Tag: Wojciech Chmielarz
-
„Writers block”, felieton Wojciecha Chmielarza
Pisanie felietonu w szczycie ostatniej sierpniowej fali upałów nie jest łatwym zadaniem. Pot ze mnie spływa, ciężko mi się oddycha, a równocześnie w głowie mam pustkę. A pokusa, żeby zadzwonić do smakksiazki.pl i powiedzieć mu, że sorry, ale tym razem z tekstu nici jest coraz większa.
Cała ta sytuacja naprowadza mnie na pomysł napisania tekstu na temat, który przeraża każdego pisarza. Mowa o twórczej blokadzie, o czymś co anglosasi nazywają „writers block”. Państwo znają ten obrazek z telewizji i kinowych ekranów. Pisarz lub pisarka siedzący godzinami przy biurku, z rękoma zawieszonymi nad klawiaturą i wpatrujący się niemo w pusty ekran komputera. Albo wyrzucający do kosza jedną za drugą zmiętą kartkę papieru. Popkulturowo najsłynniejszym chyba przykładem blokady twórczej jest Jack Torrance z „Lśnienia” Stephena Kinga. Aspirujący pisarz, który wyjeżdża spędzić zimę w odciętym od świata hotelu i gdzie ma nadzieję skończyć swoją wielką powieść. A potem spędza całe dnie stukając na maszynie jedno i to samo zdanie: All work no play makes Jack a dull boy. Możemy zastanawiać się, czy to być może przez blokadę Jack poddał się wpływom demonicznego hotelu, a może było odwrotnie – to hotel sprowadził na bohatera twórczą niemoc.
Twórcza niemoc jest czymś, co spotkało znacznie lepszych pisarzy ode mnie (żeby była jasność, całkiem jest ich sporo). Zmagał się z nim F. Scott Fitzgerald, Franz Kafka, Lew Tołstoj czy Joseph Conrad, żeby wymienić tylko prawdziwych tytanów literatury. Osobnymi przypadkami są takie postacie jak J.D. Salinger czy Harper Lee, którzy napisali kilka pozycji, odcisnęli swoje piętno na literaturze, a potem zamilkli na dekady. Wikipedia (zapomnijmy na chwilę, że niekoniecznie jest to wiarygodne źródło informacji, a przypomnijmy sobie, że piszę ten tekst w pośpiechu i w sierpniowym upale) podpowiada mi, że twórcza niemoc została po raz pierwszy opisana profesjonalnie przez psychoanalityka Edmunda Berglera w 1947. I od tego czasu poświęcono jej sporo badań.

www.unsplash.com/Florian Klauer Jakie są więc przyczyny blokady pisarskiej? Wygląda na to, że ilu pisarzy, tyle blokad. Ale najpopularniejszymi powodami są stres, perfekcjonizm, obawa przed krytyką, goniące terminy, ale także zmieniająca się gwałtownie kondycja życiowa (problemy finansowe, rozwód, śmierć kogoś bliskiego, problemy psychiczne, depresja i inne). Jest to też napięcie związane z tym, czy oddajemy czytelnikom książkę równie dobrą jak nasze poprzednie prace. Strach przed obniżeniem lotów bywa paraliżujący. Towarzyszy temu również wytłumaczenie czysto biologiczne, które może wydawać się banalne, chociaż mnie uwodzi trochę swoją prostotą oraz logiką. W sytuacji stresu główne procesy decyzyjne rozgrywają się w układzie limbicznym, a nie w korze mózgowej. I tutaj wyjaśnimy sobie jedno. Układ limbiczny to taki pierwotny narząd, zakopany głęboko w naszym mózgu, który na wszystkie dylematy ma dwie odpowiedzi – walcz albo uciekaj. Z kolei kora odpowiedzialna jest za myślenie twórcze. Czyli im bardziej pisarz zestresowany, tym staje się mniej kreatywny (co od razu falsyfikuje popularną tezę, że „artysta głodny jest o wiele bardziej płodny”).
Są oczywiście tacy pisarze, który twierdzą, że blokada twórcza ich nie dotyczy. Jednym z nich był William Faulkner, który twierdził, że pisze tylko wtedy, kiedy ma natchnienie. A potem dodawał, że na szczęście u niego natchnienie pojawia się codziennie o dziewiątej rano, kiedy siada przy maszynie. Podobnie uważał Jack London. Patrick Rothfuss, autor powieści fantasty, twierdzi z kolei, że całe to gadanie o blokadzie to nic więcej jak robienie przez pisarzy wokół siebie zamieszania, próba pokazania, razem z opowieściami o muzie i natchnieniu, jacy to wyjątkowi niby jesteśmy.

