Tag: Wydawnictwo Czwarta Strona

  • W lipcu czwarta w tym roku książka Remigiusza Mroza? Jakub Ćwiek: „Remku, zalał mnie wkurw”.

    Kilka słów wstępu. Udało mi się jakiś czas temu dotrzeć do informacji, że Remigiusz Mróz wyda w lipcu swoją czwartą w tym roku  książkę. Ma nosić tytuł „Hasztag” oraz ma być skierowana, jak sam tytuł wskazuje, do ludzi, którzy sporo czasu spędzają przed komputerem. Czy tak będzie? Okaże się w lipcu, jednak musiałby się wydarzyć jakiś kataklizm, żeby ta książka się nie ukazała. To pewnie dobra informacja dla fanów autora, bo kolejna rzecz do przeczytania. Podzieliłem się informacją z kilkoma autorami, a Jakub Ćwiek zdecydował się napisać dość ostry list do Remigiusza Mroza. Zapraszam do lektury, a potem włączcie się do dyskusji w komentarzach.

    Remigiuszu,


    Tytułem wstępu – dziękuję, że znalazłeś czas, by ten list przeczytać. Zdaję sobie sprawę, że moment, gdy go piszę i publikuję, jest dość niefortunny, bo akurat jesteś, jak widziałem we wpisie, na wakacjach. Tak się jednak złożyło, że o bezpośrednim powodzie jego napisania, o którym szczegółowo później, dowiedziałem się kilka godzin temu i postanowiłem nie zwlekać, uznając, że może nie jest jeszcze za późno.

    Zanim zacznę, ustalmy to i owo.
    Po pierwsze – jak wiesz Ty, wiem ja, ale już niekoniecznie wszyscy, którzy będą ten list czytać: mimo iż obaj jesteśmy pisarzami, nie stanowimy dla siebie konkurencji. Nawet mimo dość szerokiego rozstrzału poruszanych tematów, tematycznie czy gatunkowo się do siebie nie zbliżamy, nie „walczymy” o te same półki, nie spotykamy się na tych samych wydarzeniach (wyjątkiem są wszelkie imprezy targowe, etc.). To pozwala mi się wypowiadać z perspektywy kogoś stojącego z boku, a nie pretendenta, konkurenta czy kogoś niepotrafiącego się pogodzić z faktem, że został odstawiony na boczny tor. Wręcz przeciwnie, jak wiesz, a ja dawałem wiele razy wyraz także publicznie, mimo zastrzeżeń, kibicowałem Ci i kibicuję mocno, doceniając ogrom Twojego włożonego wysiłku i to, jak zaowocował.

    No właśnie, Twój sukces to po drugie. Jesteś Królem Rynku i nie zamierzam z tym faktem dyskutować. W dodatku, na co warto zwrócić uwagę, Królem ulubieńcem ludu, czego mocno pilnujesz, o co dbasz już po zajęciu tronu i chwała Ci za to. Nie mam wątpliwości, jak wielką część Twojego sukcesu stanowi Twoje podejście do czytelników, czy to w sieci, czy na targach i spotkaniach. Ogromne kolejki czy setki reakcji pod wpisami śledzę bez zawiści czy zazdrości, a z podziwem, bo wiem, ile czasu i energii kosztuje wpisywanie każdemu starannej dedykacji – moje, przy znacznie krótszych kolejkach, nigdy nie były tak staranne – czy podejmowanie dyskusji z tyloma komentarzami w tylu różnych miejscach na Facebooku czy Instagramie. Gdybyś trafił tam, gdzie jesteś, jakimś szczęśliwym trafem, pewnie myślałbym sobie: ej, dlaczego akurat on. Ale w Twoim przypadku trudno zadawać sobie to pytanie. Bo jeśli ktoś miał trafić z takim rodzajem prozy i z tym pisarskim modelem, to właśnie Ty. Bo w ten model włożyłeś (a wraz z Tobą Twoi wydawcy, którzy mocno na Ciebie postawili) całego siebie. Ryzyko, które się opłaciło.

    Dobrze, skoro to mamy ustalone, skoro już wiemy, że jesteś Królem, a ja nie życzę Ci źle, a konkurencją jestem ja, pomniejszy autor humorystycznej fantastyki, mniej więcej taką, jaką błazen królewski również noszący koronę, berło i płaszcz z gronostajem jest dla władcy, powiem coś, co właściwie tylko błazen może: to już nie jest, kurwa, śmieszne!

    Przestało być takie całkiem niedawno. Do tej pory nawet mnie bawiło to, jak ludzie przecierają oczy z zaskoczeniem, że piszesz sześć książek rocznie, że przeskakujesz z tematu na temat, z gatunku na gatunek. Śmiałem się zawsze, gdy na kolejnych fotosach, plakatach, bilboardach na pół budynku pisano o tym, że Remigiusz Mróz powraca! Stary, jestem pewien, że Tobie również uniósł się kącik ust, gdy zdałeś sobie sprawę, że to tak, jakby fanfarami odtrąbiono każdy Twój powrót z łazienki. Sześć książek rocznie, jedna na dwa miesiące – prenumeruję magazyny wychodzące z mniejszą częstotliwością.

