Tag: Łukasz Orbitowski

  • „Mam obsesję pisania za każdym razem całkiem innej książki, ale pewne tematy wracają”. Rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    Tak się złożyło, że „Święty Wrocław” jest bardziej aktualny teraz, niż jedenaście lat temu, czyli w momencie pierwszego wydania. Jest osiedle otoczone kordonem policyjnym oraz objęte przymusową kwarantanną, jest znikanie, izolacja, tłumne gromadzenie się. Trochę tak, jakby 11 lat temu Łukasz Orbitowski przewidział przyszłość, ale jak sam mówi, nie jest żadnym prorokiem, po prostu tak wyszło. Wyszła mu też książka, która miała być tylko opowiadaniem, a stała się powieścią inspirowaną protestami pielęgniarek. Przenieście się do Wrocławia, ale tak naprawdę to miasto jest w każdym z nas, wystarczy zerknąć głębiej.

     

  • „Zawsze chciałem napisać książkę o UFO”

    Powiem szczerze, że gdy dwa lata temu Łukasz Orbitowski opowiedział mi o tematyce swojej najnowszej książki, czyli o objawieniach maryjnych, to byłem przekonany, że właśnie padłem ofiarą kiepskiego żartu. Jak się to wszystko potem potoczyło – wiemy. „Kult” okazał się kapitalną książką, którą zresztą umieściłem wśród najlepszych książek 2019 roku. Przyznacie, że miałem prawo poczuć się dość nieswojo, gdy kilka dni temu Łukasz powiedział, że… chce napisać książkę o UFO. Mam nadzieję, że efekt będzie podobny jak z „Kultem”, ale o tym przekonamy się wiosną przyszłego roku, bo wtedy ma pojawić się w księgarniach „Chodź ze mną”. Rozmawiamy też o śmierci Jerzego Pilcha, a także o „Pokorze” – nadchodzącej książce Szczepana Twardocha.

     

  • Pierwsza jedenastka, czyli najlepsze książki 2019 roku

    Ktoś mądry powiedział kiedyś, że nie ma obiektywnego dziennikarstwa, bo każdy filtruje przez siebie to, w czym uczestniczy, co obserwuje, jaką lekturę czyta. A ten filtr to nasze doświadczenia, przeżycia, światopogląd. Podobnie jest z tym rankingiem – jest subiektywny, ale uczciwy. Przy jego tworzeniu nie brałem pod uwagę tego, jak mi się pije z kimś kawę, albo czy opowiada fajne dowcipy. W tym zestawieniu znalazło się jedenaście książek, który chodziły ze mną zarówno w trakcie czytania, jak i długo po jego zakończeniu. Książek, które prowokowały mnie do zadawania pytań, do myślenia, a także odłożyły się głowie na bardzo długo. Czas zweryfikuje, ile z nich zostanie tam na zawsze – mam wrażenie, że znakomita większość. Od razu odpowiem na pytanie, które pewnie pojawi się w komentarzach. Dlaczego w rankingu jest tylko jedna kobieta? Polecę klasykiem z polskiego filmu: „też chciałbym to wiedzieć, Stefan”. Gdy przejrzałem wszystkie książki, które przeczytałem w tym roku, to okazało się, że wydawcy w 90% współpracują ze mną przy tytułach napisanych przez facetów, co ma oczywiście odzwierciedlenie poniżej. Dobra, nie zanudzam, łapcie moje TOP11 kończącego się roku. Aha, jeszcze jedno – kolejność jest zupełnie przypadkowa, więc się nią nie sugerujcie, traktujcie ten ranking jako całość. I już zupełnie na koniec, jeśli klikniecie w okładkę, przeniesiecie się empik.com, gdzie będziecie mogli przeczytać więcej o książce, a także ją kupić. 

  • „Jeśli stówka leży, to raczej się po nią schylisz”

    Poszedłem z Łukaszem Orbitowskim na działki, bo przecież tam wszystko się zaczęło. Kazimierz Domański pojechał rowerem na swój ogródek żeby przyciąć pomidory, a spotkał Matkę Boską. To odmieniło nie tylko jego, ale także życie jego rodziny, a także pielgrzymów, którzy tysiącami przybywali do Oławy. Ta historia jest punktem wyjścia, bo Domański w tej książce nie występuje. Przeczytajcie „Kult”, poznajcie tę historię od podszewki, bo Orbitowski jeździł, rozmawiał, szperał w archiwach i napisał książkę, którą na pewno wrzucę do najciekawszych pozycji tego roku.

