Tag: Witold Gombrowicz

  • Poniedziałek: Gombrowicz, wtorek: Gombrowicz…

    Środek wakacji, a ja myślę o zmarłych. Konkretnie o zmarłych pisarzach, którzy jakoś dziwnie czas letniej kanikuły sobie wybrali, by nas osierocić. Dzisiaj rocznica śmierci Witolda Gombrowicza, za trzy dni Zbigniewa Herberta, w sierpniu odeszli i znowu odejdą Czesław Miłosz, Sławomir Mrożek, Janusz Głowacki… Sami bliscy, z niektórymi z nich miałem szczęście i zaszczyt rozmawiać. W czasach szkolnej młodości czytani zachłannie, łapczywie, z tym neofickim głodem małolata, żeby jak najwięcej przeżyć, zrozumieć, dowiedzieć się, jak to jest naprawdę z tym życiem. Odkładani na półkę, bo chciało się jeszcze dalej i jeszcze więcej. Ale to „dalej” wcale nie było lepsze, więc wracali na nocny stolik, podłogę przy łóżku, do plecaka, żeby być pod ręką. Żeby wspierać. Może celebrowanie tych rocznic trąci banałem, ale dla mnie to dobry moment, by jeszcze raz o nich pomyśleć, pożegnać dłonią z uniesionym kciukiem, wymamrotać pod nosem zapamiętany cytat. No i wrócić do książek.

    Gombrowicz. Drażnił nas, irytował, zgrywał się, prowokował do niemożliwości. Tak w pierwszym, powierzchownym odbiorze wypadało to jego megalomańskie: ja, ja, ja. Słynny początek Dziennika: „Poniedziałek: ja. Wtorek: ja. Środa: ja. Czwartek: ja”. Dopiero w następnych czytaniach ten najgenialniejszy dziennik literatury polskiej odsłaniał swoje prawdziwe mądrości, które już nie dotyczyły osobistego „ja” autora, tylko naszego polskiego „my”. Jego piekielnie wyostrzony hrabiowski floret intelektu kłuł celnie i boleśnie. Jasne, krytykowanie polskości jako wielkiego projektu narodowego nie należy do sztuk szczególnie trudnych i dzisiaj każdy felietonista to potrafi, ale w jego przypadku walka o nas miała charakter fundamentalny. Bardzo mi bliski. Kiedy zmęczony polityką, rujnowaniem naszych europejskich aspiracji i bezsilnością wobec kataklizmu prostactwa, sięgnąłem po latach do Dziennika Gombra, zakręciło mi się w głowie. Boże, jaki oddech! Jaka ulga, że był wśród nas ktoś, kto myślał! Nie tylko ogarniał cały ten cud badziewny, jak mówi Stasiuk, ale i szukał odtrutki. Na polskość. Na nas. Sami zobaczcie.

    Sto lat temu litewski poeta wykuł kształt polskiego ducha, dziś ja, jak Mojżesz, wyprowadzam Polaków z niewoli tego kształtu. Polaka z niego samego wyprowadzam…”

    To o jego poszukiwaniu nowej formy dla Polaka. Niemal wszystko, co pisał, było walką o nas, o wywleczenie nas z tego sarmacko-katolickiego grajdoła, w którym wczepiamy się w siebie ze strachu przed własną niemocą i nie wiemy co zrobić, żeby być sobą. A jak już wydaje nam się, że wiemy, to zaczynamy być sobą i jest jeszcze gorzej…

    Gombrowicz miał świadomość, że jego głos – choć idący ze środka, z samych trzewi polskiej ziemiańskiej mentalności – nie będzie wysłuchany, bo na słuchanie też jesteśmy osobliwie odporni:

    Śpij, trąbo moja, porzucona na śmietniku nie wyzyskanych polskich możliwości. Śmietnik. W tym sęk, że ja wywodzę się z waszego śmietnika. We mnie odzywa się to, co wy w ciągu wieków wyrzucaliście jako odpadki”.