www.unsplash.com/Andrew Seaman A co ze mną? Nigdy nie zdarzyło mi się cierpieć na twórczą niemoc. Niemniej, rozumiem strach, jaki może być związany z wypuszczeniem kolejnej książki. Przeżywałem to kilka tygodni temu, kiedy wielkimi krokami zbliżała się premiera „Rany”. Wiedziałem, że po „Żmijowisku” moja sytuacja zupełnie się zmieniła. Przy cyklu o Mortce, „Wampirze” i „Zombim”, nawet biorąc pod uwagę, że były to na przykład moja piąta, szósta czy siódma książka, dla czytelników zawsze byłem przyjemną niespodzianką. Kimś, kogo dopiero poznają i kto przyjemnie ich zaskoczył. Jasne, nie zawsze. Była grupa, rosnąca z każdą powieścią, wiernych czytelników, którzy mi towarzyszyli i kibicowali (dzięki wielkie za to!), ale tak naprawdę szersza publiczność mnie nie znała. Zmieniło się to po „Żmijowisku” właśnie. Nagle okazało się, że czytelnik ma wobec mnie pewne oczekiwania. A ja nie miałem pojęcia, czy jestem w stanie je spełnić.
„Rana” jest już na księgarskich półkach. Możecie Państwo po nią sięgnąć. A wcześniej przeczytać recenzje. Niektóre są dobre, inne złe, ale generalnie jest, mam wrażenie, nieźle. Ale wracając do tematu tego felietonu – jak ja sobie radzę z twórczą niemocą? Po prostu siadam i piszę. Żeby się rozruszać. Żeby zacząć. Żeby napisać kilka słów, kilka zdań, akapitów, które potem pewnie wywalę, ale które sprawią, że coś zrobię. Ruszę do przodu. Pisać, pisać, pisać. Chociażby felieton na temat blokady pisarskiej na ponad pięć tysięcy znaków.
Wojciech Chmielarz
-
Sierpniowe zapowiedzi, czyli bida z nędzą
Oczywiście jeśli chodzi o liczbę sensownych zapowiedzi, bo jakościowo sprawa powinna wyglądać zupełnie inaczej. Umówmy się, że w sierpniu to rodacy skupiają się na wbijaniu parawanów w piasek, a nie na buszowaniu po księgarniach. Nie zmienia to faktu, że Wasz portfel nie zostanie za bardzo obciążony. Gdybym miał coś w sierpniu kupić, to pewnie bym zainwestował w poniższe zestawienie. Część z tych pozycji już czytałem, reszta przede mną.
-
„Ulubiony pisarz, o którym ciągle zapominam”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza
Są wakacje, a więc okres, kiedy teoretycznie jest trochę luźniej (nie jest) i można nadrobić z lekturami (co pomimo wszystko staram się robić).
Jest to kolejny dowód na siłę wpojonych nam w dzieciństwie nawyków, ale już w czerwcu, jak zresztą co roku, cieszyłem się na nadchodzące szybkimi krokami wakacje. Cieszyłem się pomimo tego, że zdawałem sobie sprawę, że czasu na odpoczynek będę miał niewiele. W jakiś niewiarygodny sposób udało mi się jednak tę świadomość zepchnąć w ciemny kąt mojego umysłu i zupełnie nie brać tego pod uwagę, kiedy robiłem czytelnicze plany na wakacyjne miesiące. A potem boleśnie rozbiły się one o realia. Większość lipca spędziłem w samochodzie jeżdżąc z północy na południe i ze wschodu na zachód. Poznałem mnóstwo fascynujących ludzi, odbyłem świetne spotkania, byłem w górach i nad morzem. O pewnych rzeczach wkrótce zresztą napiszę. Do tego promocja nadchodzącej „Rany”, a więc spotkania, wywiady, gorączkowa wymiana maili z wydawnictwem, ustalanie terminu kolejnych spotkań autorskich (o których będę wkrótce informował). Czasu na czytanie było w tym wszystkim niewiele. I cholernie mnie to zabolało, bo pewnie jak wielu innych czytelników, przez cały rok pracowicie buduję swoją prywatną kupkę wstydu – zbiór książek i komiksów, których nie dałem rady przeczytać w przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy. Są tam i reportaże, i kryminały, i literatura piękna. Mijam je każdego dnia i zawsze odwracam wzrok, jakbym się bał, że wszystkie te książki zaraz zaczną robić mi wyrzuty. Niestety, z tej kupki w lipcu dałem radę zmierzyć się tylko z jedną pozycją. Z „Olimpem” Dana Simmonsa. I cholera, nie żałuję.

www.unsplash.com/Kimberly Farmer Bo to jest tak, że Dan Simmons to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych pisarzy. Do tego stopnia, że nawet kiedy mnie, jego zapalonego przecież fana, pytają o ulubionego pisarza, to bąkam coś o Flanaganie, albo zwracam się w stronę klasyki i wspominam Chandlera, a dopiero po jakimś czasie, zazwyczaj wtedy kiedy rozmowa dotyczy już czegoś innego, przypominam sobie o Simmonsie. A przecież uwielbiam jego książki! Kupuję każdą, która tylko pojawia się w księgarni. W oczekiwaniu na „Olimp” bombardowałem wydawnictwo Mag wściekłymi mailami domagając się, żeby wreszcie tę powieść wydali (nie żałuję, należało się im. Przekładali datę premiery chyba pięć razy. I to nie o kilka dni, ale kilka miesięcy!). Ale jednak o Simmonsie trochę zapominam. Może dlatego, że pisze on powieści, które są po prostu ogromne. „Olimp” ma prawie tysiąc stron. I to nie w żaden sposób napompowanych, jak to się czasami na rynku zdarza. Format książki jest większy niż w przypadku większości pozycji. Druk normalny, marginesy zaskakująco małe. Powiem szczerze, grubość tej powieści trochę mnie onieśmielała. I dlatego tyle czekała na swoją kolej.