  • Łukasz Orbitowski: „napiszę książkę o objawieniach maryjnych”

    Jest na świecie kilka rzeczy, które są bardzo prawdopodobne. Szczepan Twardoch będzie się kłócił na portalach społecznościowych z Andrzejem Saramonowiczem, Remigiusz Mróz wyda pięć książek w ciągu roku, a Łukasz Orbitowski pójdzie na siłownię. No, może i pójdzie, ale w tak zwanym międzyczasie napisze książkę o objawieniach maryjnych. Szok i niedowierzanie. Najnowsza powieść laureata Paszportu Polityki ukaże się w 2019 roku, a roboczym tytułem jest „Kult”. Rozmawiamy też o pisaniu książki w notesie oraz o próbie dorównania Józefowi Korzeniowskiemu. W trakcie rozmowy Łukasz delikatnie zdewastuje swój komputer i opowie o pracy na budowie. Generalnie rzecz ujmując, rozmowa odbyła się w miłej atmosferze, a ja do teraz nie mogę uwierzyć, że Orbitowski napisze taką książkę.

  • „Ryzykanci”, ostatni w tym roku felieton Jakuba Ćwieka

    Wielokrotnie podczas spotkań zapytany o popkulturę dzieliłem ją na potrzeby wypowiedzi – bo wiem, że to duże uproszczenie, w dodatku niepotrzebnie wartościujące – na dobrą i złą. Tę pierwszą pojmowałem jako końcowy efekt sytuacji, w której twórca, mając coś do przekazania, znajduje język, formę i medium tej wypowiedzi trafiające do szerokiego odbiorcy. Druga to taka, gdy twórca kalkuluje na chłodno, co się ludziom spodoba, na co z takich czy innych powodów jest zapotrzebowanie i się tej kalkulacji na chłodno poddaje. Co warte podkreślenia, drugiej popkultury jest zawsze wielokrotnie więcej, bo nie tylko ona sama się namnaża, ale i, wyczuwszy trend, błyskawicznie konstruuje klony końcowego efektu pierwszej. To stąd, nie znając genezy tej czy tamtej opowieści, łatwo się w tym wszystkim pomylić. Pierwszy z brzegu przykład? Tolkien i wszyscy jego naśladowcy, którzy zafundowali większości z nas przesyt heroicznym fantasy.

    Piszę o tym akurat teraz nie bez powodu. Oto jestem w trakcie lektury najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego i uważam, że należy mu się za nią solidny medal. Już tłumaczę, dlaczego.

    Na ile udało mi się przez te naście lat zawodowego pisania poznać rynek, większość czytelników, niezależnie od swojego światopoglądu, w kwestii podejścia do doboru lektur wykazuje się zaskakującym czasami konserwatyzmem. I nie mówię tu już nawet o dyktowanym poglądami odbiorze tej czy tamtej pozycji. Mam na myśli raczej bardzo wąski dobór lektur w oparciu o ukształtowany środowiskowo gust. To troszkę jak dekorowanie mieszkania czy trendy modowe – kryminały pasują mi do butów, bliskozasięgowy reportaż i latte to mój ulubiony zestaw popołudniowy, a romanse to nie, bo gryzą się z apaszką i kuchnią pod wymiar.

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    I nie chodzi tu już nawet o przywoływanie snobistycznego podziału na literaturę ambitną i rozrywkową (nieodmiennie każdego, kto na poważnie używa tego podziału, mam za solidnie ograniczonego), ale o zaczopowanie się w ramach jasnego, określonego pola lektur. Zamknięcie się w tej wyszydzanej, bo i nadużywanej przez coachów wszelkiej maści strefy komfortu. Czytelnik czyta A i tak dobiera sobie autorów, by mu to A dostarczali. Autor, który chce pisać B idzie do czytelników B, a obaj mają szczerą nadzieję, że kiedyś uda im się te grupy jakoś ze sobą połączyć, bo fajnie byłoby pisać co się chce, co w duszy gra, a nie tylko pod dyktando.

    Weźmy takiego Remka Mroza. Tempo jego pracy jest niezwykłe, wyczucie trendów bardzo dobre – Remek pisze to, co ludzie chcą czytać, więc – wedle mojej kulawej definicji – tworzy popkulturę złą. Odwróconą. Nie znaczy to z automatu, że jego książki muszą być złe, bo ta definicja z założenia nie ma wartościować materiału, ale wpływ na rozwój. Książki dające masowemu czytelnikowi dokładnie to, czego ten chce, to odpowiednik nocnego kebsa po imprezie. Każdy czasem potrzebuje, ale trudno w oparciu o niego układać dietę.