    Otóż to. W naszym narodowym projekcie wydaje nam się, że jak coś przemilczymy, ukryjemy przed wzrokiem własnym i innych, zamieciemy pod dywan, to to zniknie. Jak będziemy powtarzać, że sarmacka Rzeczpospolita była tolerancyjna i w ogóle wspaniała, a pańszczyzna to najlepsze, co mogło się przydarzyć polskiemu chłopu – to cały świat to kupi i będzie nas podziwiał. Jak będziemy na kolanach przysięgać, że jesteśmy najgorliwszymi katolikami na świecie – to sam Bóg nas przytuli i wyniesie ponad innych. A przecież dawno już mądrzy ludzie powiedzieli, że prawda tkwi nie w tym, co deklarujesz, a w tym, co ukrywasz. Twój fałsz jest warunkiem twojej prawdy. A Gombrowicz przystawia nam tę myśl jak lusterko do naszych rozkosznych polskich pysków i pyta: co tam widzicie?

    Żeby nie było wątpliwości, problem ojczyzny dotyczy nie tylko obywatela, ale i pisarza. Przede wszystkim pisarza, bo to on, „syn wierny swego Narodu”, musi z tym narodem coś zrobić. A nadmiar myślenia intymnym relacjom z ojczyzną nie służy:

    Ojczyzna? Przecież każdy z wybitnych, wskutek po prostu wybitności swojej, był cudzoziemcem nawet u siebie w domu… ponieważ wszelka w ogóle sztuka pozostaje w najściślejszym związku z rozkładem, rodzi się z dekadencji, jest przetworzeniem choroby na zdrowie”.

    prof. Krzysztof Zajas

    Znowu chce się krzyknąć: otóż to! Bierzemy naszych wybitnych (którzy wybitność musieli zdobyć za granicą, bo u nas zjadała ich krytyka), przycinamy ich dzieła do naszych topornych obrazków samouwielbiającej się wspólnoty, po czym sycimy się ich głębią, jakbyśmy sami byli autorami. I tak to szło, że każdy z tych wybitnych musiał na swój sposób uporać się z kamieniem ojczyzny u szyi, śmietnikiem gnijącym pod dywanem, z tym chomątem dziedzictwa narodowego, które nie pozwalało mu być sobą: Herbert, Miłosz, Mrożek, Głowacki…

    To chomąto też wziąłem z Dziennika, włożył je Gombro na kark Miłosza:

    Lecz ja tutaj nie polemizuję z Miłoszem, który jest rasowym koniem – polemizuję tylko z jego chomątem, z tym wozem wypełnionym skrupułami, które mu przeszłość jego doczepiła”.

    Lubię to zdanie, bo świetnie chwyta, o co chodzi z ciężarem mojego dziedzictwa, mojej Ojczyzny na karku.

    Przez łamy literackich portali co jakiś czas przetacza się dyskusja o polskiej literaturze popularnej, wartości czy braku wartości polskich kryminałów itd. Zwolennicy i przeciwnicy twórczości Bondy, Mroza, Puzyńskiej okładają się argumentami, jakby o samą niepodległość chodziło. Gombrowicz, niezwykle wyczulony na wszelkie fałsze i kryjące się za nimi prawdziwe treści, podsuwa i w tej materii jadowitą myśl:

    Historia grafomanii polskiej więcej może powiedziałaby nam o nas niż historia Mickiewiczów i Prusów”.

    Chodzi nie tylko o tak zwany poziom artystyczny, bo jego kryteria są równie płynne jak style epoki, która go definiuje. Chodzi o rodzaj rozkoszy, jakiej zaspokojenia szukamy w tekście. Więcej o tobie mówi przyjemność czerpana z uprawiania i konsumowania literatury, niż twoje światopoglądowe deklaracje. Tu Mickiewicz i Jan Paweł II, a tam pornografia i mord. Perwersyjne, bo zbudowane na nienasyconym pragnieniu:

    I jeśli literatura w ogóle ośmiela się mówić, to wcale nie dlatego że jest pewna swojej prawdy a tylko dlatego, że jest pewna swojej rozkoszy”.