Ale było warto. Dan Simmons ma w swoim dorobku horrory, a zwykłemu czytelnikowi jest pewnie najlepiej znany z niedawno zekranizowanego jako serial „Terroru”. Ale swoje mistrzostwo pokazuje, jako autor powieści science fiction. To książki niesamowicie oryginalne i po prostu oszałamiające. Weźmy jako przykład „Olimp” właśnie (który notabene jest drugą części dylogii, którą zapoczątkował „Ilion”). Próba opisania fabuły tej sagi jest z góry skazana na niepowodzenie. Ale spróbuję, żeby dać Państwu jakieś pojęcie o pisarstwie Simmonsa. Mamy więc greckich herosów, którzy oblegają Troję. Wydarzenia przebiegają w zgodzie z opisem zawartym w eposie Homera, ale szybko się orientujemy, że oblężenie odbywa się nie w przeszłości, ale w przeszłości albo w jakimś dziwnym miejscu poza czasem. A greccy bogowie (bo oni też się pojawiają) dysponują niesamowicie zaawansowaną technologią. Równocześnie grupa robotów (chociaż Simmons używa określenia morowce), z których dwójka specjalizuje się w analizie pism Prousta i Szekspira wyrusza na wyprawę na Marsa. Tymczasem Ziemię zamieszkują ludzie, ale pozbawieni swojej historii, umiejętności czytania i całkowicie uzależnieni od tajemniczej technologii. Są rozleniwieni i ogłupieni. Żeby było jeszcze zabawniej, ich ulubioną rozrywką jest obserwowanie za pomocą urządzeń zwanych „całunami” oblężenia Troi. Nagle kilku z nich wyrusza w szaloną wyprawę, która zmieni dosłownie wszystko. I te wątki się ze sobą mieszają, przeszłość z przyszłością, antyk z futuryzmem, mity z nauką, Homer z Szekspirem tworząc coś po prostu niewiarygodnego i wspaniałego. A przecież to nie pierwsza tego typu książka Simmonsa. Podobny efekt osiągnął przecież w „Hyperionie”, o którym też mógłbym opowiadać godzinami!
Także do czytania Simmonsa zachęcam. Na początku proponuję sięgnąć po trochę bardziej hmm… zwyczajny, ale ciągle wspaniały „Terror”. Przede wszystkim publikuję jednak ten felieton, żeby samemu sobie wbić wreszcie do głowy, że Dan Simmons jest obecnie moim ulubionym pisarzem. I sięgnąć wreszcie po „Letnią noc”, która była podobo jedną z inspiracji dla twórców „Stranger Things”. Już nie mogę się doczekać.
Wojciech Chmielarz
-
„Książki, których nigdy nie napiszę”. Czerwcowy felieton Wojciecha Chmielarza
W trakcie ostatniej edycji Big Book Festival miałem przyjemność wraz z Anną Dziewit-Meller i Tomaszem Michniewiczem brać udział w dyskusji pod przewrotnym tytułem: Czego to ja nie napiszę. Pomysł był prosty – niech każdy z nas podzieli się opowieściami o książkach, którymi może i chciałby się zająć, ale nigdy tego nie zrobi. Zaskoczyło mnie, że w pewnym momencie wszyscy przyznaliśmy, że naszą twórczość blokuje jedna i ta sama rzecz.
Możemy to różnie nazywać. Pułapką rynkowych oczekiwań albo szufladką, do której wpadliśmy i z której nie za bardzo mamy jak się teraz wydostać. Do tej pory myślałem, że głównie ja mam takie problemy. Autor powieści gatunkowych. Twórca kryminałów. Dobrze to obrazują moje przygody z „Królową Głodu”. Podejrzewam, że większość z Państwa nie zna tej pozycji. I nic dziwnego. Napisałem ją chyba w 2013. Kilka razy pojawiała się w ramach akcji bookrage’a (obecnie artrage) jako ebook. Audiobook jest dostępny w Storytel. I to tyle. Książka nigdy nie ukazała się w papierze. Nie wiem, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. I wcale nie dlatego, że nie byłoby wydawcy chętnego, żeby tę pozycję opublikować.
Problem z „Królową Głodu” polega na tym, że jest to powieść fantastyczna. Zupełnie nie przystająca do mojego dotychczasowego dorobku. Napisałem ją w momencie, kiedy jeszcze wiązałem jakieś nadzieje z tym gatunkiem. I do dzisiaj jednym z moich twórczych marzeń jest powrót do tych bohaterów, do tego świata i napiszę kolejny tom tej opowieści. A teraz wytłumaczę Państwu, dlaczego to jest mało prawdopodobne.
