„Cena”, czyli felieton Wojciecha Chmielarza.

Takie pytanie na spotkaniach autorskich pojawia się regularnie: jak na mnie wpływa to, że jako autor zabijam swoich bohaterów w często dość brutalny sposób? Odpowiadam zwykle wzruszeniem ramionami i tłumaczę, że okej, zdarza mi się opisywać różne dziwne sytuacje, ale nie zapominajmy, że to koniec końców są wymyślone ludziki w wymyślonych sytuacjach. A przynajmniej odpowiadałem tak do momentu, kiedy nie wysłuchała tego moja żona. Po spotkaniu podeszła do mnie i stwierdziła – Mówisz tak tylko dlatego, że nie widzisz sam siebie w takich chwilach…

No cóż, to był moment, kiedy dowiedziałem się o sobie czegoś nowego

Wyraźne przygnębienie. Wzrok wbity w podłogę. Mrukliwość. Odpowiadanie na każde zagajenie prostymi, ale pełnymi irytacji „tak, nie, nie wiem”, a oprócz tego jakieś trudne do zrozumienia mruczenie pod nosem. Zamyślenie. To nie tylko zły nastrój, przygnębienie, tłumaczyła, ale coś więcej. Lepiej mnie wtedy omijać.

– Zawsze wiem, kiedy opisujesz mocną scenę – powiedziała moja żona.

Zaskoczyła mnie. Zawsze uważałem, że potrafię rozdzielić fikcję, to co się dzieje w mojej głowie, a co potem przelewam na papier, od prawdziwego życia. Że nie ma na mnie to żadnego wpływu. Co jest oczywiście, jak się nad tym głębiej zastanowiłem, nieprawdą. Za wszystko się przecież płaci jakąś cenę.

Tutaj zróbmy przerwę na małe wtrącenie – nie chcę brzmieć, jakby dramatyzował. Z palucha jestem w stanie wymienić z dziesięć zawodów, które są dużo bardziej obciążające psychicznie niż praca pisarza. Poczynając od pielęgniarki, przez strażaka, lekarza, policjanta, a kończąc na żołnierzu na misji zagranicznej. Umówmy się – przez większość czasu pisanie to całkiem niezła zabawa. Ale faktem jest, że spędzam długie godziny na czytaniu o różnych okrutnych zbrodniach, seryjnych i masowych mordercach, socjopatach, psychopatach. Chłonę wszystko. Filmy dokumentalne. Literaturę faktu. Czasopisma fachowe. Oglądam zdjęcia z miejsc zdarzenia i amatorskie nagrania. Mam w głowie cały katalog paskudnych czynów, które ludzie robią sobie nawzajem. Nie pomaga mi też to, że naczytałem się o błędach popełnianych przez organy ścigania. Nawet nie chodzi mi tutaj o wielkie patologie. Raczej o zwykłe ludzie pomyłki wynikające ze zmęczenia, nadmiaru obowiązków lub niezgulstwa. Tylko, że wszystkie mają tragiczne skutki. Zabójca chodzi na wolności, ktoś niewinny trafia do więzienia. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze rozmowy. Te są najtrudniejsze. Z policjantami. Prokuratorami. Technikami. A czasami zwykłymi ludźmi, którzy dzielą się ze mną swoimi opowieściami. Nieczęsto się to zdarza, przyznaję, i trochę się z tego cieszę. Takie historie potrafią zaboleć. Potem to wszystko przetrawiam we własnej głowie. Obracam na wszystkie strony. Badam. Żeby wreszcie wymyślić własne fabuły.

Efekty? Jest jedna taka scena w nadchodzącym „Zombim”. Pamiętam, że pisałem ją jak w transie. Ponad tysiąc słów, które wypłynęły ze mnie w przeciągu trochę ponad pół godziny (dla porównania, z tym felietonem walczę drugi dzień). Kiedy skończyłem, długo siedziałem bez ruchu przy biurku. Najpierw w głowie miałem totalną pustkę. Potem zastanawiałem się, czy nie powinienem rzucić komputerem o ścianę. Tak po prostu. Bo wydawało mi się, że dotknąłem czegoś autentycznie złego. Wreszcie wstałem i po prostu poszedłem na spacer. Pomogło.

Czytałem tę scenę potem podczas redakcji. Znowu dziwnie się poczułem. Zupełnie obce słowa. Zdania. Całe fragmenty. Przytkało mnie. Było tak, jakby ktoś mi położył na piersi dziesięciokilogramowy ciężar. Do dzisiaj się zastanawiam, skąd się to we mnie wzięło. Jaka cząstka mnie wymyśliła ten opis i przelała go na papier? Nie znam jej. Nie rozumiem. Nie sądziłem, że ją posiadam. Ale tak samo, nie znam tego człowieka, z którym regularnie spotyka się moja żona po tym, kiedy napiszę brutalną scenę. Czasami jednak się w niego zmieniam. No cóż, to wielki paradoks literatury. Ludziki mogą być wymyślone, ale to się dzieje w mojej głowie podczas pisania, a w głowach czytelników podczas czytania jest w pewien sposób prawdziwe. I potrafi zaboleć. Taka jest cena uprawiania tego zawodu. Mam nadzieję, że warto ją zapłacić.

Wojciech Chmielarz