Tag: Wojciech Chmielarz smakksiazki.pl

  • Niewiedza. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Kiedy wychodziłem z ostatniej gali Bestsellerów Empiku na początku tego roku, podeszła do mnie Fireverka (Tiktokerka i Instagramerka) i powiedziała, że jest tutaj taka dziewczyna, która chciałaby ze mną zrobić wywiad i czy bym się zgodził. Nie widziałem problemu. Przywitaliśmy się. Pogadaliśmy chwilę. Pożegnaliśmy się. Kilka miesięcy później, na Targach Książki w Warszawie wychodziłem ze swojego spotkania i zauważyłem się ciągnącą się przez dziesiątki metrów kolejkę. Była to jedna z najdłuższych kolejek na tamtych targach i co ciekawe, nie prowadziła na żadne stoisko, ale do stojącej gdzieś niedaleko wejścia do Pałacu Kultury i Nauki młodej dziewczyny. Tej samej, której udzielałem wywiadu na gali Empiku. Dopiero wtedy coś mnie tknęło i zacząłem googlać, kto właściwie jest.

    www.unsplash.com/Jason Wong

    Okazało się, że to Zuzanna z kanału Zaksiążkowane, który prowadzi wraz z siostrą Tolą. Prawie dwieście tysięcy subskrybentów, najpopularniejsze filmy mają ponad pół miliona wyświetleń, a wszystkie łącznie ponad dwadzieścia osiem milionów. Cholera, gdybym wiedział, kto to jest, to sam bym do niej biegł na tej gali i błagał, żeby zrobiła ze mną wywiad. A to jeszcze nie wszystko. Swój kanał poświęcony książkom prowadzą także jej rodzice. Kanał literaccy ma 40 tysięcy subskrypcji. Dodajmy do tego takie kanały, jak dr book i get booky (obu Pań nie znam, obie serdecznie pozdrawiam) i pewnie jeszcze kilku twórców, których po prostu nie znam.

     

    No właśnie, nie znam. Dlatego piszę ten tekst. Jestem zawodowym pisarzem. Z naturalnych więc przyczyn interesuje się więc rynkiem książki. Tym, co się na nim dzieje. Od dawna opowiadam, że konkurencja na rynku, a szczególnie w kryminale jest tak wielka, że my jako autorzy nieustannie musimy kombinować, co zrobić, żebyście Państwo w ogóle usłyszeli o naszych powieściach. Kogo poprosić o polecajkę na okładkę? Komu wysłać egzemplarze promocyjne? Kogo namawiać do napisania recenzji? I ja także, nie ukrywam, mocno się nad tym zastanawiałem i odbyłem na ten temat dziesiątki rozmów. Tymczasem gdzieś tam w internecie pani Zuzanna z siostrą Tolą stworzyła kanał, który ma dwieście tysięcy stałych widzów, a ja nic o tym nie wiedziałem. Jak to jest w ogóle możliwe?

    www.unsplash.com/Christian Weidiger

    Dzieją się w ogóle na rynku książki rzeczy dla mnie zaskakujące. Znowu wracam do Targów Książki w Warszawie. Przez prawie cały czas stała kolejka do stoiska wydawnictwa Jaguar. Po co? Czy ktoś tam przez te kilka dni nieustannie podpisywał książki? A gdzie tam. Po prostu młodzi ludzie chcieli kupić kolejne tomy serii „Hearstopper”, która zdominowała listy bestsellerów w ostatnich miesiącach. I w ogóle te tabuny nastolatków, które krążyły pomiędzy stoiskami były czymś, na co każdy wystawca zwrócił uwagę. Prawdopodobnie była to najliczniejsza grupa wiekowa, która odwiedziła targi. Jasne, z jednej strony wiedziałem, że tzw. literatura young adult jest coraz popularniejsza. Ale jedno wiedzieć, drugie widzieć. Do tego nie wiem, co ci młodzi właściwie czytają. I żeby była jasność, to nie jest narzekanie. Nie zamierzam Państwa teraz uraczyć wywodem, że za moich czasów… Po prostu po raz kolejny przyznaję się do niewiedzy w obszarze, w którym jednak coś powinien wiedzieć.

    I w sumie się cieszę. Że jest ferment, że pojawiają się nowi twórcy, którzy opowiadają o książkach za pomocą nowych narzędzi i nowych środków. Że tworzą wartościowy kontent, bo na wszystkich tych kanałach, o których wspominałem, pojawiają się fajne filmiki. Że młodzi czytają i wygląda na to, że coraz więcej. Że odkrywają nowych autorów. Że coś się po prostu dzieje. Ale o czym ja jeszcze nie wiem? Mam wrażenie, że są autorzy, których nazwiska powinienem przynajmniej znać, zjawiska, o których powinienem słyszeć. Co mnie omija?

    Aż trochę boję się zapytać.

    Wojciech Chmielarz

  • Domy bez książek. Kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Czytacie Państwo ten felieton na stronie smakksiazki.pl, gdzie raczej nie trafiliście przypadkiem. Mogę więc spokojnie zakładać, że macie w domu biblioteczki, z których na pewno jesteście mniej lub bardziej dumni. Myślę, że sporo osób zainwestowało w potężne regały, które potem fotografowaliście i wrzucaliście zdjęcia na instagram zgarniając sporo serduszek. I pewnie nie wyobrażacie sobie Państwo domu bez książek. A powinniście…

    Ogłoszenie corocznego raportu o czytelnictwie w Polsce wywołało stany… no może nie euforyczne, ale jednak dawało się wyczuć pewne zadowolenie i powiew optymizmu. Bo w końcu czytelnictwo nam wzrosło o całe szalone 3 procent. Co oznacza, że 42 procent Polaków w minionym roku przeczytało co najmniej jedną książkę lub dłuższy tekst. No dobra… Umówmy, że kryteria do tego, żeby załapać się do tych 42 procent są żałośnie niskie. Podejrzewam, przepraszam za wulgarność, ale jestem trochę zmęczony powtarzaniem co roku tego samego, że wystarczy jedno dłuższe posiedzenie na kiblu, gdzie zamiast przeglądać facebooka na komórce, przeczytamy kawałek zostawionej tam lata temu powieści, i już możemy zaliczać się do dumnego grona czytelników. Dużo więcej mówi nam inna statystka. Ile osób przeczytało siedem lub więcej książek w roku? Bo to jest grupa prawdziwych czytelników. No więc, szanowni Państwo, jest nas całe 10 procent. W zeszłym roku było to 9 procent. Czyli niby urosło, ale równie dobrze może to być błąd statystyczny. Ta wartość utrzymuje się od lat, co nota bene daje sporo do myślenia, jeśli chodzi o pewne zjawiska na rynku książki. Ale o tym może innym razem.

