobnie jest z codziennością trochę czasu zajmuje zauważenie, że ulica Galicyjska jest już przejezdna w obie strony, że powstały wokół sklepy z parkingami, że kursuje tam autobus, a spacer od przystanku tramwajowego czy innego autobusu dla osoby zdrowej nie stanowi większego problemu. Myślę, że bardzo lubimy narzekać. Może narzekanie sprawia, że czujemy się lepsi?

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Jak układała się pani współpraca z miastem i z Targami w Warszawie – najpierw z Muratorem, teraz z Fundacją Historia i Kultura? Czy wy się traktowaliście trochę jak konkurencję?

    Powstało kiedyś określenie, które można nazwać oksymoronem „przyjaciele z konkurencji”. Ta współpraca sięga jeszcze czasów Ars Polony, kiedy to wymienialiśmy się stoiskami. My mieliśmy swoje stoisko w Pałacu Kultury, a Ars Polona – swoje u nas na Targach Książki. Nigdy nie dążyliśmy do konfrontacji.

    Najlepszym dowodem na to jest termin naszych targów, które odbywają się pod koniec października, czyli pół roku po targach majowych. W dzisiejszych czasach trudno mówić o współpracy, bo nie bardzo wiadomo, na czym miałaby ona polegać – to zupełnie niezależne podmioty gospodarcze.

    Wymiana stoisk przestała być potrzebna, ponieważ teraz można łatwiej i szybciej kontaktować się z wydawcami bez konieczności korzystania z cudzych targów.

    A współpraca z miastem?

    Jesteśmy firmą w stu procentach prywatną ani miasto, ani Skarb Państwa nie mają u nas żadnych udziałów. Cieszymy się z tej niezależności. Prezydent miasta zawsze przychodzi, otwiera Targi Książki i wita przybyłych gości. Na innych targach nie organizujemy takich oficjalnych otwarć, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Na początku działalności targowej w Polsce, czyli na początku lat 90., było to bardzo ważne i zauważalne zarówno przez wystawców z różnych branż, jak i gości że targom patronują takie osoby jak prezydent, marszałek czy wojewoda. Dawało to poczucie, że to firma poważna, sprawdzona, za którą stoi ktoś odpowiedzialny. Jednak już od dawna ten fakt nie ma takiego znaczenia. Mimo to zawsze staramy się mieć patronat prezydenta miasta. Natomiast o patronaty władz ogólnopolskich raczej nie zabiegaliśmy.

    Co się Pani przez te lata nie udało?

    Co się nie udało… Nie udało się złapać prezesa PIK. Na początku, w latach 90., po pierwszym dniu targów był wieczór dla wystawców z dyskoteką. Najpierw w Piwnicy pod Baranami, a później w coraz większych lokalach. Pamiętam, że ówczesny prezes Polskiej Izby Książki, Grzegorz Boguta, obchodził zazwyczaj urodziny wtedy, kiedy były Targi Książki. Wjeżdżał tort i panowie go podrzucali… raz go nie złapali. Na szczęście nic mu się nie stało, nie podrzucali go wysoko.

    Nie udała się też jedna impreza dla wystawców, tzn. nam się wydawało, że się nie udała, bo przyszło zaledwie kilka osób. Natomiast mity i legendy o tej imprezie żyły długo to była tzw. impreza na basenie. Naprawdę odbywała się na basenie, tace pływały na kołach ratunkowych…  ale opowieści o tej imprezie lata całe krążyły. Jaka była super impreza. Każdy żałuje, że go wtedy nie było…

    Chcę jeszcze Panią spytać, bo czytelników i czytelniczki zawsze interesuje to, co w kuchni… Jak wyglądają relacje z wydawczyniami i z wydawcami? Czy są kłótnie? Pamiętam była taka sytuacja po pandemii, gdy były przetasowania, jeśli chodzi o umieszczenie na hali jednej bądź drugiej, ale generalnie wiadomo, że jeśli ktoś miał stoisko w zeszłym roku w tym miejscu, to będzie miał też w kolejnym.

    Od zawsze trzymamy się niepisanej zasady, że wystawca obecny od pierwszego roku na targach ma prawo do swojego stałego miejsca. Problem pojawia się, gdy zarówno on, jak i sąsiedzi chcą powiększyć stoiska wtedy konieczne są przesunięcia i zmiany. Ktoś, kto wycofa się na kilka lat, traci prawo do swojego miejsca, bo zajmuje je ktoś inny.

