Tag: Wojciech Chmielarz

  • Dzień dobry, przepraszam, czy mogę Panią zabić? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Co się takiego stało z polskim kryminałem, że z gatunku, który mocował się z polską historią i teraźniejszością, zmienił się w twór, który tonie w krwi, flakach i spermie?

    No to czytam sobie „Osiedle RZNiW” Remigiusza Mroza. Raz, że hit lata i jako autor muszę wiedzieć, co ludzie czytają, dwa, że co jakiś czas jednak daję temu autorowi szansę. Sama książka mnie zawiodła, ale nie zamierzam się nad nią znęcać. W swoim czasie zrecenzowali ją znakomicie Jakub Ćwiek i Wojciech Mucha. Nie ma sensu, żebym powtarzał ich argumenty. Poruszyło mnie w tej powieści jednak coś innego. W pewnym momencie, ni z tego i owego, dostajemy w ryj sceną jak z najgorszego przemocowego porno. Jest gwałt, jest dwóch sprawców, jest kazirodztwo, jest sala tortur, jest całe anatomiczne słownictwo. Ruszyło mnie to. Ruszyło mnie to przede wszystkim dlatego, że to kolejny dowód na to, że polski kryminał staje się z roku na rok coraz bardziej brutalny. I to brutalny w ten najgłupszy i najbardziej obrzydliwy z możliwych sposobów.

    Dobra. Wiem, że narzekania na to, że kryminały są „zbyt brutalne” w ustach (pod klawiaturą?) autora kryminałów, co więcej, autora, który w zeszłym roku wydał „Ranę”, brzmią dziwacznie, ale dajcie mi szansę się wytłumaczyć.

    www.unsplash.com/Alison Courtney

    Zacznijmy od tezy, że kryminały opowiadają o zbrodnie i złu, a więc muszą być brutalne. Trochę tak, trochę nie. Jestem świeżo po lekturze „Punktów zbieżnych” Micheala Connelly’ego. To kolejna część przygód detektywa Harry’ego Boscha. Tym razem Bosch musi odnaleźć sprawcę niewiarygodnie okrutnego zabójstwa. Ktoś w środku nocy włamał się do domu, zgwałcił przebywającą tam kobietę, a potem ją zamordował. Ale dowiadujemy się o tym wszystkim z rozmów bohaterów. Co więcej, ta informacja zostaje nam podana bardzo suchym, policyjnym językiem. Mniej więcej w takim sposób, w jaki ja to Państwu opisałem. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego Connelly nie zafundował nam, na samym początku książki, szczegółowego opisu tego zdarzenia tak, jakby zrobiło to co najmniej kilku polskich autorów? No cóż… Moja robocza hipoteza jest taka, że wiedział, że nie musi. Zdawał sobie sprawę, że siła jego powieści tkwi w ciekawie skonstruowanej zagadce, interesującym bohaterze i dobrze poprowadzonej fabule. Potrzebował pokazać nam, że zabójca jest groźny i bezwzględny. Osiągnął swój cel. Bardziej szczegółowy opis byłby tylko próbą szokowania czytelnika tylko po to, żeby go zszokować.

    Bo nie chodzi mi o to, żeby nagle kryminały robiły się grzeczne i milutkie, a mordercy zwracali się do ofiar „dzień dobry, przepraszam, czy mogę panią zabić?”. Jednak należy pamiętać, że brutalność w kryminałach powinna do czegoś służyć. Weźmy chociaż za przykład „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, która skupia się na problemie przemocy domowej. I w której znajduje się sporo mocnych scen. Ale one są tej powieści bezwzględnie konieczne, bo pokazują to codzienne, ukryte, rodzinne okrucieństwo. Bez nich ta książka byłaby niekompletna. (to samo próbowałem nota bene osiągnąć w „Ranie”. Być może mi się nie udało, jeśli tak, to przepraszam. Ale nigdy moim celem nie było szokowanie, dla szokowania). I tutaj jest mój kolejny zarzut do „Osiedla RZNiW”. Wątek, o którym wspominałem na początku, jest po prostu niepotrzebny. Książka doskonale poradziłaby sobie bez niego. Co najśmieszniejsze, zupełnie nie pasuje on do reszty fabuły. A przy tym wszystkim, Miłoszewski jest dla swoich bohaterek, łagodniejszy niż Mróz. Ale pomimo tego, to jego sceny są bardziej poruszające.