Napisanie każdej mojej książki zajmuje mi około roku. To nie tylko samo pisanie, ale także planowanie powieści, zbieranie materiałów, potem redakcja i korekta. To pierwsza kwestia. A teraz kwestia druga, zbiór miłośników fantastyki i zbiór czytelników kryminałów pokrywają się tylko nieznacznie. Co to dla mnie oznacza, jako autor kojarzonego z kryminałem właśnie? Że na napisanie drugiej części „Królowej Głodu” musiałbym poświęcić co najmniej rok pracy, a przy tym wchodziłbym na zupełnie nowy dla mnie rynek. Znowu musiałbym przedstawiać się czytelnikom. Znowu musiałbym próbować do nich dotrzeć, próbować przekonać ich, że moje pisanie jakąkolwiek wartość. W sumie, zaczynałbym swoją pracę niemal od zera, nie mając żadnej gwarancji sukcesu. Ale co gorsza, istnieje spore prawdopodobieństwo, że mógłbym stracić przynajmniej część swoich dotychczasowych czytelników.

www.unsplash.com/Jonathan Richard Te refleksje i wątpliwości towarzyszyły mi od kilku lat. Rozważam wszystkie za i przeciw za każdym razem, kiedy wraca do mnie myśl, żeby napisać kontynuację „Królowej…”. I żeby była jasność. Uwielbiam kryminał jako gatunek. To wspaniała literacka szuflada, w której jest wiele miejsca i wiele możliwości opowiedzenia fascynujących historii. Ale równocześnie to szuflada, z której nie tak łatwo się wydostać.
Byłem naprawdę zaskoczony, kiedy podobnymi refleksjami dotyczącej swojej twórczości podzielili się Tomasz Michniewicz, autor książek podróżniczych i reportaży, a także Anna Dziewit-Meller, pisarka, która jednak po tematach trochę skacze i wydawało mi się, że jej problem nie dotyczy. Tymczasem wszyscy czuliśmy, że rynek, czytelnicy mają wobec nas pewne gatunkowe oczekiwania. A pójście wbrew tym oczekiwaniom, jest jednak sporym ryzykiem.
Są oczywiści e pisarze, którzy to ryzyko podjęli i im się opłaciło. Przychodzą mi do głowy nazwiska Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego i Szczepana Twardocha. Wszyscy zaczynali do szeroko pojętej fantastyki, żeby pójść potem w stronę prozy realistycznej. Wszyscy odnieśli sukces. Pamiętam też o Annie Kańtoch, która przez lata pisała fantastykę, żeby wejść w kryminał. I o Jakubie Ćwieku, który przeszedł tę samą drogę. No i jest jeszcze osobny przykład Zygmunta Miłoszewskiego, który porzucił kryminał, żeby napisać „Jak zawsze”, powieść, której gatunkowo po prostu nie da się przyporządkować.
I tak im bardziej się nad tymi wszystkimi historiami zastanawiam, myślę sobie, że te wszystkie moja obawy nie są aż tak mocno uzasadnione. Być może największa szufladka znajduje się po prostu w mojej głowie. I zamiast hamletyzować i dzielić włos na czworo, lepiej zabrałbym się po prostu się za kontynuację „Królowej Głodu”.
Ale wcześniej napiszę jednak kilka kryminałów.
Wojciech Chmielarz
-
„Trochę inne kryminały”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza
Słyszałem kiedyś opinię, że obecnie najciekawsze rzeczy w kryminale dzieją się w komiksie. Z przyczyn oczywistych nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić, jednak ta opinia zainspirowała mnie do zrobienia takiego super subiektywnego przeglądu kryminalnych historii komiksowych, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnich latach.
Zacznę od trzech klasyków. Pierwszy to „Strażnicy” Alana Moore’a i Davida Gibbonsa. Tytuł, który w komiksie zrobił małą rewolucję totalnie demitologizując świat superbohaterów. Ale na pewnym poziomie to również historia kryminalna, która nota bene zaczyna się od jednej z najlepszych, najbardziej ikonicznych scen zabójstwa, jakie kiedykolwiek powstały. A że HBO za niedługo ma przedstawić serial, który będzie nawiązywał do tego tytułu, to warto sobie „Strażników” odświeżyć.

Za drugi tytuł również odpowiada Alan Moore. Tym razem w parze z rysownikiem Eddiem Campbellem. Chodzi o „Prosto z piekła”. I niech tutaj Państwa nie zniechęca nienajlepszy film z Johny Deppem pod tym samym tytułem. To co prawda adaptacji pracy Moore’a, ale dość luźna. Sam zaś komiks to potężne dzieło i chyba najlepsza rzecz na temat Kuby Rozpruwacza, która kiedykolwiek powstała. A na pewno najlepsza, jaką ja widziałem/czytałem. Olśniewająca.
Trzeci tytuł to dzieło duetu Jeph Loeb i Tim Sale, a ma tytuł „Długie Haloween”. To już klasyczna opowieść o Batmanie, z czasów kiedy jego najgroźniejszym przeciwnikiem nie był wcale Joker i spółka, ale mafia z Gotham. Loeb nawiązał tutaj do początków Człowieka Nietoperza. Teraz kojarzymy go jako czającego się w cieniu osiłka, który problemy rozwiązuje pięściami i kopniakami, ale kiedyś były to opowieści detektywistyczne. I tylko detektyw nosił dziwny kostium. W „Długim Haloween” Batman, żeby dowiedzieć się kto zabija najgroźniejszych przestępców w Gotham, bardziej będzie musiał pracować mózgiem niż mięśniami.