    Zawsze staramy się tak organizować przestrzeń, aby nie było lepszych czy gorszych miejsc nie mamy pięter, antresoli ani zakamarków. Wydawcy mają różne preferencje jeden nie chciał być blisko wejścia, inny marzył o stoisku koło toalety, bo tam jest duży ruch. Bywa też, że ktoś się obrazi, gdy nie dostanie upragnionego miejsca.

    Wszystkich traktujemy równo nie pozwalamy, by nowy klient zajmował lepsze miejsce kosztem stałych wystawców. U nas najlepsze miejsca przysługują tym, którzy są z nami od początku.

    Jak to wygląda technicznie? Kończą się targi 2024, i co dalej? Od następnego dnia już jest praca przy targach 2025?

    Następnego dnia po targach następuje sprzątanie i chwila odpoczynku, ale wystawcy często już podczas wydarzenia zgłaszają chęć rezerwacji tego samego miejsca na kolejny rok, a jeśli to możliwe większego stoiska. Skrupulatnie notujemy ich potrzeby, bo sytuacja się zmienia niektóre firmy kończą działalność lub zmieniają strategię marketingową, więc możemy zaoferować większą powierzchnię tym, którzy jej potrzebują.

    Prace nad kolejną edycją ruszają szybko. Najpierw opracowujemy koncepcję i wybieramy hasło przewodnie, które determinuje graficzny layout targów. Publikujemy go zwykle wiosną, około maja, gdy rynek żyje jeszcze targami majowymi. Targi Książki mają tą przewagę, że sprzedaż i rezerwacje stoisk odbywają się bardzo szybko i równie szybko zaczyna brakować powierzchni.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Jest coś takiego, jak lista rezerwowa? 

    Tak. 

    Ile zazwyczaj jest wydawnictw na tej liście?

    Lista rezerwowa plus lista wydawców chcących powiększyć swoje stoisko jest tak długa, że właściwie ta trzecia hala byłaby zagospodarowana w pełni w ciągu dwóch lat. A na pewno nie świeciłaby pustkami, bo moglibyśmy jeszcze bardziej poszerzyć korytarze, czy zrobić więcej stref wypoczynkowych, kawiarenek.

    Zdarzyło się, że ktoś z listy rezerwowej wskoczył?

    Zdarzają się takie sytuacje. Jeśli w małej firmie zdarzy się jakiś wypadek, choroba, czasami brakuje ludzi, żeby oddelegować na targi. Jeśli jednak taka sytuacja ma miejsce przed targami, to stoisko musi pozostać już puste.

    Dlaczego w pewnym momencie zrezygnowaliście z instytucji gościa honorowego?

    Zrezygnowaliśmy z instytucji gościa honorowego, ponieważ nie cieszyła się dużym zainteresowaniem zwiedzających. Bariera językowa i brak atrakcyjnego programu powodowały, że przestrzeń, którą dla nich przygotowywaliśmy, często świeciła pustkami. Zamiast tego postawiliśmy na promocję polskich regionów – na przykład Śląsk zaprezentował się pięknie, a Kaszubi zaśpiewali swój hymn, co było naprawdę wzruszające. Niestety wiele regionów nie ma środków na takie wystąpienia.

    Wobec tego śladem, chyba Göteborgu, zamiast gościa honorowego mamy motto, cytat, który ogrywamy graficznie, marketingowo i merytorycznie. Tegoroczne hasło to słowa Reymonta: „Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem”. Choć dziś często kojarzymy je ze sztuczną inteligencją, ma ono znacznie szersze znaczenie – przypomina, że nie działamy mechanicznie, lecz kierują nami emocje i myślenie.

    Podobnie jak zeszłoroczne hasło: „Ściągnijcie maski, zwykłymi stańcie się ludźmi.”

    Czasami o naszym zachowaniu decyduje funkcja, jaką pełnimy, zawód, jaki wykonujemy. Ale gdzieś tam jesteśmy jeszcze my.

    Przyszłość targów książki, według Pani? Czy będzie tak jak we Frankfurcie, że wydawcy robią jeszcze piękniejsze, piętrowe stoiska? Gdzie jest jeszcze pole do jakichś zmian, i w którą stronę te zmiany pójdą?

    Zmiany na naszych targach idą w parze z tymi na świecie. Stoiska stają się bardziej efektowne, ale rynek czytelniczy się zmienia – boom na literaturę Young Adult powoli mija, bo czytelniczki dorastają i wybierają inne gatunki. Kiedyś dominowało fantasy. Co będzie następne? Nikt nie wie – może kryminały, literatura faktu, romanse albo coś nowego.