    No ale miało być o Remku. Kiedy słuchałem jego „Czarnej Madonny”, widziałem w niej pewną próbę ucieczki, może nawet raczej buntu. Oto Mróz, konsekwentnie i pracowicie budujący sobie bazę odbiorców, przyzwyczajający ją do tego, że jego nazwisko jest wyznacznikiem pewnej formuły snucia opowieści, konstruowania dialogów, proporcji między wyszukaną wiedzą a akcją etc., nagle robi skok w grozę. „Czarna Madonna” to horror, a więc nisza niszy. Raz, że to fantastyka, a ta ma określoną grupę odbiorców, ale i wysoki próg wejścia dla muszących się przełamać obcych. Dwa, że powieści grozy, kojarzące się nieodmiennie z okładkowymi makabreskami z lat dziewięćdziesiątych, mają w Polsce status porównywalny do porno. Jeden King wiosny nie czyni, kilka hermetycznych for i paru sensownych autorów gustów powszechnych nie zmieni, o czym przekonał się swego czasu boleśnie Zygmunt Miłoszewski ze swoim Domofonem. A Mróz spróbował. I to podjął tę próbę, będąc u szczytu popularności, w chwili, gdy właściwie nie musi podejmować podobnego ryzyka. Ba, jedyne, co mógł, to stracić, bo zyskać raczej nie miał czego.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl


    Nie uważam „Czarnej Madonny” ani za książkę specjalnie udaną ani za rzeczywiście pełnoprawną ucieczkę. W pewnym momencie, rzekłbym nawet, że dość szybko, autor wraca w wytarte brownowskie koleiny, miota bohaterami po świecie, ucieka od tej grozy, z którą wystartował. Ale bezsprzecznie próba jest. Inaczej niż w przypadku pseudonimu z Wysp Owczych, który można było odebrać jako podczepianie się pod dogasającą modę na Skandynawów, tu mamy do czynienia z próbą faktycznego podzielenia się autora z czytelnikami czymś wyraźnie jego. Czy ta próba się udała? Nie znam wyników kasowych Madonny, ale tak rozbieżnych recenzji u swojego twardego elektoratu Remek nie miał jeszcze nigdy. Często tu i tam padało zdanie, że być może to czas, by przestać w ciemno kupować nazwisko, bo, jak widać, nie zawsze dostarcza.

    I teraz pytanie: czy Remek odważy się ponownie eksperymentować?

    Myślę sobie o podjętym przez Mroza ryzyku, ale przed oczami staje mi inne podejście – hardość od początku: po mojemu albo wcale. Taki Twardoch idący konsekwentnie swoją ścieżką i opowiadający historie szukające swojego czytelnika. Jasne, że Szczepan rozwijał się w swoim pisaniu cały czas, uczył się, jak opowiadać swoje złożone historie, jednocześnie pozostając sobą i zdobywając odbiorcę. Gdzieś tam, w pewnym momencie, po chwilowym zachłyśnięciu się sukcesem „Morfiny” nabrał nawet durnego przekonania – które sformułował w wywiadzie – że literatura nie potrzebuje popu. Potem jednak zmądrzał i napisał „Króla” – swoją najbardziej popową książkę, jednocześnie zdobywającą mu masowego odbiorcę i realizującą jego wobec literatury założenia. Na ile rozmawiam z różnymi ludźmi (w tym bibliotekarzami czy księgarzami z małych miasteczek), po nominacjach i nagrodach Twardoch dla masy ludzi przestał wreszcie być autorem, z którego książką warto się pokazać. Stał się takim, którego da się czytać.