    Ja zwrócę uwagę na inną statystykę. Z badania Biblioteki Narodowej wynika, że 31 proc. badanych nie ma w domu żadnej książki prócz podręczników szkolnych. I teraz weźmy głębszy oddech, uspokójmy się i pozwólmy, żeby ta statystyka do nas dotarła. W co trzecim domu w Polsce nie ma żadnej książki.

    www.unsplash.com/Trnava University

    Nie wiem, jak Państwo, ale ja mam ten trochę brzydki zwyczaj, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie robię po odwiedzeniu kogoś w domu, jest popatrzenie na jego księgozbiór. To mi potrafi sporo powiedzieć o człowieku. Czy mamy podobne zainteresowania? Co lubi? Czego nie lubi? Czy mamy wspólne tematy do rozmowy? Ale też kim on jest? Bo nasza biblioteczka trochę o nas świadczy, prawda? Pokazuje, jaką drogę przeszliśmy. Jak się rozwijaliśmy. Po prostu kopalnia informacji, które potem oczywiście trzeba wziąć w pewien nawias i traktować z dystansem (bo ktoś może korzystać głównie z usług biblioteki lub czytać ebooki, albo, w drugą stronę, odziedziczył księgozbiór po dziadkach i nic z niego nie przeczytał), ale hej, czy może być bardziej naturalne zagajanie rozmowy niż zapytanie: a co myślisz, o tej książce?

    Moja biblioteczka jest dla mnie ważna. Trochę żałuję, że nie mam w domu tyle miejsca na książki, ile bym chciał. Część moich zbiorów mam w formie elektronicznej. Nie mam też dość czasu, ale również determinacji, żeby jakoś sensownie to wszystko ułożyć. Niby wprowadziłem tam pewien porządek – tu reportaże, tam fantastyka, powyżej kryminały, a z boku literatura piękna, ale z biegiem czasu wkradł się tam chaos, który z miesiąca na miesiąc coraz bardziej rządzi moimi półkami. I rozumiem, że nie wszyscy muszą podzielać mój fetysz. Na pewno są osoby, które przywiązują do książek mniejszą wagę lub traktują je bardziej użytkowo. Ale nie mieć w domu żadnej książki? Żadnej powieści, która nas zachwyciła albo towarzyszyła nam w ważnych chwilach w życiu, więc leży na półce, jako pamiątka, przypomnienie tamtych chwil i nieustannie kusi, żeby do niej wrócić, chociaż na chwilę? Żadnego tomiku poezji, który ktoś nam kiedyś dał i może nigdy go nie przeczytaliśmy, ale ta osoba była dla na istotna i nigdy go nie wyrzucimy? Żadnego reportażu, który nami wstrząsnął? Żadnej powieści podróżniczej, po przeczytaniu, której marzyliśmy o tym, żeby samemu wyruszyć w drogę? Żadnego kryminału, przy którym po prostu dobrze się bawiliśmy? Żadnej powieści dla młodzieży, którą zostawiliśmy, bo chcemy ją pokazać naszym dzieciom, jak już dorosną? Żadnego prezentu Gwiazdkowego? Żadnej „Biblii”, „Harry’ego Pottera”, „365 dni”, zakurzonej Trylogii Sienkiewicza w wydaniu sprzed pięćdziesięciu lat o pożółkłych kartkach, żadnej z powieści Mroza? Nic?!

    W co trzecim polskim domu nie ma ani jednej książki poza szkolnymi podręcznikami. I to jest chyba statystyka, która najlepiej pokazuje, jak bardzo jest źle. Bo dom bez książek to nie jest żaden ewenement. To coś zupełnie normalnego i zwyczajnego. Coś, co nikogo nie powinno dziwić ani zaskakiwać. I tyle. Pamiętajmy o tym, kiedy będziemy myśleli o czytelnictwie w Polsce.

    Wojciech Chmielarz

  • Wielkie wyparcie – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zastanawiam się ostatnio, jak będzie wyglądać literatura po pandemii. Niewątpliwie jest to bowiem doświadczenie, które przeorało naszą codzienność jak żadne inne w przeciągu ostatnich trzydziestu lat. Ale równocześnie jest ono bardzo nierównomiernie rozłożone. Także dlatego, że skutecznie je wypieramy.