A z rzeczy nowszych to zawsze warto śledzić co proponuje duet Ed Brubacker (scenariusz) i Sean Philips (rysunki). Są autorami m.in. całkiem fajnego i mrocznego „Zaćmienia”, a także serii „Criminal”, która właśnie debiutuje na polskim rynku. To zbiór niepowiązanych ze sobą kryminalnych historii. Pierwszą część „Tchórz” czytałem kilka lat temu w oryginale i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem ciekaw, co panowie zaproponują w kolejnych tomach.
Kolejny tytuł wart polecenia to „Odrodzenie”. Tym razem to połączenie horroru i kryminału. Mamy małe miasteczko na amerykańskiej prowincji, w którym zmarli nagle powracają do życia. Ale nie, proszę się nie martwić, nie zmieniają się w żądne krwi zombie. Żyją i funkcjonują normalnie (przynajmniej do czasu), ale ich pojawienie się sprowadza sporo zamieszania. Z tym wszystkim zmaga się miejscowa policjantka, która równocześnie próbuje odkryć, kto zamordował jej siostrę. Rzecz w tym, że siostra również wróciła do życia i wcale nie jest zainteresowana rozwikłaniem tej zagadki własnej śmierci.

www.unsplash.com/Miika Laaksonen Natomiast ostatnio zachwycam się serią „Grass Kings”. To mocno liryczna, poetycka opowieść, o społeczności wyrzutków, którzy stworzyli swoje własne królestwo, własne prawa i starają się trzymać z dala od normalnego życia. Zajmują się tylko własnymi sprawami i tego samego oczekują od innych. Wszystko się jednak zmienia, kiedy pojawia się podejrzenie, że jeden z tych romantycznych wyrzutków jest tak naprawdę seryjnym zabójcą, a całe królestwo zostało zbudowane na tajemnicach jego mieszkańców. Powiem tak, oprócz tego, że „Grass Kings” mają całkiem intrygujący scenariusz, to chyba najładniej narysowany komiks, jaki kiedykolwiek trzymałem w rękach. Po prostu prawdziwe dzieło sztuki.
I wreszcie na koniec seria, która w ostatnich latach zrobiła na mnie największe wrażenie. „Skalp”, gdzie za scenariusz odpowiada Jason Aaron. Gęsta, mroczna i brutalna kryminalna saga, której akcja dzieje w indiańskim rezerwacie. Jakakolwiek, skrótowa próba opisania fabuły jest skazana na niepowodzenie. Za dużo się tu dzieje, zbyt wiele wątków, konfliktów, postaci, ale całość jest po prostu oszałamiająca. „Skalp” to pięć całkiem grubych tomów, ale jeśli kiedykolwiek wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się ani chwili. Naprawdę warto. Szczególnie, że coraz głośniej mówi się o planowanej ekranizacji.
Wojciech Chmielarz
-
Kiedy polska „Gra o tron”? Najpierw „Król” i „Żmijowisko”
Internet żyje wieloma zdarzeniami, ale od połowy kwietnia naczelnym tematem jest finałowy sezon Gry o tron. A teraz to moment szczególny. Jesteśmy świeżo po trzecim odcinku ósmego sezonu, na który w napięciu czekały setki milionów widzów na całym świecie. Przed jego emisją tysiące ludzi obstawiały, kto ich zdaniem straci życie w nadchodzącej Bitwie o Winterfell, a jeszcze więcej z nich z wypiekami na twarzy śledziło fanowskie teorie na temat tego, kim jest słynny Nocny Król i co łączy go z Trójoką Wroną. Z kolei już po premierze fani podzielili się na dwa obozy, tocząc zaciekłą wojnę w komentarzach na Facebooku i YouTubie – dla jednych była to najbardziej epicka bitwa, jaką zobaczyli na ekranach co najmniej od czasu kulturowej bitwy o Helmowy Jar z Władcy Pierścieni, dla drugich mieliśmy do czynienia z taktycznym bublem spowitym w egipskich ciemnościach.
Dziś można odnieść wrażenie, że już niemal wszyscy znają Jona Snowa, Daenerys Targaryen (niektórzy nawet nazywają na jej cześć swoje córki) czy Tyriona Lannistera. Jeśli nawet ktoś nie ogląda samego serialu, z pewnością widział przynajmniej jeden z licznych memów mu poświęconych. Mało jednak brakowało, by największy hit telewizyjny HBO nigdy nie powstał. Pierwszy pilot serialu został odrzucony przez kablówkę i zdobył uznanie włodarzy stacji dopiero po przerobieniu go w niemal dziewięćdziesięciu procentach. Ale Gra o tron nigdy by też nie powstała, gdyby nie jej literacki pierwowzór – seria powieści fantasy Pieśń lodu i ognia George’a R.R. Martina, który jest także scenarzystą serialu.