    Ludzie mówią: niemożliwe, ale my wiemy, że to nieprawda. Da się pisać w takim tempie, choć wymaga to dyscypliny, zacięcia, zdrowia i nade wszystko podporządkowania innych dziedzin życia pracy. Ale to wybór każdego autora. Szanuję każdego, kto jest w swoim konsekwentny.

    Inna rzecz, czy da się w takim tempie pisać dobrze. I tu pytanie oczywiście, co to znaczy dobrze. Literatura gatunkowa opiera się na pewnych modelach postaci, schematach fabuł, kliszach mniej lub bardziej zgranych. Da się napisać niezłą książkę, posługując się wyłącznie kliszami, zwłaszcza jeśli prezentujesz znane sztuczki odbiorcy, który ich z tego czy innego powodu nie zna. Takie książki pisze się automatycznie i jeśli tylko wyznaczysz sobie punkty graniczne (pomysły na zwroty akcji czy zagadki rodem z Browna) i mniej więcej wiesz, co ma paść w danej scenie, właściwie nie musisz się zastanawiać, pisząc. To jak wypełnianie formularza. Jak wykonywanie wyuczonych, wypracowanych ruchów.

    Odnosząc to do bliskiej nam przecież sztuki iluzji – wiemy, jak działa numer z przepołowioną kobietą. Mając do dyspozycji pudło, modelkę i trochę czasu na naukę, każdy z nas mógłby go zrobić i zaprezentować. A choć pokazano go miliony razy przed milionami ludzi, opisano i ograno, jeśli trafisz na publikę, która o nim nie słyszała, nadal zadziała. Piękno schematu.

    A dziś takich ludzi jest sporo, bo obaj wiemy, że wielu Polaków dopiero uczy się znajdować czas na lekturę, odkrywać zabawę w książkach czy w ogóle w opowieściach. I uczy się traktować czytanie jako formę relaksu.

    Ze względu na powszechną obecność, na to jak jesteś widoczny, a Twoje książki dostępne wszędzie – no i nie ukrywajmy, ze względu na świetne fotosy przedstawiające człowieka, którego z miejsca mógłbym uznać za pisarza – jesteś wtedy dla tych ludzi, sięgających po lekturę dla przyjemności albo po raz pierwszy w życiu, albo po raz pierwszy po długiej przerwie, pierwszym wyborem. I często jedynym, bo umówmy się, jedna książka na dwa miesiące to dla przeciętnego, zarobionego człowieka tempo czytania, nie pisania. Zanim więc taki ktoś coś przeczyta do końca, Ty już jesteś z nowością. A że lubimy to, co znamy… idę o zakład, że jest w tym kraju sporo czytelników wyłącznie Remigiusza Mroza.

    Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny

    Do tego skaczesz po tematach i poruszasz sprawy aktualne, ważne, w Twoich książkach pojawiają się echa spraw, o których rozmawia się w autobusach, ale i w domach przy stołach. Teoretycznie mógłbyś być idealną odpowiedzią na pytanie: gdyby miał pan wybrać tylko jednego pisarza, którego będzie pan czytał, to kto by to był? No oczywista, że polski Grisham, Coben, Gerritsen, King, Nesbo i Larsson w jednym! Coś pominąłem? A tak, polskie „House of Cards” na przykład!

    Dobra, wybacz żart, ale trochę tak do całej tej sytuacji podchodziłem. Z rozbawieniem. No, może też i troszkę z żalem, bo w tych naszych Nowych Szatach Króla jawisz mi się właśnie jako ten Władca, który jak wszyscy dał się omamić. Komu? Podejrzewam, choć to tylko moje przypuszczenie, że Wydawcy, który czy to podsuwając Ci tematy, czy też odwrotnie, biorąc ledwie zalążek pomysłu jako już gotową powieść, gna z wydaniem kolejnych książek zanim ktokolwiek się zorientuje, że tak się tego, kurwa, nie robi! Że nieważne, jakbyś był, chłopie, zdolny, każdy pisarz potrzebuje redaktora, który niczym ten sługa Marka Aureliusza będzie mu stał przy uchu i mówił: jesteś tylko człowiekiem.

    Kogoś, kto wskaże błędy, wątki zbędne, nielogiczności albo miejsca, w których nie chciało Ci się w opisie nawet specjalnie poszerzać notki z pierwszych wskazań Google’a. Człowieka, który będzie miał czas, odwagę i kompetencje, by przyjrzeć się temu, co napisałeś i powiedzieć „nie, to nie może być w ten sposób, bo to jakaś bzdura jest” albo ”to jak opisałeś Czarnego Delfina podejrzanie pokrywa się z treścią wikipedycznej notki. Potrzebujesz tu aby więcej materiałów?”.

    Czytam wywiady z Tobą, czytam o Twoim podziale dnia i o tym, jak dzielisz go między pisanie, lekturę researchową, bieganie, czytanie dla przyjemności, oglądanie filmów i redakcję. Jeśli to dokładny i wierny opis Twojego dnia,  dołóżmy tu jeszcze niezwykłą aktywność w social mediach – większość Twojego czasu to ślęczenie nad literkami. Od czterech lat ciągiem? W Twoim wieku, po wymagających studiach prawniczych? Kurde, z czego te książki mają powstawać, czym się ładować, skoro nie miałeś czasu ani nazbierać doświadczeń w tematach, które teraz pracowicie przetwarzasz, ani nawet nie masz czasu na wytchnienie, by mózg czasem po prostu myślał, mielił pomysły, dał im mutować, dał coś odrzucić. By, cholera jasna, odpoczął?