    Bo ta brutalność, o której piszę, to szokowanie czytelników opisami kolejnych gwałtów i okrucieństw, po prostu nie działa. Pisałem, że scena gwałtu na „Osiedlu RZNiW” mną poruszyła. Ale poruszyła dlatego, że zobaczyłem, że najpopularniejszy pisarz w kraju postanowił dołączyć do tego idiotycznego festiwalu porno-przemocy. Czy zrobiło mi się niedobrze? Tak. Ale na takiej samej zasadzie, na jakiej robi się człowiekowi niedobrze, kiedy widzi rozmazaną kupę na chodniku. Obrzydliwe, ale co z tego? Chcecie Państwo poznać sceny, wątki, które naprawdę mną poruszyły? W „Gniewie” Miłoszewskiego jest rozdział, gdzie mamy opisany z perspektywy czteroletniego chłopca moment, kiedy odnajduje zabitą matkę. Niesamowity i bolesny obraz. Ale samo zabójstwo zostało popełnione wcześniej. Teraz czytamy tylko o leżącym bez ruchu ciele. Albo „Pan Mercedes” Stephena Kinga, gdzie przez pół książki drżałem z obaw o psa jednego z bohaterów, którego chciał zabić tytułowy zbrodniarz. Naprawdę wbiło mi się to do łba. A żeby było najśmieszniej – finalnie temu cholernemu psu nie spadł nawet jeden włos z ogona. Albo weźmy reportaże Przemysława Semczuka, który opisuje sprawy najgroźniejszych polskich seryjnych zabójców. Te książki są przerażające, chociaż o samych zbrodniach opowiada po prostu lakonicznie. Ale znowu, bardziej mnie one poruszają, niż te żałosne opisy seks lochów prosto z katalogu BDSM.

    www.unsplash.com/David von Diemar

    BO ZŁO TAK NIE WYGLĄDA!

    Ten zwrot ku brutalności martwi mnie także dlatego, że świadczy o pewnym braku empatii. Jakby autorzy naprawdę nie rozumieli, co właśnie opisali. Bohaterowie, bohaterki co prawda deklarują, że są wstrząśnięci, przerażeni, ale zachowują się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Ale co najgorsze, i tutaj dochodzimy do naprawdę przerażającej puenty – najwyraźniej to wszystko absolutnie nie przeszkadza czytelnikom.

    Jakiś czas temu przeczytałem powieść, której tytułu nie chcę podawać. Idiotyczna fabuła, idiotyczni bohaterowie, a do tego zawartość wypełniona morderstwami, gwałtami i przemocą. Ocena na lubimyczytac.pl? 8 na 10. Znakomita „Topiel” Jakuba Ćwieka? 7,1 na 10. Świetna „Wiara” Anny Kańtoch? 7,4 na 10. „Gniew” Miłoszewskiego? 7,7. „Około Północy” Mariusza Czubaja, jeden z najlepszych kryminałów zeszłego roku – marne 6,3.