    W ostatnim „Drugim śniadaniu mistrzów” Justyna Sobolewska powiedziała, że czeka nas druga Lombardia. Ja dodałem, że nie czeka, ale ona już tu jest. Bo w najbliższych tygodniach czekają na nas już nie rekordy zakażeń, ale rekordy zgonów. Ale one de facto już się wydarzyły. W tym sensie, że mamy te ponad 30 tysięcy zakażeń dziennie i już wiemy, że z tych 30 tysięcy około 2,5 procent umrze (oczywiście, zdaję sobie sprawę z problemów z liczeniem śmiertelności COVID 19 i z góry przepraszam za ewentualną pomyłkę). Co oznacza 750 zgonów. Ci ludzie jeszcze żyją. Być może nawet dobrze się czują. Ale tak naprawdę już jest po wszystkim. Ich przyszłość jest rozstrzygnięta. W tej grupie być może jestem ja. Prawie na pewno jest w niej ktoś z czytających ten felieton.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Oczywiście, nie da się żyć ze świadomością, że być może jest już po wszystkim. Jeśli czegoś nas nauczył ostatni rok, to tego jak silny jest mechanizm wyparcia w każdym z nas i jak mocno udajemy, że pandemii nie ma. Żeby była jasność, nie mam tu na myśli tych, którzy powtarzają, że to wszystko spisek Billa Gatesa, krzyczą, żeby włączyć myślenie, a w najlepszym razie twierdzą, że COVID to taka zwykła grypa. Chodzi mi o ludzi takich, jak ja, którzy wiedzą, co się dzieje, noszą maseczki, uważają na siebie i śledzą statystyki. Ale równocześnie, kiedy tylko to możliwe, wypieram pandemię z mojej głowy. Staram się udawać przed samym sobą, że jest normalnie. Przestaję śledzić informacje o zapaści w służbie zdrowia, nie czytam już na facebooku opowieści wracających z dyżury lekarzy. Zmieniam kanał, kiedy na ekranie pojawia się covidowy reportaż. Wiem, że jest źle. Wiem, że będzie jeszcze gorzej. Ale po roku jestem tym strasznie zmęczony. Potrzebuję poudawać przynajmniej, że nic złego się nie dzieje.

    Wiele osób twierdzi, że po pandemii wszyscy lub prawie wszyscy będziemy musieli zmagać się z syndromem stresu pourazowego. A przecież pandemia doświadczyła nas w różnym stopniu. Sam uważam się za szczęściarza. Moi bliscy są bezpieczni. Nie musiałem zamykać firmy, nie straciłem dorobku życia ani nawet pracy. Jedyne, co mnie spotkało, to pewne drobne niedogodności. Jak mogę się więc równać z tymi, którzy przechorowali tę straszną chorobę? Lub musieli pożegnać swoich bliskich? Jak będę mógł po wszystkim rozmawiać z lekarkami, pielęgniarzami, ratownikami, wszystkimi pracownikami systemu opieki zdrowotnej, którzy przeżyli straszną jesień, a przeżywają jeszcze straszniejszą wiosnę? Nasze doświadczenia są przecież diametralnie inne. Czy będziemy w ogóle w stanie zgodzić się co do tego, co się właściwie wydarzyło? A to wyparcie, wyparcie, które teraz jest ratunkiem dla naszej psychiki, będzie to później jeszcze bardziej utrudniać. Co będę ja i inni szczęściarze (a przecież pomimo wszystko, trochę nas jest) wspominać za rok czy dwa? Będziemy opowiadać zabawne anegdotki o nielegalnych spacerach po lesie, podziemiu fryzjerskim i fitnesowym, zapominając o towarzyszącej nam teraz niepewności i strachu? Jak na nasze wybuchy śmiechu będą reagować ci, którzy czekali godzinami z umierającymi bliskimi na przyjazd karetki? A jak ci, którzy w tychże karetkach pędzili z chorym po kilkadziesiąt kilometrów, bo w odległym szpitalu było jedyne wolne miejsce? Przydałaby się nam wielka narodowa terapia. Ale ponieważ polska psychiatria wygląda, jak wygląda (nie ze względu na brak zaangażowania lekarzy, ale chroniczne niedoinwestowanie), raczej nie możemy na nią liczyć. Lubię myśleć, pewnie naiwnie i życzeniowo, że pomoże nam literatura.

    www.unsplash.com/Ed Robertson

    Bo trochę tym właśnie jest, prawda? Wielką rozmową o tym, co się wydarzyło i co nas czeka. Próbą podzielenia się różnymi doświadczeniami. Nauką empatii. Oczywiście, pełni też funkcję eskapistyczną. I szczerze mówiąc, to zalewu takich książek początkowo się spodziewam. Ba! Sam takie piszę! Ani w „Prostej sprawie”, ani w nadchodzącym „Wilkołaku” nikt nie nosi maseczek. Nie znają nawet tego słowa – koronawirus. Ale prędzej czy później będę musiał się z tematem COVIDu zmierzyć. Podobnie jak inni autorzy. Co nam z tego wyjdzie? Chyba nawet nie ośmielę się prognozować. Wiele zależy od tego, co nas jeszcze czeka. Mam jednak nadzieję, że my jako pisarze damy radę. I jak już będzie po wszystkim, trochę pomożemy w zrozumieniu tego, co się właśnie dzieje i jak to zmieni świat. To będzie nasza taka popandemiczna odpowiedzialność. Bo jeśli nie będziemy potrafić tego zrobić, to może literatura wcale nie jest taka ważna, jak mi się wydaje.

    Wojciech Chmielarz

  • „Blown Away”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zdaję sobie sprawę, że wiele osób wykorzystało wolny świąteczny czas, żeby nadrobić kulturalne zaległości. Przeczytało książki, na które do tej pory nie mieli czasu, obejrzeli wartościowe, wymagające skupienia filmy. Ja natomiast skończyłem oglądać pierwszy sezon „Dmuchaczy szkła”.

    „Dmuchacze szkła” to program typu reality show, który jest dostępny na platformie Netflix. Polega na tym, że do huty wpuszczono… no cóż… dmuchaczy szkła. W każdym odcinku jury daje im do wykonania jakieś zadanie. Po jego wykonaniu odpada najsłabsza osoba. I tak do wielkiego finału. Na swoim facebooku przyznałem się do słabości dla tego typu programów. Mam już za sobą „Glow up” (to samo, co „Dmuchacze…”, ale dla makijażystów), „Next in fashion” (konkurs dla projektantów mody), „Wojny kwiatowe” (ogrodnicy) i jeszcze parę innych. Generalnie, lubię, kiedy utalentowani ludzie wychodzą zrobić coś fajnego, czego ja w życiu bym nie potrafił. Nie przemawiają do mnie z jakiegoś powodu programu kulinarne (chociaż cały ten gatunek zaczął się chyba od sławnego „Masterchefa”).