    Wierzę jednak, że ludzie zawsze będą czytać, niezależnie od formatu – papier czy e-book. Martwi mnie za to łatwość tworzenia fałszywych informacji dzięki sztucznej inteligencji: fałszywe zdjęcia, filmy, manipulacje. To poważne wyzwanie. Sztuczna inteligencja to narzędzie – tak jak nóż może kroić chleb, ale też ranić. Mam nadzieję, że będzie używana w dobrym celu, choć już widzę, że tak nie zawsze się dzieje.

    Czy w październiku przyjdzie Pani na targi? 

    Oczywiście. Przyjdę. Mam nadzieję, że już z takim dużym spokojem. W końcu będzie czas kupić książkę. I nie będę patrzyła na targi takim gospodarczym okiem.

    Myślę, że to jest niemożliwe. Bo to jest tak samo, jak inaczej się czyta książki, kiedy się w nich pracuje, i jak ktoś się zajmuje filmem, to też inaczej ogląda filmy.

    Studiowałam teatrologię i filmoznawstwo, dlatego nie potrafię teraz spokojnie oglądać spektaklu — od razu analizuję, a czasem wręcz się czepiam, co mi przeszkadza. Teraz jednak będę miała czas, żeby usiąść w EXPO Kraków z różnymi przyjaciółmi, których poznałam dzięki targom. Przyjaźnimy się od lat, nawet gdy już przestali pracować w wydawnictwach wiadomo, że nastąpiła zmiana pokoleń.

    Prywatne wydawnictwa powstały na początku lat 90., czyli ponad trzydzieści lat temu, zakładali je ludzie, którzy tak jak ja przechodzą już na emeryturę. Będę miała więc okazję spokojnie się z nimi spotkać, usiąść na rozmowie z autorem i po prostu posłuchać, a nie tylko zapowiedzieć targi i pędzić dalej.

    Będzie Pani tego brakowało? Czy jest zmęczenie materiału?

    Myślę, że jest zmęczenie materiału. Na pewno będzie mi brakowało pewnego rodzaju emocji, ludzi, spotkań. I to jest, normalna kolej rzeczy. A jak bardzo i kiedy to się zacznie, nie mam pojęcia. Po raz pierwszy przechodzę na emeryturę, więc nie wiem, jak to będzie.

    Moja mama powiedziała, że po przejściu na emeryturę teraz w ogóle nie ma na nic czasu.

    Nie znam nikogo, kto żałuje, że przeszedł na emeryturę. Znam za to wielu, którzy żałują, że zrobili to tak późno choć mogli wcześniej.

    Zdarzały się takie sytuacje, że zamykała się Pani tutaj w pokoju i z jakiegoś względu płakała z powodu pracy, z powodu targów?

    Nie mam oczu w mokrym miejscu. Nie przypominam sobie, żebym płakała z powodów zawodowych.

    Zrobiła sobie Pani już tak na koniec rachunek sumienia, w jakim momencie Pani zostawia EXPO Kraków?

    To nie ładnie brzmi… zostawiam.

    Oddaje Pani…

    Niczego nie zostawiam ani nie oddaję, cała reszta zarządu się nie zmienia. Pracownicy, którzy organizują targi, się nie zmieniają. Układ własnościowy się nie zmienia. Najnormalniej w świecie odchodzę na emeryturę. Nie ma żadnej rewolucji z tego powodu w firmie. W ubiegłym roku podupadłam na zdrowiu, dużo chorowałam. Byłam na zwolnieniu lekarskim prawie trzy miesiące. I nic złego się w firmie nie stało w tym czasie. To nie jest tak, że cała firma się opiera na jednej osobie, nawet jeżeli jest to prezes. Mamy zarząd wieloosobowy, uzupełniamy się w każdym momencie.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe

    Były smutne momenty, kiedy ktoś odchodził dość niespodziewanie. Np. nagle nas zaskakiwała decyzja starego, dobrego pracownika, że musi zmienić pracę, bo nie wytrzymuje napięcia. To zawsze jest żal. Po czym się okazywało, że przychodzi ktoś nowy i daje radę znakomicie. Targi Książki mają teraz czwartego komisarza: zaczynała Joanna Sułek, potem była Katarzyna Popieluch-Kmiecik, potem była Zuzanna Oettingen, teraz jest Małgorzata Downar. Targi się rozwijają. Powiedziałabym nawet, że po pandemii dostały przyspieszenia.