    Mogę sobie narzekać na tę bezsensowną przemoc. Mogę kręcić głową. Mogę opowiadać, że te wszystkie sceny nie mają żadnego sensu i uzasadnienia fabularnego. „Osiedle RZNiW” było bestsellerem mijającego lata. Najbardziej obrzydliwa książka, jaką czytałem w swoim życiu, na lubimyczytac.pl ma wyższe oceny niż powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Smutna rzeczywistość jest taka, że najwyraźniej czytelnicy chcą się taplać w krwi, flakach i spermie. I okej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest jak jest. Ale dobrych książek z tego nie będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kryminał może paść ofiarą koronawirusa”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    584 nowe przypadki koronawirusa w Polsce, drugi największy wzrost dobowy, największy wynik od początku czerwca. Chyba możemy już powiedzieć, że epidemia wcale się nie skończyła i zacząć zastanawiać, co zrobić dalej.Piszę te słowa w sobotę 25 lipca. Podejrzewam, że w niedzielę wynik będzie niższy, tak jak zazwyczaj w niedzielę. W poniedziałek, kiedy Państwo będzie czytać ten tekst, również powinniśmy mieć mniej nowo odkrytych przypadków. Od początku epidemii bowiem w te dni obserwujemy spadki, co wynika z rytmu pracy laboratoriów, a wzrosty zaczynają się zazwyczaj od wtorku. Ale patrząc na liczby możemy już śmiało powiedzieć, że epidemiologicznie niewiele się w Polsce zmieniło od czerwca czy maja.

    Piszę o tym wszystkim w kontekście mojej aktywności pisarskiej oraz ogólnie pojętego życia festiwalowego w Polsce. Bo mam rozdarte serce. Z jednej strony chciałbym wyruszyć już w trasę, Spotkać się z Państwem, porozmawiać, opowiedzieć o książkach, które napisałem i o tych, które chcę napisać. Z drugiej strony, te ponad pięćset przypadków, w większości województw wskaźnik reprodukcji wirusa wynosi powyżej jednego (co oznacza, że epidemia jest ciągle w fazie wzrostowej), a zachorowało co najmniej siedemnaście osób, które brały udział w imprezie na katamaranie – a to są informacje tylko z tej nieszczęsnej soboty.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Sam postanowiłem już kilka tygodni temu, że zawieszam swoją aktywność spotkaniową do końca września. Wyjątkiem mogą być tylko spotkania na świeżym powietrzu (chociaż i tutaj mam pewne wątpliwości). Wydawało mi się, że do tego momentu sytuacja się wyjaśni i będę wiedział, na czym stoimy. W domyśle, będzie już na tyle bezpiecznie i na tyle spokojnie, że będzie można organizować spotkania. No cóż… Teraz, pod koniec lipca wszystko wskazuje na to, że bezpiecznie nie będzie. Jakoś nie potrafię znaleźć żadnego powodu, dla którego miałaby spać przez te dwa miesiące liczba nowych zachorowań. A do koronawirusa dojdzie jeszcze znana, swojska, ale przecież także niebezpieczna grypa.

    W tym momencie zadaję sobie pytanie nie tylko o swoje bezpieczeństwo, bo to uważam, mówiąc szczerze i grzesząc przy tym arogancją, za najmniej istotne. Jestem w miarę młodym, zdrowym facetem, który prawdopodobnie przejdzie tę chorobę w miarę łagodnie. Moje obawy dotyczą przede wszystkim Państwa. Oczywiście, wiem, że na spotkaniach organizatorzy zapewniają przestrzeganie wszystkich możliwych rygorów sanitarnych. Ale znowu, wiadomość z dzisiaj, żadne półtora metra nie gwarantuje bezpieczeństwa. Nawet dwa metry. Naukowcy z Niemiec opublikowali pracę, z której wynika, że jeden z chorych zarażał osoby, które stały nawet osiem metrów od niego. Czy w tej sytuacji mam w ogóle prawo ryzykować Państwa zdrowiem?