    Kończąc sezon „Dmuchaczy szkła” (mój faworyt zajął niestety drugie miejsce, ale miło było śledzić jego drogę do finału), pomyślałem sobie, że chętnie zobaczyłbym tego typu program z pisarzami. Proszę sobie wyobrazić, że w telewizyjnym studio pojawia się dziesięciu utalentowanych twórców. Wszyscy to generalnie amatorzy, ale ktoś tam się chwali, że dziesięć lat temu wydał już jedną książkę w niszowym wydawnictwie. Mamy poetę, mamy starszego pana, który całe życie pisał limeryki, miłośników fantastyki, powieści kryminalnych, historycznych czy horrorów. I wszyscy oni dostają zadania do wykonania. Mają napisać scenę miłosną, opowiadanie na sto słów, przerażającą historię, inne zakończenie „Władcy pierścieni” czy bajkę dla dzieci z morałem. Mierzą się z poezją, epiką i dramatem. Dekonstruują polską i światową klasykę, czy starają się zmienić „365 dni” Blanki Lipińskiej na powieść młodzieżową. Czasami dostają konkretny temat, czasami mają wolną rękę. Piszą samotnie i w duetach. A na końcu są oceniani przez jury, gdzie mamy prowadzącego program – totalnie widziałem bym w tej roli na przykład Aleksandrę Szwed, znanego krytyka literackiego (Justyna Sobolewska, Michał Nogaś?), a do tego w każdym odcinku pojawiałby się specjalny gość – Rafał Kosik oceniałby literaturę dla dzieci i młodzieży, Zygmunt Miłoszewski kryminały, a Ewa Winnicka reportaż. Nagrodą byłoby wydanie powieści w jakimś dużym wydawnictwie, a Empik dorzuciłby do tego pakiet promocyjny.

    Zygmunt Miłoszewski, Wojciech Chmielarz, Adam Szaja. fot: smakksiazki.pl

    Ech… Rozmarzyłem się, chociaż daję sobie sprawę, że taki program nie ma niestety racji bytu. Nawet nie ze względu na brak docelowej widowni. Umówmy się, dmuchanie szkła to jeszcze bardziej niszowe zajęcie niż pisanie książek, a Netflix postanowił jednak zainwestować w produkcję. Po prostu wszystkie te zajęcia, które wymieniłem jak tworzenie makijaży, szycie, dekoracja wnętrz, gotowanie czy nawet tworzenie instalacji roślinnych, są fotogeniczne. Cholernie dużo się tam dzieje. Ktoś biega, ktoś coś przekłada, kroi i zszywa, maluje, tu dodaje, tu odejmuje, jest ruch, jest napięcie, jest jakaś historia. Jak miałoby to wyglądać w wypadku programu o literaturze? Oglądamy jak przez czterdzieści minut kilka osób siedzi przy komputerze i stuka te literki w edytorze tekstu popijając kawę lub herbatę. Pewnie najbardziej emocjonującą częścią programu byłby wyścig do drukarki. Na końcu czytaliby swoje dzieła, zapewne we fragmentach, bo na całość nie byłoby czasu i tyle.

    To jest zresztą większy, głębszy problem z literaturą. W jaki sposób o niej rozmawiać, w jaki sposób ją promować w atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy, przyzwyczajonego jednak do kultury obrazkowej i pewnego dynamizmu w przekazie? Bo jak rozmawiamy o literaturze, to zazwyczaj na poważnie, żeby nie powiedzieć, że na kolanach. A fajnie by było chyba podejść do tematu tak bardziej na luzie. Pobawić się nim, pośmiać. Były takie próby. Z Zygmuntem Miłoszewskim improwizowaliśmy kiedyś kryminał na scenie „Worka kości” i wyszło całkiem sympatycznie. Jeśli więc miałbym czegoś nam wszystkim (twórcom, wydawcom, czytelnikom) życzyć na nadchodzący rok to tego, żeby znalazł się ktoś łebski, kto wymyśli jakiś fantastyczny, nowoczesny i pasjonujący sposób na rozmowę o literaturze. I to niekoniecznie w formule reality show.

    Wojciech Chmielarz

  • Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz

    Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach

    Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.

    A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

    www.unsplash.com/Link Hoang

     

    A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.

    Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.

    I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.

    No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.

    Wojciech Chmielarz

  • „Książki zdychają w ciszy”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Dzisiaj będzie mało oryginalnie, bo 31 grudnia, ostatni dzień 2019 roku, więc małe literacko-rynkowe-czytelnicze podsumowanie tego, co było i pewnie kilka słów na temat tego, na co czekam w roku 2020. A na koniec gorzka refleksja, bo to także część tej konwencji.

    Zacznę z grubej rury. Najlepszym polskim kryminałem, jaki przeczytałem w roku 2019 jest „Około północy” Mariusza Czubaja. Koniec i kropka. To przede wszystkim książka napisana z niewiarygodną miłością. Do gatunku, jazzu, legendy lat sześćdziesiątych, trudnej polskiej historii i samej literatury wreszcie. Strasznie mi przykro, że tak niewiele o tej powieści się mówiło w zeszłym roku. Mam wrażenie, że nie udało się jej przebić. Nie rozmawia się o niej, nie pojawia się na grupach czytelniczych, nie widziałem jej na listach bestsellerów. A szkoda, bo to naprawdę wielka rzecz. Najlepsza powieść Czubaja i jedna z najlepszych, jakie przeczytałem w tym roku.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Krzysztof Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Ale w ogóle ten rok był moim zdaniem bardzo dobry dla polskiego kryminału. Pojawiło się sporo dobrych tytułów. Bo najpierw wrażenie na mnie zrobił Bartosz Szczygielski ze swoim „Sercem”, potem Jędrzej Pasierski z „Roztopami”. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po tych dwóch pozycjach, a pojawił się „Szwindel” Jakuba Ćwieka. No i potem wielki come back (jeśli można tak to nazwać) Jakuba Szamałka z technothrillerami „Cokolwiek wybierzesz” i „Kimkolwiek jesteś”. Gdzieś tam jeszcze pojawił się Jacek Galiński z rewelacyjnym debiutem „Kółko się pani urwało”. A jestem pewien, że to nie wszystkie wartościowe tytuły, które pojawiły się w tym roku. Ale o tym później.