    I tak dalej, o wszystkim. Chcecie o Żydach? Proszę bardzo:

    Niestety! Ci, którym dano prawo do wyższości, nie mają prawa do równości”.

    W jednym zdaniu cały złożony kontredans stosunków polsko-żydowskich, w których Żydzi nigdy nie będą do końca Polakami, a Polacy nigdy nie dorównają Żydom. Gordyjski węzeł wyższości-niższości, który niejeden już Aleksander próbował rozwiązać za pomocą miecza.

    Sądy, opinie, uwagi, bon moty. A każde piekielnie inteligentne, bezkompromisowe, żadnych tam „nie wypada”, „za ostro”, „jeszcze się ktoś obrazi”. Zakutym w bezmyślności łbem trzeba wstrząsnąć, żeby zaczął myśleć, więc Gombrowicz wstrząsa. I taki jest moim zdaniem wyższy cel Gombrowiczowskiej prowokacji. Nie dla samego prowokowania, ale by zmusić do myślenia, „zniewalać do działania duchy opieszałe”.

    O lekturach szkolnych? O romantycznej miłości i jej uwikłaniu w patriotyzm? Proszę bardzo, Żeromski:

    Pomieszanie płci z Ojczyzną… dlaczego nie dało rezultatu? Liryzm miłosny tylko z pozoru jest indywidualny, ten stan ducha powstaje z poddania się gatunkowi: na zakochanym gatunek dopuszcza się gwałtu i nie ma większej różnicy pomiędzy żołnierzem, umierającym za ojczyznę, a kochankiem, który ryzykuje życie, aby posiąść ukochaną. Obaj wypełniają nakaz ważniejszy od wszystkiego, co osobiste – i ten, który broni gromady, i ten, który przedłuży jej istnienie w dzieciach, zrodzonych z kobiety, do której skłonił go instynkt”.

    Ale to już trochę zbyt brutalne dla wrażliwych nastolatków. Docenia się tę myśl później, znacznie później…

    Jak mówiłem, lektura Dziennika w z górą sześćdziesiąt lat od jego powstania i niemal pół wieku od śmierci autora bywa i ożywcza, i porażająca. Dobrze jest poczuć autentyczną siłę ducha prawdziwie niepokornego, zrodzonego w łonie naszego większościowo pokornego Narodu. Co poraża? Że te sprawy już kiedyś były tak ostro widoczne, że ktoś je nazwał po imieniu i nic się od tego czasu nie zmieniło. Uśpione demony znowu się zbudziły i toczą po nas mętnym, nienawistnym wzrokiem.

    Tak się bronię. Zdejmuję z półki starego, sprawdzonego przyjaciela, odwracam się tyłem do rzeczywistości i pogrążam się w literaturze. Co i wam polecam.

    Poniedziałek: Gombrowicz. Wtorek: Gombrowicz. Środa: Gombrowicz…

    Krzysztof Zajas

  • „Mroczne historie tworzone o poranku”, rozmowa z Bernardem Minierem

    Nocne sceny zapisuje w ciągu dnia. Jego życie zmienił Robinson Kruzoe, a jednym z jego ulubionych pisarzy jest Witold Gombrowicz. Słucha między innymi alternatywnego rocka, lubi Kubricka, Coppolę i Bergmana. Był urzędnikiem państwowym, jednak po pięćdziesiątce zdecydował się wydać swoją pierwszą powieść, która stała się bestselerem. O swojej twórczości i codzienności w rozmowie z Agnieszką Zaleską dla smakksiążki.pl opowiada Bernard Minier – francuski pisarz, którego ostatni kryminał „Noc” ukazał się w Polsce nakładem Domu Wydawniczego Rebis.