    Na miejscu Twojego wydawcy już jakiś czas temu powiedziałbym Ci „Remigiusz, musimy poważnie pogadać. Jesteś fantastyczny, ale nam na Tobie zależy i dlatego, stary, chcemy Ci zaproponować takie coś – my od teraz będziemy puszczać trzy Twoje książki rocznie i troszkę dłużej nad nimi popracujemy. Zarobiłeś dla nas pierdyzalion pieniędzy, sam też przecież nie narzekasz, możemy sobie pozwolić na sztab researcherów i redaktorów. Kurde, jesteśmy na takiej pozycji, że jak zechcesz napisać o Wietnamie, to wywołamy Ci Wietnam i wyślemy tam z oddziałem piechoty!”

    Jedynym powodem dla którego tak nie robią, jest obawa, że to, co się wokół Ciebie dzieje, to coś, co się dziać nie powinno i trzeba natrzaskać jak najwięcej kasy zanim się rypnie. Pracujemy więc nad tym, co się liczy, czyli okładką, reklamą, dobrym, nośnym tematem, na którym ludzie się skupią w wywiadach, a odpuścimy rzeczy, które nas opóźniają, jak redakcja merytoryczna czy weryfikacja powierzchownego, internetowego researchu. Przeciętny czytelnik i tak powie „chciałem się tylko rozerwać i się rozerwałem”. Nie oczekiwałem podręcznika.

    W tym miejscu jednak, choć nieco straszno, wciąż jeszcze było również śmiesznie. Zabawnie było oglądać Twoje zdobywanie salonów i to jak ludzie robili „ha ha ha, ten wariat Mróz, święty Remigiusz od zbłąkanych blogerek”, a potem, gdy rosły nakłady, gdy pojawiłeś się z serią w Newsweeku, z wywiadem głównym w Wyborczej Kultura czy w programie Michała Nogasia, ludzie, którzy się z Ciebie śmiali, zaczynali starannie ważyć słowa. Przyznaję, zastanawiałem się wtedy, czy zmieniali przekonania? Dojrzewali do autora czy to po prostu słynna kapitalistyczna tortura dopisywania zer na czeku, łamiąca w końcu kołem większość poglądów i ideałów? I miejmy jasność, Remku, nie z Ciebie się tu śmieję. Ty robisz swoje tak, jak Ci się sprawdzało i jak działa.

    Po prostu jeden z drugim, zamiast, jak sobie wcześniej zamierzyli, wskazywać ludziom pewne kierunki, ci krytycy z bastionów działów kulturalnych, niczym doradcy królewscy robionego w konia władcy, uznali, że lepiej z tłumem chwalić nowe szaty. Ku uciesze tych, co w tej zabawie rozdają karty.

    Możesz powiedzieć, że dobra, rozumiesz, ale trochę długo rysuję ogólną sytuację i czas przejść do konkretów. Gdzie, moim zdaniem, przebrała się miarka i przestało być w ogóle zabawnie? Otóż, drogi Remku, przy „Nieodnalezionej”.

    Przyznam, że zanim sięgnąłem po tę książkę, przeczytałem sporo wywiadów i materiałów prasowych. Pominąłem te mówiące o Tobie jako Cobenie, takie chwyty ani mnie nie bawią, ani nie uważam ich za służące autorowi. Ujęło mnie jednak, że ta książka to stand alone, że poruszasz w niej ważny temat przemocy domowej i to najwyraźniej dobrze, skoro fundacja antyprzemocowa bierze Cię na ambasadora.

    Byłem akurat świeżo po lekturze Twojej ”Czarnej Madonny”, która nie podobała mi się wyjątkowo i zamierzałem już uznać, że ej, po prostu nie będę więcej po Twoje rzeczy sięgał, a tu nagle i recenzje dobre, i temat ważny, podobno opisany z wyczuciem, a sama powieść skonstruowana świetnie. Wziąłem, przeczytałem (a właściwie przesłuchałem) i… nie, nie zdenerwowałem się. Zalał mnie wkurw!

    Remigiusz Mróz, fot: oficjalna strona autora, www.remigiuszmroz.pl

    Na ludzi, którzy Cię za to chwalą, na ludzi, którzy mówią, że jak wspaniale, że Ty, najpopularniejszy autor w kraju poruszasz taki ważny i wcale nie medialny temat, że się odważyłeś, że opowiadasz historię tak mroczną, z takim pogłębieniem bohaterów, postaci. Czytam te recenzje, słucham fragmentów, znowu recenzje, znowu fragmenty i mówię: że do jasnej cholery, co?! Wiarygodne postaci, poruszenie tematu z wyczuciem?! Łaskawe pochylenie się bestsellerowca nad tematem podnoszonym tak rzadko?