    Najlepsza rzecz z zagranicy to „Granica” Dona Winslowa. Ogromna powieść w każdym tego słowa znaczeniu. Bo i 900 stron, i temat, i dziesiątki wątków oraz bohaterów. Literacka mozaika, która opowiada o amerykańskiej wojnie z narkotykami oraz jej bohaterach. Są tam i agenci DEA, i policjanci, i meksykańscy bossowie, i dilerzy, i narkomani i wreszcie, przypadkowe ofiary. Wszystko się elegancko przeplata i tworzy przerażający obraz świata oplecionego narkotykowymi mackami. Naprawdę mocna powieść. Jedna z tych, które na długo pozostają w pamięci.

    No to teraz o planach czytelniczych na nadchodzący rok. Bardzo czekam na nowy kryminał Jakuba Ćwieka. Przy okazji opowiedział mi mniej więcej, o czym mam być i naprawdę już przebieram nóżkami, żeby dostać go w swoje ręce. Na początku roku nową powieść wydaje wspomniany wcześniej Bartosz Szczygielski. Jestem cholernie ciekaw, jak poradzi sobie bez Gabriela Bysia. Może być ciekawie. Przede wszystkim jednak, i tutaj pojawia się ta gorzka refleksja, spróbuję nadrobić zaległości z 2019 roku. Bo mam ich sporo. Znana każdemu czytelnikowi „kupka wstydu” rośnie z każdym miesiącem. Leży na niej „Pokuta” Anny Kańtoch (książka, na którą przecież czekałem!), „Wiatraki” Krzysztofa Zajasa, „Mara” Kuźmińskich czy „Golem” Marka Krajewskiego. A są jeszcze autorzy zagraniczni. Pomimo idiotycznego nazwiska bohatera chciałbym przeczytać chociaż jedną powieść Chrisa Cartera. Czeka na mnie „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” i zaległe powieści Roberta Harrisa i „Wiedźmie drzewo” Tany French. A to tylko pierwsze przykłady z brzegu i tylko kryminały!

    Przez długi czas kiedy myślałem o tej rosnącej z tygodnia na tydzień liście, czułem wstyd. Ale niedawno przeczytałem wpis Roberta Małeckiego, w którym chwali się, że rzucił pracę i został zawodowym pisarzem (powodzenia, stary!) i gdzieś tam między linijkami dodał, że w przeciągu trzech lat od debiutu wydał sześć książek… Sześć książek. Przez trzy lata. To dwie książki rocznie. Równocześnie łącząc to z pracą zawodową i pewnie jakimś normalnym, rodzinnym życiem. Kiedy to przeczytałem, ten wstyd, o którym wspominałem przed chwilą, zniknął. Bo zrozumiałem jedno – w Polsce wydaje się po prostu za dużo książek.

    Bo, żeby nie było, dwie ostatnie książki Roberta są na mojej liście. Tak „Wada”, jak i świeżutka jeszcze „Zadra”. I Robert jest do cholery jasnej całkiem dobrym pisarzem. Ale gdzieś rośnie we mnie przekonanie, że tych książek (podobnie jak dwóch ostatnich tomów o losach Marka Benera) po prostu nie przeczytam. Będą sobie leżeć na półce, a ja, kiedy będę ją mijać, za każdym razem będę sobie powtarzać w myślach, że już zaraz, ale tym razem już naprawdę na pewno, po nie sięgnę i przeczytam. Ale koniec końców, pewnego szarego, smutnego dnia zapakuje je w sklepową torbą i zaniosę do biblioteki. Tym razem będę sobie powtarzał kłamstwo, że kiedyś je z tej biblioteki wypożyczę i już naprawdę przeczytam. Ale tego też nie zrobię. A szkoda, bo „Wada” podobno jest lepsza od chwalonej także przeze mnie „Skazy”.

    Oczywiście to nie jest tylko przypadek Małeckiego. Nie raz, i nie dwa, powtarzałem, że rośnie presja ze strony wydawców na autorów, żeby dostarczać więcej, szybciej i najlepiej grube. Wpływ na jakość to ma, jaki ma. O tym też już pisałem parę razy. Ale zaryzykuję jeszcze jedną tezę, jaki ma wpływ ta nadprodukcja na polską literaturę. Otóż ludzie może i te książki kupują, ale czy faktycznie je czytają?

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Ale Małecki jeszcze ma nieźle. Zdążył sobie wyrobić nazwisko, jakąś markę, grono czytelników. A co mają powiedzieć debiutanci? Na mojej półce leży „Marsz w mrok” Miłosza Fryzła. Przeczytałem pierwszych trzydzieści stron i zaczyna się całkiem nieźle. Potem musiałem niestety odłożyć, bo praca goniła i od tej pory książka leży. Nie wiem, czy ktokolwiek o niej poza mną słyszał ( i tymi 27 osobami, które dały jej ocenę na lubimyczytac.pl). Wydano ją, książka przeszła bez echa i zniknęła. Podobnie „Niszcz, powiedziała” Piotra Rogoży. Tutaj jest już trochę lepiej, ocen „aż” ponad sześćdziesiąt. A to tylko dwa debiuty (w przypadku Rogoży debiut podwójny), które akurat tak się złożyło, że wpadły mi w ręce. I czekają na swoją kolej. Może się nawet doczekają.

    Problem nie dotyczy tylko kryminału. Podobnie jest w literaturze obyczajowej. Niemniej, skutek jest ten sam. Mówiąc krótko – książki zdychają. Brzydko, w ciszy, przygniecione kurzem na półkach lub zalegające w magazynach hurtowni. Nigdy nie czytane. Zgrzytam zębami, bo jestem pisarzem. Wiem, ile trzeba dać z siebie, żeby napisać dobrą książkę. Wiem, jakie to trudne i ile to kosztuje. I zadaję sobie pytanie, po co to robić, skoro istnieje duża szansa, że nikt mojej powieści nie zauważy? Powiecie Państwo, że tak było zawsze. Owszem. Ale nie aż tak. Jestem pewien, że gdybym debiutował teraz z „Podpalaczem”, to nigdy bym się nie przebił. Zrezygnowałbym z pisania po drugiej, góra trzeciej pozycji, bo po co pisać, skoro mój kryminał zostanie zaraz przygnieciona lawiną innych? Naprawdę, żal mi obecnych debiutantów. Żeby zaistnieć, będą musieli wypruwać sobie żyły i wypluwać powieść za powieścią.

