Tag: Wojciech Chmielarz

  • „Nakręcony”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od kiedy smakksiazki.pl poinformował, że sprzedaliśmy prawa do ekranizacji „Cieni” jestem nieustannie zasypywany pytaniami na ten temat. Kiedy odpowiadam, czytelnicy dziwią się, że wydaję się mało entuzjastycznie nastawiony do tego projektu

    No więc to nie jest do końca tak. Zdaję sobie sprawę, że ekranizacja „Cieni”, ekranizacja dowolnej mojej książki zresztą, to dla mnie gigantyczna szansa. Zyskać mogę właściwie na każdym polu. Wiadomo, że to po pierwsze prestiż, po drugie większa sprzedaż, po trzecie rozgłos, po czwarte pieniądze. Ale też to nie pierwsza rozmowa o przeniesieniu jakiejś mojej powieści na ekrany i nie pierwsze moje zetknięcie się ze światem filmu. I już trochę wiem, jak to działa. Dlatego, kiedy odebrałem pierwszy telefon w tej sprawie, zamiast skakać do góry z radości, tylko pokręciłem głową i westchnąłem ciężko. Na spotkanie poszedłem raczej z grzeczności, nie spodziewając się niczego dobrego.

    www.unsplash.com/Denise Jans

    W przeszłości najbliższa trafieniu do kin była „Farma Lalek”. Właściwie do dziś dnia zastanawiam się, co tam poszło nie tak. Był wybrany reżyser. Była obsada. Był bardzo dobry scenariusz (nie byłem jego współautorem, więc mogę chwalić bez poczucia obciachu). Wreszcie, i to jest chyba najdziwniejsze, była przyznana dotacja z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. I właśnie w tym momencie producent zdecydował, że nie skieruje projektu do realizacji. Ta sytuacja była dla mnie wielką nauczką. I teraz wiem, że z ekranizacji można się cieszyć dopiero, kiedy człowiek zasiądzie wygodnie w kinowym fotelu i czeka na rozpoczęcie seansu. A i wtedy należy zachować pewną ostrożność. Miałem też okazję pracować przy kilku scenariuszach seriali kryminalnych. Żaden z nich nie trafił do realizacji. O szczegółach niespecjalnie chcę i wypada opowiadać, ale po wycofaniu się z ostatniej takiej historii postanowiłem nigdy więcej w nic takiego się nie mieszać i skupić się na pisaniu kolejnych książek. Ale jak stare przysłowie mówi „nigdy nie mów nigdy”.

    Co się stało, że zmieniłem zdanie? Producent. Nie mogę jeszcze ujawniać, kto to będzie, ale trafiłem do człowieka, który naprawdę mocno wierzy w ten projekt. Który wie, czego chce i wie, jak to osiągnąć. Przede wszystkim, jest strasznie konkretny. Zarysował przede mną jasny plan tego, co trzeba zrobić i kiedy. A potem zadał pytanie, czy chcę w tym uczestniczyć. A ja się zgodziłem. I tak po raz kolejny wszedłem do rzeki, do której obiecałem sobie się nie zbliżać.

    www.unsplash.com/Connor Limbocker

    Zdaję więc sobie sprawę, że jesteśmy zaledwie na początku bardzo długiej i krętej drogi. I będzie w jej trakcie milion momentów, kiedy istnieje ryzyko, że się spektakularnie wywrócimy. Stąd też takie moje, a nie inne zachowanie na spotkaniach autorskich. Opowiadanie teraz niestworzonych historii, zastanawianie się nad ewentualną obsadą aktorską, byłoby po prostu mało poważne. Ale jedno mogę Państwu powiedzieć: „Cienie” trafiły w naprawdę dobre ręce. Czeka nas mnóstwo pracy, rozbieranie tej książki na poszczególne elementy, a potem układanie jej na nowo, ale zajmą się tym ludzie, którzy naprawdę wierzą w tę historię. I w to, że może powstać z tego naprawdę fajne kino. Czego sobie i państwu życzę.

    Wojciech Chmielarz

  • „Pisarze w sierści”, majowy felieton Sylwii Chutnik

    Ludzie dzielą się na koty i psy. Ci pierwsi chodzą własnymi ścieżkami i lubią zwinąć się w kłębek, kiedy przyjdzie im ochota. Drudzy gonią swój ogon i cieszą się, kiedy widzą drugą istotę. Chciałabym być kotem, ale mam uczulenie na ich sierść. Poza tym, nie oszukujmy się, lubię pieski optymizm a większość moich znajomych zachowuje się jak szczeniaki, które lecą przed siebie i cieszą się z tego, że słońce świeci. Jestem więc psiarą. Gadam do spotykanych psów, całuję (tak, wiem, nie wolno, ble ble) i przytulam. Moi studenci odpracowują nieobecności na zajęciach w schroniskach a przyjaciele adoptują non stop nowe futrzaki, chociaż nie mieszkają w pałacach. Mam wrażenie, że mnie zrozumiecie – w końcu czytacie ten felieton w necie, a tu rządzą filmiki z kociakami, foczkami i innymi przyjaciółmi. Poza tym ludzie żyjący bez zwierząt są podejrzani.

    Pisarze i pisarki również dzielą się według ras. Ale niezależnie od tego, jakie zwierzę zechciało się nimi zająć (literaci to straszne gamonie, muszą mieć kogoś do opieki) to zwykle jego ślad można znaleźć w twórczości. Psy- chologia ma wielki wpływ na wyobraźnię.

    Tak było choćby z jednym z najbardziej znanych psów polskiej literatury dla dzieci, czyli Ferdynandem Wspaniałym opisanym przez Ludwika Jerzego Kerna. Leniwy doberman, który głównie drzemał na szezlongu pewnego dnia postanowił wyruszyć w miasto. Zamienił więc miękkie obicie na garnitur i zaczął mieć fascynują ce przygody. Pomysł na Ferdynanda przyszedł Kernowi, kiedy siedział przy biurku i kończył tekst. Obok niego drzemała bokserka Farsa, której ewidentnie coś się śniło. Popiskiwała, ruszała nogami. Pisarz zaczął zastanawiać się, co też może śnić się psu. Postanowił więc to opisać. Nie chcę tu spoilerować, ale przygody Ferdynanda były tylko imaginacją (chociaż ja nadal wierzę, że winda potrafi wyfrunąć do nieba, kiedy naciśnie się guzik ostatniego piętra, więc lepiej uważajcie). 

    Pisarze czerpali inspiracje obserwując zwierzęta antropomorfizując je lub próbując uchwycić specyfikę ich zwyczajów. Wystarczy wspomnieć Zofię Nałkowską i jej opowiadania „Między zwierzętami” lub autorów dla dzieci: Ewę Chotomską czy Agnieszkę Frączek. 

    Mark Twain miał ulubionego czarnego kota Bambino, Gustave Falubert papugę,  a Karol Dickens…kruka Gripa (który trafił do annałów poezji dzięki sportretowaniu go przez Edgara Allana Poe). W Polsce psiarzami byli między innymi Stanisław Lem (jamniczek Proton), Kazimierz Brandys (bokser), Witold Gombrowicz (z wdzięcznym kompanem Psiną), Maria Dąbrowska (Dyl), Jarosław Iwaszkiewicz (Tropek) czy Janusz Meissner (wyżeł Start). Mogłabym tak wymieniać bez końca, bo przecież Dżońcio Tuwima, Puzon Jerzego Waldorffa czy obecne Stasiukowe psy oraz owce, niekończące się stado Katarzyny Grocholi. Czasami psy wykorzystywane były przeciwko pisarzom. Tak było podobno w redakcji „Wiadomości literackich”, gdzie Mieczysław Grydzewski opędzał się przed namolnymi twórcami z pomocą swoich sznaucerów Fugą i Fusem.