    Po pierwsze, zrobił to już Miłoszewski w „Gniewie”, więc to nie tak, że zrobiłeś to pierwszy. Po drugie, przemoc w rodzinie to temat nośny w cholerę, a u Ciebie, do czego się zresztą przyznajesz i wspominasz o tym, pojawił się przy okazji skandalu z pewnym posłem i jego żoną.

    Kolejno, google research działa, gdy sprawdzasz historię brata Jezusa albo rosyjskie więzienia. Gdy oprzesz jeden z głównych wątków swojej powieści na źle przetłumaczonej transkrypcji z czarnej skrzynki feralnego lotu sprzed czterdziestu lat, też się nic przecież nie stanie. To tak jak u mnie – umówmy się, mogę się w swoich książkach wygłupiać świadomie, ale nawet, jak się wygłupię za sprawą niewiedzy, wielkiej szkody nikomu nie wyrządzę. Ot, najwyżej trochę fantastyce, że wypuszcza chłam i mój Boże gdzie Lem i więcej Dukajów.

    Ale gdy Ty piszesz o przemocy domowej? Gdy wiesz – bo już, Remigiuszu, wiesz – że Twoje wydawnictwo czy wydawnictwa, a także efekt kuli śniegowej sprawią, że w mediach wyrośniesz na chwilowego eksperta czy właśnie ambasadora tematu, nadal robisz google research i lecisz po schematach?! Chłopie, wdzięczny bóstwom wszelakim, że jako pisarz nigdy jeszcze nie czułem na karku takiej odpowiedzialności jaką Ty powinieneś, wiem, że prędzej bym tej cholernej książki nie napisał, niż pozwolił sobie na granie na wyłącznie spranych, filmowych schematach! Ot choćby suma obrażeń z każdej nocy, a częstotliwość wizyt w szpitalu z rozpieprzonymi organami. Relacja bohaterka a dziecko, reakcje dziecka na to, co się dzieje, jak ono się zachowuje. Cisza i narastająca beznadzieja zamiast efekciarstwa sypialnianego ringu. Jakbyś cały czas wiedział, że o tym czy o tamtym wspomnieć trzeba, bo gdzieś w czymś co czytałeś padło, ale nie masz pojęcia. jak to prowadzić, bo nie miałeś czasu, by to przepracować. Napisać scen, które może i ostatecznie polecą z tekstu, ale dadzą Ci solidny obraz sytuacji. Diabeł tkwi w szczegółach, a te szczegóły biorą się z rozmów z ludźmi, którzy przestają być dzięki temu statystyką. Z drobnych opowieści o narastającym lęku, beznadziejności, o tym, jak działa przemoc ekonomiczna, seksualna i tak dalej. Wiedziałbyś to, i jestem pewien, wprowadził do książki, gdybyś nie wpadł w nierealny wir pracy. Gdybyś miał odważnego, doświadczonego redaktora, który by Cię poprowadził i czasem kazał przemodelować tekst. Gdyby nie pojawiła się presja – wciąż nie wiem, wydawnicza, społeczna, wewnętrzna – na napieprzanie sześciu tytułów w roku i robienie z tego atutu! To nie jest atut, Remigiuszu. Masz wiele świetnych pomysłów, masz wyczucie trendów, ale za sprawą tempa nie masz nic, co by Twoje książki czyniło Twoimi. Nie dajesz sobie czasu na przefiltrowanie przez siebie ważnych tematów i w związku z tym Twoje książki mógłby napisać każdy z odrobiną pisarskiej wprawy, tak, że nikt by się nie zorientował. Co nie miałoby miejsca, gdybyś dał sobie czas. I nie zlałbyś wtedy tak ważnego tematu pobieżnym researchem i przez to takim jego odrealnieniem.

    Dobrze, teraz czas na wyjaśnienie, dlaczego piszę to akurat w tej chwili, gdy powinienem się raczej cieszyć, że jesteś na wakacjach i bierzesz oddech. Cieszę się z tego, naprawdę. Ale też usłyszałem właśnie, że ruszyła maszyna promocyjna Twojej nowej powieści o roboczym tytule ”Hasztag”, traktująca między innymi o problemach młodzieży w sieci. To ważny, trudny temat, wymagający młodego autora, który pewne rzeczy wyczuje – tu jak najbardziej wierzę, że spełniasz warunek – oraz bardzo dogłębnego sprawdzenia wszystkiego, co ważne i warte poruszenia. Gdy ta książka wyjdzie, zwłaszcza w lipcowym sezonie ogórkowym, będzie, wiesz o tym, wie o tym Twój wydawca, tematem ważnym, omawianym na wszystkie możliwe sposoby. Twoja książka stanie się nie tylko przyczynkiem do rozmowy ale i w pewnym stopniu, jak to się stało z „Nieodnalezioną”, punktem odniesienia. Bazą pod wyobrażenia sobie przez ludzi, jak to działa.

    www.unsplash.com/Markus Spiske

    Nie wiem, jak napisałeś tę książkę, bo z oczywistych względów jeszcze jej nie czytałem. Ale wiem, że to będzie Twoja czwarta książka w tym roku, więc sam rozumiesz, mam pewne obawy. Ale nawet jeśli poszedłeś starym kluczem, jeśli napisałeś tę książkę z podejściem jakie miałeś do ”Nieodnalezionej” nie jest jeszcze, jak rozumiem, za późno. Książki nie ma jeszcze w druku, a Ty masz szansę i wszelkie możliwości, by powiedzieć, żehej, stop. Jednak to i owo zmienię. To za ważny temat, by potraktować go po łebkach. Ludzie na mnie liczą.