    Czy zmierzamy do takiej puenty, że nie ma ludzi niezastąpionych?

    To jest tak zwana oczywista oczywistość. 

    Dziękuję bardzo za rozmowę.

  • „Mam dla Olgi jedną radę: niech czasem wyłącza telefon”

    Powoli wszystko wraca do normy, już jutro na pierwszych stronach gazet będzie polityka, więc co teraz? Co powinna zrobić Olga Tokarczuk w pierwszych dniach „po Noblu”? Radzi nie byle kto, bo Michał Rusinek, który był przecież sekretarzem Wisławy Szymborskiej.

  • „To Ty powinieneś się męczyć nad przemówieniem noblowskim”

    Tytułowe zdanie to fragment jednego z listów Wisławy Szymborskiej do Zbigniewa Herberta, które zostaną wydane w kwietniu nakładem Wydawnictwa a5. Jak podkreśla Michał Rusinek, wieloletni sekretarz noblistki, a obecnie prezes Fundacji Wisławy Szymborskiej, korespondencja zadaje kłam tezie, że oboje ze sobą rywalizowali, że Szymborska ukradła Herbertowi Nobla, a on jej go zazdrościł. Posłuchajcie Michała Rusinka, który opowiada więcej o kwietniowej książce.

    Wszystkie fotografie pochodzą z archiwum Fundacji Wisławy Szymborskiej, a autorem ostatniego (kolorowego) jest Michał Rusinek.

  • „Myślę, że ta książka by Wisławę Szymborską rozbawiła”. Michał Rusinek opowiada o „Nic zwyczajnego”.

    Rusinek_Nic-zwyczajnego

    O prezentach dla noblistki, „Kronice niezapowiedzianej śmierci” Marqueza, tonacji dur-mol,  zachciankach i lekturach Wisławy Szymborskiej, rozmawiam z Michałem Rusinkiem, jej wieloletnim sekretarzem. Ich współpraca zaczęła się w 1996 roku, miała potrwać trzy miesiące. Trwała do końca życia jego szefowej. 

     

    Kilka dni temu przeżywaliśmy czwartą rocznicę śmierci Wisławy Szymborskiej. W tym dniu wróciły wspomnienia, czy wspomnienia są na tyle żywe, że nie zdążyły wyblaknąć?

    To prawda, wtedy wraca tych wspomnień trochę więcej. Wracają wspomnienia przykre i bolesne, ale to jest jakoś tak, że moja sytuacja jest nietypowa. Nawet nie tylko moja, ale wszystkich nas, którzy pracujemy w Fundacji Wisławy Szymborskiej, stanowimy jej zarząd. Myśmy byli z nią związani i nadal jesteśmy. To czym się zajmujemy, to jest w moim wypadku nieomal to samo, czym się zajmowałem za jej życia. Na przykład dzisiaj miałem do podjęcia jakieś decyzje wydawnicze. Za każdym razem, kiedy takie się pojawiają, mam ciągle z tyłu głowy, że to trzeba przedstawić Pani Wisławie, zaproponować jej. Moje wspomnienia wracają jednak nie wtedy, kiedy jest rocznica mniej lub bardziej okrągła, ale kiedy jestem na wakacjach. Ja i moja rodzina, zawsze szukaliśmy na wakacjach prezentów dla Pani Wisławy, która miała bardzo specyficzne poczucie humoru, stosunek do kiczu. Ciągle chodzimy po takich sklepach i mówimy: o, to by się jej spodobało. Wtedy jest mi trochę smutno, trochę śmiesznie.

    W książce opisujesz również swoje relacje z Wisławą Szymborską. Od przecięcia kabla telefonicznego w jej mieszkaniu na początku waszej współpracy, aż po ostatnie chwile jej życia. Bardzo zmieniła się przez ten czas?

    Myślę, że ona się nie zmieniała. Dużo też energii włożyła w to, żeby ta nagroda, zamieszanie, które było wokół niej, żeby absolutnie jej nie zmieniło. Bardzo chciała, żeby jej przyjaciele, jej znajomi nie odczuli tego, że ten Nobel przewrócił jej w głowie. Utrzymywała z nimi kontakty, czy to korespondencyjne, czy osobiste. Jeżeli myślę o czymś, co się zmieniało, dotyczy to ostatnich lat jej życia. Oczywistym jest, że w ostatnich latach człowiek się zmienia, starzeje się, jest mu coraz ciężej. Ona miała to szczęście, że bardzo długo zachowała sporo siły, także tej umysłowej, psychicznej. Jest jedna rzecz, którą zauważyłem, ale to jest do udowodnienia przez specjalistów, ja to wyczuwam tylko intuicyjnie. Mianowicie, Szymborska pisała wiersze do czytania na głos. Na pewno testowała je na sobie, czytała, więc długość fraz w wierszu musiała być taka, na ile pozwalał jej oddech. Ten oddech jej się przecież skracał, w dodatku bardzo dużo paliła. Miała więc coraz krótszy oddech i coraz krótsze frazy.