    Agnieszka ZALESKA: Pisze Pan powieści kryminalne, dlatego, że lubi pan straszyć czytelników? A może strach jest pana ulubioną obsesją?

    Bernard MINIER: Strach jest jednym z narzędzi, które pomagają mi wzbudzać emocje w czytelniku. Chciałbym, by czytelnik uczestniczył w historii, którą napisałem. Hitchcock nazywał to zjawisko partycypacją publiczności. Mówił, że jego najważniejszym celem jest wciągnięcie widza w akcję. To także jest mój cel, a strach jest jedną z metod, którą stosuję. Strach należy do pierwotnych emocji i był w nas obecny od zawsze i od zawsze zmuszał nas do działania. Strach zrzuca ludzkie maski i obnaża prawdziwe oblicze człowieka.

    Usiłuje pan wzbudzić emocje w czytelniku, by zatopić go w swoich historiach?

    Chcę, by czytelnik uczestniczył w akcji, by stał się częścią historii. Co nie oznacza, że nie lubię straszyć czytelników (śmiech).

    Z czym kojarzy się panu noc ?

    Noc oznacza dla mnie wiele rzeczy. Kiedy prowadzimy nocą auto i włączymy radio, to łatwo usłyszeć zmiany w głosie prowadzących i zaproszonych gości. Noc sprawia, że się zmieniamy. Noc nas przeobraża. Dotyczy to również miasta. Wszystko się w nocy zmienia. Była też świetna powieść na ten temat Richarda Bohringera „C’est beau une ville la nuit” („Piękne jest miasto nocą”). Noc zmienia nas i otoczenie. Noc obnaża naszą mroczną stronę, pokazuje to, co jest nieświadome i to mnie właśnie interesuje.

    A czym jest dla pana „Noc” jako historia, która pan napisał?

    Kiedy skończyłem pisać „Paskudną historię”, chciałem wrócić do komendanta Servaza. Tęskniłem za nim. Kończąc „Bielszy odcień śmierci” zostawiłem otwarte drzwi. Czytelnicy mogli się domyślać, że główny bohater powróci. Tęskniłem za nim i chciałem o nim pisać.

    Czyli „Noc” jest powrotem Servaza. Nie może pan już żyć bez tego bohatera?

    To prawda. Jestem przywiązany do Servaza. Moi czytelnicy – również. Za każdym razem, gdy uczestniczę w różnego rodzaju targach czy festiwalach, czytelnicy pytają mnie, kiedy będą mogli przeczytać kolejną historię i czy Servaz się w niej pojawi.

    Pańska kolejna książka „Soeurs” ma dziś premierę we Francji. Czy mógłby pan odsłonić rąbek tajemnicy?

    Tak, będzie w niej Servaz (śmiech). Książka składa się z dwóch części. Pierwsza część dzieje się w latach dziewięćdziesiątych. Servaz ma wtedy 24 lata, długie włosy i był niedawno studentem, a teraz zmierza się ze straszną sprawą – dwie siostry, ubrane w pierwszokomunijne sukienki, zostały odnalezione martwe. W drugiej część historii spotykamy Servaza z dzisiejszej epoki. Ta powieść przedstawia okres 25 lat, w którym tak wiele się wydarzyło i zmieniło. Również i my się zmieniliśmy. W 1993 roku byłem jeszcze urzędnikiem celnym. Nie było wtedy komputerów. W biurze nie było Internetu ani telefonów komórkowych. Nie było prawie wcale gier komputerowych. Wszystko to, co dzisiaj nas otacza, wszystko to, co wykorzystujemy na co dzień, nie istniało w latach dziewięćdziesiątych. I to wcale nie jest tak odległa epoka, to przecież tylko 25 lat.