    Patrząc na współczesnych literatów i literatki (nie myślę o szklance, no bardzo śmieszne) widać wyraźnie, że cenią sobie towarzystwo czworonogów. Zapytałam, dlaczego.

    www.unsplash.com/Matthew Henry

    Karolina Korwin-Piotrowska (autorka między innymi: „Bomba”, „#sława”)

    Najstarsza jest Cudna. Ma 6 lat, dostałam ja od przyjaciółl w najgorszym dniu, w którym spaliło mi się mieszkanie a w nim moje dwa psy. Obie byłyśmy wtedy bezdomne i same, idealnie się dobrałyśmy. Pomogła mi wrócić do żywych. Jest najlepszym psem, jakiego miałam. Najmądrzejszym , ale też najbardziej charakternym. Przez ponad rok nie rozstawałyśmy się. Bałam się o nią, bałam się ja gdziekolwiek zostawiać. Druga jest Buźka – efekt wielu przemyśleń, czy dam radę na układ, który został gwałtownie przerwany przez wypadek. Zobaczyłam ją na zdjęciu, kiedy miała dobę. Biała kluska z ciemnymi uszami. Od razu powiedziałam sobie, że jest moja, choć jeszcze nie było wiadomo, jakiej jest płci. To chodząca dobroć, radość, wielkie serduszko ukryte w drobniutkim ciele. Jest waleczna, myśli, że jest dużym psem. Chce być kopią Cudnej, bo ta ją świetnie wychowała. Niemal nic nie musiałam robić. Są ze sobą niewiarygodnie związane. Z tego wziął się pomysł na psa numer trzy. Moja przyjaciółka, hodowca psów, od której mam moje dwie suki, napisała mi w styczniu, że jest piesek, który jest jak Jonasz, mimo młodego wieku przeszedł wiele, bo strasznie się struł, kiedy był malutki. Imię ma po psie Adama Wajraka – Lolo – czyli ładny chłopiec. Na pierwszym zdjęciu, jakie dostałam, był zaiste bardzo drobny, jakby kruchy, lekko przerażony, ale w oczach miał Alaina Delona. Tak jest do dzisiaj. Jest obłędny, mega przystojny, ma powodzenie u wszystkich. I wcale nie jest taki mały, bo Warszawa ( on jest z Gdańska) dobrze mu robi na rozwój – jest powoli zgrabnym monsterem. Robi się z niego duży, silny pies, z mocną klatką piersiową i ciężkimi, mocnymi łapami, już widzę te rozkopane ogródki…Lolek to król na dzielni, wszyscy go lubią, choć to mały gryzoń. Babski król, ale mocno trzymany przez dziewczyny. One go wychowują. Ja tylko obserwuję. To jest fajny gang.

    Rafał Kosik (autor fantasy i literatury młodzieżowej)

    Wychowywałem się z psami przez większą część życia. Okresy bezpsowe to był efekt czynników obiektywnych lub żałoby, jak ostatnio po Cabanie. Pierwszym psem był Mikuś, podróba wilczura. Miałem wtedy jakieś pięć lat i jedyne, co pamiętam, to że Mikuś miał wieczne problemy żołądkowe. Mieszkaliśmy w bloku, więc sytuacja była mocno niekomfortowa. Potem była Aza, foxterrierka o rozmiarach zdecydowanie mniejszych niż standard rasy. Nadrabiała to odwagą i wytrzymałością. Nigdy nie zauważyłem, by się czegokolwiek bała. Kiedyś przydybała na podwórku jeża – pół godziny wyciągaliśmy jej igły z pyska. Raz na kilka miesięcy wyruszała na gigant po osiedlu. W jednej chwili szła przy nodze, a za moment bez wyraźnego powodu pędziła gdzieś przed siebie, nie reagując na nic. To były czasy, kiedy psów raczej nie prowadziło się na smyczy, a samochodów było dziesięć razy mniej niż teraz. Wsiadałem na rower i jechałem jej szukać. Gdy ją znajdowałem po kilku godzinach, posłusznie wracała do domu. Lubiła jeździć rowerem. Oczywiście w koszyku na bagażniku. Sama wskakiwała i wyskakiwała, zawsze od strony pobocza. Gdy poważnie zachorowała, za wszelką cenę próbowaliśmy ją ratować. Kroplówki, odżywki, zastrzyki.

    Potem była Vera, wilczyca bardziej rasowa niż Mikuś. Jak się potem okazało, z owczarka niemieckiego miała tylko wygląd. Moja znajoma wmusiła ją we mnie szantażem emocjonalnym. To był najbardziej szalony pies, jakiego miałem. Jak tylko na chwilę zostawała w domu sama, niszczyła, co jej podeszło. Otwierała drzwi, nawet takie z okrągłymi klamkami, wyciągała mrożonki z lodówki, przesuwała meble, zjadała krem Nivea. Nic nie pomagało. To był czas, kiedy przeprowadziłem się do Kasi. Vera przemieszkiwała trochę u nas, trochę u moich rodziców. Więcej u nich, bo my pracowaliśmy wtedy w agencji reklamowej, siedzieliśmy czasem w pracy po osiemnaście godzin, niemożliwe mieć psa w takiej sytuacji. Rodzice zdecydowali się oddać ją znajomym z ogródkiem.

    U Kasi (żony) w domu też zawsze były psy, więc kiedy Jasiek skończył trzy latka, uznaliśmy, że dziecko powinno się wychowywać w domu z psem, a Jaś jest już wystarczająco duży, żeby nie męczył zwierzęcia. I tak pojawił się w domu nasz pierwszy wspólny pies, Caban, czarny terrier rosyjski. Caban był mądrym, cierpliwym psem, który wspaniale dostosował się do naszego trybu życia. Gdy jechał z nami w góry, potrafił godzinę siedzieć nieruchomo na tarasie i patrzeć na szczyty albo na owce pasące się pół kilometra od domu, albo na krowę sąsiada. Śmieliśmy się, że ta krowa i owce to był jego telewizor. Był towarzyski i niemal pozbawiony agresji. Chodził po Tatrach (wtedy nie było jeszcze zakazu wprowadzania psów do parku narodowego) i odwiedził nawet jeden konwent fantastyki, gdzie doskonale się bawił na wieczornym ognisku wśród setki osób. Przynajmniej do czasu, aż pewien osobnik nie poczuł potrzeby opowiedzenia mu o sensie życia.

    Przeżył piętnaście lat, choć psy tej rasy zwykle dożywają dziesięciu. Kiedy już bardzo cierpiał i przestał wstawać z posłania, zamówiliśmy wizytę domową weterynarza. Caban cały dzień dostawał smakołyki, wszystko te przysmaki, które najbardziej lubił w swoim psim życiu. Zasnął spokojnie na swoim posłaniu, w domu, a my głaskaliśmy go do ostatnich jego chwil.

    Caban nadal żyje na kartach mojej serii młodzieżowej Felix, Net i Nika. Jest tam jedynym rzeczywistym bohaterem.

    Strata Cabana sprawiła, że nie chcieliśmy już żadnego psa. Jasiek jednak oświadczył, że nie potrafi żyć bez psa. Przecież przez całe jego świadome życie towarzyszył mu Caban. No i po dwóch latach w naszym domu pojawił się Omlet – bardzo rasowy owczarek niemiecki długowłosy (ta dobra hodowla to w zamyśle miała być gwarancja zdrowia, po patrzeniu na cierpienia Cabana, chcieliśmy aby jego następca był z nami jak najdłużej). Omlet zdaje się cały czas funkcjonować na dopalaczach, swoją energią mógłby obdarzyć kilka psów. Też dostosował się do naszego trybu życia, wstaje późno, późno kładzie się spać. Uwielbia włazić nam i wszystkim gościom na kolana, kłaść się na nas, kiedy leżymy, skubać nas po uszach. Ale kiedy w nocy na spacerze jakiś facet podszedł do Kasi, po chwili znalazł się na środku ulicy, Omlet uznał go za zagrożenie dla swojego człowieka. Zobaczymy, co z niego wyrośnie. Na razie ma dwa lata, co dla tej rasy jest nadal dzieciństwem. A my nie wyobrażamy sobie życia, kiedy Jasiek się wyprowadzi i zabierze go ze sobą, bo to jest jego pies.

    Magda Grzebałkowska (autorka m. in. „Beksińscy. Portret podwójny”)

    Piesek Toto, ma 11 miesiecy i jest chihuahua. Najsłodsze stworzenie świata, nazywany przez nas drugim dzieckiem – synkiem. A jak wiadomo z drugim dzieckiem jest łatwiej, bo masz doświadczenie po pierwszym (dziewczynka Tosia, lat 11). Toto przyszedł do nas, jak tkwiłam w stuporze nad biografią Krzysztofa Komedy. Był sierpien 2017 roku, nie szło mi za bardzo pisanie, więc tkwiłam setki roboczogodzin nad komputerem, a tu jeszcze – jak koza ze szmoncesu – doszło wychodzenie ze szczeniakiem po dwadzieścia razy dziennie, bo okazało się, ze on nie może pojąć idei załatwiania się na dworze. Wychodzenie obejmowało także noc, więc łatwo nie było. Ale Toto (imię od Dorotki z Krainy Oz, nadała Tosia., My chcieliśmy Brutusa) – jest nasza domową dogoterapią i dziś już prawie nie robi w domu, wychodzi tylko 4 razy dziennie – a leczy nasze dusze i serca, bo kocha się przytulać i całować po pysku. Kiedy piszę, to czasem trzymam go na biurku – na dowód zdjęcia na Instagramie – bo jest taki malutki, że trochę koci. I to jest super.

    I mówię do niego, imitując jego głos – co brzmi dla postronnych koszmarnie, ale ja to kocham. Toto powiedział do mnie, moim głosem, że chciałby juz nie mówić infantylnym głosem podstarzałej reporterki, ale na razie innego głosu nie ma. A czasem, jak pisze, wpycha mi się na kolanka, co jest dość niewygodne w pisaniu, ale skoro jestem matką, to musze to znosić – tak naprawdę to uwielbiam. I jestem o niego zazdrosna, wiec jak mamy gości a Toto śpi z nimi w łóżku, to się zakradam w nocy i kradnę mojego pieska i chowam u siebie pod kołdrą. Bo to mój synek.