    Powiedzą Państwo, że to nie mój problem. Że ja, tak jak Małecki, mam już nazwisko, mam markę, nie grozi mi, że moje książki przejdą niezauważone przez czytelników. Ale Szanowni Państwo, jeśli spotkało to Mariusza Czubaja z jego najlepszą powieścią, to czemu nie miałoby spotkać i mnie?

    Wojciech Chmielarz

  • „Kwestia imienia”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Chris Carter zyskał w Polsce sporą popularność. Czytałem wiele pozytywnych recenzji na temat jego powieści, czytelnicy na internetowych forach albo się zachwycają, albo przynajmniej mocno chwalą. Nawet mój gospodarz na tej stronie jest miłośnikiem tego pisarza. Co do mnie, to na mojej półce lezy kilka powieści Cartera. Lubię być z gatunkiem na bieżąco, ale żadnej jeszcze nie przeczytałem. Dlaczego? Niedawno się nad tym zastanawiałem i w końcu do mnie dotarło – chodzi o imię i nazwisko głównego bohatera

    Robert Hunter – tak właśnie nazywa się bohater Cartera. Dzielny policjant walczący ze złem na ulicach Los Angeles. Przepraszam Państwa bardzo, być może te powieści faktycznie są bardzo dobre, ale ja już na tym etapie nie jestem ich w stanie traktować poważnie. Robert Hunter. Robert Łowca. Już słyszę jego lekko zachrypnięty (oczywiście), szorstki (jeszcze bardziej oczywiście), ociekający testosteronem (oczywista oczywistość) głos w głowie – Nazywam się Robert Łowca i poluję na przestępców.

    Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Kurczę, naprawdę nie dało się wymyślić mniej pretensjonalnego imienia i nazwiska?

    Ale i tak na mojej prywatnej liście najgorszych imion i nazwisk bohaterów kryminałów Robert Łowca zajmuje dopiero zaszczytne drugie miejsce. Na pierwszym od wielu lat znajduje się detektyw londyńskiej policji z cyklu Tony’ego Parsonsa Max Wolfe (dla niepoznaki z „e” na końcu). Max, kurczę, Wolfe. Maksymalny Wilk. Nie jestem w stanie traktować poważnie kogoś, kto tak nazwał główną postać swojego cyklu. Samego bohatera zresztą też nie. Dlatego z tą serią pożegnałem się dość szybko.

    Mam problem z obsadą trzeciego miejsca, chociaż mam kilka typów. Jednym z nich jest Harry Hole. Żeby była jasność, bardzo cenię pisarstwo Jo Nesbo i jego powieści. Ale imię i nazwisko głównego bohatera? Trochę przesadzone. Po pierwsze imię. Harry. A więc angielskie, a nie norweskie. Niemniej, występuje w Norwegii. Jednak ma swoje potoczne znaczenie. „Harry” to przymiotnik oznaczający coś bez smaku lub nawet wulgarnego. Wynikało to z faktu, że imię to nadawali swoim dzieciom głównie przedstawiciele klasy robotniczej. Hole to dziura. Przyjrzyjmy się teraz naszemu bohaterowi, który jest policjantem, jego prywatne życie to jedna ogromna emocjonalna katastrofa, a wewnętrzną pustkę próbuje wypełnić alkoholem. Nesbo nazwał nadał mu imię i nazwisko, które de facto oznacza „wulgarną dziurę”. Jak dla mnie, trochę przegiął. Rozumiem, że nomen omen i tak dalej, ale co za dużo, to niezdrowo.

    Jest też bohater pani J.K. Rowling. Cormoran Strike? Świetnie imię dla postaci z Harry’ego Pottera, beznadziejne dla powieściowego detektywa. Cormoran (imię giganta z kornwalijskich legend, kojarzący się z francuską nazwą kormorana, nota bene, nie znalazłem nikogo o takim imieniu na facebooku) Strike. Kormoran Uderzenie. Uderzenie Kormorana? Nawet nie jestem pewien, jak to powinienem przetłumaczyć. Co zaskakujące, pani Rowling wymyśliła sobie całkiem fajny i wpadający w ucho pseudonim Robert Galbraith. Dlaczego nie mogła pójść za ciosem i stworzyć coś równie prostego dla swojego bohatera? To już pozostanie tajemnicą.

    Na tym tle John Rebus z powieści Iana Rankina wypada dość zwyczajnie. Ale też jest dziwaczny i niepotrzebnie znaczący. Jestem policjantem, rozwiązuje kryminalne łamigłówki, a nazywam się Rebus. Czemu nie krzyżówka? Albo jeszcze lepiej – Jolka lub Sudoku? Rankina w pewnym sensie tłumaczy, że debiutował w latach osiemdziesiątych. I w tamtym czasie to faktycznie mogło być coś nowego, ciekawego i świeżego. No i przede wszystkim – Rebus jednak nie gryzie w zęby tak mocno jak Max Wolfe.