www.unsplash.com/Avel Chuklanov To prawda, że w dzisiejszych czasach częściej rozmawiamy o serialach niż powieściach. To losy bohaterów telewizyjnych, a nie literackich rozbudzają nasze emocje. Niemniej – i może warto to wszystkim przypomnieć – wiele znakomitych i kochanych przez widzów seriali swój początek bierze właśnie w literaturze. To nadal pisarze – a nie scenarzyści – są twórcami najciekawszych pomysłów na fabuły i nieszablonowe postaci: czy jest to Sherlock BBC, czy Wielkie kłamstewka HBO, czy Altered Carbon Netflixa, czy Dexter stworzony przez stację Showtime. Często nawet nie mamy świadomości, że historie oglądane na ekranie telewizora czy monitora miały swoje literackie pierwowzory. A dziś można odnieść wrażenie, że stacje telewizyjne i producenci coraz częściej i chętniej sięgają po powieściowe cykle, by stworzyć z nich seriale. Tym należy tłumaczyć między innymi zapowiedź ekranizacji przez Netflix czternastu (!) książek Harlana Cobena.
Tę tendencję widać także coraz wyraźniej u polskich producentów. Ostatnio internet żyje doniesieniami z planu przygotowywanego przez Canal+ serialu na podstawie Króla Szczepana Twardocha. Wiele się także mówi o innej adaptacji, której dokona ta sama stacja –Żmijowisku opartym na książce Wojciecha Chmielarza. A przecież to nie będą pierwsze polskie bestsellery przeniesione na telewizyjne ekrany. Niedawno głośno było we wszystkich mediach o najnowszej produkcji HBO Polska, czyli serialowej adaptacji Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka, której wizualna strona jest oszałamiająca, choć różnie oceniać można samą fabułę i grę aktorską. Nie mniej emocji budzi serial Chyłka oparty na prozie Remigiusza Mroza – pisarza co najmniej kontrowersyjnego na polskim rynku powieści kryminalnej. Także tutaj zdania są podzielone, ale – jak wiadomo – o gustach się nie dyskutuje. Jedno jest pewne: polskie seriale zaczynają żyć polską literaturą.
Czy w najbliższych latach możemy spodziewać się kolejnych adaptacji powieści polskich autorów? Zapewne. Dlaczego? Ponieważ to w pewnym sensie pewniaki. Jest już grupa zagorzałych fanów, dzięki którym dana książka stała się bestsellerem, więc istnieje duże prawdopodobieństwo, że ci zechcą również się zapoznać z serialem na podstawie książki…. albo gry komputerowej opartej na serii książek, by wspomnieć o chyba najbardziej wyczekiwanej produkcji telewizyjnej na podstawie polskich powieści, czyli Wiedźminie Netflixa. Poza tym wcześniejszy sukces książki jest już – przynajmniej w teorii – potwierdzeniem jakości opowiedzianej historii i pokazanych w niej postaci. Ale powiedzmy sobie szczerze, to nic nowego: zawsze łatwiej było zainwestować duże pieniądze w pewniaka niż nowy, nieszablonowy pomysł, choć mogło się trafić na Breaking Bad albo Stranger Things…

www.unsplash.com/Noom Peerapong Nie jest chyba więc tak źle z tą naszą literaturą, a wiele wskazuje na to, że może być jeszcze lepiej. Z drugiej strony my pisarze (bo jestem jednym z nich) – wbrew pozorom – stoimy na o wiele lepszej pozycji niż scenarzyści. Ogranicza nas tylko wyobraźnia, papier jest cierpliwy, a jego zapełnianie tanie w porównaniu z wieloma milionami przeznaczonymi na produkcję filmu czy serialu. Najbardziej produktywni z nas – tu znów wypada przywołać wspomnianego już Remigiusza Mroza – są w stanie wydać pięć czy sześć powieści rocznie. I nawet jeśli cztery z nich będą słabe, jedna może zaskarbić sobie sympatię czytelników, którzy z wypiekami na twarzy czekać będą na kolejne odsłony serii. Sam Mróz pisze w rok więcej książek niż cała stacja HBO jest w stanie wyprodukować seriali w tym samym czasie, co w pewnym sensie unaocznia możliwości produkcyjne pisarzy.
W zeszłym roku na polskim rynku ukazało się ponad 30 tysięcy nowych tytułów literackich, wśród nich setki bestsellerów i – zapewne – potencjalnych pomysłów na seriale. Literatura więc wcale dziś nie wygrywa jakością, ale ilością. Choć może wcale nie powinniśmy mówić o rywalizacji, a raczej o symbiozie? Przecież telewizja kupuje prawa do tych powieści, które „kupiły” serca czytelników danego gatunku, a z kolei magia ekranu sprawić może, że te same książki trafią do masowego odbiorcy, który często nawet nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia. W końcu G.R.R. Martin w środowisku fantastyki znany był jeszcze przed przeniesieniem jego cyklu powieściowego do telewizji. To jednak HBO uczyniło z Gry o tronglobalną markę, a z pomysłodawcy pierwowzoru powszechnie rozpoznawalnego pisarza, który popularnością może spokojnie dziś rywalizować z J.K. Rowling czy Danem Brownem – pisarzami, którzy z kolei bardzo wiele zawdzięczają magii kina.
Nie pozostaje nic innego, jak trzymać kciuki za polskie serialowe adaptacje literackich bestsellerów (co dziwne, w trakcie pisania uświadomiłem sobie, że w telewizji głównie ekranizuje się męskich autorów, może więc czas na pisarki?) i mieć nadzieję, że telewizyjne produkcje nie tylko nie będą gorsze od pierwowzorów, ale – jak w przypadku Gry o tron – będą od nich jeszcze lepsze.