    Gdzieś pomiędzy ścieżką Mroza a Twardocha – choć zdecydowanie bliżej temu drugiemu – jest Orbitowski, który wyszedł z gatunkowej niszy, potem kawał czasu poświęcił, by papierem ściernym zetrzeć łatkę, poszukać siebie, swoich opowieści, swoich na nie słów, by wreszcie wrócić odmieniony i dojrzały jako twórca dający to, czego chce. Co zaskakujące, Łukaszowi udało się podczas tej wędrówki utrzymać ze sobą większość grupki towarzyszącej mu na początku. Trochę w nawiązaniu do jego najnowszej pozycji mógłbym go tu przyrównać do Mojżesza, który idzie pewnie ku obiecanemu, nie zwracając uwagi na utyskiwania. Jestem w tej grupie, choć muszę przyznać, że jak Żydzi na pustyni, tak i ja miałem chwilę zwątpienia w postaci Widm. Ale wytrwałem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Bo, mówiąc szczerze, to wydaje mi się kluczowe – wytrwać. Wszystkie trzy zaprezentowane postawy łączy jedno – podjęte przez pisarzy ryzyko. Coś, co, zwłaszcza w pisaniu, najłatwiej podjąć na początku, gdy jeszcze nie mamy nic do stracenia. Bo wtedy jedyne, co kładziemy na szali, to garść naszych frustracji, może niespełnione marzenie. Ale przecież zawsze jest jeszcze pseudonim, zawsze możemy pójść inną drogą, coś zmienić. Później robi się coraz trudniej. Czy to upór w konsekwentnym czekaniu na swój moment, aż krople wydrążą skały tak, by można było przejść po prostu, wyprostowanym i gotowym, czy bycie zagubionym, szukającym się liderem garstki, obiecującym w końcu ziemię obiecaną czy wreszcie ryzykowna wolta na szczycie, której nie spodziewa się nikt…

    A, no i właśnie, bo mieliśmy do niego wrócić. Jest jeszcze Miłoszewski. Jedno z największych nazwisk na giełdzie polskiej literatury, uważany – myślę, niesłusznie – za króla polskiego kryminału i – tu już jak najbardziej zasłużenie – za świetnego pisarza. Zadebiutował rodzimym horrorem i choć książka była dobra, choć opierała się na dobrych amerykańskich, znakomicie zlokalizowanych wzorcach, sukcesu nie odniosła. Udało się z kryminałem, ale to już na trendzie, na fali, z odrobiną szczęścia. Potem brownowski „Bezcenny”, który choć z potencjałem, nie był jednak Szackim i część ludzi tym odrzucił (był też średnio udany, choć chyba z jedną z najlepszych scen otwarcia jakie czytałem w polskiej literaturze współczesnej). Gniew skończył się tak, że czwarta część, idę o zakład, wyprzedałaby ze dwa realistyczne nakłady w przedsprzedaży. A on nie. On idzie w inną stronę i próbuje z Narodową komedią romantyczną. I jakby tego ryzyka było mało, wolta jest podwójna, bo ta powieść – co skrzętnie ukrywają spece od marketingu WAB – to czysta fantastyka! Modelowa wręcz historia alternatywna, stanowiąca odłam fantastyki właśnie. Sprytne i uroczo przebiegłe, panie Zygmuncie!

    (Choć zakładam, że jeden z drugim zaślepiony pogardą gatunkową czytelnik nawet tego nie zauważy albo zracjonalizuje w jakiś niezamierzenie zabawny sposób).

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    No ale było o ryzyku pisarskim, a ani słowa o czytelniczym. A to istnieje również. Otóż książka może się nie spodobać. Może nam nie zagrać. Wydamy wtedy pieniądze, poświęcimy czas i to wszytko pójdzie na zmarnowanie. W dzisiejszych czasach, gdzie w tle wszystkiego słyszymy taktometr, należy uważać co się bierze do ręki i oferuje swoją uwagę. Ale…

    Jeśli chcemy, by autorzy podejmowali ryzyko, a tym samym rozwijali siebie i literaturę wokoło, my również, jako czytelnicy, nie możemy trzymać się wąskiego poletka, na którym – jak kiedyś przypadkiem odkryliśmy – jest nam dobrze. Musimy czasem pójść za autorem, którego lubimy, pozwolić mu to i owo sprawdzić. Czasem lekko się ugiąć. Bo pomyślcie – ilu autorów byłoby skłonnych pisać opowiadania, ale tego nie robi, bo na wydawanie zbiorów opowiadań niechętnie patrzą wydawcy, a z kolei masowy czytelnik nie uznaje formy ebookowej? A przecież opowiadanie to najlepsza próbka autora w nowym gatunku.

    Ilu autorów nie zaryzykuje fajnych historii w innym gatunku, bo czytelnicy są wierni swoim uprzedzeniom gatunkowym bardziej niż pisarzom? Narzekamy czasem na książki pisane pod szablon, ale kiedy ostatni raz sami odsunęliśmy nasz szablon obok?

    Nie mogę mówić za wszystkich pisarzy, ale większość tych, których znam, podejmuje ryzyko w małych formach i chętnie podjęłoby je w większych. Pytanie: damy im szansę?