    Wiem, że Cię na to stać, Remiguszu. Stać w sensie ekonomicznym, ale i stać jako autora, którym jesteś, a który po tych krótkich wakacjach ma szansę wyskoczyć z kolein.

    I pamiętaj, to, że porada pochodzi od błazna w papierowej koronie, nie znaczy, że jest żartem. Zawalcz o uczciwe, rzetelne podejście do tego trudnego tematu, jaki chcesz poruszyć, a masz moje słowo, że wtedy, nawet jeśli w końcu to i owo się sypnie, jeśli ktoś stanie, pokaże na Ciebie palcem i powie:

    – Król jest nagi!

    Będę tym, który natychmiast i głośno odpowie:

    – Tak, ale patrzcie jakie ma jaja!

    Z poważaniem, sympatią, ale i chwilowo wkurwem,

    Jakub Ćwiek

  • Polaków seks powszedni, rozmowa z Joanną Opiat-Bojarską

    Trochę nam zeszło, zanim wybraliśmy odpowiednią formę rozmowy o najnowszej książce Joanny Opiat-Bojarskiej. Mogliśmy gadać o fabule, bohaterce, itd. Poszliśmy jednak trochę pod prąd I pogadaliśmy o seksie, czyli jednym z głównych, o ile nie głównym temacie “Gry o wszystko”. Jak wyszło? Właśnie tak.

    Seks jest w Polsce tematem tabu?

    Mniej niż kiedyś, ale niestety nadal jest. Wydaje się, że normalni ludzie po prostu go uprawiają, a nie o nim rozmawiają. Kiedy po raz ostatni rozmawiałeś ze swoją partnerką/partnerem o tym czego chcesz, co lubisz, co Ci się marzy?

    Powinnaś dodać do tego pytania gwiazdkę z zaznaczeniem, że pytanie nie dotyczy singli. Wychodzisz z założenia, że o seksie powinno się w związku rozmawiać jak o menu na śniadanie lub repertuarze w kinie?

    Singiel odpowie – nie mam partnerki/partnera i dzięki temu uniknie niewygodnych przemyśleń 😉 W związkach rozmowy na tematy związane z seksem odbywają się zwykle na początku znajomości. Przyjmujemy założenie, że lata mijają, zmieniamy się fizycznie i psychicznie, ale potrzeby naszych partnerów nadal są takie same. Myślisz, że rozmowa o seksie w klimacie:

    – jutro na śniadanie będą jajka sadzone,

    – o nie, znowu jajka? Może lepiej owsianka…

    – Nie, to ohydnie wygląda…

    – Dobra, to skoro muszą być jajka, to tym razem niech będą po wiedeńsku.

    Myślisz, że rozmowa w tym klimacie byłaby nie na miejscu? Przeszkadza Ci odarcie tej czynności z „magiczności”? Z emocji?

    Mnie nie przeszkadza, bo czasem mam ochotę na fast fooda, a czasem na danie składające się z trzech części. Jak więc oswoić rozmowy o seksie?

    Sama się nad tym zastanawiałam przed pierwszą wizytą u seksuologa. Kiedy przygotowywałam się do pisania „Gry o wszystko” pomyślałam, że nie zrozumiem tych wszystkich dewiacji, o których chcę napisać, jeśli nie porozmawiam z kimś, kto pomoże mi rozłożyć je na czynniki pierwsze. Umówiłam się więc na spotkanie i poszłam na nie z przekonaniem, że to będzie bardzo dziwne.

    Joanna Opiat-Bojarska, fot: Wydawnictwo Czwarta Strona/ Beata Cichecka

    I czego się dowiedziałaś?

    Podczas wizyty u seksuologa bardzo szybko okazało się, że tabu to taka czarna nakładka, którą przysłaniamy sobie tematy, które mogą być dla nas trudne. Unikamy niepotrzebnych emocji, uciekamy od wstydu, ustawiamy się w wygodnej pozycji. Nie ma udanej rozmowy o seksie bez szczerości, otwartości i bez umiejętności słuchania.

    Trudno się umówić na wizytę? Bo jeśli tak, to by oznaczało, że my jednak chcemy o tym seksie rozmawiać. Niekoniecznie z kimś bliskim, może z obcymi łatwiej?

    Trudno znaleźć seksuologa, który ma dużo wolnych terminów. I tak, masz rację. Zdecydowanie łatwiej rozmawia się z obcym. Bo obcy wysłucha Cię do końca. Powstrzyma się od ocen (typu: no wiesz, jesteś zboczony). Jak myślisz dlaczego powstało to tabu?

    Może z faktu, że przynajmniej w teorii jesteśmy bardzo wierzącym narodem i nie wypada o tym rozmawiać? I kochać się trzeba tylko pod kołdrą przy zgaszonym świetle? A może się po prostu wstydzimy co powie partner, albo sąsiad gdy usłyszy, co się u nas wyprawia?