    Nic zwyczajnego” to również Twoja historia, kilkanaście lat Twojej pracy zawodowej. Byłeś przygotowany na śmierć Wisławy Szymborskiej? Czy w ogóle mogłeś się na to w jakiś sposób przygotować, widząc, że jest coraz słabsza?

    Na to nie byłem przygotowany. Od pewnego momentu było wiadomo, że to już jest koniec, że już nie będzie lepiej. Czułem się wtedy jak w powieści Gabriela Garcii Marqueza „Kronika zapowiedzianej śmierci”. Wiadomo było, że nastąpi, nie do końca wiadomo kiedy, ale mniej więcej można to ustalić. Ta wiedza nie powodowała, że coś jeszcze zdążyłem załatwić, zrobić, nie w tych kategoriach w ogóle. To było raczej paraliżujące. My – bo nie powiem, że tylko ja, ale też wielu jej znajomych i przyjaciół – dużo sił, energii pokładaliśmy w tym, żeby ostatnie tygodnie mogła przeżyć godnie, żeby mogła robić to, na co ma ochotę, spełniać zachcianki różnego rodzaju. W książce wspominam taką historię z filmem, który chciała zobaczyć, i teraz jak o tym myślę, to mi się głos łamie. Cały szalenie wzruszający łańcuszek ludzi, którzy stanęli na głowie, żeby ten film zdobyć, wiedząc, że jest dla niej i że to jedna z jej ostatnich zachcianek.

    Jakiego rodzaju to były zachcianki?

    Czasami miała ochotę coś zjeść ze swojej ulubionej restauracji, ale też chciała się nauczyć słuchać audiobooków. Nigdy tego nie robiła, przyszły jednak problemy ze wzrokiem, stąd właśnie audiobooki. Właściwie to tyle…Przez chwilę miała jeszcze ochotę, żeby chodzić normalnie, ale to już się okazało niemożliwe. Trudno powiedzieć, żeby jej zachcianki były jakieś rozbuchane.

    Czy przez ten cały okres współpracy z Wisławą Szymborską chodziło Ci po głowie, żeby zrezygnować, zmienić pracę?

    Nie, absolutnie nie. Szczególnie, że to nie była relacja pracodawca-pracownik. Ten czas trudno liczyć w roboczogodzinach, dniówkach i czymś takim. W ogóle nie o to chodzi. Myśmy sobie raczej żartowali z takiej nomenklatury i takiej relacji, ona nie potrafiła pozostawać w takich relacjach służbowych, oficjalnych. Mam wrażenie, że prywatyzowała sobie ludzi, a ja byłem  na tyle sprywatyzowany, że przychodziłem towarzysko, a przy okazji w czymś tam jej pomagałem. Tutaj się pojawia motyw pomocy, zresztą mam taką dedykację w książce, „z podziękowaniem za pomoc”. To właśnie było to, co ona uważała, że ja robię. Miała wyrzuty sumienia, że mnie zmusza do chodzenia do hipermarketu albo na pocztę, zawraca głowę tym czy tamtym. Miała wyrzuty sumienia, że z nią podróżuję gdzieś po świecie, że mnie nie ma w domu z rodziną, no i takie rzeczy, które powodowały, że trudno mówić o naszej relacji w kategoriach zawodowych. Nie mogę powiedzieć, że byłem znużony, bo to był rodzaj zaprzyjaźnienia, a jak można się znużyć zaprzyjaźnieniem?

    Jest taki fragment w książce, kiedy wymyślacie wspólnie różne formy odmów przyjazdów na spotkanie, otwarcie czegoś, itd. Najciekawsze z nich, to chyba: „przyjadę kiedy będę młodsza” oraz „całuję po nogach ustami mego sekretarza”. Skąd się to brało?