  • „Wszyscy obrastamy pnączami”, rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    O głównym bohaterze najnowszej książki „Exodus”, mieszkaniu w hotelach, siłowni, delikatności kobiet i facetów i tytułowym obrastaniu pnączami. O tym wszystkim Sylwia Chutnik Rozmawia z Łukaszem Orbitowskim.

    Główny bohater powieści „Exodus” cały czas ucieka: od siebie, od problemów, wreszcie z kraju. Myślałam, że lubisz twardych i odważnych bohaterów, a ten jest raczej w defensywie?

    Janek wziął się z obserwacji. Na pozór jest męskim typem, ale kojarzył mi się głownie z tymi czterdziestolatkami, którzy mieszkają z mamą, żeby mieć ciepły obiad pod nosem. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, jakim ja jestem typem faceta, dlatego też pomyślałem, że może na zasadzie kontrastu opiszę kogoś zupełnie innego.

    Zastanawiam się czy Janek w ogóle się zatrzymuje, ma autorefleksję. Jest przecież w nieustannym znoju. Dlaczego ty się tak nad nim znęcasz?

    To życie się nad nim znęca. On jest przede wszystkim maltretowany psychicznie. Sam się męczę, kiedy biegam po Warszawie. Męczę się na siłowni, a moi rówieśnicy i nawet o dwadzieścia lat młodsi, znają prawdziwy opór, katorgę, kiedy ciało odmawia posłuszeństwa. Współcześnie obserwować można jakieś celebrowanie przykrości: że się zadrapałem i musiałem przykleić plasterek. Ze jestem głodny i muszę zjeść. Delikatność kobiet jest uzasadniona kulturowo. A ta delikatność u facetów raczej nie. Robią sobie maseczki, manicure. Chciałem, żeby Janek przypomniał sobie swoje ciało i to, czym jest prawdziwy ból i problem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Rozbierasz go jak cebulę. Ze strony na stronę ma coraz mniej: siły, pieniędzy, rzeczy. Chciałeś doprowadzić do momentu, kiedy będzie po prostu sam? Kiedy nie będzie miał niczego, oprócz swoich myśli?

    Oczywiście tak. Nie napisałem przecież traktatu przeciw posiadaniu, tylko chciałem wytrącić te okienka, które mamy w życiu. My mamy taką strukturę okien wokół siebie. Sam mam u siebie trzy okna: telewizor, komputer, telefon komórkowy. Ale to nie jest powieść o rzeczach. Chciałem mu tą całą elektronikę wyrwać z ręki. Powytrącać przedmioty. Wrócić do stanu sprzed ponowoczesności. Kiedy boli cię brzuch, bo nie masz co jeść. Kiedy spodnie są brudne, jest ci zimno.

    Na okładce jest serce, ale wcale nie czerwone, tylko niebieskie. Są też żyły. Czy to jest tak, że chciałeś tego bohatera oderwać od jego własnego ciała i zostawić w nim sam trzon, jądro? A jeśli tak, to po co?

    To jest tak piękna interpretacja, że ją sobie wezmę.

    Bierz w prezencie.

    Projekt okładki jest autorstwa Zbyszka Bielaka. Nie zawsze jest tak, że artysta niesie w sobie rzeczy subtelne. Żyły na rysunku układają się w rzeki. To sugeruje miejsca, które on odwiedza.

    Ustaliliśmy, że bohater jest w nieustannym znoju, a ty odzierasz go z kolejnych rzeczy, ale dlaczego każesz mu wciąż się przemieszczać i przewalać po tym świecie. Przecież wszyscy wiemy, że od własnego łba i dupy się nie ucieknie.

    On też to może i wie, ale jego serce nie. Targają nim emocje, to są straszne rzeczy. Jakby odebranie sobie właściwego przeżycia strachu. Janek jest na tyle mądry, że wie, że musi być kimś – nawet, jak jesteś bezdomnym to jesteś też kimś. Znajduje rolę, dużo ważniejszą i jeżeli to się sypie, wykorzystuje tą sytuację, żeby spróbować jeszcze raz, na świeżo, w innych okolicznościach. Żeby otworzyć nową stronę życia, przeskoczyć na jego inny poziom. Wydaje mi się, że tutaj może mieć trochę racji, z tego względu, że zmiana scenerii, nowi ludzie i miejsca dają nową nadzieję. Może myśleć: „cholera tu mi nie wyszło, to może na nowym teraz będzie lepiej”.

    Spala za sobą mosty.