Dr Mikołaj Marcela jest wykładowcą na Uniwersytecie Śląskim, znawcą popkultury, pisarzem.
-
„Czy serial wiernie odda książkę? Nie”. Kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza
Może się to Państwu wydać dziwne, ale wcale nie skakałem z radości, kiedy dowiedziałem się, że znalazł się producent chętny do ekranizacji „Żmijowiska”. Aż za dobrze wiem, jak niepewne są takie projekty.
Na przestrzeni lat pracowałem przy kilku projektach telewizyjnych i filmowych. Żaden z nich nie wszedł w fazę realizacji. Posypały się na różnych etapach i z różnych powodów. Dużo się po drodze nauczyłem, spotkałem kilkoro fajnych ludzi, ale generalnie doszedłem do wniosku, że wielki i mały ekran nie są dla mnie. Dobrze się czuję przy pisaniu książek. Zresztą, tym i tylko tym zawsze się chciałem zajmować. Dlatego informację, że znalazł się chętny do ekranizacji „Żmijowiska” przyjąłem z pewną ambiwalencją. Z jednej strony, fajnie. To zawsze miła wiadomość. Z drugiej, cholera wie, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Tymczasem kończy się kwiecień. Minął niecały rok od premiery „Żmijowiska” i już mamy scenariusz (którego jestem współautorem), obsadę (Paweł Domagała, Daveena Reeves-Ciara, Agnieszka Żulewska, Cezary Pazura, żeby wymienić tylko kilku aktorów) i jesteśmy po pierwszych zdjęciach. Całość reżyseruje (jakby komuś ta informacja umknęła – Łukasz Palkowski). Powiem krótko – to tempo w branży filmowej po prostu niespotykane.

Plan serialu „Żmijowisko”, fot: Jarosław Sosiński/Canal+ Jak to się w ogóle udało? Znaleźli się właściwi ludzie na właściwym miejscu. I w przypadku Canal+ i producenta, czyli Aurum Films. Aurum to ludzie odpowiedzialni między innymi za wielokrotnie nagradzaną „Ostatnią rodzinę”, a którzy równolegle ze „Żmijowiskiem” robią (również zresztą dla Canal+) serialową adaptację „Króla” Szczepana Twardocha. Czy trzeba mówić więcej? Dla mnie współpraca z Aurum była jak współpraca z idealnym redaktorem. Czyli nienawidziłem ich gorąco w trakcie, ale kiedy już mogę ocenić efekt naszej pracy, jestem im cholernie wdzięczny za wszystkie uwagi, czepianie się drobiazgów, wielogodzinne wałkowanie scenariuszy, telefony i maile.
To oni mnie też skontaktowali z Daną Łukasińską, która jest współautorką scenariusza do serialowego „Żmijowiska”. I która jest właściwie bohaterką tego felietonu. Pisanie adaptacji zaproponowano mi na bardzo wczesnym etapie. Zgodziłem się dość chętnie. Głównie dlatego, że chciałem trzymać rękę na pulsie. Z bliska obserwować jak rozwija się produkcja. Ale wiedziałem też, że sam tego nie udźwignę. Zdawałem sobie sprawę, że brakuje mi wiedzy, wyczucia, umiejętności. Poprosiłem więc o pomoc. Tak poznałem Danę. Pisząc krótko, bez niej to wszystko by się nie udało. Zebrała wszystko w całość, chwyciła w scenariuszowe szczypce, odpowiednio dopasowało do telewizyjnej formuły, zaproponowała zmiany, rzucała pomysłami, znosiła moje uwagi i długie rozmowy, gdzie przerzucaliśmy się nawzajem pomysłami, w którą stronę poprowadzić tę historię i jak dostosować to, co w książce do wymogów małego ekranu. Powieściowe „Żmijowisko” jest moje. Scenariusz natomiast jest naszym wspólnym dziełem.
I tak jest ze wszystkim. Ten serial powstaje na podstawie książki, którą napisałem, ale będzie wspólnym dziełem grupy wielu osób. Z których każda dołoży coś od siebie, przefiltruje tę historię przez własną wrażliwości i doświadczenia, i każda zrobi wszystko, żeby efekt końcowy był jak najlepszy. I tak powinno być. Jeśli więc jesteście Państwo ciekawi, czy telewizyjne „Żmijowisko” będzie w stu procentach wierną adaptacją książkowego pierwowzoru, to powiem szczerze, że nie. Ale jestem głęboko przekonany i póki co wszystko na wskazuje, że będzie za to znakomitym serialem. A o to od początku chodziło.