    Ten drugi przykład wymyśliła moja szefowa, akurat niezbyt go lubię. To oczywiście były żarty, ale nigdy ich nie wykorzystywaliśmy, mam taką nadzieję. Chodziło też o to, żeby przekłuć taki balonik patosu, który narasta w momencie, kiedy ktoś musi ciągle szurać papierami, a tam są same patetyczne prośby o patronaty czy przecinanie wstęg. Naturalną reakcją obronną zdrowego organizmu jest wówczas dostrzeganie sytuacji śmiesznych czy anegdotycznych, albo obracanie ich w żart. Wisława Szymborska zawsze powtarzała, że bez poczucia humoru tego wszystkiego by nie przeżyła.

    Wyobrażam sobie, że musiałeś dokonać ostrej selekcji wspomnień zamieszczonych w książce. Trudno było wybrać?

    Książka mogłaby być grubsza, gdyby była bardziej drobiazgowa. Ja mam taki rodzaj nieporządku w pamięci, w archiwum, że byłoby mi trudno napisać ją większą. Czy wiele ukryłem? Nie, ukryłem rzeczy czysto fizjologiczne związane z odchodzeniem, bo uznałem, że absolutnie nie można takich rzeczy ujawniać, zresztą również nie byłem do nich dopuszczany. Przytaczam taki obraz, kiedy do niej przychodziłem w tych ostatnich dniach, ale ona była przygotowywana, czesana, sadzana w fotelu, ubierana, itd. Czy coś ocenzurowałem? Jest kilka historii, na szczęście rzadkich, że kilka osób zrobiło jej przykrość, zrobiło jej jakiś rodzaj świństw. Nie chciałem o tym pisać. W książce jest taka jedna rzecz, ale specjalnie bez nazwiska, bo nie ma powodu, żeby tym ludziom robić reklamę.

    Gdyby Wisława Szymborska przeczytała „Nic zwyczajnego”, to jaka byłaby jej reakcja?

    Zastanawiałem się nad tym. To jest oczywiście książka, która powstała po jej śmierci, więc trudno tak gdybać. Myślę jednak, że ponieważ ta książka jest utrzymana w stylu, powiedzmy naszych rozmów, nie przekracza granicy plotkarstwa, więc myślę, że by ją rozbawiła. Albo powiem inaczej: gdyby przeczytała taką książkę o kimś innym, o jakieś swojej koleżance poetce, to myślę, że by ją taka książka rozbawiła.

    Odejdźmy od „Nic zwyczajnego”, ale zostańmy przy książkach. Co czytała Wisława Szymborska?

    Mam wrażenie, że ona cały czas pobierała dane ze świata, które były jej do czegoś potrzebne. Miała takie dwie formy komunikacji ze światem: poezja oraz felietony o książkach. Nie pisała recenzji, bo „Wszystkie lektury nadobowiązkowe”, które wydaliśmy w zeszłym roku, to nie recenzje książek, tylko preteksty do tego, żeby mówić o tym co ją interesuje. Ona czytała czasami rzeczy absolutnie kuriozalne. Czytała też bardzo dużo prasy literackiej, takiej, której jest już w tej chwili coraz mniej na rynku. Praktycznie w ogóle nie czytała powieści, prozy. Jeśli już, to czytała poezję, a poza tym sporo eseistyki, biografii, autobiografii, wspomnień różnego rodzaju. To ją faktycznie interesowało, ale też świadomie nie zamykała się w takim kręgu literatury, literaturoznawstwa. I miała przyjaciół, którzy byli fizykami, bardzo lubiła z nimi rozmawiać.

    Co ty lubisz czytać?

    Coraz bardziej odchodzę od beletrystyki, chociaż w chwilach, w których muszę się zrelaksować , muszę odświeżyć umysł, wtedy lubię kryminały. Poza tym bardzo dużo czytam eseistyki, to jest coś, co mnie pociąga. Lubię rzeczy, które są dobrze zrobione. Taka eseistyka francuska jest napisana z dbałością o styl, z szacunkiem dla czytelnika. Mam też jednego autora, do którego wracam, tak jak muzykolodzy, którzy zajmują się muzyką współczesną, wracają do Bacha. Ja mam takiego swojego Bacha i jest nim Jorge Luis Borges. Do niego wracam najczęściej. Jego opowiadania są według mnie mistrzostwem świata, pozwalają mi wrócić do tonacji dur-mol, a dopiero potem mogę zajmować się jakimiś szaleństwami.

    Zdjęcie główne pochodzi z archiwum prywatnego Michała Rusinka. Zrobił jej Tomek Sikora.