    Wierzącym? Czy ja wiem? Wstyd, to jest coś co blokuje rozmowy. Bo co powie sąsiad? Co powie żona. I wstyd zwykle nie bierze się z niczego. Doświadczamy go… i potem tylko pielęgnujemy.

    To dlaczego według Ciebie seks jest mało sexy tematem rozmów w związkach?

    Wyobraź sobie sytuację, dajmy na to Franek mówi do Grażynki: Kochanie, bardzo chciałbym zobaczyć jak uprawiasz seks z innym mężczyzną….

    A Grażynka mu na to: tu są walizki.

    Nie, Grażynka mówi: Franek już mnie nie kochasz? Już Ci nie wystarczam? A on zaczyna pokrętnie tłumaczyć, że taki widok mógłby go podniecić. I wtedy z jej ust pada stwierdzenie: jesteś zboczony!

    www.unsplash.com/Pablo Heimplatz

    I co dalej?

    I Franek przeprasza, zamyka się w sobie. Albo idzie do prostytutki.

    Przeprasza i zamyka się w sobie. Ale to, że przeprosił nie znaczy, że wymazał z mózgu myśli o żonie nadzianej na kogoś innego. Próbuje więc wrócić do tematu . Mniej lub bardziej subtelnie. Ona jest przerażona, odsuwa się od niego. Podczas pisania książki trafiłam na takie forum, na którym spotykali się tacy Frankowie. Tłumaczyli sobie wzajemnie, że od lat przekonują swoje żony i że da radę, jak się odpowiednio podejdzie do tematu, że to się nazywa „zdrada kontrolowana”. I że jest normalne, i bezpieczne.

    Jak na „Grę o wszystko” zareagował Franek, a jak Grażynka? Zostałaś zasypana mailami z fantazjami?

    Mam cichą nadzieję, że i Franek, i Grażynka zechcieli na chwilę wyłączyć telewizor, spojrzeć sobie w oczy i pogadać o tym co ich podnieca. Bo brak rozmowy wpływa niekorzystnie nie tylko na związek, ale i na samego Franka. On czuje, że jest coś nie do końca moralnego, w tym jego pożądaniu. Odsuwa się od Grażynki. Szuka możliwości zaspokojenia się poza domem. Robi to w tajemnicy. A tajemnica wciąga. Między zabawami a parafią jest cienka granica. Zabawy przynoszą fun. Parafilia jest jak nałóg, wciąga Cię. Sprawia, że chcesz więcej i więcej, chcesz przekraczać kolejne granice. I jednocześnie czujesz dyskomfort.

    Powiedz mi proszę jak to było z parafilią. Powiedziałaś seksuologowi, że chcesz, nomen omen, wykorzystać ten wątek i żeby Ci o tym opowiedział, czy to chodziło jakoś za Tobą od dłuższego czasu?

    Zjawiłam się u seksuologa przygotowana. Długo przebijałam się przez różne parafilie, by wybrać te, które mną poruszą. Które w moim odczuciu będę niezrozumiałe, obleśne albo głupie. Czytelnicy nie przesyłają mi po lekturze Gry maili z opisanymi swoimi fantazjami. Częściej odzywają się, by powiedzieć, że nie mieli pojęcia o istnieniu takich zboczeń i że w ich odczuciu „ludzie to jednak są pojebani”. Czy parafilie chodziły za mną zawsze? Nie. Trafiłam na nie przypadkiem. Podczas pisania poprzedniej książki, znalazłam się w miejscu, w którym, ja, cywil nie powinnam się znaleźć. Tematem przewodnim spotkania była przestępczość seksualna. To tam po raz pierwszy usłyszałam: parafilie (wcześniej funkcjonowało pojęcie dewiacji seksualnych). Usłyszałam i pomyślałam: o, to już wiem jak będą ginąć moje następne ofiary.

    www.unsplash.com/Pablo Heimplatz

    Seksuolog był zdziwiony, że chcesz o tym rozmawiać? Czy to wbrew pozorom często temat poruszany w gabinecie?

    Był zdziwiony. Bo Franek zwykle nie dociera do gabinetu seksuologa. Goni za podnietami. Rozwodzi się i nadal goni. Albo znajduje kobietę, która mówi: dobra, jak chcesz to sobie patrz, jak chcesz to się przyłącz. Czasem Franek z Grażynka trafiają do gabinetu psychologa mówiąc: nie możemy się dogadać, proszę nam pomóc. I to jest jakby konsekwencją tego, że rozmowa o seksie jest tabu. Bo gdyby Franek z Grażynką porozmawiali szczerze i otwarcie w domu, to doszliby do wniosku, że problemem jest seks. Ale, że temat seksu zakończyli na: jesteś zboczony. To teraz żyją razem, nie uprawiają seksu, udają, że nie istnieje, ale z jakiegoś powodu wkurzają się na siebie, nie mogąc się dogadać.

    A było coś, co powiedział Ci doktor, ale to okazało się  tak hardcorowe, że nie nadawało się do książki?

    Nie. I widzisz, tu znowu natykamy się na stereotyp. Sama idąc do seksuologa miałam wrażenie, że dowiem się samych hardcorowych rzeczy. Że to będzie niczym wizyta w wielkiej pornobibliotece, w której będę przeglądała zdjęcia i filmy, dziwiąc się: oooo tak można? i tak też można? Ale muszę przyznać, że rozmowa z seksuologiem i tak mnie zdziwiła.