Wojciech Chmielarz
-
„Być jak Paul Sheldon”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza
Jest taki fragment z „Misery” Stephena Kinga, który zapadła mi w pamięć. To jedna z początkowych scen, kiedy główny bohater, pisarz Paul Sheldon, kończy swoją najnowszą powieść „Szybkie samochody”
Żeby to uczcić, jak przy każdej swojej poprzedniej książce, Paul Sheldon otwiera butelkę szampana. „Misery” czytałem dość dawno temu, nie mam też jej pod ręka, więc proszę mi wybaczyć, ale nie jestem w stanie powiedzieć, jakiej ten szampan był marki. Myślę jednak, że spokojnie możemy założyć, że nie było to „Igristoje”, ale coś z górnej półki. Ta scena zapadła mi w pamięć, bo była w niej jakaś taka godność. Wyrażała satysfakcję z zakończonej pracy. Ten gest picia szampana jest czymś lepszym niż kropka na końcu zdania, niż słowo „Koniec” wystukane na klawiaturze. To pokazanie sobie i całemu wszechświatowi, że coś zrobiłem i zrobiłem to dobrze. Ale przede wszystkim, jest cholernie seksowna. Oto Paul Sheldon. Oto pisarz, który wie, jak świętować sukces. A ja co? Właśnie skończyłem pisać najnowszą powieść i leżę na kanapie z laptopem na brzuchu, kompletnie wyczerpany i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić.
Rozglądam się wokół. Niby wino stoi w lodówce. Mógłbym je otworzyć, powtórzyć gest Sheldona, ale jest trochę po dwunastej w południe. Głupio pić tak wcześnie i do tego w samotności. W domu oprócz mnie jest tylko pies. Nie mam do kogo otworzyć ust, żeby się pochwalić. Przez chwilę rozważam wykonanie telefonu do wydawcy, żeby podzielić się z kimś tę wspaniałą wiadomością, ale koniec końców wydaje mi się, że to zbyt desperacki gest kogoś. Zamiast tego wysyłam po prostu wiadomość na messengerze. Potem wstaję z kanapy. Wykonuję kilka prostych ćwiczeń, żeby się trochę rozruszać i dalej myślę o tym, jak mogę uczcić swoje dzisiejsze osiągnięcie.

Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl Bo mam potrzebę je uczcić! Domagam sie od siebie, żeby zrobić coś spektakularnego! A równocześnie – nie ma we mnie żadnej radości. Czasami na spotkaniach autorskich, na kursach pisania moi czytelnicy, kursanci mówią, że skończyć powieść to musi być niesamowite uczucie. Uśmiecham się, kiwam głową, ale prawdy im nie zdradzam. A ta jest taka, że zamiast satysfakcji jest pustka. Czasami niezrozumienie. Tak jak teraz. Wracam do komputera, patrzę na napis „Koniec” i nie wierzę. Nie rozumiem, jak to możliwe. Kilka miesięcy pracy, ślęczenie na tekstem, bycia z postaciami, wstukiwania literek i to już? Po wszystkim? Skończyliśmy? Podamy sobie ręce i rozejdziemy się każde w swoja stronę jak para zmęczonych sobą kochanków? Tak, moja potrzeba uczczenia zakończenia pisania to nic więcej, jak chęć udowodnienia samemu sobie, że to już koniec.
Ale to nie jest koniec. Taka prawda. To może połowa pracy. Przede mną jeszcze autorska redakcja. Wiem, że będę musiał dopisać co najmniej dwie duże sceny. A przede wszystkim sporo się nakombinować nad tym, gdzie je zmieścić. Potem czeka mnie praca z wydawnictwem. Boksowanie się z tekstem i redaktorem równocześnie. Walka podczas której można się poczuć jak Cesarstwo Niemieckie podczas I Wojny Światowej. Bo tutaj nie będzie żadnych blitzkiregów, ale długotrwałe, wyczerpującego siedzenie w okopach i pilnowanie własnych pozycji. Tak, wiem co pisałem w jednym ze swoich poprzednich tekstów – redaktor jest moim przyjacielem. Bo tak jest. Zawsze ich będę chwalił i szczerze opowiadał, ile dobrego zrobili dla moich książek. Ale nie oszukujmy się, podczas samej pracy nad książką, nie wiem, czy jest ktoś, kogo bardziej nienawidzę (nota bene, taka to specyfika tego zawodu, im lepszy redaktor, tym większą pisarz powinien darzyć go niechęcią, tylko redaktorzy którzy traktują tekst po łepkach, tacy, którzy nie przykładają się do swojej pracy, cieszą się sympatią autorów w czasie pracy nad książką).
Ale też żaden inny moment nie nadaje się bardziej do powiedzenia, że skończyłem, niż właśnie te. Redakcja to proces długotrwały, płynny. Niby już skończyliśmy, ale potem zawsze coś wypływa. Coś się poprawia na szybko. No i jeszcze korekta. Kolejne poprawienia błędów, cyzelowanie tekstu. A potem nie wiadomo kiedy książka wędruje do drukarni. Ale w tym momencie powiedzieć, że skończyłem, byłoby głupio. Wtedy jestem już zmęczony tekstem. Mam go dość. Poza tym ostatnie tygodnie pracy to czynności typowo techniczne. Poprawianie literówek, przecinków, ortografii. Nie ma w tym tego żaru właściwego pisaniu, nie ma tej magii.
No to skończyłem pisać kolejną książkę. To moment właściwy, żeby to powiedzieć, chociaż to też oczywista nieprawda. Stoję w pustym mieszkaniu, zastanawiam się, co zrobić, żeby samemu wreszcie uwierzyć, że to zrobiłem. A potem sięgam po komputer, otwieram czysty plik i zaczynam pisać ten felieton.
Wojciech Chmielarz








