Tag: Wojciech Chmielarz

  • Niewiedza. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Kiedy wychodziłem z ostatniej gali Bestsellerów Empiku na początku tego roku, podeszła do mnie Fireverka (Tiktokerka i Instagramerka) i powiedziała, że jest tutaj taka dziewczyna, która chciałaby ze mną zrobić wywiad i czy bym się zgodził. Nie widziałem problemu. Przywitaliśmy się. Pogadaliśmy chwilę. Pożegnaliśmy się. Kilka miesięcy później, na Targach Książki w Warszawie wychodziłem ze swojego spotkania i zauważyłem się ciągnącą się przez dziesiątki metrów kolejkę. Była to jedna z najdłuższych kolejek na tamtych targach i co ciekawe, nie prowadziła na żadne stoisko, ale do stojącej gdzieś niedaleko wejścia do Pałacu Kultury i Nauki młodej dziewczyny. Tej samej, której udzielałem wywiadu na gali Empiku. Dopiero wtedy coś mnie tknęło i zacząłem googlać, kto właściwie jest.

    www.unsplash.com/Jason Wong

    Okazało się, że to Zuzanna z kanału Zaksiążkowane, który prowadzi wraz z siostrą Tolą. Prawie dwieście tysięcy subskrybentów, najpopularniejsze filmy mają ponad pół miliona wyświetleń, a wszystkie łącznie ponad dwadzieścia osiem milionów. Cholera, gdybym wiedział, kto to jest, to sam bym do niej biegł na tej gali i błagał, żeby zrobiła ze mną wywiad. A to jeszcze nie wszystko. Swój kanał poświęcony książkom prowadzą także jej rodzice. Kanał literaccy ma 40 tysięcy subskrypcji. Dodajmy do tego takie kanały, jak dr book i get booky (obu Pań nie znam, obie serdecznie pozdrawiam) i pewnie jeszcze kilku twórców, których po prostu nie znam.

     

    No właśnie, nie znam. Dlatego piszę ten tekst. Jestem zawodowym pisarzem. Z naturalnych więc przyczyn interesuje się więc rynkiem książki. Tym, co się na nim dzieje. Od dawna opowiadam, że konkurencja na rynku, a szczególnie w kryminale jest tak wielka, że my jako autorzy nieustannie musimy kombinować, co zrobić, żebyście Państwo w ogóle usłyszeli o naszych powieściach. Kogo poprosić o polecajkę na okładkę? Komu wysłać egzemplarze promocyjne? Kogo namawiać do napisania recenzji? I ja także, nie ukrywam, mocno się nad tym zastanawiałem i odbyłem na ten temat dziesiątki rozmów. Tymczasem gdzieś tam w internecie pani Zuzanna z siostrą Tolą stworzyła kanał, który ma dwieście tysięcy stałych widzów, a ja nic o tym nie wiedziałem. Jak to jest w ogóle możliwe?

    www.unsplash.com/Christian Weidiger

    Dzieją się w ogóle na rynku książki rzeczy dla mnie zaskakujące. Znowu wracam do Targów Książki w Warszawie. Przez prawie cały czas stała kolejka do stoiska wydawnictwa Jaguar. Po co? Czy ktoś tam przez te kilka dni nieustannie podpisywał książki? A gdzie tam. Po prostu młodzi ludzie chcieli kupić kolejne tomy serii „Hearstopper”, która zdominowała listy bestsellerów w ostatnich miesiącach. I w ogóle te tabuny nastolatków, które krążyły pomiędzy stoiskami były czymś, na co każdy wystawca zwrócił uwagę. Prawdopodobnie była to najliczniejsza grupa wiekowa, która odwiedziła targi. Jasne, z jednej strony wiedziałem, że tzw. literatura young adult jest coraz popularniejsza. Ale jedno wiedzieć, drugie widzieć. Do tego nie wiem, co ci młodzi właściwie czytają. I żeby była jasność, to nie jest narzekanie. Nie zamierzam Państwa teraz uraczyć wywodem, że za moich czasów… Po prostu po raz kolejny przyznaję się do niewiedzy w obszarze, w którym jednak coś powinien wiedzieć.

    I w sumie się cieszę. Że jest ferment, że pojawiają się nowi twórcy, którzy opowiadają o książkach za pomocą nowych narzędzi i nowych środków. Że tworzą wartościowy kontent, bo na wszystkich tych kanałach, o których wspominałem, pojawiają się fajne filmiki. Że młodzi czytają i wygląda na to, że coraz więcej. Że odkrywają nowych autorów. Że coś się po prostu dzieje. Ale o czym ja jeszcze nie wiem? Mam wrażenie, że są autorzy, których nazwiska powinienem przynajmniej znać, zjawiska, o których powinienem słyszeć. Co mnie omija?

    Aż trochę boję się zapytać.

    Wojciech Chmielarz

  • 4, 10, 11. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Piszę ten felieton w dniu premiery „Długiej nocy” (tak jest, premierowy wieczór spędzam na walce z felietonem dla naszego kochanego Adama, cudne jest to życie pisarza 🙂 ) i myślę sobie o trzech cyfrach: cztery, dziesięć i jedenaście.

    Zaczniemy od tej pierwszej. Cztery. Tyle lat minęło od publikacji „Cieni”, czyli poprzedniego, piątego tomu cyklu o komisarzu Jakubie Mortce. Przez ten czas sporo się w moim pisarskim życiu zmieniło. Z autora, który był kojarzony przez miłośników gatunku, ale to też nie zawsze, stałem się kimś, kto jest wymieniany wśród grona najpopularniejszych pisarzy w Polsce. I jestem nieustannie autentycznie zaskoczony, kiedy dowiaduję się, ile ludzi zna i czyta moje książki. Na spotkaniach autorskich opowiadam, że przełomem w mojej karierze było „Żmijowisko”. Ale to nie jest do końca prawda. Bo zaczęło się już przy „Cieniach”. Tą książką z jakiegoś powodu zainteresowali się i dziennikarze, i krytycy, i blogerzy, i czytelnicy wreszcie, a to oni są najważniejsi. To wtedy pojawiła się moja duża sylwetka w „Książkach”. Nie zliczę, ile dostałem wtedy na Facebooku wiadomości typu: właśnie się o panu dowiedziałem/dowiedziałam, czy „Cienie” można czytać bez znajomości poprzednich części cyklu.

    Uważam zresztą nieskromnie, że „Cienie” to cholernie udana pozycja. Z dobrą intrygą, ciekawie poprowadzoną akcją i wreszcie zaskakującym zakończeniem. I to między innymi z tego powodu tak długo zwlekałem z napisaniem kolejnej powieści o Mortce. Bo chciałem, żeby przynajmniej dorównywała ona „Cieniom” właśnie. Cztery lata myślałem o tej książce. Cztery lata boksowałem się z różnymi pomysłami na temat tego, jak ma ona wyglądać. Po czterech latach wreszcie stwierdziłem, że tak, mam coś, czym chciałbym się z Państwem podzielić.