    Wojciech Chmielarz (autor kryminałów, na przykład serii o Jakubie Mortce)

    Ruki to młodziutka suczka, która nie ma jeszcze roku. W sumie więc ciągle ją jeszcze poznaję. Ruki jest cholernie zdolnym psem. Ma taką naturalną chęć uczenia się. I aż mi czasami wstyd, że nie mam czasu z nią siąść i nauczyć kilku sztuczek. Oprócz tego, jak każdy sznaucer odnajduje się w roli stróża domu. Co bywa mocno irytujące, kiedy szczeka słysząc najmniejszy hałas na klatce schodowej, ale z drugiej strony miło patrzeć na istotę, która odnalazła swój cel w życiu i wypełnia go z taką satysfakcją. I w sumie właśnie tym się zajmuje, kiedy ja piszę. Można powiedzieć, że oboje wtedy pracujemy.

    Natomiast Anna Król i Paulina Wilk – pisarki, dziennikarki i inicjatorki Big Book Festival od jego pierwszej edycji podkreślają związki między psami a literaturą:

    Anna: Zwierzęta to dobroć w czystej postaci. Spontaniczność, intuicja, emocje, jakaś prawdziwość – wszystko, to, czego ludziom czasem brak. Myślę, że będąc ze zwierzętami jesteśmy lepsi. Dokładnie tak samo, jak wtedy kiedy czytamy. Książki to też przede wszystkim przeżycia. Od zwierząt można się bardzo dużo nauczyć, obserwowanie ich jest fascynujące. Są psy spryciarze, psy wesołki, psy smutaski, psy melancholijne, nerwusy. I przy okazji całkiem sporo dowiadujemy się o sobie, o innych ludziach. Nie dziwi mnie kompletnie, że pisarze, którzy pracują w emocjach o tym wiedzą.

    Paulina: Ja wyznaję wyższość psów nad ludźmi, w szczególności wyższość Rysia nade mną. Imponuje mi małomównością i nastrojami filozoficznymi, w które popada, przesiadując na parapecie i w spokoju kontemplując przyrodę za oknem. Ja, ofiara współczesnej neurozy, podziwiam jego instynktowną mądrość i to, jak połączony jest z naturą, otoczeniem. Na ogół albo go kocham, albo mu zazdroszczę, albo jedno z drugim. Myślę, że człowiek narobił przez stulecia tak zwanego rozwoju cywilizacyjnego masę idiotyzmów, ale udomowienie psa było jedną z najlepszych, choć także samolubnych – miłość do psów, do innego gatunku istot żywych świadczy, że jest dla nas nadzieja. Wybraliśmy sobie towarzyszy, którzy budzą w nas dobro.

    Na muralu, który właśnie powstał w warszawskim parku Morskie Oko oprócz pisarzy polskich i zagranicznych można podziwiać Miszę – psa Ani, Rysia – Pauliny i Kostasa – psa Doroty pracującej w Big Book Cafe. Są uwiecznione na równi ze Swietłaną Aleksijewicz, Zadie Smith czy niżej podpisaną.

    Aby nie było awantur ze strony kociarzy dorzucę do swojej wyliczanki Małgorzatę Halber i jej sierściuchy. Bo koty to również ważne postaci w życiu niejednego pisarza.

    Małgorzata Halber (autorka „Najgorszy człowiek na świecie” i kołonotatnika „Bohater”)

    Moje koty to rodzeństwo: Buła i Niunia. Amerykanie powiedzieliby „Buła has the looks – Niunia has the brains”. Mieszkam z nimi siedem lat i aż trudno mi w to uwierzyć. Nie miałam wcześniej żadnego zwierzęcia, ponieważ oczywiście wydawało mi się, że jestem nieodpowiedzialna. Tak nieodpowiedzialna, że kiedy już postanowiłam ten stan zmienić wiedziałam, że nie wezmę pojedynczego kota, bo co on ma sam robić w domu? Czekać na mnie? Że musi być rodzeństwo. Znaleźli się z fejsbuka, oczywiście urok młodego Buły mnie urzekł. Nie tylko jest rudy, ale ma też bursztynowe oczy i wyraz twarzy nie zmącony myślą.

    W pisaniu koty nie przeszkadzają, mają do tej czynności najwyraźniej szacunek. Gorzej jest z rysunkiem oraz innymi rzeczami, które robię na studia a które wymagają rozkładania na podłodze węgla, gumki, taśmy, nożyczek. Kiedy prace leżą na podłodze koty natychmiast nanoszą swoje korekty. Interesują się też typografią. Kilka razy siadały na klawiaturze i dziwną kombinacją uruchamiały symulator mowy. To wydarzyło się dwukrotnie, podejrzewam je więc o jakąś tendencję komunikacyjną. Raz też wpisywały do wyszukiwarki „jk.,,,,,”

    Nigdy nie opuściły mojego mieszkania, ponieważ nie chcę narażać ich na stres związany ze zmianą terytorium. Korzystam wtedy z usług firmy Kotexpol, która zajmuje się kotami w domu właściciela, na życzenie może również w tym domu zamieszkać (koty potrzebują nie tylko jedzenia ale też głaskania) i wszystko to za cenę przywiezienia souveniru z podróży. Polecam.

    Rozmawiając z innymi sama zaczęłam zadawać sobie pytanie, w jaki sposób moje zamiłowanie do zwierzaków wpływa na to, kim jestem i co piszę. Oczywiście, nasza tożsamość nie jest od siebie oderwana i wszystko ma znaczenie, kiedy oddajemy kawałek siebie w tekście. Nie jem mięsa od kiedy skończyłam czternaście lat, mieszkałam z kotką Suzi, psem Fazim (ciekawostka: był białym, eleganckim pudelkiem), psem Disco (co to była za modelka, nie lubiła bloków, wróciła na wieś). Od dziewięciu lat jest z nami Lusia. Typowy kundelek zwany przeze mnie dla niepoznaki „rasą warszawską”. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy to obie zaczęłyśmy merdać do siebie ogonami i była to po prostu miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy siedzę pry biurku i pracuję to Lusia leży obok na dywaniku i pilnuje, żebym się nie leniła. Kiedy zaś leżę w łóżku i czytam to Lusia filuje z oddali i czasami wkrada się w nogi, aby zostać moim osobistym termoforem. Zapraszam ją na kolana, kiedy piszę i wtedy wtula się między szyję a ramię. Wyglądamy jak z obrazu „Dama z gronostajem” . Nie wyobrażam sobie, żebym nie rozmawiała z nią czasem o jakiś ważnych sprawach.

    Na koniec apel, achtung, achtung. Jak śpiewała Joanna Krupa „zawsze i wszędzie pies kochany będzie!” (https://www.youtube.com/watch?v=uGEWvOa-s3o) Jest tyle zwierząt czekających na naszą pomoc. Jeśli nie możecie adoptować ze schroniska to chociaż wesprzyjcie zbiórki karmy, koców lub wpłaćcie grosz na jedną z fundacji opiekujących się sierściuchami: https://przytulpsa.pl www.toz.pl www.viva.org.pl Psy czy koty to przecież element naszej kultury i historii. Jak pisał Eric Baratay, badacz zwierząt i filozof, autor „Zwierzęcego punk tu widzenia” żyjemy od setek lat wspólnie i umiemy dostosować swój rytm do ich życia. Jesteśmy często jednością. Również twórczą.

  • „Państwo redaktorstwo”, kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Co pewien czas docierają mnie plotki o tym, czy tamtym pisarzu, polskim czy zagranicznym, że odmawia współpracy z redaktorami. Ma być tak, jak on chce albo wcale. Zawsze podnoszę wtedy brwi w wyrazie zaskoczenia, bo wydaje mi się, że pisarz może sobie tylko w ten sposób zaszkodzić.

    Żeby była jasność – relacja pisarz – redaktor, potrafi być skomplikowana. Pełno w niej kłótni, ciągnących się przez dziesiątki maili sporów, mniejszych i większych pretensji o niezrozumienie tekstu oraz czepialstwo. Przynajmniej ze strony autora (bo tylko taką stronę znam). Ale tylko podczas redakcji tekstu. Bo kiedy dostaję do ręki gotową książkę, czuję tylko głęboką wdzięczność. Zawsze jednak miałem tę obawę, że nie wyraziłem jej wystarczająco. W związku z tym potraktujcie Państwo ten felieton, jako podziękowanie dla wszystkich redaktorów, z jakimi miałem okazje przez te lata pracować. Bo dobry redaktor to skarb i potrafi bardzo pomóc książce. Mam na to trzy dowody.

