Kryminał jako gatunek zmaga się z kilkoma schorzeniami. Przesadna pogoń autorów za spektakularnym twistem jest chyba najpoważniejszym z nich wszystkich.
Zacznijmy od tego, żeby wytłumaczyć sobie, czym ten twist jest. W skrócie, to nieoczekiwany zwrot akcji lub niespodziewane zakończenie, które do góry nogami wywraca całą fabułę powieści. Dokładnie tak, jak w absolutnie klasycznej powieści, jaką jest „Zabójstwo Rogera Ackroyda” Agathy Christie. Finał jest taki, że po jego poznaniu właściwie chcemy przeczytać całą powieść od początku, żeby zobaczyć, czy wszystkie wątki naprawdę tak ładnie się zgadzają. Co więcej, pomimo wielu lat od premiery „Zabójstwo…” ciągle się broni. Mam wrażenie, że odrobinę się zestarzało w sferze języka, ale strukturalnie to ciągle majstersztyk, któremu mało kto potrafi dorównać. Inny przykład? „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn. Fantastyczny zwrot akcji w połowie książki, który wywraca historię do góry nogami. Z mniej znanych autorów, świetny twist wyszedł Johanowi Theorinowi w „Świętym Psycholu”.
Dobry twist to skarb. Przyzna to każdy autor kryminałów. Zostawia on czytelnika z szeroko otwartymi ustami, zdumionego, że dał się aż tak zrobić w konia, a przy tym jednak literacko usatysfakcjonowanego. Bo po to też czytamy kryminały – żeby dać się autorowi oszukać. Problem pojawia się w chwili, kiedy autor szuka tego niespodziewanego zwrotu akcji na siłę. A takich książek, mam wrażenie, że jest coraz więcej.

Ostatnio tak miałem z dwoma dość głośnymi tytułami. Czytało się w miarę łatwo, umiarkowanie przyjemnie, ale mniej więcej potrafię zrozumieć, skąd się bierze ich popularność. Wraz z kolejnymi stronami pojawiały się kolejne fabularne zgrzyty. Trochę kręciłem nosem, ale ciągle miałem nadzieję, że autorzy to jakoś naprostują. A potem następował twist, a ja za każdym razem zdębiałem. Ale nie ze zdumienia. Ze złości. Bo za każdym razem nie miały one żadnego sensu. Oba nie rozwiązywały żadnych fabularnych problemów, ale tworzyły gigantyczne logiczne dziury. Miałem wrażenie, że twórcy nawet nie próbowali ich załatać. Miał być zwrot akcji, to jest, proszę bardzo, czekam na oklaski. Tylko ja osobiście poczułem się jako czytelnik obrażony. Cholera, czytałem w swoim życiu książki lepsze i gorsze. Czytałem nawet takie zupełnie złe. Ale za każdym razem czułem, że pisarz się mniej lub bardziej starał. Nawet jeśli mu nie wychodziło, to przynajmniej . Nie tym razem. Tym razem autorzy pokazali, że mają mnie w swoich czterech literach. O co dokładnie chodziło? Nie opowiem, bo nie chcę zdradzać nazwisk twórców, ale generalnie były to zwroty akcji w typie kopniaka w jaja. O co dokładnie chodzi? Proszę sobie wyobrazić, że zapraszacie mnie na obiad. Przychodzę. Jemy rosół, potem schabowego. Rozmawiamy sobie o literaturze i o innych rzeczach. Jest bardzo miło i sympatycznie. W momencie, kiedy na stole pojawia się ciasto i kawa, podrywam się na równe nogi, wywracam stół, kopię gospodarza w krocze i wychodzę. Czy byłoby to zaskakujące? Niewątpliwie. Czy miałoby jakikolwiek sens? Żadnego. A jednak takie książki nie tylko są wydawane, ale co więcej – świetnie się sprzedają.