    In plus?

    Wydawało mi się, zanim weszłam do jego gabinetu, że owszem istnieje seks związany z miłością, ale istnieje też ten zupełnie odcięty od emocji. Naturalna i fizjologiczna potrzeba, którą możesz realizować właściwie z każdym. Już w trakcie rozmowy dotarło do mnie, że seks bardzo mocno wiąże się z emocjami, doświadczeniami, które zbieramy przez całe życie. Tak więc to, czy Ty teraz masz ochotę na fastfood, domowy obiad czy trzydaniową kolację w restauracji, wiele mówi o tym co czujesz. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego jak ogromny jest związek seksu z emocjami.

    Skoro tak, to może i ja pójdę na pogawędkę.

    Zapewne pomogłoby Ci to zajrzeć w głąb siebie.

    Wykorzystasz jeszcze te wątki w kolejnych książkach? I tutaj zmierzamy do pytania, które musi się pojawić: nad czym teraz pracujesz?

    Czytałam o przypadku, w którym młoda dziewczyna wymykała się na seks ze swoim chłopakiem do obory. I kiedy wzięli ślub, zamieszkali sami w swoim nowym domu to nagle okazało się, że seks nie przynosi jej satysfakcji. Ten sam facet, te same techniki, a nagle jest masakrycznie. Okazało się, że jej mózg satysfakcję seksualną połączył z otoczeniem: ryk krów, smród obory. Kiedy nowożeńcy wrócili do zabaw w oborze znowu pojawiły się orgazmy. A nad czym teraz pracuję? Kończę „Uciekiniera” – czyli kolejne śledztwo Burzyńskiego i Majewskiego. Powinnam zamknąć ją w ciągu najbliższych czterech tygodni. Projekt ten rozpoczęłam wspólną ucieczką z kilkoma czytelnikami z zamkniętego pokoju.

    A co potem?

    Potem? Zmiany, zmiany, zmiany… i ostra jazda bez trzymanki.

  • „Rocznie w Polsce ginie 15.000 osób. Tylu mieszkańców ma, np. Chełmża”

    Jego główny bohater jest dziennikarzem, tak jak on sam kiedyś. Akcja jego książek toczy się w Toruniu, czyli mieście, w którym mieszka. Poznajcie, chociaż już pewnie znacie, Roberta Małeckiego – potrafiącego upiec bardzo ciekawą historię,  która finalnie nie okazuje się zakalcem. Dajcie się porwać do Torunia, nie pożałujecie. 

    W jednym z wywiadów porównałeś pisanie powieści do pieczenia ciasta. Dlaczego tym ciastem jest akurat kryminał?

    Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, że w jednym i drugim przypadku trzeba mieć w ręku przepis. Kryminał ma swoje określone ramy konstrukcyjne, gorset, który w jakimś stopniu ustawia opowieść, kierunkuje ją. Jako czytelnik, wiem czego mam się spodziewać kiedy sięgam po kryminał. I wcale nie oznacza to ubezwłasnowolnienia gatunku. W tych określonych ramach może się rozgrywać wiele pasjonujących opowieści, co widać zresztą na zapełnionych księgarskich półkach. Zresztą, co tu dużo gadać. W jednej formie można upiec tort, jabłecznik, drożdżówkę, a jak ktoś się uprze to i pizza wyjdzie.

    Powiedziałeś kiedyś, że trupy ścielące się gęsto na kartach powieści, to nie jest dla Ciebie rzecz najważniejsza. Co jest więc priorytetem? 

    Zagadka i tajemnica. Te dwa elementy muszą ze sobą współgrać i być motorem napędowym w moich powieściach. Kiedy zaczynasz od trupa wszystko jest już ustalone, chodzi tylko o to, żeby złapać winnego śmierci i dowiedzieć się dlaczego stało się to, co się stało. I żeby było jasne – taka sytuacja też bywa czytelniczo interesująca. Kocham powieści Arnaldura Indridasona i Jorna Liera Horsta, więc wiem, co mówię. Ale w przypadku opowieści o Marku Benerze postawiłem na tajemnicze zaginięcia. Bez nich nie zabrałbym się do roboty, bo za takimi zdarzeniami zawsze stoi jeden wielki znak zapytania. Ta niepewność co do losów zaginionego powoduje przyspieszony puls. Jak wir potrafi wciągnąć czytelnika i sprawić, by porzucił wszelkie codzienne sprawy i oddał się lekturze. A na tym zależy mi najbardziej.

    Toruń, fot: Robert Małecki

    Jak to się stało, że Twój główny bohater, Marek Bener, ma tak skomplikowany życiorys?

    Bener do pewnego momentu swojego życia był taki, jak wielu z nas. Miał wspaniałą żonę, pracę, którą kochał, czyli mówiąc krótko, był szczęśliwy. Ale nagle w jego życiu osobistym wybuchła bomba – zaginęła jego ciężarna żona. Świat zwalił się Benerowi na głowę. Codziennie zadręcza się pytaniami o jej los, codziennie oskarża się o zaniechania jej poszukiwań. Lata lecą, śladów brak. Nic dziwnego, że Marek wciąż szarpie się i walczy, balansując na linie między okruchami przeszłości a nijaką przyszłością. Niestety, czasami tak bywa, że jedno zdarzenie wywraca do góry nogami nasze życie. Pech chciał, że w 2010 roku padło na Marka Benera.