    Pierwszym redaktorem, z którym pracowałem był Tomasz Zając w wydawnictwie „Czarne”. Przyznam szczerze, narobił się przy „Podpalaczu”. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy otworzyłem zredagowany przez niego tekst, uderzyła mnie fala czerwieni. Skreśleń, poprawek, pytań, uwag. Słowem, tekst wyglądał, jak dyktando ucznia, który nigdy nie miał styczności z językiem polskim, po sprawdzeniu przez nauczyciela. W „Podpalaczu” miałem zresztą kilka swoich ulubionych fragmentów. Takich, które wydawały mi się szczególnie literacko udane. Mówiły coś ważnego o bohaterach, naszej rzeczywistości, ludziach. Wszystkie, ale to dosłownie wszystkie zostały skreślone z jednym dopiskiem – za długie. I wiecie, co? Redaktor miał rację. One były za długie. Powieść traciła przez nie swój rytm. Nie pasowały stylistycznie do reszty tekstu. I koniec końców, nie były też tak odkrywcze. Przy kolejnych powieściach Tomasz Zając nie musiał się już tak napracować (przynajmniej tak to ja pamiętam, może on ma inne zdanie na ten temat). Solidnie odrobiłem lekcję, którą mi przekazał.

    Karolina Macios zajmowała się redakcją „Cieni”. Napisała do mnie po przeczytaniu tekstu. Pogratulowała. Stwierdziła, że bardzo udany i dodała kilka miłych dla autora komplementów. A na koniec zadała jedno pytanie: Dlaczego Mortka nie zrobił pewnej rzeczy? Prychnąłem wtedy pod nosem. Rozgrzałem palce, szykując się do napisania jej długiego, lekko kpiącego maila, w której wytłumaczę jej meandry fabuły, motywacje postaci i dodam kilka wtrętów na temat sztuki pisania kryminałów w ogólności. Ale dłonie zamarły mi nad klawiaturą, bo zdałem sobie sprawę, że odpowiedź na pytanie Karoliny brzmi: bo gdyby Mortka zrobił tę rzecz, książka skończyłaby się po jakichś pięćdziesięciu stronach. Reszta dnia to było kilkanaście wysyłanych w tę i z powrotem maili i gorączkowe rozmowy telefoniczne, podczas których przerzucaliśmy się pomysłami, jak to naprawić. Udało się. Błąd na szczęście nie był aż tak poważny, jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Niemniej gdyby został w tekście, skutkowałby potężną dziurą logiczną. Jedną z tych, których czytelnicy mogliby mi nie wybaczyć.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Spotkanie w wydawnictwie Marginesy. Po raz pierwszy, może drugi opowiadam o pomyśle na swoją nową powieść. Ma być o trzydziestolatkach spędzających wakacje w agroturystyce gdzieś pośrodku niczego, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, o zaginionym dziecku. Od tego czasu minął blisko rok. „Żmijowisko” jest już gotowe i za niedługo trafi do księgarni. Prawdopodobnie jest to najlepsza moja książka. Wtedy, wychodząc z tego spotkania, nie byłem jeszcze pewien tego pomysłu. Dużo myśli mi się kłębiło w głowie. Czułem potencjał, ale jeszcze nie wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Po powrocie znalazłem na skrzynce maila od redaktora Adama Pluszki, który napisał jedną rzecz, jedno krótkie pytanie, jeden mały pomysł, drobny element. Ale to było właśnie coś, czego potrzebowałem. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Chaos zastąpił porządek.

    Opisuję te trzy historie, żeby pokazać, że redaktorzy to nie tylko ludzie, który poprawiają przecinki i błędy ortograficzne. Ich rola w pisaniu książek jest znacznie większa. Pokazują autorowi jego silne i słabe strony, wyszukują błędy fabularne, pomagają na różnych etapach pracy. Dlatego, kiedy skończycie Państwo kolejną powieść, zerknijcie w stopkę, kto był jej redaktorem. Jako mały dowód szacunku dla ich ciężkiej, ważnej i mało zauważanej pracy.

    Wojciech Chmielarz

  • Przedpremierowy fragment „Żmijowiska” Wojciecha Chmielarza

    PROLOG

    Próbowała się zabić dwa razy. Za pierwszym razem wzięła środki nasenne. Całą garść rohypnolu, który popiła wódką. Poczuła się odprężona i cholernie szczęśliwa. Złe myśli same uciekły jej z głowy, chociaż wcześniej oblepiały zwoje mózgowe warstwą czarnej lepkiej smoły. A potem niespodziewanie się przestraszyła. Pobiegła do toalety, obijając się po drodze boleśnie o ściany. Klęknęła przy sedesie i włożyła sobie dwa palce głęboko w usta. Zaczęła wymiotować, a deska klozetowa spadła na nią i uderzyła w potylicę. Kiedy wyrzygała już wszystko, co miała w żołądku, a z jej ust wylewała się tylko pożółkła kwaśna ślina, wróciła do sypialni i zasnęła na szesnaście godzin.

    Za drugim razem to była kwestia impulsu. Luty. Mokro, zimno i ciemno. Długo płakała w ubikacji. Zużyła prawie całą rolkę papieru toaletowego, wycierając łzy z twarzy. W końcu wstała. Przeszła do dużego pokoju. Otworzyła drzwi balkonowe. Owiało ją chłodne powietrze. Przełożyła najpierw jedną nogę przez barierkę, potem drugą. Spojrzała w dół. Pod sobą miała pięć pięter, a na samym dole chodnik wyłożony kostką brukową. Po drodze nic, co spowolniłoby spadanie. Nic, co mogłoby uratować jej życie.

    Mamo?

    Zerknęła za siebie. W balkonowych drzwiach stał Ignaś. Zupełnie zapomniała, że jest w domu. Szybko zeszła z barierki. Serce waliło boleśnie, obijając się o żebra. Przytuliła synka i wbiegła z nim do domu. Zaczęła znowu płakać.

    Pocieszała się, że mały ma dopiero trzy lata. Że nie zapamięta widoku mamy, która planowała się rzucić z szóstego piętra. A potem uświadomiła sobie, że nie zapamięta również Ady. Nie chciała żyć w świecie, w którym jedyne wspomnienia jej syna o siostrze będą pochodziły z opowieści innych ludzi.

    Matki zawsze mówią, że wszystkie swoje dzieci kochają tak samo.

    Matki kłamią.

    Ada zajmowała w jej sercu więcej miejsca niż Ignaś. I chociaż ona miała piętnaście lat, a on tylko trzy, to Kamila wiedziała, że nic już się nie zmieni. Wstydziła się tego. Starała się o tym nie myśleć, ale taka była prawda.

    To dziecko ukształtowało całe jej dorosłe życie. Pojawiło się, kiedy ona, zaledwie dwudziestojednoletnia studentka, raz zaszalała bez zabezpieczenia. Pamiętała swój strach, kiedy najpierw na teście pojawiły się dwie kreski, a potem wizytę u ginekologa, który potwierdził ciążę. Poradził jej, żeby się cieszyła. Chciała go wtedy uderzyć, bo dla niej to było jak koniec. Zabrakło jej jednak odwagi, żeby zapytać o skrobankę.

    Potem poczuła, jak rośnie w niej życie. Pierwsze ruchy w jej macicy. Nieśmiałe, później coraz silniejsze kopnięcia, bolesny poród, bo lekarz idiota nie chciał dać znieczulenia, i wreszcie najpiękniejszy na świecie zapach świeżo urodzonego dziecka i kolejne bóle, kiedy wyrzucała z siebie łożysko. Małżeństwo z chłopakiem, który tak naprawdę nie dorósł do tego, żeby być ojcem, ale przynajmniej bardzo się starał. Ciasne mieszkanko, żebranie po znajomych o meble i ubranka, siedzenie po nocach z płaczącym z powodu kolki dzieckiem i równoczesne uczenie się do sesji. Ciągła obawa o pieniądze. Fuchy łapane, gdzie tylko się da. Pomoc przyjaciół i rodziny. Potem pierwsze wakacje we trójkę. Praca, mała stabilizacja. Lepsza praca. Kredyt. Nawet udało się go przewalutować, zanim było za późno. Większe mieszkanie. Samochód.

    Ignaś przybył na gotowe. Od początku miał własny pokój, niewielki, bo z przerobionej kuchni, którą przenieśli do dużego pokoju, łącząc z salonem. Mieli pieniądze. Mniej, niżby chcieli, ale więcej niż kiedyś. Nawet pięćset złotych dostali, chociaż spokojnie daliby sobie radę bez.

    Kochała go. Był jej małym pięknym synkiem.

    Ale nie aż tak jak córkę.

    Ady już nie było. Zniknęła. Rozpłynęła się w ciemnościach letniej nocy. Pozostawiła po sobie ogromną dziurę. Kamila była przekonana, że nigdy nic jej nie wypełni.

    Myliła się.

    Wypełnił ją, aż po same brzegi, matczyny ból po straconym dziecku.

  • „Lany poniedziałek”, świąteczne opowiadanie kryminalne Wojciecha Chmielarza

    1.