    Ale żeby nie było, są też pozytywne przykład. Całkiem sobie nieźle z nazywaniem swoich bohaterów radzą polscy autorzy. Mistrzem dla mnie jest tutaj (co powtarzałem wielokrotnie) Mariusz Czubaj z Rudolfem Heinzem. Tak. Na pierwszy rzut ucha/oka brzmi dziwacznie, ale równocześnie całkiem nieźle. Za to kiedy zdamy sobie sprawę, że główny bohater pochodzi ze Śląska, cała ta dziwność znika. Rudolf Heinz wywodzi się po prostu z niemieckiej mniejszości (nawet jeśli się już z nią nie identyfikuje). Co więcej, jeśli już to wiemy, to możemy też sobie wyobrazić, jak wyglądało życie jego rodziny w okresie PRLu i jaki to miało wpływ na życie Rudolfa. Pisząc krótko, w tym imieniu i nazwisku zawarta jest cała historia tej postaci. Absolutne mistrzostwo.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Niezły jest Teodor Szacki. Nietypowe imię, po którymi następuje bardzo zwyczaje nazwisko. Fajne połączenie. Nieprzesadzone, prawdopodobne, a zapadające w pamięć. Podobnym tropem poszła Katarzyna Bonda tworząc Saszę Załuską. W trochę innej lidze grają twórcy kryminałów retro, ale i oni potrafią. Eberhard Mock Marka Krajewskiego czy Zyga Maciejewski Marcina Wrońskiego są blisko mistrzostwa świata.

    A co do mnie, to uważam, że mam literackie dwie pięty achillesowe. Wymyślam takie sobie tytuły swoich książek i takie sobie imiona i nazwiska bohaterów. Ale przy całym tym autokrytycyzmie uważam, że Jakubowi Mortce czy Dawidowi Wolskiemu jednak daleko do Maxa Auuuu! Wolfe’a.

    Wojciech Chmielarz

  • „Zagadka kasztanów”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Mało jest drzew, które są tak ważne, jak kasztanowce. W maju wyczekujemy aż zakwitną, bo przecież inaczej nie ma mowy o maturze. Ale prawdziwy szał na nie nadchodzi jesienią

    Wiele napisano i powiedziano o fenomenie zbieraniu grzybów w Polsce. Jesienią lasy szczelnie wypełniają się ludźmi w każdym możliwym wieku, każdej płci, których łączy wzrok wbity w ziemię wiklinowy (najczęściej) koszyk i scyzoryk w kieszeni. W tajemnicy trzymają najlepsze tereny zbierackie, zazdrośnie zerkają do koszyków konkurentów, chętnie opowiadają o tym, jakie to niegdyś znaleźli borowiki, rydze czy kanie.

    Podobnym zajęciem jest polowanie na kasztany. Wygląda to zresztą niemalże identycznie, chociaż areną zmagań są tutaj miejskie podwórka, a nie las. Gromady ludzi krążą wokół wysokich drzew, wyszukując w trawie brązowych kulek. Dodatkowy dreszczyk emocji zapewnia konieczność unikania psich kup (w lesie rzadko jednak spotykanych). O ile jednak grzybobranie jest nieźle w literaturze polskiej opisane, to zbieranie kasztanów jest fenomenem całkowicie pisarsko zignorowanym. I to pomimo tego, że zajmują się nim nie tylko dzieci, ale też osoby całkiem dorosłe. Kobiety i mężczyźni. Jest to zajęcie całkowicie demokratyczne.

    W zbieraniu kasztanów fascynuje mnie to, że jest to czynność absolutnie bezsensowna. Grzybobranie przynosi jednak jakieś wymierne korzyści. Te wszystkie jajecznice z kurkami, suszone grzyby, słoiki wypełnione marynowanymi podgrzybkami. W przypadku kasztanów wmawiamy sobie, że zbieramy je dla dzieci, żeby potem robić z nich kasztanowe ludziki (nota bene, właśnie ukazał się kryminał pod takim tytułem autorstwa Sorena Sveistrupa, po 200 stronach mogę powiedzieć, że całkiem udany), ale bądźmy szczerzy – najczęściej przynosimy do domu worek pełen jesiennych zbiorów, zostawiamy go w przedpokoju, żeby wyrzucić po dwóch miesiącach. A równocześnie ludzie naprawdę się angażują w to zajęcie. W tym ja. Dość powiedzieć, że pewnego dnia poważnie uszkodziłem sobie prawą nogę schodząc z kasztanowca, na który wspiąłem się, żeby trochę potrząsnąć gałęziami w wiadomym celu. Powiem tylko, że miałem wtedy dużo więcej lat niż wypadało (dużo więcej!).

    www.unsplash.com/Waldemar Brandt

    Piszę o tym wszystkim, bo fenomen zbierania kasztanów zauważyłem dopiero w tym roku. To znaczy, wcześniej wiedziałem, że ludzie zbierają kasztany. Ale nie docierało chyba do mnie w pełni jak powszechna, demokratyczna i popularna jest to czynność. Jak wielką niektórzy do niej przywiązują wagę. I to sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, jakich jeszcze fenomenów w otaczającym mnie świecie nie zauważyłem lub ich nie doceniam. W pewnym momencie pogodziłem się, że nie nadążam już za rozwojem technologii. Zatrzymałem się gdzieś na poziomie facebooka. Ledwo ogarniam, o co chodzi z instagramem. Nigdy nie korzystałem ze snapchata i już totalnie nie rozumiem tiktoka. Dodajmy jeszcze do tego wszystkie youtube’owe mody, za którymi po prostu nie nadążam. Są też poważniejsze przykłady. Dopiero niedawno dowiedziałem się o modzie na podcasty. I znowu. Wiedziałem, że coś takiego jak podcasty istnieje. Wiedziałem, że przygotowują je i amatorzy, i poważne redakcje. Ale dopiero kilka dni temu uświadomiono mi jaki jest zasięg tego zjawiska. A mówimy tutaj tylko i wyłącznie o tym, co się dzieje w świecie wirtualnym! Co z tym, co wydarza się poza siecią?

    Wszystko to mnie martwi. Pisarz, szczególnie twórca dziejących się współcześnie kryminałów, powinien jednak trzymać rękę na pulsie. Orientować się w tym, co jest teraz na topie. I tym właśnie będę zajmował przez jesień. Odetchnę po promocji „Rany”, a później spróbuję przynajmniej trochę nadgonić za współczesnością. Będę obserwował, będę się uczył, będę starał się zrozumieć. Zobaczymy, gdzie mnie to poszukiwania zaprowadzą. Czego się dowiem o otaczającym mnie świecie. Jeśli mają Państwo jakieś sugestie, czemu powinienem się przyjrzeć – proszę wrzucać w komentarzach lub wysłać mi wiadomość na facebooku.