    A równocześnie mam poczucie pewnej hipokryzji. Bo odbyłem już dwie rozmowy z organizatorami festiwali kryminału, którym powiedziałem jedno i to samo – ja nie przyjadę, ale super, że robicie tę imprezę. Super, bo zdaję sobie sprawę, że ten syf z nami zostanie na długo, a najprawdopodobniej na zawsze. Musimy nauczyć się z nim żyć i tyle, a nie da się całego życia, szczególnie życia kulturalnego, przenieść do internetu. Ale czuję na sobie ciężar pewnej odpowiedzialności. Mam świadomość, że od moich wyborów może zależeć Państwa zdrowia. A równocześnie cały czas się zastanawiam, czy przesadnie nie panikuję. Być może powinienem machnąć na to wszystko ręką i po prostu robić swoje. Co będzie, to będzie. Ale chyba nie jestem jeszcze na to gotowy.

    fot: www.unsplash.com/Mika Baumeister

    I tak sobie myślę, że tak właśnie będzie wyglądało nasze życie w najbliższych miesiącach, a zapewne i latach. Cały czas będzie nam towarzyszył niepokój. Cały czas będziemy się zastanawiać, czy nie przyjdzie ktoś z wirusem na spotkanie autorskie, do sklepu, w którym robimy zakupy, na koncert czy nawet do pracy. Szczerze rzecz mówiąc, zastanawiam się, jak na to wszystko odpowie literatura. I postawię nieśmiałą hipotezę, że być może kolejną ofiarą koronawirusa będzie uprawiany właśnie przeze mnie gatunek. Bo kryminał rozkwita w społeczeństwach, która są bezpieczne i względnie zamożne. Co jest naturalne, bo lubimy się bać tylko wtedy, kiedy strach jest dla nas emocją niecodzienną i wiemy, że minie wtedy, kiedy odłożymy książkę lub wyłączymy telewizor. Nie potrzebujemy go, kiedy towarzyszy nam nieustannie, przy każdym wyjściu z domu. Co więc zamiast kryminału? Sam jestem ciekaw. Ja stawiam na fantastykę. Kiedy świat za oknem jest nieprzyjemnym miejscem, fajnie jest uciec do jakiegoś wymyślonego neverlandu, gdzie wszystko jest prostsze i łatwiejsze.

    Trzymajcie się Państwo zdrowo. Uważajcie na siebie. Noście maseczki. Trzymajcie dystans. I do zobaczenia, im szybciej, tym lepiej.

    Wojciech Chmielarz

  • Nowe nazwiska w kolejnym sezonie „Opowiem Ci o zbrodni”.

    Nowy sezon „Opowiem Ci o zbrodni” zostanie wyemitowany na antenie Crime + Investigation Polsat już w listopadzie. Będzie to trzecia edycja tej serii, a jak doskonale pamiętacie, odcinki telewizyjne to nie wszystko, bo zawsze towarzyszy im książka, która tym razem zostanie wydana przez Skarpę Warszawską. Kto wystąpi w nowej serii?

    Tą informacją podzielił się z Czytelnikami w piątek na swoim profilu facebookowym Rafał Bielski, szef Skarpy Warszawskiej. Z jego wpisu wynika, że będzie naprawdę ciekawie. Część nazwisk jest Wam już znana, ale są też zupełnie nowe osoby. Na ekranie, ale też w książce, mają się pojawić: Katarzyna Bonda, profiler Bogdan Lach, Joanna Opiat-Bojarska, Wojciech Chmielarz, Max Czornyj, Igor Brejdygant, Małgorzata i Michał Kuźmińscy oraz Robert Małecki. Wyżej wymienieni wezmą na warsztat wybrane przez siebie zbrodnie, które opiszą na podstawie dostarczonych im akt sądowych. Z racji tego, że koszula bliska ciału, to jestem ciekaw, czy w nowej serii pojawi się jakaś historia ze Śląska. W zeszłej edycji Małgorzata i Michał Kuźmińscy opisali morderstwo rytualne w bunkrze w Rudzie Śląskiej. Przyznam, że ciekawi mnie również jak wypadnie profiler Bogdan Lach, dla którego rozwiązywanie kryminalnych zagadek to codzienna praca. Jeśli chciecie zobaczyć naszą rozmowę o seryjnych zabójcach, to kliknijcie tutaj. 

    Bogdan Lach, profiler, fot: smakksiazki.pl
  • Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz

    Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach

    Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.

    A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

    www.unsplash.com/Link Hoang

     

    A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.

    Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.

    I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.

    No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.

    Wojciech Chmielarz

  • „Pójdę do więzienia, bo o tym powiedziałem”. Zygmunt Miłoszewski o sprzedaży praw do ekranizacji książki

    Koniec II wojny światowej. Niemcy przegrywają, każdy myśli tylko o sobie. Generalny Gubernator Hans Frank ukrywa najcenniejsze łupy, a wraz z nimi bezcenny sekret, który ma zapewnić mu nietykalność po wojnie. Skarb ginie bez śladu w tajemniczych okolicznościach. Rok po wojnie. Do Polski powracają zrabowane dzieła sztuki z „Damą z gronostajem” Leonarda da Vinci na czele. Brakuje „Portretu Młodzieńca” Rafaela Santi, który od tej pory pozostaje najcenniejszym zaginionym na świecie dziełem sztuki i symbolem grabieży dokonanych w czasie II wojny światowej. W Muzeum Czartoryskich w Krakowie od ponad sześćdziesięciu lat na Rafaela czeka pusta rama. Brzmi znajomo?

    To opis „Bezcennego”, jednej z książek Zygmunta Miłoszewskiego. Fani pisarza doskonale wiedzą, że Zofia Lorentz pojawia się też w „Kwestii ceny”, która miała premierę kilkanaście dni temu. Dlaczego więc wracam do tytułu z 2013 roku? Ano dlatego, że w trakcie rozmowy ze mną i Wojciechem Chmielarzem Zygmunt Miłoszewski opowiedział o sprzedaży praw do ekranizacji. Jak się pewnie domyślacie, 99% informacji objętych jest tajemnicą, ale wiadomo, że nie będzie to serial, a film.

     

  • „Jeszcze się nie pobiliśmy” – Chmielarz i Ćwiek o wspólnym pisaniu słuchowiska

    Wojciech Chmielarz i Jakub Ćwiek ogłosili wspólny projekt w trakcie Viralowych Targów Książki, które odbyły się na początku maja. Zapowiedzieli wtedy, że zamierzają napisać słuchowisko, ale szczegółów było jak na lekarstwo. Wiecie jak to jest, czasem pewne historie nie wychodzą poza moment ich ogłoszenia, czasem współpracownicy się kłócą, albo mają inne podejście do pracy.  Jak jest w tym przypadku? 

    W tej chwili oceniamy, że jesteśmy mniej więcej w jednej czwartej pracy. Co to znaczy? Mamy wymyśloną całość fabuły, rozpisane plany odcinków, co zawsze jest najtrudniejsze, a teraz pozostał nam ten najbardziej czasochłonny proces, czyli rozpisanie tego” – mówi Wojciech Chmielarz. Panowie zdradzają, że będzie to opowieść grozy, która toczy się w małym, fikcyjnym miasteczku na Opolszczyźnie. Niestety, więcej szczegółów w kwestii fabuły nie zdradzają. Nie mówią  też, gdzie słuchowisko będzie wyemitowane, bo trwa właśnie dopinanie szczegółów. Jeśli chodzi o codzienną pracę, to pisarze nie mają cichych dni, nie rzucają też słuchawkami. „W tej chwili jesteśmy już umówieni na dwie solówki. Jedna w rękawicach, druga na gołe pięści. Niestety, jeden z nas jest w tej chwili w Głuchołazach, drugi w Warszawie i trudno nam to było załatwić od razu. Poza tym negocjujemy warunki streamingu pay-per-view. A na poważnie – idzie zaskakująco dobrze. Chyba obaj traktujemy ten projekt jako przygodę, okazję, żeby nauczyć się czegoś od tego drugiego, zderzyć nasze wrażliwości i zobaczyć, co z tego wyjdzie” – dodaje Jakub Ćwiek.

    Jeśli chcecie zobaczyć materiał, w którym Jakub Ćwiek i Wojciech Chmielarz ogłosili współpracę, kliknijcie tutaj.