    Bernard Minier, fot: Emanuele Scorcelletti

    Był pan urzędnikiem przez 25 lat. Dlaczego zdecydował się Pan zostać pisarzem ?

    Zdecydowałem przede wszystkim, że będę pisał książki, które wysłałem do wydawcy. Stałem się pisarzem w momencie, kiedy moja książka odniosła sukces. Kiedy napisałem „Bielszy odcień śmierci” nie myślałem o zostaniu pisarzem. Moim celem było wydanie książki, która zostanie przeczytana. Wszystkie kolejne wydarzenia z tym związane były wisienką na torcie. Sukces „Bielszego odcienia śmierci” był dla mnie zaskakującą niespodzianką. Nie posiadałem wówczas odległych scenariuszy – napisałem książkę i chciałem ją wydać.

    Czyli była to silna potrzeba pisania.

    Tak. Piszę od zawsze. Piszę od młodości, ale nigdy nie proponowałem swoich tekstów wydawcom. To co się wydarzyło z „Bielszym odcieniem śmierci” zaskoczyło mnie. Nie przypuszczałem, że to się tak potoczy.

    Dlaczego pisze pan powieści kryminalne? Dlaczego wybrał pan ten gatunek?

    Bielszy odcień śmierci” był pierwszym ćwiczeniem na określenie stylu. Wszystko w jednym momencie połączyło się w całość i przyniosło sukces. Od tego momentu zacząłem iść dalej. Powstał bohater Servaz, do którego jestem bardzo przywiązany. Zresztą nie tylko ja się do niego przywiązałem. (śmiech).

    Czyli odkrył pan swój styl przez przypadek?

    Można tak powiedzieć. To się stało przypadkowo. Na początku to był przypadek. W tej chwili nie wyobrażam sobie pisania czegoś innego.

    W jaki sposób pan pracuje. Pisze pan na papierze czy bezpośrednio na komputerze?

    Znam niewielu pisarzy, którzy piszą na papierze. Pracuję na edytorze tekstowym. Natomiast systematycznie nanoszę korektę na wydrukowanym arkuszu. Drukuje stronę z tekstem i nanoszę poprawki długopisem. Nigdy nie poprawiam na monitorze. Nie poprawiam tekstu bezpośrednio w komputerze, żeby zawsze móc powrócić do poprzedniej wersji. To trochę tak jak z manuskryptem Prousta. Można w tym dostrzec korektę korekty. Kiedy jest się odrobinę perfekcjonistą chce się ciągle zmieniać rzeczy, ale w pewnym momencie trzeba się zatrzymać. Po czasie okazuje się, że pierwsza wersja jest najlepsza, dlatego warto zachowywać wszystkie wersje, by móc do nich wrócić.

    Czy pisze pan w ciemności, żeby łatwiej wyobrazić sobie mroczne sceny?

    Nie, absolutnie nie piszę w nocy. W moich powieściach jest bardzo dużo scen nocnych i mrocznych, ale ja nie piszę w nocy. Kiedy czyta się moje książki, wydawać by się mogło, że pracuję od północy do piątej nad ranem. Piszę tylko rano, siedem dni w tygodniu.

    Czyli nie ma pan przerwy weekendowej?

    Nie mogę się powstrzymać. Potrzebuję pisać cały czas.

    Zaczyna pan pracę nad tekstem o poranku i jak długo to trwa?

    Wszystko zależy od mojej inspiracji i energii. Mogę pisać do popołudnia, czasami do początku wieczoru.

    Nie ma pan określonych godzin pracy?

    Każdego poranka zaczynam pracę mnie więcej o tej samej porze. Zdarza mi się pisać też po południu w zależności od tego, co mam do zrobienia, czy mam jeszcze inspirację i pomysły.

    Pisze pan w swoim domu czy może ma pan jakieś inne miejsce do kreacji?