    Dziesięć. Tyle lat mija od mojego debiutu. I spokojnie, świętować będę dopiero w listopadzie, bo też w listopadzie ukazał się „Podpalacz”. Czyli pierwsza powieść o Jakubie Mortce właśnie. Dokładnie pamiętam, jak wymyślałem tę postać. Jak początkowo niespecjalnie za nim przepadałem, bo uważałem, że tak trzeba. Bo jeśli się lubi swojego bohatera, to za bardzo mu się idzie w fabule na rękę. A książka jest wtedy ciekawa, kiedy główna postać ma nieustannie rzucane kłody pod nogi. Teraz jestem o dziesięć lat starszy i mam nadzieję, że dziesięć lat mądrzejszy. Rozumiem, że nie ma nic złego w sympatii dla moich bohaterów. Przynajmniej tak długo, jak potrafię im przyłożyć kijem po plecach. A w „Długiej nocy” Mortka dostaje ostre cięgi.

    Jedenaście. Tyle lat minęło pomiędzy akcją „Cieni”, a „Długą nocą”. Ta pierwsza toczyła się w grudniu 2010 roku. Ta druga w listopadzie 2021. To było jedno z największych wyzwań związanych z tą powieścią. Bo jedenaście lat to szmat czasu. Zdawałem sobie sprawę, że Mortka musiał się zmienić. Być może stał się nawet zupełnie innym człowiekiem. I powinienem to jakoś zawrzeć i pokazać w „Długiej nocy”. Ale równocześnie czytelnicy powinni w nim zobaczyć tę samą postać, którą zdążyli poznać i polubić. Męczyłem się z tym sporo, ale chyba mi się udało. Mortka wydaje mi się być spokojniejszy. Bardziej wyluzowany i zdecydowanie bardziej pewny siebie. Z większym dystansem do świata, który go otacza. Ale równocześnie to ciągle ten sam skoncentrowany na pracy gliniarz, który po prostu nie potrafi odpuścić, jeśli trafi na trop. Bo nie potrafi się uwolnić od tego poczucia obowiązku, które jest jego największą zaletą i największym przekleństwem. Jest też, nie ukrywam, o jedenaście lat starszy. Co akurat mi przyniosło pewną ulgę. Ponieważ w „Podpalaczu” i kolejnych częściach cyklu ma trochę ponad trzydzieści lat. Ja pisząc debiutancką książkę miałem dwadzieścia sześć, więc ktoś kto przekroczył trzy dychy wydawał mi się strasznie dojrzały i doświadczony. Oczywiście, nie miałem racji. W tym roku brakuje mi dwóch lat do czterdziestki. I myśl, że Mortka miałby być młodszy ode mnie, trochę mnie uwierała.

    No cóż. Już nie jest. I niech tak zostanie!

    I na koniec, te jedenaście lat Mortka spędził na misji do Europolu w Hadze, stolicy Holandii. Jest to więc moja trzecia powieść z rzędu (po „Długu honorowym” i „Królowej głodu”) z wątkiem niderlandzkim. Wygląda to tak, jakbym się strasznie tym Holendrom podlizywał, a oni nawet moich książek nie tłumaczą na swój język! Tym razem jednak wynika to z… pomyłki. Początkowo chciałem, żeby Mortka te jedenaście lat spędził w Lyonie. Pił francuskie wino, zajadał sery i popijał je dobrym winem. Dopiero podczas researchu jeden z moich rozmówców uświadomił mi, że w Lyonie znajduje się nie siedziba Europolu, ale Interpolu, który jest trochę inną agencją. A Europol mieści się w Hadze właśnie.

    Dlatego obiecuję – w mojej kolejnej książce – żadnych Holendrów! No, chyba, że zaczną mnie wreszcie tłumaczyć!

    Wojciech Chmielarz

  • Przedpremierowy fragment „Długiej nocy” Wojciecha Chmielarza

    Wysiadł z samochodu, przeszedł przez podjazd i otworzył bramę od garażu. Siłował się chwilę z blaszanymi skrzydłami. Rozchylił je najmocniej, jak tylko się dało, co nie było łatwe. Garaż, podobnie jak cały dom, wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy trudno było o materiały budowlane, a poza tym ludzie spodzie- wali się, że największym samochodem, jaki będą musieli tam zmieścić, będzie duży fiat. On zaś miał potężnego terenowego range rovera. Wjechanie nim do garażu zawsze wymagało dużej ostrożności i maksymalnej uwagi. Wrócił do wozu, uruchomił silnik, delikatnie nacisnął pedał gazu i auto powoli potoczyło się do przodu. Trzymał się jak najbliżej prawej strony, żeby móc potem swobodnie wysiąść.

    Kurwa… – zaklął pod nosem, kiedy usłyszał, jak bok wozu zaczyna trzeć o ścianę. Odbił natychmiast w lewo, a potem zahamował. Przez chwilę tylko siedział, kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy i zgrzytając zębami. Wreszcie wrzucił bieg, puścił sprzęgło i wjechał do końca. Przedni zderzak niemal stykał się ze ścianą.

    Wyskoczył z auta, żeby sprawdzić rozmiar szkody. Od przednich drzwi przez tylne biegł szeroki na kilkanaście centymetrów pas licznych rys. Przejechał po nich palcami i skrzywił się. Zdarł lakier do gołej blachy. Metal też się uszkodził. Już wcześniej wóz nie wyglądał dobrze, ale teraz to była tragedia.

    Wyprostował się i dwa razy uderzył pięścią o dach samochodu. – Co?! Zarysował pan?! – usłyszał za sobą głos.

    Odwrócił się błyskawicznie. Jego prawa ręka sama powędrowała do schowanego za paskiem na plecach pistoletu. Nie żeby go wyjąć. Raczej po to, by upewnić się, że ciągle tam jest, ukryty za połami kurtki.

    Na drodze, na wysokości ogrodzenia, stał jego sąsiad. Sześćdziesięcioletni okrągły facet w kaszkiecie na głowie. Obok niego z nosem przy ziemi dreptał pies, brzydki, nieforemny kundelek.

    Zarysowałem – potwierdził niechętnie.
    – Bardzo?
    – Zaszpachluje się, panie Witoldzie.

     

    Sąsiad wychylał się to w jedną, to w drugą stronę, niemal stawał na palcach, żeby samemu ocenić rozmiar szkody. Z tej odległości jednak było to praktycznie niemożliwe. Sprawiał więc wrażenie lekko rozczarowanego.

    Taki duży samochód, a garaż malutki. Niepotrzebnie pan tam wjeżdżał – odezwał się. – Ja to bym trzymał taki wóz na dworze. Może jakąś wiatę wybudował, żeby go przed deszczem chronić. Placu na podwórku pan przecież ma dość. – Koniecznie chciał się podzielić dobrą radą.

    Może tak zrobię.

    No, ale nieszczęście już się zdarzyło, nie? Mądry Polak po szkodzie, nie?

    Tak mówią.