  • „Nie czerpię przyjemności z pisania”. Zygmunt Miłoszewski w ogniu pytań!

    W końcu nadszedł moment, który razem z Wojciechem Chmielarzem wyobrażaliśmy sobie od kilku miesięcy. Jeśli mam być szczery, to byłem przekonany, że twórca Jakuba Mortki odpowie w stylu: „okej, zadzwonimy do Pana”, ale miło mnie zaskoczył, bo już w trakcie pierwszej rozmowy powiedział „okej”. Bez ciągu dalszego. Wybór pierwszego gościa nie był oczywisty, bo chcieliśmy z rozmowami ruszyć jesienią, ale jeśli dostaje się pod nos premierę „Kwestii ceny” oraz Zygmunta Miłoszewskiego, który mówi, że chętnie przyjdzie, no to sami wiecie, że takich szans się po prostu nie marnuje. Jest to odcinek pierwszy, który może być zarówno ostatnim, bo wszystko zależy od Was – czy chcecie taki format oglądać oraz od wydawców, czy będą chcieli wysyłać nam swoje topowe autorki oraz autorów, a dodatkowo dorzucą kilka Biletów Narodowego Banku Polskiego.

    Nie przedłużając – oddajemy w Wasze ręce rozmowę z Zygmuntem Miłoszewskim. Mamy wrażenie, że bardzo szczerą, bo jest o pieniądzach, lenistwie, relacjach z wydawcą, głupich pomysłach na książki, planach na najbliższą przyszłość, Szackim. Momentami jest szermierka słowna, czasem śmiech, chwilami przekleństwa. Dajcie znać po obejrzeniu co sądzicie, bo to dla nas bardzo ważne. Naszym miejscem rozmów będzie Antykwariat Kwadryga, któremu dziękujemy za świetną współpracę, a także sporo towaru dla literackich ćpunów. 

     

     

     

  • „Chcę bezkarnie wypytywać ludzi o ich życie”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Nigdy nie myślałem, że zostanę zawodowym pisarzem. Zawsze chciałem co prawda pisać, ale wątpiłem, żebym był w stanie z tego wyżyć. Swoją przyszłość wiązałem więc z trochę innym zawodem.

    Dziennikarską przygodę rozpocząłem od wizyty w redakcji „Nowej Fantastyki”. To był październik albo listopad. Dzień w każdym razie był zimny i ponury, a ciężkie chmury nieustannie groziły deszczem. Nie do końca pamiętam w jaki sposób, ale przebiłem się przez recepcję i stanąłem przed ówczesnym szefem działu publicystyki czyli Markiem Oramusem. Wybąkałem nieśmiało, że chciałbym z nimi współpracować. Może jakieś recenzje pisać. Marek Oramus sięgnął wtedy do przepastnej szafy z książkami, wyciągnął z niej powieść, której tytułu, wstyd powiedzieć, teraz nie pamiętam i włożył mi ją do ręki. Udzielił kilka rad, przypomniał, że ma być to recenzja, a nie streszczenie, podał liczbę znaków i termin, kiedy mam mu oddać tekst. Potem spotkaliśmy się jeszcze raz. Połowę tekstu wywalił, drugą połowę zmienił, powiedział, że w sumie to jest nieźle i już miesiąc potem trzymałem nowy numer „Nowej Fantastyki” z moją recenzją w środku. Dumny byłem straszliwie.

    Potem przyszedł czas na przygodę radiową. Przez kilka miesięcy miałem wolontariat w radio Kampus. Zaliczyłem nawet debiut radiowy, ale szefostwo szybko zasugerowało mi, żebym raczej nie pchał się na antenę z powodu mojego „r”. Nie rozpaczałem specjalnie, bo bardziej wiązałem swoją przyszłość z mediami drukowanymi. W tym czasie koleżanka ze studiów powiedziała mi, że redakcja „Pulsu Biznesu” szuka praktykantów. Wysłałem swoje CV, zostałem zaproszony na rozmowę i dwa tygodnie potem dostałem informację, że zostałem przyjęty. Tak trafiłem do redakcji, gdzie spędziłem kolejne kilka lat.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donnell