    Są takie chwile w życiu policjanta, kiedy człowiek żałuje, że skończył się PRL. Ten czas, kiedy to co wydarzyło się na komisariacie, zostawało na komisariacie. Jak na przykład wszystkie te niemiłe chwile, ostre słowa i wybite zęby. Jasne, Niemojski znał historię. Wiedział, że Rosjanie, SB, opozycja, kartki i Jan Paweł II. Ale każdy funkcjonariusz raz na jakiś czas chce po prostu komuś bezkarnie przyłożyć w imię wyższego dobra. Teraz przydarzyło się to jemu.

    Siedząca przed nim kobieta miała trzydzieści jeden lat. Krótkie blond włosy, jasną cerę pokrytą delikatnym, ledwo widocznymi piegami i niebieskie oczy. Usta pomalowała lśniącą pomadką. Wyglądała jak laleczka. Ale nie taka, którą człowiek boi się dać własnej córce, bo jeszcze wyrośnie na prostytutkę, ale taka normalna. Spokojna. Grzeczna zabawka dla grzecznej dziewczynki. Niemojski jednak nic nie mógł poradzić na to, że nieustannie wyobrażał ją sobie, kiedy leje ją policyjną tonfą po twarzy, patrzy, jak te lśniące usteczka wybuchają krwią, a policzki zabarwiają na fioletowo siniaki.

    To nie było tak, że sprawiało mu to przyjemność. Czuł rosnące obrzydzenie do siebie z każdą nową myślą, każdym nowym obrazem. Ale nie potrafił przestać.

    – To był wypadek – odezwała się kobieta.

    I ten jej głos. Taki łagodny, miękki. Po prostu absolutnie przyjemny. Chciałoby się położyć głowę na jej kolanach, słuchać, jak czyta coś tak pasjonującego jak książka kucharska czy poradnik posiadacza Fiata 125p. i błogo zasnąć.

    – Takie rzeczy się zdarzają – powiedziała.

    – Jakie rzeczy?

    – Wypadki.

    Policjant pomasował się po czole. Czuł lekkie łupanie w czaszce. Nie wiedział, czy to wynik zmęczenia, wkurzenia, a może miał po prostu kaca po wczorajszym świętowaniu wielkiej niedzieli. Przyszedł szwagier, trzeba było wyciągnąć browary, potem flaszkę, rodzinne spotkanie się przeciągnęło do późnych godzinnych nocnych. Pilnował się, żeby za dużo nie wypić, ale nie do końca mu się to udało. Najgorsze było jednak to, że szwagier ze swoimi dzieciakami, a miał ich trójkę, wyczyścili mu niemal doszczętnie lodówkę. To oznaczało, że we wtorek czeka ich kolejna wyprawa na wielkie zakupy. Niezaplanowana w ich budżecie. A ten był napięty. Każdy miesiąc miał rozplanowany niemal co do złotówki i każdy nowy wydatek powodował niemalże fizyczny ból.

    – Chciałabym się zobaczyć z dzieckiem.

    Podniósł na nią wzrok. Zmarszczył brwi.

    – Powinnam być przy nim. W szpitalu. Bo jest w szpitalu, prawda?

    – Tak – powiedział głucho – Jest w szpitalu.

    – Chcę do niego jechać.

    Podrapał się po brodzie.

    – Raczej nie.

    – Jestem aresztowana?

    – Zatrzymana – poprawił ją.

    – Co to za różnica?

    – Pani sobie sama sprawdzi – powiedział, wstając od stołu.

    – Co takiego? Pan powinien mi to wyjaśnić! – krzyknęła, kiedy szedł w stronę drzwi – Proszę wracać! Proszę mi to wyjaśnić! Chcę się zobaczyć z mężem! Gdzie pan idzie?! Co się do cholery dzieje!?!

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    2.

    Niemojski przeszedł do swojego pokoju. Tam już przy biurku, na swoim miejscu, pracowała podkomisarz Jolanta Onyszko. Ruda Jola, jak na nią wszyscy wołali. Prawdopodobnie najbardziej atrakcyjna policjantka w Gliwicach i kto wie, czy nie w całym garnizonie Śląskim. I to pomimo tego, że jeśli ktoś pytał o jej wiek, to słyszał o trójce z przodu. Były w garnizonie młodsze. Nie było ładniejszych.

    Usiadł ze stęknięciem na krześle i sięgnął po leżącego na biurku papierosa elektronicznego. Wsadził go sobie do ust i włączył.

    – Nie powinieneś palić – odezwała się Onyszko.

    – To elektryk.

    – Wiem. Ale to nie do końca tak, że on jest zupełnie zdrowy. Janek mówi, że nie przebadano ich tak gruntownie, więc tak naprawdę nie wiadomo, jaki mają wpływ na twoje zdrowie. Co te wszystkie liquidy robią z twoimi ustami, zębami, dziąsłami.

    Mąż Joli był dentystą. Prowadził prywatny gabinet, gdzie przyjmował większość miejscowych policjantów, oferując im zresztą ładne rabaty. Pomimo tego, Niemojski był pewien, że nie wychodził na tym źle. Jola nie musiała się więc w ogóle przejmować wysokością własnej pensji. Wystarczyło, że zarabiała akurat tyle, że starczyło jej na kosmetyki i benzynę do nowej toyoty, która stała na parkingu.

    Zaciągnął się głęboko i wypuścił dym z płuc białą, lekką smugą, która zaraz się rozwiała.

    – Muszę zapalić, bo ocipieję – stwierdził.

    – Ciężka sprawa? – rzuciła.

    – Chyba tak – mruknął – Nie wiem, dlaczego mnie to siekło.

    – Pewnie dlatego, że sam masz dziecko.

    – No – mruknął.

    Jego syn miał ponad rok. Kochał malca, ale to on był główną przyczyną ich problemów finansowych. Nie wiedział, że pieluchy, mleka, odżywki, witaminy, maście, deserki, ubranka, że to wszystko tyle kosztuje. Póki byli z żoną sami, nawet nieźle im się wiodło. Starczyło do pierwszego i zostawało jeszcze tyle, że dało się wyjść do kina, do knajpy, pojechać gdzieś. Nie żeby żałował. To nie było to. Krzysiu to był jego syn. Potomek. Facet, z którym za kilka lat będzie grał w piłkę, chodził po górach, ćwiczył sporty walki, uczył, jak się podrywa laski. Ale czasami, tak po prostu, po ludzku tęsknił za czasami, kiedy było pod pewnymi względami trochę łatwiej. I musiał przyznać, że Jola trafiła w sedno. Tak, siekło go dzisiaj dlatego, że sam miał dziecko.

    – Pojebane to jest – stwierdził.

    – Jest – zgodziła się.

    Zastanawiał się, co ona o tym myśli. Co prawda nie miała dzieci, ale wiedział, że od kilku lat próbuje z mężem zajść w ciążę. Facet pochwalił się tym po pijaku na jednej imprezie. Ale nic z tego nie wychodziło. Z nią lub z nim musiało być coś nie tak, ale Niemojski nie wnikał bliżej. To nie była jego sprawa.

    Oboje z Rudą Jolą pełnili dyżur drugiego dnia świąt Wielkanocnych. Wtedy był zawsze spory ruch, ale rzadko coś poważnego. Najczęściej jacyś podpici nastolatkowie przesadzali z wiadrami z wodą, a potem przerzucali się z psikawek na pięści i okazjonalnie na ostre przedmioty. Tym razem jednak było inaczej.

    – Pokaż mi to jeszcze raz – poprosił.

    Ruda Jola westchnęła cicho i spojrzała na niego ciężko. Potem kliknęła kilka razy myszką i przywołała go ruchem dłoni. Niemojski stanął tuż za nią z założonymi rękoma i wzrokiem wbitym w migoczący delikatnie ekran monitora. Po chwili pojawił się na nim obraz z kamery. Wszystko kręcone było z ręki. Centralną postacią był mały chłopiec. Mógł mieć sześć lub siedem lat. Bardzo ładne dziecko. Okrągła buzia, kędzierzawe blond włosy, wielkie niebieskie oczy. Urodę odziedziczył po matce.

    – Today is prima aprilis. Today we have traditional waterfights in Poland. Do you want to suprise daddy, Patryk? – usłyszeli z offu miękki, przyjazny głos kobiety. – Do you want to?!

    – Tak! Tak!

    – In English, please.

    – Yes, yes!

    – So lets do it! – powiedziała radośnie kobieta.

    Przez chwilę na ekranie mogli zobaczyć jej dłoń, kiedy wręczała synowi pistolet na wodę. Wcześnie nacisnęła spust, żeby pokazać, że faktycznie strzela płynem. Chłopiec chwycił ją radośnie, mocno w obie ręce.

    – Do the James Bond, please? – powiedziała kobieta.

    Chłopiec zmarszczył brwi, potem uśmiechnął się szeroko i przybrał pozę, jak angielski szpieg w jednym z filmów z Rogerem Moore’em.

    – Ok. So let’s go!