    Sąsiad podjął jeszcze jedną próbę sprawdzenia, jak bardzo uszkodzony jest samochód. Znowu nieudaną. Pożegnał się więc krótko i poszedł dalej. Mężczyzna poczekał, aż tamten zniknie, i dopiero wtedy puścił rękojeść pistoletu. Potem pospieszenie zamknął bramę garażu i udał się do domu.

    W środku nikogo nie było. Nie kłopocząc się zdejmowaniem butów, przeszedł przez przedsionek do salonu. Wyjął z barku butelkę wódki i nalał alkoholu do szklanki. Wypił jednym łykiem i znowu nalał. Najpierw gorzały, potem soku jabłkowego. Z takim drinkiem usiadł na skórzanej kanapie. Skrzywił się, kiedy lufa pistoletu wbiła mu się w lędźwie. Wyciągnął broń i położył na stoliku o szklanym blacie, przez który widział ułożone starannie na półeczce pod spodem kolorowe czasopisma. Sięgnął po pilota. Natychmiast przeszedł na kanał TVN24. Przez chwilę oglądał obrazki z kolejnej demonstracji kobiet, które ze świeczkami w rękach wędrowały w stronę budynku Trybunału Konstytucyjnego. Drażniły go ich pełne wulgaryzmów transparenty, nawet jeśli skrywały się za ośmioma gwiazdkami, i pełen egzaltacji głos komentatorów w studiu. Dlatego wyłączył dźwięk. Oglądał przez blisko kwadrans, czekając na inne wiadomości, ale nic się nie zmieniło. Poskakał przez chwilę po kanałach informacyjnych, jednak wszędzie leciało to samo. Zdenerwowany wyłączył telewizor. Jego wzrok przez chwilę błądził po pokoju, aż zatrzymał się na leżącym przed nim pistolecie.

    Popełnił błąd. Powinien pozwolić tej dziewczynie uciec. Tak po prostu. Niechby sobie poleciała, gdzie chce. Co najgorszego mogło go wtedy spotkać? Nie mówiła przecież po polsku. Nawet jakby ktoś go zatrzymał, to wytłumaczyłby, że doszło do nieporozumienia. Tak, chciał skorzystać z jej usług, tak, to wstyd, ale facet czasami musi, nie, nie wie, co ją zdenerwowało. Po prostu wyskoczyła z jego samochodu. Nic z tego nie rozumie. Zresztą wątpliwe, żeby ktokolwiek się tym zainteresował. Ot, zwykła przestraszona dziwka, która nie potrafi wyjaśnić, o co jej właściwie chodzi. Zamiast tego stracił nad sobą panowanie. Próbował ją zatrzymać. Szarpali się. Uderzył ją kilka razy. Udało się jej wyskoczyć z samochodu. Sięgnął więc po pistolet i strzelił. Dopiero wtedy zobaczył stojący nieopodal radiowóz. To go otrzeźwiło. Zamknął drzwi od strony pasażera i natychmiast uciekł ze stacji benzynowej.

    Próbował teraz przeanalizować to, co się stało. Dziewczyna pobiegła do policjantów. Strzelał do niej. Niemożliwe, żeby nie usłyszeli tego huku. Po prostu musieli zwrócić na niego uwagę.

    Do tego na jej twarzy widać było ślady pobicia. Teraz nie miało już znaczenia to, że po polsku znała może ze dwa słowa. Na pewno zajmą się tą sprawą i będę próbowali dowiedzieć się, co się dokładnie wydarzyło. A ta dziewczyna była u niego w domu. Prędzej czy później po prostu ich do niego przyprowadzi. Przyjadą tutaj i to będzie koniec.

  • Na które kryminały czekam w 2022 roku? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Kończy się ten rok 2021 (a może się już skończył, nie do końca jestem pewien, kiedy Adam wrzuci ten tekst), ale proszę nie martwić. Nie będę tutaj Państwa katował podsumowaniami. Wolę opowiedzieć o tym, na co czekam w roku 2022. I żeby była jasność, chodzi mi tutaj tylko i wyłącznie o książki. A jeszcze konkretniej, o kryminały.

    Z pierwszych zapowiedzi, wychodzi na to, że ten rok będzie na bogato. Ja mam tę uprzywilejowaną pozycję, że już kilka książek, które się mają dopiero ukazać, czytałem. Ale o nich opowiem może innym razem i dłużej. Tutaj skupię się na tych, które są dla mnie niewiadomymi. Zacznę od „Gniazda” Jędrzeja Pasierskiego. Kolejny tom znakomitego cyklu z Niną Warwiłow. Dzielna policjanta po raz kolejny będzie musiała rozwiązać zagadkę w Beskidzie Niskim. Dlaczego czekam? Bo Pasierski to jest znakomity pisarz, którego książki bardzo lubię i cenię. Fantastycznie operuje językiem, a jego fabuły są dobrze wymyślano i przemyślane. Do tego z opisu na stronie wydawnictwa wynika, że „Gniazdo” jest oparte na podobnym pomyśle, który mi kiedyś wpadł do głowy. Ja ten projekt akurat zarzuciłem. Nie wiedziałem, jak poprowadzić tę historię i jak ją potem rozwiązać. Jestem strasznie ciekaw, jak z tym poradził sobie Pasierski.

    www.unsplash.com/Maxim Hopman

    Także w lutym (zresztą tego samego dnia) ukazuje się „„Dolina cieni” Bartosza Szczygielskiego. I tutaj już mocno przebieram nóżkami, bo opis (znajdziecie na stronie wydawnictwa) jest bardzo obiecujący. Szczygielskiego śledzę od jego pierwszej książki i od początku imponował mi tym, że nikogo nie próbował udawać, ale znalazł swój indywidualny styl i sposób opowiadania historii. Niektóre książki wychodziły mu lepiej, niektóre gorzej, ale jego dwie ostatnie pozycje to znaczna zwyżka formy. Dlatego jestem strasznie ciekaw „Doliny cieni”. Mam przeczucie, że to może być jedna z tych powieści, które rozbiją kryminalny bank.

    Czekam też na kolejne książki dwóch autorek. Mam na myśli Annę Kańtoch i Izabelę Janiszewską. Kańtoch już chyba na stałe przebiła się do kryminalnego topu. Podobnie jak Szczygielski, dorobiła się (a właściwie od początku go miała) indywidualnego stylu. Nikt w Polsce nie pisze tak jak Kańtoch. Nikt nie wymyśla takich historii. Ostatnia dała nam dwie mocne książki „Wiosnę zaginionych” i „Lato utraconych”. Jedna lepsza od drugiej. Teraz przyszedł czas na „Jesień…”. No właśne kogo? Czego? Ot, pierwsza zagadka z zapewne wielu. Jestem cholernie ciekaw, co tym razem spotka dzielną Krystynę. I w jakim wieku ją poznamy.

    fot: unsplash.com/Art Lasovsky

    „Niewybaczalne” Izabeli Janiszewskiej z kolei to była dla mnie największa kryminalna niespodzianka 2021 roku. Znałem autorkę. Wiedziałem, że jest dobra. Nie wiedziałem, że aż tak dobra. To była książka (a właściwie audiobook), od której nie mogłem się oderwać. Pamiętam, że przez ponad dwadzieścia minut siedziałem w samochodzie na parkingu, żeby dosłuchać ją do końca. Trochę kręciłem tam nosem nad początkiem, ale potem historia się rozkręciła. Działało tam wszystko. Gęsta atmosfera małego miasteczka, grzechy z przeszłości, mniejsze i większe tajemnice, kłamstwa, dwa plany czasowe, ciekawi bohaterowie. Do tego bardzo, ale to bardzo precyzyjna intryga. Świetnie poprowadzona i potem wyjaśniona czytelnikowi. Piszę o tym wszystkim, żebyście Państwo zrozumieli, dlaczego tak bardzo czekam na kolejną powieść Janiszewskiej. Czy utrzyma poziom? A może zaproponuje nam coś jeszcze lepszego?!

