O głównym bohaterze najnowszej książki „Exodus”, mieszkaniu w hotelach, siłowni, delikatności kobiet i facetów i tytułowym obrastaniu pnączami. O tym wszystkim Sylwia Chutnik Rozmawia z Łukaszem Orbitowskim.
Główny bohater powieści „Exodus” cały czas ucieka: od siebie, od problemów, wreszcie z kraju. Myślałam, że lubisz twardych i odważnych bohaterów, a ten jest raczej w defensywie?
Janek wziął się z obserwacji. Na pozór jest męskim typem, ale kojarzył mi się głownie z tymi czterdziestolatkami, którzy mieszkają z mamą, żeby mieć ciepły obiad pod nosem. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, jakim ja jestem typem faceta, dlatego też pomyślałem, że może na zasadzie kontrastu opiszę kogoś zupełnie innego.
Zastanawiam się czy Janek w ogóle się zatrzymuje, ma autorefleksję. Jest przecież w nieustannym znoju. Dlaczego ty się tak nad nim znęcasz?
To życie się nad nim znęca. On jest przede wszystkim maltretowany psychicznie. Sam się męczę, kiedy biegam po Warszawie. Męczę się na siłowni, a moi rówieśnicy i nawet o dwadzieścia lat młodsi, znają prawdziwy opór, katorgę, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa. Współcześnie obserwować można jakieś celebrowanie przykrości: że się zadrapałem i musiałem przykleić plasterek. Ze jestem głodny i muszę zjeść. Delikatność kobiet jest uzasadniona kulturowo. A ta delikatność u facetów raczej nie. Robią sobie maseczki, manicure. Chciałem, żeby Janek przypomniał sobie swoje ciało i to, czym jest prawdziwy ból i problem.

Rozbierasz go jak cebulę. Ze strony na stronę ma coraz mniej: siły, pieniędzy, rzeczy. Chciałeś doprowadzić do momentu, kiedy będzie po prostu sam? Kiedy nie będzie miał niczego, oprócz swoich myśli?
Oczywiście tak. Nie napisałem przecież traktatu przeciw posiadaniu, tylko chciałem wytrącić te okienka, które mamy w życiu. My mamy taką strukturę okien wokół siebie. Sam mam u siebie trzy okna: telewizor, komputer, telefon komórkowy. Ale to nie jest powieść o rzeczach. Chciałem mu tą całą elektronikę wyrwać z ręki. Powytrącać przedmioty. Wrócić do stanu sprzed ponowoczesności. Kiedy boli cię brzuch, bo nie masz co jeść. Kiedy spodnie są brudne, jest ci zimno.
Na okładce jest serce, ale wcale nie czerwone, tylko niebieskie. Są też żyły. Czy to jest tak, że chciałeś tego bohatera oderwać od jego własnego ciała i zostawić w nim sam trzon, jądro? A jeśli tak, to po co?
To jest tak piękna interpretacja, że ją sobie wezmę.
Bierz w prezencie.
Projekt okładki jest autorstwa Zbyszka Bielaka. Nie zawsze jest tak, że artysta niesie w sobie rzeczy subtelne. Żyły na rysunku układają się w rzeki. To sugeruje miejsca, które on odwiedza.
Ustaliliśmy, że bohater jest w nieustannym znoju, a ty odzierasz go z kolejnych rzeczy, ale dlaczego każesz mu wciąż się przemieszczać i przewalać po tym świecie. Przecież wszyscy wiemy, że od własnego łba i dupy się nie ucieknie.
On też to może i wie, ale jego serce nie. Targają nim emocje, to są straszne rzeczy. Jakby odebranie sobie właściwego przeżycia strachu. Janek jest na tyle mądry, że wie, że musi być kimś – nawet, jak jesteś bezdomnym to jesteś też kimś. Znajduje rolę, dużo ważniejszą i jeżeli to się sypie, wykorzystuje tą sytuację, żeby spróbować jeszcze raz, na świeżo, w innych okolicznościach. Żeby otworzyć nową stronę życia, przeskoczyć na jego inny poziom. Wydaje mi się, że tutaj może mieć trochę racji, z tego względu, że zmiana scenerii, nowi ludzie i miejsca dają nową nadzieję. Może myśleć: „cholera tu mi nie wyszło, to może na nowym teraz będzie lepiej”.
Spala za sobą mosty.
I wtedy nie ma wyjścia, musi szukać nowego miejsca.