    Piszę tylko i wyłącznie u siebie w domu. Nie potrafię pisać w innym miejscu. Potrzebuję swoich własnych śladów, spokoju i ciszy. Piszę zawsze w ciszy. Niektórzy są zdolni do pisania słuchając muzyki, jadąc pociągiem, lecąc samolotem. Inni piszą w kawiarniach. Ja muszę mieć spokój i ciszę Nie potrafię pisać, gdy jest głośno.

    Skąd czerpie pan mroczne inspiracje?

    Nie jesteśmy w stanie wykonywać zawodu pisarza, jeżeli nie posiadamy wyobraźni. Każdy autor ma swoje przyzwyczajenia. Do pisania swoich powieści potrzebuję światła. Sceny nocne tworzę w ciągu dnia. Oczywiście nie mogę wymyślić niczego nie posiadając żadnych faktów. Potrzebuję pewnych śladów do stworzenia fikcyjnej rzeczywistości. Na przykład, jechałem tym samym, nocnym pociągiem, w tych samym godzinach, które pojawiają się w książce. Nie mogę wymyślić czegoś z niczego. Zawsze badam miejsca, które później opisuję w swoich książkach.

    Bernard Minier, fot: Laura Munoz

    A poza pisaniem, co lubi pan czytać?

    Moja biblioteka jest przepełniona różnymi tytułami. Kiedy mam przerwę sięgam po książkę. Może to być poezja albo jakiś dokument.

    Pańska ulubiona poetka lub poeta?

    Wielką przyjemność sprawia mi czytanie poezji Nerudy. Mam to szczęście, że znam hiszpański, więc czytam w oryginale. Lubię też poezję amerykańską i angielską, jeśli jest dobrze przetłumaczona. Jeśli chodzi o Francję to moim ulubionym poetą jest Rimbaud.

    Jeden z pana ulubionych pisarzy lub pisarek?

    Czytam całą masę różnych rzeczy, ale jednym z moich ulubionych pisarzy jest Gombrowicz.

    Naprawdę Gombrowicz? Które dzieło Gombrowicza spodobało się panu najbardziej?

    Uwielbiam „Ferdydurke”. To dzieło utrwaliło się w mojej pamięci i czyta je się prościej niż „Kosmos”.

    Sądziłam, że to będzie „Kosmos” (śmiech)

    Przypominam sobie lekturę „Kosmosu” w latach osiemdziesiątych w telewizji francuskiej. Emisję prowadził Michel Bouquet, wspaniały aktor, który przepięknym głosem interpretował „Kosmos”. Kiedy czytałem „Kosmos” po raz pierwszy to praktycznie nic z tego nie zrozumiałema kiedy usłyszałem lekturę w wykonaniu Michela Bouquet – zrozumiałem tekst.

    Co lubi Pan czytać poza Gombrowiczem? Czy mógłby pan wskazać swojego ulubionego autora albo autorkę?

    Przechodziłem przez różne epoki. Kiedy miałem 20 lat czytałem Gombrowicza i Thomasa Bernarda. Nie wszyscy lubią czytać Thomasa Bernarda. Kiedy coś było zbyt łatwe – nie interesowało mnie. W tamtym czasie nie czytałem kryminałów. Gombrowicz należy do moich ulubionych autorów. „Noc” nie ma wiele wspólnego z Gombrowiczem (śmiech). Bardzo trudno wybrać swojego ulubionego autora. Jest ich wielu.

    Który autor wobec tego przychodzi panu na myśl?

    Nigdy nie mamy ulubionego autora. Mam chyba z pięćdziesięciu ulubionych autorów. Gdybym miał wybierać… to wybrałbym… Nabokova. Tak. Nabokov i „Lolita”, ale też Herman Melville i „Moby Dick”.

    Czy przypomina pan sobie książkę, która wywarła największy wpływ na pana życie?

    Jest wiele takich książek! Która książka zmieniła moje życie? „Bielszy odcień śmierci” zmienił moje życie, bo tę książkę napisałem.