    I wreszcie. I wiem, jak to brzmi. Napisali wspólnie słuchowisko, znają się, kolegują, kumoterstwo i tak dalej. Ale ja naprawdę, ale to naprawdę bardzo czekam na kontynuację „Drelicha”! Kuba! Pisz!

    Wojciech Chmielarz

  • Książki, do których boję się wracać. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Niedawno zobaczyłem „Jay i Cichy Bob – reboot” Kevina Smitha i ojej, jakie to było słabe. Zrobiło mi się smutno, bo niby wiem, że Smith nie jest wielkim reżyserem, ale jego wczesne filmy były dla mnie ważne. A potem się przestraszyłem, że być może one też były słabe, tylko ten nastoletni ja tego nie widział. Co potem drogą luźnych skojarzeń zaprowadziło mnie do półki z książkami…

    No bo oczywiście, jak każdy, w okresie nastoletnim i później na studiach, zaliczyłem kilka ważnych dla mnie literackich fascynacji. Zaczytywałem się w autorach, który w mniejszym lub większym stopniu, ukształtowali co najmniej mój gust. A także pogląd na to, co jest ważne w literaturze, a co nie. Jak pisać i o czym. I teraz to straszne pytanie – a jeśli oni tak naprawdę byli grafomanami? Co jeśli ich książki mogły się podobać tylko niewyrobionemu literacko nastolatkowi? Innymi słowy, co jeśli też wszystkie ważne dla mnie książki, są po prostu kiepskie?

    Robię sobie przegląd moich ulubionych autorów z dawnych lat i początkowo oddycham z ulgą. Adam Bahdaj i Edmund Niziurski. Dwaj pisarze, od których zaczęła się właściwie moja przygoda z czytaniem. Niedawno przeglądałem „Kapelusz za sto tysięcy” tego pierwszego i przeczytałem kilka rozdziałów. Jasne, całość trochę trąci myszką, ale czego innego spodziewać się po powieści, która ma ponad pięćdziesiąt lat. Niemniej, ciągle bawi i bardzo przyjemnie się czyta. O większości powieści Niziurskiego, podejrzewam, można powiedzieć to samo. Zestarzały się, to jasne, ale pomimo wszystko obroniły. Uff… No to jedziemy dalej.

    J.R.R. Tolkien z „Hobbitem” i „Władcą Pierścieni”. No tutaj nie mam wielkich obaw. Jasne, historia przedstawiona w tych książkach jest trochę naiwna. Bohaterowie to chodzące stereotypy. Ale całość powinna się ciągle pięknie bronić. Dzięki kreacji świata, rozmachowi, genialnej wyobraźni i po prostu magii, która wypełnia każdą stronę. A przynajmniej tak to wspominam. Tak, chętnie przeczytałbym jeszcze raz. Kto wie? Może po latach odkryłbym jakieś nowe smaczki. Ale po taki „Silmarilion” to bym chyba już nie sięgnął. Ani po „Niedokończone opowieści” i resztę „kwitów z pralni” Tolkiena. W młodości to tolkienowe światotwórstwo mi imponowało. Teraz nie miałbym cierpliwości, żeby śledzić te wszystkie skomplikowane historie, próbować zapamiętać, kto jest z kim spokrewniony i co się kiedy wydarzyło. Podziękuję, chociaż pomimo wszystko, będę miło wspominać.

    www.unsplash.com/Thomas Schweighofer

    Przechodzimy do kryminałów i do najważniejszego dla mnie w tym gatunku autora. Czyli Raymonda Chandlera i do jego cyklu powieści o Philipie Marlowe. I tutaj ręka mi już lekko drży. Nie boję się o intrygę, te pamiętam doskonale i były świetne. Niezbyt skomplikowane, ale jednak zaskakujące. Kreacja głównego bohatera… Marlowe jest jednym z gatunkowych archetypów, ale archetypem, który jednak Chandler przecież współtworzył. Trudno mu zarzucać więc wtórność czy brak oryginalności. Poza tym Marlowe i tak jest ciekawszą postacią od 99 proc. prywatnych detektywów stworzonych przez innych autorów. Sam nastrój, sposób prowadzenia akcji, opisy – to powinno działać. I ciągle wydaje mi się, pomimo tych wszystkich lat, nowoczesne. Czego się więc obawiam? Postaci kobiecych. Nie jestem teraz pewien, czy Chandler potrafił je pisać czy tylko leciał stereotypami i uproszczeniami. Trochę mnie kusi, żeby się przekonać. Trochę się obawiam, że sobie zepsuję wspomnienia.

    Ale jednak najbardziej się boję o innego, ważnego dla mnie autora. Chodzi o Philipa K. Dicka, którego książki pożerałem kiedyś nałogowo. I raz po raz wracałem do przeczytanych już pozycji, żeby wgłębiać się w szczegóły, analizować i ponownie interpretować. Och, spędziłem nad nimi długie, długie godziny. Jednak już jako nastolatek wiedziałem, że Dick jest autorem potwornie nierównym. Zdarzały mu się książki straszne i bezwartościowe, i zdarzały mu się, jak wtedy uważałem, genialne. Oraz mnóstwo takich średnich, gdzie jednak potrafiłem wyłowić cudowne sceny. I teraz zastanawiam się, czy jest sens do tego wracać. Dick jako twórca interesował się naturą rzeczywistości, zastanawiał się, co jest prawdą, a co nie. Snuł rozważania o Bogu i religii. Kiedy byłem nastolatkiem strasznie, ale to strasznie to do mnie przemawiało. Miałem wrażenie, że znalazłem w Dicku przewodnika, który może nie tyle da mi odpowiedzi, ale przynajmniej wskaże pytania. I teraz, po latach, zastanawiam się, czy te wszystkie rozkminy nie były po prostu naiwne. Filozofia płytka. A rozważania o naturze rzeczywistości to po prostu strata czasu. Leży gdzieś na mojej półce „Valis”, jedna z najważniejszych książek Dicka. Ale nie wiem, czy mam dość odwagi, żeby po nią sięgnąć. A co z „Trzema stygmatami Palmera Eldritcha”, które kiedyś sprawiły, że dosłownie zakręciło mi się w głowie? Jako tako powinien się bronić „Człowiek z Wysokiego Zamku”, ale ta powieść miała dość prostą jednak fabułę. Ale co z „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” i historią o króliku, których chciał być kotem. Historią, która kiedyś niewiarygodnie mnie wzruszyła. Czy dalej wyda mi się piękna, czy okaże się po prostu grafomanią? Nie wiem. Po prostu nie wiem. I nie jestem pewien, czy chcę się przekonać.