    Póki co wszystko wyglądało prawie normalnie. Matka kręciła śmieszny filmik, jak razem z dzieckiem zaskoczą ojca i obleją go wodą. Dziwne było to, że sama się na nim nie pojawiała. Oraz to, że mówiła do syna po angielsku, ale z drugiej strony Niemojski wiedział, że niektórzy rodzice tak robią. Chcą, żeby latorośl w ten sposób naturalnie nauczyła się drugiego języka. No i przede wszystkim, nie było w tym niczego, co byłoby niezgodne z prawem.

    Chłopiec z pistoletem skradał się po schodach. Matka z kamerą szła za nim. Obraz lekko podskakiwał i bujał się na boki. Co kilka kroków chłopiec przystawał, obracał się do mamy i przykładał palec do ust, dając jej znak, żeby była cicho. Jego oczy śmiały się radośnie.

    Podeszli do drzwi do jakiegoś pokoju. Chłopiec podniósł pistolet, a drugą dłonią chwycił za klamkę. Ułamek sekundy później, drzwi otworzyły się gwałtownie. Wysunęła się z niej jakaś męska ręka, chwyciła chłopca za głowę i wcisnęła ją do miski z wodą.

    – And how do you like prima aprilis now! How do you like?! – krzyczał głośno mężczyzna. Jego głos był radosny, podniecony.

    Chłopiec zaskoczony upuścił psikawkę. Machał ramionami. Próbował wydobyć twarz z miski szarpiąc się całym ciałem, ale nie był w stanie. Mężczyzna, jego ojciec mocno go trzymał.

    – Look! He is fighting! Like a fucking fish! Fight my boy! Fight! – zachęcał go entuzjastycznie mężczyzna.

    Ale chłopiec nagle gwałtownie opadł z sił. Jego ciało zwiotczało. Padł jak długi na ziemię z głuchym, nieprzyjemnym łupnięciem. Sam ten dźwięk sprawił, że policjant poczuł się tak, jakby ktoś go uderzył w brzuch. Ruda Jola odwróciła głowę do ściany, nie chcąc patrzeć na monitor.

    – Kurwa! – krzyknęła kobieta – Coś ty narobił?!

    – Ja?! Przecież… Przecież… Kurwa! Patryk, Patryk! Wstawaj, kurwa, chłopie!

    Kamera wypadła kobiecie z dłoni. Jeszcze przez chwilę na ekranie widoczny było nieprzytomne ciało chłopca, a potem film się skończył.

    3.

    Ojciec był wysoki, owłosiony i czarnowłosy. W niczym nie przypominał leżącego w szpitalu syna. Niemojski przez chwilę zastanawiał się, czy mały Patryk w rzeczywistości był jego synem. Jeśli nie, to mogło coś tłumaczyć. Niewiele, ale przynajmniej odrobinę. Nadać temu całemu zdarzeniu przynajmniej pozory sensu.

    Ratownicy, którzy przyjechali na miejsce (tyle dobrego, że rodzice wezwali pogotowie), a po nich lekarze ze szpitala na Kościuszki byli zgodni. Chłopiec prawie utopił się w cholernej misce wody. Do tej pory był nieprzytomny. Samodzielnie oddychał, ale trudno było stwierdzić, czy jego mózg nie został uszkodzony. A jeśli tak, to w jakim stopniu.

    – Może będzie warzywkiem – powiedział starszy lekarz, z którym rozmawiał Niemojski – Może nic mu nie będzie. Z mózgiem to w ogóle jest ciężka sprawa. A z takim młodym, to już w ogóle. Taki to potrafi cholernie zaskoczyć. Bądźmy dobrej myśli.

    Rodzice twierdzili, że podtopienie to skutek wypadku podczas kąpieli. Ratownicy nie za bardzo wierzyli. Kąpiel, w środku dnia? Nawet w lany poniedziałek nie brzmiało to przekonująco. Do tego oboje rodzice dziwnie się zachowywali. Nieustannie na siebie zerkali, jakby szukali nawzajem potwierdzenie swoich słów. Bardziej zainteresowani byli sobą niż dzieckiem. Jeden z ratowników uznał, że coś jest nie tak. Zawiadomił policję. Funkcjonariusze, którzy przyjechali na miejsce znaleźli kamerę. Dalej wypadki potoczyły się już same.

    – To był pomysł mojej żony – powiedział mężczyzna, kiedy Niemojski usiadł naprzeciwko. Policjant skrzywił się lekko dostrzegalnie. Jeszcze nie zdążył zadać żadnego pytania, a facet już

    zaczął wszystko zwalać na małżonkę.

    – Co było pomysłem żony? – zapytał.

    – Ten prank.

    – Prank?

    – Dowcip. W internecie. Na filmiku. To się nazywa prank.

    – Dowcip? – powtórzył policjant, ostrożnie obracając w głowie to słowo – Prawie utopiliście własne dziecko dla dowcipu?

    – Nie chcieliśmy, żeby mu się coś stało. To miało być jak na Boże Narodzenie. Świetnie się to wtedy klikało.

    – Co takiego się klikało?

    Mężczyzna zaczął się niespokojnie wiercić na krześle. Koszulka pod jego pachami była zupełnie mokra od potu. Czy te zewnętrzne oznaki zdenerwowania, być może pewnej skruchy sprawiły, że Niemojski nie czuł do niego tak silnego obrzydzenia i nienawiści jak do znajdującej się w innym pokoju matki Patryka?

    – Powiedzieliśmy mu, że był niegrzeczny i że święty Mikołaj nie przyniósł mu prezentów. Tylko rózgę. Zaczął wtedy strasznie krzyczeć, płakać, rzucił się na ziemię…

    – Nakręciliście to?

    – No, jak to miało pójść na youtube’a, to jasne, że nakręciliśmy.

    Niemojski pracował na policji od ponad dziesięciu lat. Naoglądał się strasznych rzeczy. Nawet nie chodziło o ofiary zabójstw, przemocy. Zwykły śmiertelny wypadek drogowy potrafił zostawić potężny ślad na psychice, wryć się w mózg i śnić się po nocach. Ale to było coś nowego. Coś dziwnego. Niby błahego, ale równocześnie czuł, że to bardzo złe. Z jakiegoś powodu pomyślał, że gorsze niż uderzenie w twarz.

    – Powiedzieliście dziecku, że święty Mikołaj przyniósł mu rózgę, żeby się popłakał, żebyście wy mogli to nagrać i wrzucić do internetu? Na youtube’a?

    – Ale potem dostał swój prezent!

    – Chryste…

    – Przecież nic mu się nie stało! To był tylko dowcip! Nic wielkiego! Ludzie chcieli to oglądać!

    – Chcieli oglądać płaczące, zrozpaczone dziecko?

    Mężczyzna pobladł. Przełknął ślinę.

    – To było śmieszne – powiedział niepewnie.

    – Naprawdę? A widzi pan, żebym się śmiał?

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    4.

    – Znalazłaś to?

    Ruda Jola kiwnęła głową. Niemojski zaciągnął się po raz ostatni i rzucił elektronicznego papierosa na blat swojego biurka. Przysunął sobie krzesło, żeby usiąść przy koleżance.

    – Ile tego jest? – zapytał.

    – Na oko? Kilkadziesiąt.

    – Przeglądałaś je?

    – Trochę – przyznała niechętnie.

    Poprawiła włosy, które opadły je na oczy, a potem wyciągnęła się na krześle. Policjant dał jej czas, żeby ułożyła sobie myśli w głowie.

    – Pierwszy filmik jest dość niewinny. Głupi, ale niewinny.

    – To znaczy?

    – Dzieciak uczy się jeździć na rowerze. Dumna mama to kameruje. Ojciec puszcza dziecko. Chłopak jedzie. Cieszy się jak głupi, że złapał równowagę i nagle uderza w słup, jakby w ogóle go nie widział. Spada z roweru, wali się jajkami o ramę, płacze, wyje, woła mamę.

    – To jest niewinne?

    Potarła palcami czoło.

    – W tym sensie, że go nie zepchnęli z tego roweru. To był wypadek.

    Pokiwał głową.

    – Co było dalej?

    – Eskalowało. Zamieszczają tutaj różne filmiki. Kiedyś rozbili wazon i zwalili to na dzieciaka. A potem nagrywali, jak najpierw się próbuje tłumaczyć, potem zaczyna płakać. Albo jak mu dali pączka z nadzieniem z majonezu i nagrali jego reakcję. Niszczenie zabawek niby za karę. Wyzywanie pod byle pretekstem. Byleby tylko się rozpłakał. Tak zresztą nazwali swój kanał: Cryingkid. Płaczący dzieciak.

    – Kurwa… I ktoś chce oglądać takie rzeczy?