    A spośród książek, które Pan przeczytał?

    Proszę pozwolić mi się zastanowić… Tak, wiem. Nawet, kiedyś już komuś o tym mówiłem. Książka, która zmieniła moje życie to Robinson Kruzoe. Miałem wtedy 8 lat. Jedna z nauczycielek, czytała nam na głos „Przygody Robinsona Kruzoe”. Po raz pierwszy byłem zachwycony, jako czytelnik i jako pisarz. Pomyślałem sobie wtedy, że chciałbym kiedyś opowiadać tak piękne historie, jak ta, którą usłyszałem.

    Czy może pan wskazać swojego ulubionego współczesnego autora?

    Wielkim uznaniem darzę Philipa Rotha.

    Poza pisaniem i czytaniem, jakie jest pana ulubione zajęcie?

    Lubię słuchać różnych gatunków muzyki. Słucham tego, czego słuchają bohaterowie moich książek (śmiech). Lubię słuchać niezależnego rocka czy metalu.

    Co wpadło panu ostatnio w ucho?

    Arcade Fire.

    Lubi pan kino?

    Uwielbiam kino, ale nie chodzę zbyt często. Częściej oglądam seriale telewizyjne, które są coraz lepsze. Mam w głowie całą masę tytułów, które uwielbiałem, gdy byłem młodszy… Mój dom jest na końcu świata (śmiech), więc wyjście do kina jest odrobinę skomplikowane. Od roku nie zajrzałem do kina. Na potrzeby mojej książki bardzo dużo podróżowałem i nie miałem zbyt wiele czasu.

    Pański ulubiony film?

    Czy mam prawo podać dwa tytuły?

    Proszę wskazać trzy tytuły. (śmiech)

    Świetnie! (śmiech) „Mechaniczna pomarańcza”, „Czas apokalipsy” i Bergman. Tylko z Bergmanem jest mały problem – nie wiem jaki tytuł wybrać. Na pewno nie będzie to ostatni okres jego twórczości. Waham się między „Milczeniem”, „Personą”, „Siódmą pieczęcią” i „Tam gdzie rosną poziomki”. Trudy wybór… Wybrałbym „Milczenie”… i „Personę”. Bergman jest wspaniały!

    Czy ma Pan już pomysł na kolejną historię, którą chciałby pan napisać?

    Mam już pomysł na kolejną powieść. Zacząłem tworzyć notatki. Zapisuję je w moich notesach, których mam całe mnóstwo. Notatki są tylko szkicem nowej historii. Potrzeba czasu, żeby to wszystko dojrzało. To jest tak jak z rośliną. Potrzeba czasu na to, by z ziarna wyrosła roślina. Podobnie jest z pisaniem. Potrzeba czasu. W tej chwili to jest etap ziarna.

    Ostatnie pytanie pochodzi od czytelników z Polski. Czy był pan w Puszczy Białowieskiej, którą opisał pan w książce „Nie gaś światła”?

    Nigdy nie byłem w Białowieży. Oglądałem program na temat Puszczy Białowieskiej. Zainteresował mnie bardzo ten obszar, ale nigdy nie byłem w Białowieży.

    Czy chciałby pan skierować kilka słów do polskich czytelników?

    Tak, oczywiście! Byłem w Polsce dwa razy. Odwiedziłem Warszawę, Kraków i Gdańsk. Za każdym razem podziwiałem zarówno kraj jak i czytelników. Dociekliwość polskich czytelników bardzo mile mnie zaskakiwała. Przypominam sobie bardzo szczegółowe pytania, dotyczące np. muzyki. Tak więc byłem dwa razy Polsce, ale jak mówi francuskie przysłowie „Jamais deux sans trois”! (Do trzech razy sztuka!). Ale to już jest chyba wiadomość dla polskiego wydawcy (śmiech).