    No dobrze? A Państwo? Macie takie książki, takich autorów? Kiedyś ważnych, a po książki których dzisiaj boicie się sięgnąć, żeby nie zepsuć sobie wspomnień? Jestem ciekaw Państwa odpowiedzi.

    Wojciech Chmielarz

  • Powieje chłodem – felieton Wojciecha Chmielarza

    Chciałbym wymyślić wehikuł czasu. Albo niekoniecznie wymyślić. To jednak zajmuje za dużo czasu. Chciałbym, żeby pojawił się ktoś, kto mi da w prezencie wehikuł czasu. No, w ostateczności mógłby mi go po prostu wypożyczyć.

    Wtedy natychmiast cofnąłbym o te kilka miesięcy, spotkał się z samym sobą (wiem, wiem, nie wolno tak robić) i z całej siły walnął się w pysk, żeby wybić sobie z głowy ten głupi pomysł na oddawanie książki pod koniec lipca. Tak, dobrze Państwo czytacie, kończę właśnie pisać kolejną powieść. Ale ten felieton nie jest o tym. Rzecz w tym, że tak ustawiłem sobie kalendarz pracy, że te dwa najbardziej intensywne miesiące roboty przypadają na czerwiec i pierwszy miesiąc wakacji. Czyli na te dni, kiedy panują upały. Przyznam szczerze, że kiepsko je znoszę. Moja produktywność znacznie spadła. Trudniej mi się myśli. Co gorsza, noce nie przynoszą żadnej ulgi. Budzę się równie zmęczony jak wtedy, kiedy kładłem się wieczorem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak trudno mi się pisało. Do tego dobijają mnie posty znajomych w mediach społecznościowych, którzy odpoczywają nad morzem, jeziorem, rzeczką, na basenie, kiedy ja mozolnie stukam w klawisze komputera kolejne zdania, akapity i strony.

    Ale zdaję sobie sprawę, że Państwo macie podobnie. Upały dają nam wszystkim w kość i chyba teraz z tęsknotą wspominamy ten chłodny, tegoroczny maj. No, ale ponieważ uważam się za człowieka, którego głównym zadaniem jest nie narzekanie, ale szukanie rozwiązań, to zaproponuję Państwu teraz kilka sposobów na schłodzenie się latem. Schłodzenie się mentalne i literackie.

    www.unsplash.com/Damian McCoig

    Dobra… Widzę, że ten dowcip nie był najwyższych lotów. Państwo wybaczą. Ale raz jeszcze – upał. W skrócie, napiszę o kilku książkach, które się dzieją w zimniejszych rejonach świata, w nadziei, że taka lektura przyniesie jednak pewną ulgę.

    No to na pierwszy rzut mój ulubiony Dan Simmons z „Terrorem”. Czyli fabuła, a konkretnie horror z akcją umieszczoną w XIX stuleciu i opartą na losach wyprawy sir Johna Franklina, który w 1845 wyruszył szukać przejścia północno zachodniego. Miała to być droga morska z Atlantyku na Pacyfik, na północ od Kanady. Zabrał za sobą dwa znakomicie wyposażone statki HMS „Terror” i HMS „Erebus”, liczą załogę i… ślad po nich zaginął. Była to jedna z najbardziej tajemniczych i rozpalających wyobraźnię zagadek XIX i XX wieku. Dan Simmons stworzył na jej podstawie niesamowitą, fascynującą i przerażającą opowieść. Która zresztą potem została przerobiona serial (do zobaczenia na Amazon Prime). Wychodząc od powieści Simmonsa możemy odbić w dwie strony. Najpierw w kierunku literatury pięknej. Bo Richard Flanagan (ten od „Ścieżek Północy”) napisał nawiązującą do losów Franklina powieść „Pragnienie”. Jedną z jego lepszych zresztą. No, ale tam jest więcej o Tasmanii niż Arktyce, więc porzućmy ten temat. Druga ścieżka prowadzi nas w stronę reportażu historycznego. O tym, co naprawdę wydarzyło się podczas wyprawy Franklina napisali w „Na zawsze na lodzie” Owen Beattie i John Geiger. Ich książka niedawno ukazała się w Polsce. Przyznam szczerze, że sam jej jeszcze nie czytałem (zachowuję ją na naprawdę gorące dni), natomiast ma bardzo dobre recenzje.

    Trasę przejścia północno zachodniego jako pierwszy odkrył dopiero legendarny norweski polarnik Roald Amundsen na początku dwudziestego wieku. Ten sam, który jako pierwszy zdobył biegun południowy. Co w sposób naturalny prowadzi nas do jego świetnej biografii pióra Stephena R. Bowna pod tytułem „Ostatni wiking”. Książka wyszła co prawda kilka lat temu, ale wciąż jest dostępna w sprzedaży. Bown jest również autorem „Wyspy niebieskich lisów”, która z kolei opowiada o wyprawie Beringa i o rosyjskich próbach podbicia dalekiej północy. Obie książki naprawdę warto przeczytać.

    No i wreszcie na koniec dwie pozycje. Najpierw „W królestwie lodu” Hamptona Sidesa. Książka poświęcona pierwszej amerykańskiej próbie zdobycia bieguna północnego w 1879 roku. Był to początek mojej przygody z książkami o tematyce polarnej. Otworzyła mi oczy na kilka niewiarygodnych tematów. Przede wszystkim jak bardzo eksploracja okolic podbiegunowych była powiązana z ówczesnym klimatem politycznym i rywalizacją mocarstw. Jak mocno wpisywała się w retorykę kolonialną o niesieniu misji cywilizacyjnej, a równocześnie jak arogancko była prowadzona. Wielu badaczy twierdzi, że sukcesy Amundsena wynikały między innymi z tego, że jako jeden z pierwszych zaczął uczyć się sztuki przetrwania od mieszkających w tamtych rejonach od stuleci Inuitów. Cała reszta wolała tkwić w przekonaniu o swojej cywilizacyjnej wyższości i przez to często marnie kończyła. Fascynujące jest także to, jak bardzo mylili się XIX wieczni geografowie w swoich hipotezach jak np. wygląda daleka północ. I jakie tragiczne miało to skutki. Sidesa w każdym razie bardzo polecam.

    I wreszcie na koniec, dla szybkiego schłodzenia, króciutki reportaż Davida Granna „Biała ciemność” poświęcony z kolei współczesnemu badaczowi Antarktydy Henry’emu Worsley’owi. Rzecz do połknięcia w jeden dzień, wzbogacona licznymi fotografiami. Bardzo przyjemna lektura.