    I wtedy nie ma wyjścia, musi szukać nowego miejsca.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Też dużo podróżujesz. Każdy hotel to jest twoje nowe życie lub odsłona? Czy czujesz ciągłość samego siebie?

    Czuję ciągłość mojego żywota. Bardzo mocno. Jestem mocno zakorzeniony w ludziach. Tego Janek nigdy nie miał, a ja mam. To, że gdzieś jadę to nie znaczy, że te korzonki opuszczają nagle ziemię. Mogę ci powiedzieć, że one są cały czas bardzo mocno. Te wszystkie pokoje hotelowe, w których jestem, są naprawdę jednym pokojem hotelowym. I nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Uwierz mi, że jak czasami trwa taki maraton wyjazdów to czasami otwieram oczka i myślę sobie: „gdzie jestem tym razem”?. Wyjeżdżałem cztery tygodnie, żeby promować książkę z małymi przerwami na przeprowadzkę. Obudziłem się pewnego dnia, rodziny nie było, w łóżku byłem sam. Moja pierwsza myśl: „ kurde, czy ja dzisiaj gdzieś jadę?”

    Powiedziałeś, że Jan nie jest zakorzeniony w żadnych ludziach. A jego syn, Mikołaj?

    Na pewno, on go naprawdę kochał, chociaż nie zawsze to okazywał. Bardzo często postrzegał ojcostwo jako udrękę, co jest chyba u wielu kochających rodziców. I na pewno rodzicielstwo uczyniło go dorosłym. Najpierw był dzieckiem, a potem został ojcem. Nie miał etapu przejściowego, młodzieńczego. Wszystko inne, na przykład małżeństwo, było pochodną Mikołaja. Próbował sobie znaleźć coś swojego i znalazł – drugą dziewuchę. Tylko, że zamiast się z tego cieszyć, to znowu przyjął to jako kolejny ciężar w życiu. A nie po to się ma kochanki.

    Żyły czy rzeki z okładki to są takie pnącza, które tego biednego bohatera przywalają.

    Ale to nie jest tylko jego sytuacja. My wszyscy obrastamy tymi pnączami. Nie można ich ucinać, ale nie można pozwolić również, żeby się rozrastały. Można przycinać, a jak za bardzo wpijają się w nóżkę, to trzeba wyrwać, żeby inne nie zostały uszkodzone.

    Jak z ogrodem, jak nie dbasz to ci zarośnie.

  • „Mój bohater jest pierdołą i niezgułą”, rozmowa z Łukaszem Orbitowskim

    Exodus”, czyli najnowsza książka Łukasza Orbitowskiego pojawi się za nieco ponad dwa miesiące, ale posłuchajcie o niej już dziś bo warto. Dowiecie się sporo o fabule, Łukasz przybliży Wam postać głównego bohatera, a także opowie, co w jego życiu zmienił Paszport Polityki. No i najważniejsze, dlaczego „Exodus” będzie zupełnie różny od „Innej duszy”. Spotkaliśmy się w dość nietypowych okolicznościach przyrody jak na rozmowę o książkach, chociaż w przypadku Orbitowskiego…

     

  • Ktoś chętny na przejażdżkę z Łukaszem Orbitowskim?

    Jeśli macie ochotę spotkać się z Łukaszem Orbitowskim, to autor czeka na Was jutro w wieczorem. Gdzie? W całej Polsce. Naprawdę, on będzie wszędzie. Co więcej, nie spotkacie go fizycznie, ale będziecie mogli go usłyszeć w głośnikach BMW. Brzmi skomplikowanie? Już wyjaśniam.

    Łukasz Orbitowski napisał tekst słuchowiska dla marki BMW. Z jakiej okazji? Już jutro na terenie całej Polski odbędą się nocne jazdy testowe wyżej wymienionych samochodów. Możecie sobie wsiąść, ruszyć w miasto, a przy okazji delektować się 17-minutowym słuchowiskiem napisanym przez autora m.in. „Innej duszy”. Jaka jest fabuła? Oddaję głos Łukaszowi Orbitowskiemu. „Opowieść jest o tym, o czym jest każda dobra opowieść, czyli o miłości, w tym wypadku zniszczonej przez głupotę: mężczyzna wypuszcza kobietę z rąk, orientuje się jaki błąd zrobił, wskakuje w furę i szuka”.

    Jeśli ktoś z Was będzie miał okazję jutro się przejechać i posłuchać, dajcie znać. 

    Łukasz Orbitowski, fot: Matys Studio/Wydawnictwo Od Deski Do Deski