    W obu powieściach zmaga się z zaginięciem żony. Zaginięcie kogoś najbliższego, to chyba najgorsza rzecz, która może nas spotkać. Czy robiłeś do książki badania na ten temat? Łatwo jest zniknąć bez śladu?

    W Polsce rocznie ginie około 15 tysięcy osób. To tyle, ile ma podtoruńska Chełmża. Jedno małe miasteczko. Oczywiście wiele, bo ponad 90 proc. osób, udaje się szybko odnaleźć, ale te liczby i tak przyprawiają o ciarki. Jeśli zaś pytasz, czy łatwo jest zniknąć bez śladu to odpowiem tak: życie pokazuje, że łatwo, a przykładów można mnożyć. Wystarczy zerknąć na moje, kujawsko-pomorskie podwórko i wspomnieć chociażby o tajemniczym zaginięciu mojej byłej redakcyjnej koleżanki Aleksandry Walczak, dziennikarki z Grudziądza. Ale spójrzmy dalej. Londyn 14 września 2007 roku. Kamery w samym centrum miasta, na stacji King’s Cross, rejestrują niepozornego 14-latka. To ostatnia informacja o jego losie. Młody, uzdolniony matematycznie chłopak znika w jednej z największych metropolii świata jak kamień w wodę. Żadnego punktu zaczepienia. Od tamtej chwili minęło właśnie 10 lat, a Andrew Gosden wciąż nie został znaleziony.

    W obu powieściach pierwsze zdanie od razu wsysa czytelnika w akcję. Jaka  jest recepta na taki początek?

    Ważne jest to, jak się powieść zaczyna, ale nie mniej ważne, jak się kończy. Z tymi pierwszymi zdaniami to jest tak, że one przychodzą z czasem. Najpierw jest ciągłe myślenie o scenie, o tym, kto i dlaczego się w niej pojawi. Z tego zamysłu i wielokrotnych pisarskich prób powstaje coś, co zaczyna mi się podobać. Dopiero wówczas więcej energii poświęcam na szlifowanie pierwszego zdania i akapitu.

    Jak Twoje wykształcenie filozofa i politologa pomaga w konstruowaniu postaci?

    Pomaga na pewno moje dawne doświadczenie dziennikarskie i poznawanie ludzi. Różnych, bo czasem dobrych, czasem złych, ale zawsze innych, inaczej się wysławiających, inaczej wyglądających. Myślę, że to jest dobry background do tworzenia postaci literackich.

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Masz swoją ulubioną postać ze swoich książek?

    Nie jest to żadną tajemnicą, że najważniejszą dla mnie postacią jest Marek Bener. Chociaż toruńska trylogia, której dwa tomy zostały już wydane, a nad trzecim pracuję, dotyczy zaginięcia żony Benera, to tak naprawdę cała historia jest opowieścią o nim, o człowieku, który z tą traumą się zmaga. Odnosi małe sukcesy i większe porażki, walczy często sam ze sobą i z duchami przeszłości. Ta jego perspektywa oglądu świata jest tu najistotniejsza i najciekawsza zarazem.

    Jak wypada kryminał polski w porównaniu z kryminałem szwedzkim?

    Znakomicie. Wystarczy sięgnąć po powieści Mariusza Czubaja, Wojtka Chmielarza, Zygmunta Miłoszewskiego, Ryśka Ćwirleja czy Kasi Bondy, by zrozumieć, że polska literatura kryminalna jest na światowym poziomie, chociaż wciąż spektakularnych sukcesów w tej materii na koncie nie mamy. Liczę jednak, że nadejdą.

    Gdyby miał powstać film na podstawie Twoich powieści, to kogo obsadziłbyś w rolach Marka i Szamana?

    Coraz częściej padają takie pytania, więc z przyjemnością się rozmarzyłem. Jestem przekonany, że w roli Benera znakomicie sprawdziłby się jeden z najlepszych polskich aktorów, Tomasz Kot. Jeśli zaś chodzi o Szamana to z obsadą miałbym spory problem (śmiech).

    To będzie tylko trylogia, czy może jeszcze zmienisz zdanie?

    Trylogia. Dlatego, że w polskiej literaturze kryminalnej dawno nie było wyrazistego wątku spajającego trzy tomy opowieści. Oznacza to tylko tyle, że wątek zaginięcia żony Benera musi znaleźć finał w tomie trzecim. Ale jednocześnie już dziś mogę zapowiedzieć, że Marek Bener nadal będzie rozwiązywał skomplikowane sprawy tajemniczych zaginięć. Umowa na „czwartego” Benera została już podpisana.

    Nad czym teraz pracujesz?

    Na razie nic więcej zdradzić nie mogę. Ale obiecuję, że nadal będzie kryminalnie i tajemniczo.

    Czym dla Ciebie jest absolutne minimum:)?

    To święty spokój, na który nie mam co liczyć! (śmiech)

    Toruń, fot: Robert Małecki