     

    Zastanawiam się, dlaczego tak lubię czytać o polarnych wyprawach? Nigdy nie ciągnęło mnie na Antarktydę, Grenlandię czy Spitsbergen. Przede wszystkim dlatego, że jest tam zimno. A ja zimna nie lubię równie mocno, jak upałów. Niemniej, książki o tej tematyce zajmują całą półkę w mojej domowej bibliotece. I pomimo tego, że brakuje mi już miejsca, ciągle dokupuję kolejne. Ale chyba na tym polega magia czytania, prawda? Że w domowym zaciszu, na kanapie, w fotelu, na hamaku w ogrodzie, przy szklance czegoś zimnego możemy poczytać o krainach, których nigdy nie zamierzamy odwiedzić. I będzie to bardzo dobrze spędzony czas.

    Wojciech Chmielarz

  • Kamienny sufit – majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zdradzałem już Państwu, że lubię książki niespodzianki. W sensie takie pozycje, o których wiem, że normalnie bym po nie sięgnął, bo albo o nich w ogóle nie słyszałem, albo ich tematyka wykracza poza moje zainteresowania. Uznałem jednak, że żeby się rozwijać, także czytelniczo, powinienem od czasu do czasu po takie rzeczy sięgać.

    Najczęściej znajduję taką pozycję w taki sposób, że podchodzę do księgarza i mówię mu wprost, żeby polecił mi taką książkę, jakiej nigdy by mi nie polecił. Jego/jej mina wtedy jest bezcenna, ale to już materiał na inny tekst. W ten sposób, dzięki Szymonowi Świtajskiemu ze sopockiego Smaku Słowa poznałem „Gdzie się podziałeś Buzzie Aldrinie” Johana Harstada. Piękną, przejmującą, spokojną opowieść o zagubieniu i próbie odnalezienia własnego miejsca w świecie. Paulina Wilk z warszawskiego Big Booka wcisnęła mi „To wspaniałe, oślepiające światło” Tahara Ben Jellouna i „Bezmatek” Miry Marcinów. „Biografia” komara Timothy’ego C. Winegarda, którą z kolei wyniosłem z księgarni PWN na Koszykowej, jeszcze jest przede mną. Wspominam o niej po to, żeby pokazać Państwu, jakie książki w ten sposób do mnie trafiają. No dobra, ale cały ten przydługi wstęp jest po to, żeby wyjaśnić Państwu, dlaczego zacząłem czytać „Kamienny sufit” Anny Król.

    www.unsplash.com/Andrew Seaman

    „Kamienny sufit” to książka o pierwszych kobietach, które wspinały się w Tatrach. No i nie będę tutaj ukrywać, że wspinaczka nie jest moim ulubionym sportem. Co więcej, szczególnie ta wysokogórska budzi we mnie rozmaite wątpliwości etyczne. Poczynając od tego, jak traktuje się szerpów, a kończąc na tym, że nie rozumiem, dlaczego ludzie mający dzieci i rodziny (a więc będący za nie odpowiedzialni) ryzykują swoje życie, żeby zdobyć kawałek skały na wysokości ośmiu tysięcy metrów. Z którego to wyczynu nie wynika zresztą żadna praktyczna korzyść. Moje narzekania nie zmieniają jednak faktu, że w ostatnich latach, po skokach narciarskich i formule jeden, to himalaizm stał się naszym kolejnym narodowym sportem. Każdy ma w końcu zdanie, jak powinno się zdobywać Broad Peak i czy na K2 wypada zimą wchodzić z tlenem.

    No, ale „Kamienny sufit” nie jest o Himalajach, ale o Tatrach. I powiem od razu, że czytałem mi się tą książkę bardzo dobrze. To portrety kilkunastu kobiet, które w pierwszej połowie XX wieku na równi z mężczyznami zdobywały tatrzańskie szczyty, wytyczały szlaki i przejścia. Anna Król rekonstruuje nie tylko ich życiorysy, ale także wspinaczkowe drogi, dzięki czemu pokazuje nam, jak w przeciągu tych stu lat zmienił się wspinaczkowy świat.

    www.unsplash.com/Samuel Ferrara

    Ważne są tutaj Tatry, ważne są opisy wędrówek i zmagań z górami, zmagań, które wielokrotnie zresztą kończyły się tragicznie. Dla mnie jednak to głównie opowieść o kobiecym świecie początków ubiegłego wieku. Bohaterki Król na pewno nie były statystycznymi Polkami. Większość z nich pochodziła z dobrych lub bardzo dobrych domów, zdobyły staranne wykształcenie, miały dostęp do rodzinnego majątku. Nawet one jednak musiały wywalczyć sobie miejsce w męskim świecie i nieustannie udowadniać swoją wartość. Każdy ich błąd był zauważany i nagłaśniany. Każdy wypadek miał być potwierdzeniem tezy, że nie ma dla nich miejsca w Tatrach. A one jednak uparcie szły w góry. Dla niektórych to była po prostu przygoda. Dla innych element świadomej walki o emancypację. Dla paru Tatry były ucieczką od codzienności i jej problemów, miejscem, gdzie mogły być sobą. I były tam szczęśliwe.

    Na to wszystko jeszcze nakłada się tragiczna polska historia. Pierwsza wojna światowa, potem trudna niepodległość i wreszcie koszmar lat 1939-1945 (potem też zresztą nie było za łatwo). Anna Król stara się to wszystko połączyć. Czasami udaje się jej to lepiej, czasami gorzej. Sama zresztą przyznaje na wstępie, że nie jest to opowieść skończona, a historia pierwszych taterniczek wciąż wypełniona jest białymi plamami. Niemniej, sporo tutaj jest mocnych, przejmujących obrazków, scen, życiorysów. Król udało się oddać głos tym, których do tej pory nie wysłuchano.

    No, ale żeby uciec już od tych górnolotnych sformułowań, jest to też książka pięknie wydana. Pełna fotografii i sprzed lat, dzięki którym możemy spojrzeć w oczy bohaterkom, i współczesnych, ukazujących, jak obecnie wyglądają pokonywane przez nie trasy wspinaczkowe. Odkładałem ją z takim poczuciem czytelniczego zadowolenia, bo czegoś się nauczyłem, poznałem kawałek historii, która do tej pory była przede mną ukryta, a przy okazji dobrze się bawiłem. Dostałem więc wszystko to, czego oczekuję od książki niespodzianki. Chyba za niedługo trzeba się więc będzie zacząć rozglądać za kolejną.

    Wojciech Chmielarz

  • Przedpremierowy fragment „Wilkołaka” Wojciecha Chmielarza

    Wrócili do kancelarii. Minęli bezbarwną recepcjonistkę i weszli do gabinetu. Kalęcki właśnie coś przeglądał na swoim telefonie. Na ich widok odłożył komórkę.

    Już wszystko w porządku. Mój brat jednak znajdzie czas, żeby zająć się pańską sprawą – powiedziała Ania, siadając z powrotem za biurkiem.

    Tak – potwierdził Dawid. – Jednak udało mi się… Damy radę. Słucham, co tym razem wywinęła ta łobuziara Ewelina.

    Kalęcki zmarszczył brwi, a adwokatka posłała detektywowi oburzone spojrzenie. Dawid był pewien, że gdyby tylko mogła, kopnęłaby go w kostkę.