    – Mieli ponad trzysta tysięcy stałych subskrybentów. Na całym świecie. Dlatego mówili do niego po angielsku, żeby mieć większą publiczność. Wyobrażasz to sobie? Jakie to musiało być dla tego chłopca przerażające? Żyć z dnia na dzień w nieustannej obawie, że rodzice, ludzie, którym powinieneś bezgranicznie ufać, którzy powinni cię bezwarunkowo kochać, mogą w każdej chwili wpaść na jakiś pomysł na kolejny głupi kawał i zacząć się nad tobą psychicznie znęcać!? Szlag, mamy już w tym kraju w końcu przepisy przeciw mobbingowi w miejscu pracy, bo nawet dorośli nie dają sobie z czymś takim rady, a oni robili to dziecku! Wiesz, co jest w tym najgorsze?

    – Co takiego?

    – Że on pewien w sposób nawet nie zdawał sobie sprawy, że coś jest nie tak. Pewnie był przekonany, że tak właśnie powinno być.

    – I to wszystko dla sławy – powiedział głucho Niemojski.

    – I pieniędzy. Każdy filmik miał co najmniej pod milion wyświetleń.

    – Ile na tym zarabiali?

    – Co najmniej kilkaset złotych za filmik. Może kilka tysięcy.

    – Sporo.

    – Dziecięce łzy najwyraźniej dobrze się sprzedają.

    5.

    Wracał z pracy późną nocą. Ale nie pojechał od razu do siebie. Zamiast tego udał się na dalekie przedmieścia Gliwic. Stanął przed domem rodziców Patryka i wysiadł z samochodu. Przez chwilę przyglądał się stojącemu przed nim budynkowi. Ładny, jednorodzinny domek wybudowany ledwo kilka lat temu. Z zadbanym ogródkiem i huśtawką z tyłu. Nikt nigdy nie domyśliłby się, że może się tutaj dziać coś złego.

    – Czego pan tu szuka? – odezwał się ktoś za jego plecami.

    Odwrócił się powoli i ujrzał przed sobą pięćdziesięcioletnią kobietę z owczarkiem niemieckim na smyczy.

    – To nie pani sprawa.

    – Może moja – powiedziała wojowniczo.- Proszę sobie stąd pójść albo zadzwonię po policję.

    Sięgnął powoli do kieszeni i wyciągnął służbową legitymację. Kobieta zmrużyła oczy, żeby dobrze się jej przyjrzeć w miękkim świetle pobliskiej latarni, a potem odetchnęła głęboko z ulgą.

    – Pan wybaczy, ale bałam się, że to jakiś włamywacz. A tam teraz nikogo nie ma… – przerwała w połowie, jakby właśnie coś jej przyszło do głowy – Ale pan pewnie o tym wie. Co tam się wydarzyło?

    – Nie mogę powiedzieć.

    – Coś z dzieckiem, prawda? – powiedziała – Widziałam, jak go karetka zabierała. Ale to na pewno nie ich wina. Bo to dobrzy rodzice są. Ten chłopiec to zadbany chodził. Dobre ubrania miał. No i wszystko mu kupowali. Konsolę, rowery, deskorolkę, no wszystko, czego mógłby chcieć.

    Pokiwał głową i ruszył do samochodu. Zanim do niego wsiadł, odwrócił się jeszcze po raz ostatni do kobiety z wilczurem.

    – Niektórzy w ten sposób zagłuszają wyrzuty sumienia.

    W domu był po północy. Wszedł cicho, bo wszyscy już spali. Jego bolała głowa, ale wiedział, że teraz nie zaśnie. Chciał się napić piwa. Otworzył lodówkę, ale wtedy przypomniał sobie wczorajszą wizytę szwagra i fakt, że lodówka jest równie pusta, jak jego portfel. Nalał sobie tylko wody do szklanki. Poszedł do sypialni. W dziecięcym łóżeczku, ustawionym tuż obok ich, spał jego syn. Przyglądał mu się długo w milczeniu. Na to, jak oddycha, jak rzuca nóżkami przez sen i co pewien czas coś mamrocze. Pomyślał o Patryku, który w tym samym momencie leżał w szpitalnym łóżku. Pewnie gdyby nie ten dzisiejszy wypadek, nigdy nie dowiedzieliby się, co rodzice mu robili.

    Kilkaset złotych, może kilka tysięcy. Za każdy filmik, a tych mieli kilkadziesiąt. Mimowolnie robił w głowie obliczenia. Dobre pieniądze, uznał. Szkoda, że zdobyte kosztem syna. Ale też nie każde takie nagranie musi krzywdzić dziecko, uznał. Można wrzucać śmieszne rzeczy, które nikogo nie ranią.

    Usłyszał, że jego żona się przebudziła. Wstała z łóżka. Stanęła obok niego i przytuliła się do jego ramienia. Pachniała snem i ciepłą pościelą.

    – O czym myślisz? – zapytała.

    Dziecko w łóżeczku przewróciło się właśnie na jęknięciem na bok i zamachało rączkami, jakby odganiało od siebie muchę. Niemojski nie był chciwy. Nie posunąłby się tak daleko. Kilkaset złotych. Nawet dwieście. Tyle by wystarczyło.

    – Zastanawiam się, czy nasz syn potrafi zrobić coś zabawnego – powiedział.

    Koniec

  • „Mój pierwszy raz”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pierwsza wizyta na zagranicznych targach książki. Pierwsza w charakterze autora. Udział w panelu, dyżury autorskie. Moja wizyta w Paryżu trochę była przygodą, trochę powrotem do przeszłości

    Przed wyjazdem do stolicy Francji mówiono mi kilka razy, że odbywają się tam najpiękniejsze targi książki w Europie. Jestem gotów się z tym zgodzić. Zorganizowano je w halach Porte de Versailles, miejscu przyjemnym, dobrze skomunikowanym i przestronnym. Powierzchnia wystawowa jest naprawdę ogromna. Główne aleje między stoiskami są bardzo szerokie. Ale i tak w godzinach szczytu potrafią się porządnie zakorkować. Bo tutaj dochodzimy do kolejnej kwestii – widownia. Na targach pojawiłem się w piątek późnym popołudniem. Wtedy było w miarę spokojnie. Mogłem spokojnie się przejść z jednego końca na drugi, pooglądać, zorientować się w topografii hali. W sobotę było już ciężko. Przejście około dwustu metrów od stoiska mojego wystawcy Agullo Editions do stoiska polskiego potrafiło mi zająć kilkanaście minut. Kolejki do najpoczytniejszych autorów potrafiły się ciągnąć, ciągnąć, a potem zawijać kilkukrotnie niczym wąż. Obok stali ochroniarze pilnując, żeby nikt się nie przepychał. Jasne, nie jest to nic, czego byśmy nie widzieli już w Polsce w Krakowie czy Warszawie (być może za wyjątkiem ochroniarzy). Ale i tak robiło wrażenie. Szczególnie zaimponowali mi fani mało w Polsce znanej autorki belgijskiej Amelie Nothomb. Stali grzecznie godzinami i w piątek, i w sobotę. Ale podobno ta pisarska cieszy się w krajach francuskojęzycznych ogromnym powodzeniem. Łącznie targi odwiedziło około 3000 twórców.

    Paryż, fot: www.unsplash.com/Anthony DELANOIX

    W Paryżu widać też było pieniądze. Takie, których na żadnych targach w Polsce chyba nigdy nie zobaczymy. Państwa arabskie: Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Arabskie (miasto Szardża było zresztą gościem specjalnym targów) wynajęły łącznie chyba z połowę ogromnej przecież hali. Szkoda, że w gruncie rzeczy niewiele się tam działo, a i sami Francuzi rzadko tam zachodzili. Czasami miałem wrażenie, że mieszkańcy tych krajów zrobili sobie własne, osobne targi dla samych siebie. Zupełnie inaczej wyglądało to na stoisku urządzonym wspólnie przez kilka krajów afrykańskich. Pomimo tego, że znajdowało się na końcu terenu, nieustannie przewalały się przez nie tabuny ludzi. Każda dyskusja, każde spotkanie z autorem mogło liczyć na sporą widownię. Była tam autentyczna i ogromna energia. A Polska? Na ogólnym tle stoisko wypadło bardzo przyzwoicie. Skromne, ale w niezłym miejscu i z kilkoma ciekawymi wydarzeniami. Szczególnie atrakcje kierowane do dzieci cieszyły się sporym zainteresowaniem. Do tego dość duży wybór książek polskich autorów. I tych przetłumaczonych już na francuski i tych w naszym języku. No i na koniec jeszcze jeden obrazek. Swoje stoisko miała również firma Sony, która promowała tam konsolę do gier Playstation 4. Pierwsze zdziwienie – fakt, że ktoś z firmy uznał, że powinni tam być. Drugie zdziwienie, to forma. Konsola była tylko jedna. Całą resztą powierzchni zajmowały książki z ilustracjami do gier (tzw. artbooki).