    Bardzo dobrze wspominam tamten okres. Dużo się nauczyłem, spotkałem sporo fajnych ludzi i zebrałem mnóstwo wspomnień. Przede wszystkim, był to jednak fantastyczny czas dla mediów. Ostatni zresztą. Pieniądze od reklamodawców płynęły do nas szeroką strugą. Ja zajmowałem się branżą IT, której PRowcy prześcigali się w pomysłach, kto zorganizuje ciekawszy event i w bardziej ekskluzywnej restauracji. Nigdy nie jadłem tak dobrze, jak wtedy. Do tego co chwila na rynku pojawiał się nowy tytuł. A to „Fakt”, a to „Dziennik” i wszyscy walczyli o dziennikarzy. Jeśli ktoś potrafił jako tako pisać, wystarczyło wybrać numer redakcji, podać kwotę oczekiwanej pensji i już za chwilę można było podpisywać umowę o pracę.

    A potem był rok 2008 i zaczął się kryzys. Tak jak wcześniej wszyscy zatrudniali, tak wszyscy zaczęli zwalniać. Ja skończyłem studia i znalazłem się na rynku pracy z dyplomem, który na nikim nie robił wrażenia. I tak właśnie rozeszły się moje drogi z dziennikarstwem. Potem ocierałem się jeszcze o różne redakcje. Publikowałem teksty w kilku miejscach, ale jednak zawodowo kierowałem się w inną stronę.

    I w sumie nie żałuję. Z perspektywy czasu mam świadomość, że dziennikarzem byłem mocno przeciętnym. Nie miałem parcia na newsa, zadziorności i pewnej, niezbędnej w tym zawodzie, bezczelności. Nie był to po prostu mój świat i tyle. Zdarza się.

    Ale jednej rzeczy mi z tych dziennikarskich lat brakuje – możliwości spotkania się z interesującymi ludźmi i wypytania ich bezkarnie o ich życie, plany, pracę. Dlatego, kiedy zadzwonił do mnie Adam Szaja i zaproponował, żebyśmy wspólnie przeprowadzili serię wywiadów ze znanymi pisarzami, nie zastanawiałem się długo nad odpowiedzią. Pomysł jest prosty – on dziennikarz, ja autor. Bierzemy na warsztat innych twórców i ich maglujemy. Adam i ja mamy inne perspektywy, inną wrażliwość, inne doświadczenia, ale jeśli połączymy siły, to może wyjść coś świeżego i ciekawego.

    A zaczynamy już niedługo i to od mocnego uderzenia. Bierzemy się za Zygmunta Miłoszewskiego i jego najnowszą powieść „Kwestia ceny”, której premiera zbliża się szybkimi krokami. Już zacieram ręce i zaczynam wymyślać najbardziej złośliwe pytania, jakie tylko mi przyjdą do głowy. Będzie się działo!

    Wojciech Chmielarz

  • Wspólna książka? Nie. Wspólne słuchowisko? Owszem

    W trakcie Viralowych Targów Książki wydarzyło się wiele ciekawych rzeczy, ale największym hitem jest wspólna deklaracja Wojciecha Chmielarza i Jakuba Ćwieka, że od najbliższej niedzieli zaczną prace nad wspólnym słuchowiskiem. Jak przyznali pisarze, pomysł chodził im po głowie od pół roku, więc w końcu słowo ciałem się stanie. Z racji tego, że obaj uwielbiają twórczość Stephena Kinga, to ich słuchowisko będzie opowieścią grozy. Kiedy skończą? Jaki będzie tytuł? Kto podejmie się produkcji? Tego na razie nie wiemy, ale musicie przyznać, że to może być bardzo owocna współpraca. Szczególnie dla czytelników, a raczej słuchaczy. Zobaczcie zresztą sami, co Chmielarz i Ćwiek mówią o swoim pomyśle.