    Pan nie zna sprawy? – zapytał mężczyzna.
    – Siostra nie zdążyła mi opowiedzieć.

    – No cóż… – Kalęcki chrząknął i poprawił się na krześle. – W skrócie chodzi o to, że pani Baliczka posiada pewne kompromitujące materiały i bardzo zależy mi na tym, żeby je odzyskać.

    Wolski zerknął na mężczyznę i zauważył obrączkę ślubną na serdecznym palcu. Już wszystko rozumiał.
    – Czyli Ewelina pana przeleciała, nagrała to lub zrobiła fotki w trakcie i teraz grozi, że pokaże je pańskiej żonie?

    Kalęcki zrobił wielkie oczy i gwałtownie poczerwieniał.

    Co takiego?! Nie! Nic z tych rzeczy! Chryste Panie, za kogo mnie pan uważa?!

    Eee… Co… Eee… Nie. Nie miałem nic złego na myśli, ale powiedział pan o kompromitujących materiałach i…

    Chodzi o dane klientów! – Anna włączyła się ostro w rozmowę. – Dane klientów, Dawid. Pan Kalęcki prowadzi firmę księgową.

    Wolski zagryzł wargę, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: a skąd miałem wiedzieć?

    Przepraszam – wybąkał. – Czy możecie mi w takim razie wyjaśnić, o co chodzi?

    Pan Kalęcki… – zaczęła siostra.

    Ja to opowiem – przerwał jej zmęczonym głosem mężczyzna. – Prowadzę firmę księgową, która równocześnie zajmuje się archiwizacją dokumentów naszych klientów. Mamy ich umowy o prace, listy płac, umowy z kontrahentami, różne wewnętrzne korespondencje. W sumie cały ten papier i korespondencja produkowana w firmach trafia w pewnym momencie do nas. My to archiwizujemy i trzymamy tak długo, jak trzeba.

    Wolski udawał zainteresowanie. U niego za całe archiwum robił sejf zamontowany w rogu mieszkania – wrzucał tam każdą kartkę, która mogłaby mu być kiedyś potrzebna.

    Co z tym wspólnego ma pani Baliczka? – zapytał.

    No cóż… Pani Ewelina Baliczka zaczęła pracować u nas kilka miesięcy temu.

    Jako archiwistka? – zdziwił się Wolski.

    Jako moja asystentka – sprostował Kalęcki, a Wolski zdziwił się jeszcze bardziej. Znał Ewelinę. Jego zdaniem nie nada- wała się do żadnej pracy, a do pracy asystentki prezesa zarządu szczególnie.

    Zatrudnił ją pan? Naprawdę? Ewelinę?

    Kalęcki ścisnął mocniej trzymany w dłoni telefon.

    Potrzebowałem kogoś do pomocy na cito, a ona miała dobre CV.

    CV, w którym nie było pewnie ani słowa prawdy, pomyślał Wolski, ale zachował to dla siebie. Po co dodatkowo pogrążać przedsiębiorcę.

    I co się później wydarzyło? – zapytał.

    Zwolniłem ją po półtora miesiąca – odpowiedział szybko Kalęcki.

    Nie sprawdziła się?
    – To mało powiedziane. Jej stosunek do pracy był taki jak… – Do byłego męża? A właściwie obecnego… chyba. Nie do końca wiem, jak teraz to u nich wygląda. Kalęcki spojrzał na niego pytająco i Wolski poczuł się w obowiązku wyjaśnić.

    – Ciągnęła od niego kasę, nie dawała nic w zamian i szukała tylko okazji, żeby go wyruchać do czysta.

    Ku pewnemu zaskoczeniu detektywa przedsiębiorca pokiwał ze zrozumieniem głową.
    – Tak. To dobrze opisuje jej zachowanie. Nie wypełniała swoich obowiązków, była bardzo roszczeniowa, źle się z nią współpracowało. Myślę, że wszyscy w firmie odetchnęli z ulgą, kiedy wreszcie się jej pozbyłem. Muszę przyznać
    , że był to największy błąd, jaki popełniłem w mojej biznesowej karierze.

    A te kompromitujące materiały?

    Kalęcki westchnął ciężko, po czym posłał pytające spojrzenie adwokatce.

    Dawid jest nie tylko moim bratem, ale też człowiekiem, któremu może pan ufać. Naprawdę wierzę, że pomoże w pana sprawie. Przedsiębiorca nie wydawał się do końca przekonany, jednak chyba uznał, że stoi pod ścianą i nie ma innego wyjścia, jak opowiedzieć całą historię.

    Tak jak wspominałem, w pewnym momencie trafiają do nas wszystkie dokumenty naszych klientów. Dwa tygodnie po zwolnieniu pani Baliczka skontaktowała się ze mną i poinformowała mnie, że jest w posiadaniu kopii elektronicznych tychże. I jeśli jej nie zapłacimy za ich zwrot, opublikuje je w internecie.

    To są jakieś tajne dokumenty?


    Kalęcki pokręcił przecząco głową.


    – Nie tajne. Nie ma też w nich żadnych dowodów na brudne interesy, przestępstwa i inne takie. Ale jeśli by się pojawiły w internecie, dla mojej firmy byłby to koniec. To są dane poufne, tajemnice handlowe, dane osobiste, numery kont bankowych, wyciągi, informacje objęte RODO i inne takie. Buduję tę firmę od dwudziestu lat. Zatrudniamy obecnie blisko trzydzieści osób i stoimy mocno na nogach. Bierzemy udział w przetargach na obsługę rachunkową i obiegu dokumentów w dużych, poważnych firmach. To jest dla nas ogromna szansa. Ale jeśli Ewelina zrealizuje swoją groźbę, jeśli się to wyda, jesteśmy skończeni. Nikt nam już nie zaufa. Nigdy. Nie w dobie, kiedy taką wagę przywiązuje się do ochrony danych osobowych. A jeśli dojdą do tego jeszcze kary umowne, zbankrutujemy w ciągu kwartału.

    Dawid pomyślał, że takie zagranie było typowe dla Eweliny. Ciekawe, czy zaplanowała wcześniej ten numer, czy zrobiła to spontanicznie.

    Niech jej pan w takim razie zapłaci – stwierdził. – Wiem, że to dziwnie brzmi, ale to najlepszy i najszybszy sposób na załatwienie całej tej historii. Do sądu z tym nie pójdziecie. Na policję też nie, bo wtedy sprawa się wyda. Pozostaje więc tylko to. Zapłaci pan, weźmie od niej nośnik z danymi i problem z głowy. A na przyszłość proszę lepiej sprawdzać osoby, które pan zatrudnia.

    Już jej zapłaciłem – odpowiedział Kalęcki. – Niechętnie. Budziło to mój wewnętrzny sprzeciw, ale pańska siostra mnie przekonała. Mówiąc zresztą dokładnie to samo, co teraz pan.