    Zanim jednak się tym wszystkim zajmę, pójdę najpierw pozbierać trochę kasztanów.

    Wojciech Chmielarz

  • „Zabij swoich ukochanych”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Strasznie nie lubię tej niemądrej metafory mówiącej, że pisarza zaskoczyli bohaterowie. Albo że wyrwali się nam spod kontroli. Bo nasze postacie to twory, które żyją tylko i wyłącznie w naszej głowie. Możemy z nimi robić, co tylko chcemy. Ale co mam powiedzieć, jeśli faktycznie zrobili coś, czego nie przewidziałem?

    Pisarze lubią opowiadać o sobie niestworzone historie. Można to sprawdzić sięgając po biografie dowolnego literata. Co najmniej połowa z nich będzie się opierała na dekonstruowaniu mitów, które narosły wokół danego twórcy, który to twórca sam zresztą brał czynny udział w ich tworzeniu. Ale życiorysy to tylko jeden temat. Drugim są opowieści o tym, jak wygląda nasza praca. Niewielu z nas ma odwagę powiedzieć, że w gruncie rzeczy, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent naszego czasu to nudne siedzenie przy biurku i klepanie w klawisze. Z przerwą na drugie śniadanie o jedenastej i herbatę z ciastkiem o czternastej. No, ale to się kiepsko sprzedaje. Dlatego wielu pisarzy podejmuje próby, żeby uczynić ten obrazek trochę bardziej romantycznym. Żeby bardziej wpisywał się wyobrażenia pisarza, który czeka aż na niego spłynie natchnienie i który tworzy tylko i wyłącznie popijając ulubioną kawę przy ulubionym stoliku w ulubionej paryskiej kawiarni.

    Jedną z najmniej lubianych przeze mnie takich opowieści, jest ta niemądra metafora mówiąca o tym, że pisarza zaskoczyli jego właśni bohaterowie. Że wyrwali mu się spod kontroli, zrobili coś, czego nigdy nie zaplanował. Powiedzmy sobie jasno – nasze postacie żyją tylko w naszych głowach. Zrobią dokładnie to, co im każemy. Nic więcej, ale też nic mniej. Jesteśmy za nie jako twórcy w pełni odpowiedzialni. ale też, to nie jest do końca prawda.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Faktycznie, coś się dzieje podczas pisania z samymi bohaterami i fabułą. Nie chcę powiedzieć, że wyrywa się nam spod kontroli. Może lepiej stwierdzić, że w pewien sposób ożywa. Zmienia się w naszych głowach i sama pokazuje najlepsze kierunki swojego rozwoju. Przerabiałem to już kilka razy. Ostatnio ledwo kilka dni temu. Piszę kolejny thriller psychologiczny. Przelewam na papier historię, która chodziła za mną od kilku lat, a którą układałem już sobie w głowie tyle razy, że byłem absolutnie pewien, że nic się tutaj nie zmieni. Krótko mówiąc, wiedziałem, kto zabił, jak, kogo i dlaczego. Trzeba to było tylko obudować w słowa. Ale pisanie powieści właściwie od samego początku nie szło mi tak sprawnie, jak planowałem. Zwalałem to na wiele rzeczy. Zmęczenie. Liczne wyjazdy na spotkania autorskie, które są bardzo przyjemne, ale wytrącają człowieka z pisarskiego rytmu. Przeziębienie. Nadchodzącą jesień. I teraz dociera do mnie, że się myliłem. To sama historia stawiała mi opór. Próbowała powiedzieć, że nie wszystko jeszcze przemyślałem. Że są inne, lepsze fabularne rozwiązania, które najpierw powinienem wziąć pod uwagę. Nie rozumiałem tego. Parłem uparcie do przodu. Boksowałem. Pięściami upychałem na kolejnych stronach dialogi, sceny, bohaterów. Aż w końcu zmęczony i zdenerwowany, odważyłem się ich posłuchać. I nagle wszystko mi się ułożyło. Opór zniknął. Fakt, musiałem trochę pozmieniać. Zdarzało mi się to już przy wcześniejszych książkach, więc sam proces jest mi znajomy, ale teraz po raz pierwszy zmienię sprawcę zbrodni. Co w sposób oczywisty mocno wpłynie na zakończenie, ale dzięki temu będzie bardziej spójne. Mniej zaskakujące, ale jak pisałem na tych łamach miesiąc temu, uważam, że od szokującego twistu ważniejsza jest sensowna fabuła.

    Jest takie powiedzenie wśród amerykańskich scenarzystów, że żeby napisać dobrą opowieść trzeba zabić to, co najbardziej się kocha. Mowa tutaj oczywiście o pomysłach, a nie o realnych ludziach. Czasami twórcy są tak przywiązani do scen, postaci, fabularnych zwrotów akcji, że nie zauważają, kiedy zaczynają one szkodzić samej opowieści. Ona wtedy najczęściej protestuje. Buntuje się. Można ten jej opór złamać. A można jej wysłuchać.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Niestety, nie każdy pisarz to potrafi. W ostatnim roku przeczytałem kilka książek, których autorom zabrakło tej umiejętności. Albo odwagi, żeby pójść za swoimi bohaterami. Sam nie wiem. W każdym razie czuło się, że fabuła w połowie się boleśnie łamie. Że postacie chcą i powinny zrobić jedno, ale twórca każe im iść zupełnie inną ścieżką. Tą, którą miał zapisaną w planie powieści. I w pewny sposób ich rozumiem. Kiedy mi się to wydarzyło po raz pierwszy, byłem przerażony. Teraz z utęsknieniem oczekuję tego momentu. Bo wiem, że pomysły, które się wtedy pojawiają są najlepsze. Jest w tym jakaś twórcza magia. Iskra, która rozjaśnia szczyptą romantyzmu te nudne dni przepełnione stukaniem w klawisze.

    Wojciech Chmielarz