    Adwokatka potwierdziła słowa przedsiębiorcy. Pomiędzy jej palcami tańczył szary długopis. Bawiła się nim bezwiednie i dopiero po tym zachowaniu Wolski zorientował się, jak bardzo jest zdenerwowana pomimo kamiennej twarzy. Ręce zawsze ją zdradzały, nie potrafiła nad nimi zapanować. Domyślał się, co naopowiadała Kalęckiemu – że bez trudu rozwiążą jego problem, że właściwie nie musi się nim przejmować, a ona wszystkim się zajmie. Tymczasem sytuacja całkowicie wymknęła się jej spod kontroli. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Jemu także przez chwilę wydawało się, że jest w stanie zapanować nad Eweliną. Skończyło się, jak się skończyło. Wyruchała go tak jak i męża.

    Co się potem wydarzyło? – zapytał.

    Po około dwóch tygodniach wróciła do pana Kalęckiego – odezwała się Anka. – Podobno „znalazła” kolejne nośniki danych. Znów zażądała pieniędzy.

    I co?

    Znowu zapłaciliśmy – powiedział niechętnie Kalęcki. – Żeby kupić trochę czasu. Przyznam szczerze, miałem taką głupią, naiwną nadzieję, że trzeciego razu nie będzie.

  • Wielkie wyparcie – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zastanawiam się ostatnio, jak będzie wyglądać literatura po pandemii. Niewątpliwie jest to bowiem doświadczenie, które przeorało naszą codzienność jak żadne inne w przeciągu ostatnich trzydziestu lat. Ale równocześnie jest ono bardzo nierównomiernie rozłożone. Także dlatego, że skutecznie je wypieramy.

    W ostatnim „Drugim śniadaniu mistrzów” Justyna Sobolewska powiedziała, że czeka nas druga Lombardia. Ja dodałem, że nie czeka, ale ona już tu jest. Bo w najbliższych tygodniach czekają na nas już nie rekordy zakażeń, ale rekordy zgonów. Ale one de facto już się wydarzyły. W tym sensie, że mamy te ponad 30 tysięcy zakażeń dziennie i już wiemy, że z tych 30 tysięcy około 2,5 procent umrze (oczywiście, zdaję sobie sprawę z problemów z liczeniem śmiertelności COVID 19 i z góry przepraszam za ewentualną pomyłkę). Co oznacza 750 zgonów. Ci ludzie jeszcze żyją. Być może nawet dobrze się czują. Ale tak naprawdę już jest po wszystkim. Ich przyszłość jest rozstrzygnięta. W tej grupie być może jestem ja. Prawie na pewno jest w niej ktoś z czytających ten felieton.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Oczywiście, nie da się żyć ze świadomością, że być może jest już po wszystkim. Jeśli czegoś nas nauczył ostatni rok, to tego jak silny jest mechanizm wyparcia w każdym z nas i jak mocno udajemy, że pandemii nie ma. Żeby była jasność, nie mam tu na myśli tych, którzy powtarzają, że to wszystko spisek Billa Gatesa, krzyczą, żeby włączyć myślenie, a w najlepszym razie twierdzą, że COVID to taka zwykła grypa. Chodzi mi o ludzi takich, jak ja, którzy wiedzą, co się dzieje, noszą maseczki, uważają na siebie i śledzą statystyki. Ale równocześnie, kiedy tylko to możliwe, wypieram pandemię z mojej głowy. Staram się udawać przed samym sobą, że jest normalnie. Przestaję śledzić informacje o zapaści w służbie zdrowia, nie czytam już na facebooku opowieści wracających z dyżury lekarzy. Zmieniam kanał, kiedy na ekranie pojawia się covidowy reportaż. Wiem, że jest źle. Wiem, że będzie jeszcze gorzej. Ale po roku jestem tym strasznie zmęczony. Potrzebuję poudawać przynajmniej, że nic złego się nie dzieje.

    Wiele osób twierdzi, że po pandemii wszyscy lub prawie wszyscy będziemy musieli zmagać się z syndromem stresu pourazowego. A przecież pandemia doświadczyła nas w różnym stopniu. Sam uważam się za szczęściarza. Moi bliscy są bezpieczni. Nie musiałem zamykać firmy, nie straciłem dorobku życia ani nawet pracy. Jedyne, co mnie spotkało, to pewne drobne niedogodności. Jak mogę się więc równać z tymi, którzy przechorowali tę straszną chorobę? Lub musieli pożegnać swoich bliskich? Jak będę mógł po wszystkim rozmawiać z lekarkami, pielęgniarzami, ratownikami, wszystkimi pracownikami systemu opieki zdrowotnej, którzy przeżyli straszną jesień, a przeżywają jeszcze straszniejszą wiosnę? Nasze doświadczenia są przecież diametralnie inne. Czy będziemy w ogóle w stanie zgodzić się co do tego, co się właściwie wydarzyło? A to wyparcie, wyparcie, które teraz jest ratunkiem dla naszej psychiki, będzie to później jeszcze bardziej utrudniać. Co będę ja i inni szczęściarze (a przecież pomimo wszystko, trochę nas jest) wspominać za rok czy dwa? Będziemy opowiadać zabawne anegdotki o nielegalnych spacerach po lesie, podziemiu fryzjerskim i fitnesowym, zapominając o towarzyszącej nam teraz niepewności i strachu? Jak na nasze wybuchy śmiechu będą reagować ci, którzy czekali godzinami z umierającymi bliskimi na przyjazd karetki? A jak ci, którzy w tychże karetkach pędzili z chorym po kilkadziesiąt kilometrów, bo w odległym szpitalu było jedyne wolne miejsce? Przydałaby się nam wielka narodowa terapia. Ale ponieważ polska psychiatria wygląda, jak wygląda (nie ze względu na brak zaangażowania lekarzy, ale chroniczne niedoinwestowanie), raczej nie możemy na nią liczyć. Lubię myśleć, pewnie naiwnie i życzeniowo, że pomoże nam literatura.

    www.unsplash.com/Ed Robertson

    Bo trochę tym właśnie jest, prawda? Wielką rozmową o tym, co się wydarzyło i co nas czeka. Próbą podzielenia się różnymi doświadczeniami. Nauką empatii. Oczywiście, pełni też funkcję eskapistyczną. I szczerze mówiąc, to zalewu takich książek początkowo się spodziewam. Ba! Sam takie piszę! Ani w „Prostej sprawie”, ani w nadchodzącym „Wilkołaku” nikt nie nosi maseczek. Nie znają nawet tego słowa – koronawirus. Ale prędzej czy później będę musiał się z tematem COVIDu zmierzyć. Podobnie jak inni autorzy. Co nam z tego wyjdzie? Chyba nawet nie ośmielę się prognozować. Wiele zależy od tego, co nas jeszcze czeka. Mam jednak nadzieję, że my jako pisarze damy radę. I jak już będzie po wszystkim, trochę pomożemy w zrozumieniu tego, co się właśnie dzieje i jak to zmieni świat. To będzie nasza taka popandemiczna odpowiedzialność. Bo jeśli nie będziemy potrafić tego zrobić, to może literatura wcale nie jest taka ważna, jak mi się wydaje.

    Wojciech Chmielarz