    Sam czułem się tam, jakbym się cofnął w czasie o kilka lat i znowu znalazł się na początku pisarskiej kariery. Siedziałem grzecznie na dyżurach autorskich i tęsknie spoglądałem w mijającym mnie tłum próbując wyłowić z niego chociaż jedną osobę, która byłaby zainteresowana moimi książkami. Okej… W ogólny rozrachunku nie było tak źle. Kilkanaście książek podpisałem, udzieliłem dwóch wywiadów, wziąłem udział w bardzo ciekawym panelu z autorami z Węgier i Rosji. Umówiliśmy się też wstępnie na trasę promocyjną przy okazji promocji francuskiego wydania „Farmy Lalek”. Było więc mniej więcej to, czego się spodziewałem. Normalna, mozolna ciężka praca i budowanie krok po kroku własnej popularności. Ale widziałem różnicę w porównaniu z chociażby ostatnimi targami w Warszawie, po których autentycznie bolał mnie nadgarstek. Oczywiście, takich autorów jak ja, było wielu. Przechadzając się po hali targowej bezbłędnie ich rozpoznawałem. Lekko znudzone twarze, na których odmalowywała się nadzieja, kiedy tylko nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. A potem wracało na nie znudzenie, kiedy uśmiałem się przepraszająco i szedłem dalej. Tak naprawdę, to miałem ochotę ich przytulić i powiedzieć, że wiem, co czują.

    Zakończę małą sensacją, którą żyły targi w momencie, kiedy tam przyjechałem. W czwartek odwiedził je prezydent Emanuel Macron. Odmówił jednak wizyty u gościa honorowego targów. Stwierdził, że jest wielkim miłośnikiem literatury z tamtego kraju, ale z powodu zachowania się tamtejszych władz musi zbojkotować stoisko. Tym krajem była Rosja.

    Wojciech Chmielarz

  • „Polski kryminał w ślepej uliczce”, lutowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Umówmy się, to są wszystko przesłanki. Zebrało się kilka rzeczy, myśli po głowie, własnych obserwacji i całkiem prawdopodobne, że mocno się mylę. Ba! Chciałbym się mylić i mam nadzieję, że ktoś mi to zaraz udowodni. Ale powiem krótko – dobry czas dla polskiego kryminału właśnie się kończy. Zaczyna się kryzys.

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie plebiscyt na najlepszą książkę 2017 lubimyczytac.pl., a później tekst Bartosza Szczygielskiego, który zresztą pojawił się na tych samych łamach. Zacznijmy od plebiscytu. Oczywiście, rozumiem wszystkie wątpliwości, które wyrażają czytelnicy. Jak to, czy da się wybrać najlepszą książkę w drodze głosowania. Ale zostawmy to na boku. Plebiscyt lubimyczytac.pl ma jedną podstawową zaletę – jasne zasady. O nominacji decyduje popularność danej książki w serwisie. Im więcej czytelników, tym większa szansa na jej zdobycie. W kategorii „Kryminał, sensacja, thiller” na dwadzieścia tytułów, mamy tylko trzy książki polskich autorów. Trzy na dwadzieścia! Dla porównania w kategoriach „Literatura fantastyczna” oraz „Science fiction” wygląda to dużo lepiej. Kolejno osiem i siedem powieści z Polski. I jasne. To tylko plebiscyt. I oczywiście, to może być kwestia gorszego roku, bo przecież w poprzedniej edycji wyglądało to dużo lepiej. Ale wpisało się to jakoś mocno w moje niewesołe od pewnego czasu przemyślenia na temat kondycji gatunku w Polsce.

    W wywiadach często pyta się mnie, czy istnieje coś takiego, jak polska szkoła kryminału. Odpowiadam szczerze, że według mnie „nie”. A przynajmniej ja jej nie widzę. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, naszą specyfiką, było skupienie się na historii, tworzenie powieści w stylu retro, ale to już minęło. I jak miałem zastrzeżenie do tej mody, to nie mam wątpliwości, że to było coś naszego i własnego. Że takiemu Krajewskiemu i Wrońskiemu udało się wypracować własny, spójny język do tego, żeby opowiedzieć kilka ciekawych rzeczy o naszej historii. Teraz natomiast nie jestem w stanie wskazać jednego elementu, który wyróżniałby twórczość autorów znad Wisły od twórców z innych krajów. Coś, co sprawiłoby, że można by stawiać przy książkach kolejnych autorów pieczęć z napisem „polska jakość”, podobną do tej, jaką wypracowali sobie Skandynawowie.

    www.unsplash.com/Evan Kirby

    Od dawna też czekam na polską powieść kryminalną, która mnie szczerze zaskoczy i zachwyci. Taką, którą będziemy sobie (my nawzajem, ludzie z branży) polecać. Którą przeczytam, odłożę z poczuciem zazdrości i pomyślę, że nie wiedziałem, że tak też można pisać. W ostatnim czasie najbliżej tego była Anna Kańtoch z „Wiarą”, ale to ciągle nie było to. Bardzo ciekawy był „Król” Szczepana Twardocha, ale w tym przypadku nikt nie miał odwagi przyznać, że jest to powieść gatunkowa. Ale jako opowieść gangsterska „Król” się bronił właśnie najlepiej. Dzięki temu, że zaatakował ten wyeksploatowany temat z zupełnie innej strony, był świeży, intrygujący.

    Beata Stasińska, była szefowa wydawnictwa WAB, kobieta, która ma niewiarygodne zasługi dla polskiej literatury w ogólności, a polskiego kryminału w szczególności (czy ten cały boom nie zaczął się przecież od Mrocznej Serii?), napisała na Facebooku, że ciągle nie doczekaliśmy się polskiego Mankella i Rankina. Nie uważam, żeby to było właściwe postawienie problemu. Prawdziwym kłopotem jest to, że nie mamy nikogo, kogo można by postawić obok tej dwójki. Nie jako ich nasz krajowy odpowiednik, ale jako równorzędny partner, który równie dużo wniósł do gatunku. Potencjał, żeby stać się kimś takim miał Zygmunt Miłoszewski. I może, jeśli kiedyś wróci do kryminału, uda mu się to osiągnąć.

    Podsumowuję sobie w głowie te wszystkie wątki i nie potrafię się pozbyć wrażenia, że polski kryminał trochę znalazł się w ślepej uliczce. Jasne, ciągle ukazują się kolejne książki. Co więcej, często są to dobre lub bardzo dobre powieści. Ale osobiście nie widzę postępu. Czegoś nowego, ekscytującego, ważnego. Być może plebiscyt lubimyczytac.pl, te nieszczęsne trzy pozycje na dwadzieścia, to dowód na to, że zaczynają to dostrzegać również czytelnicy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Betatesterzy”, styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Betatesterzy, osobiście wydaje mi się, że to dość wulgarne określenie. Osobiście wolę sformułowanie – pierwsi czytelnicy, ale już mniejsza z tym. Chodzi mi o te szalenie istotne w procesie powstania książki osoby, które jako pierwsze dostają często surową, niezgrabną wersję dzieła i poświęcają swój czas, żeby je przeczytać, a potem wysłać autorowi swoje uwagi. Dzięki czemu Wy państwo dostajecie dzieło dojrzalsze, pozbawione największych błędów i po prostu lepsze. Mam wrażenie, że za mało się mówi o tych ludziach w dyskusjach o książkach. Dlatego poświęcam im swój dzisiejszy felieton. I napiszę, dlaczego nie korzystam z ich pomocy.

    Z mojej perspektywy betatesterzy popełniają jeden, zasadniczy i dyskredytujący ich błąd. Uważają, że naprawdę interesuje mnie ich opinia na temat mojej książki. Żeby była jasność. Rozumiem, skąd się bierze to nieporozumienie. Zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej wynika ono z mojej, jako autora, winy. Piszę do kogoś. Proszę o przeczytanie mojej nowej powieści. Zaznaczam, że to pierwsza wersja i, fakt, mój błąd, proszę również o przesłanie uwag na jej temat. Każdy mógłby się pomylić i wziąć to na poważnie. Tymczasem w moim przypadku jest to pewien zwrot grzecznościowy. Coś jak „nie przejmuj się, możesz wejść w butach”, „nie martw, sam to wszystko posprzątam”, „nie, nie musisz odwiedzać mnie w szpitalu” i tym podobne rzeczy, które mówimy, spodziewając się, że osoba, do której się zwracamy zachowa się dokładnie na odwrót. I będziemy cholernie zaskoczeni, kiedy zrobi dokładnie to, o co ją prosimy.

    Tymczasem moje oczekiwania odnośnie betatesterów są krótkie i dość, zawsze miałem wrażenie, oczywiste. Betatesterzy mają mi po prostu napisać, jaką wspaniałą powieść napisałem. Koniec, kropka. Nawet nie muszą jej czytać. Wystarczy, że przekartkują, żeby mniej więcej kojarzyć postacie, kiedy zadam im jakieś pytania na temat treści. Powód takiego zachowania? Prosty. Okres zaraz po skończeniu powieści w moim przypadku jest czasem największej niepewności co do jakości mojej pracy. Nie wiem, czy to co napisałem, jest po prostu dobre. Czy trzyma poziom? Ma sens? Budzi emocje? To są wszystko pytania, na które nie znam odpowiedzi. Może się to wydać Państwu małe i płytkie, ale nie chcę w tym momencie dobrych rad i wskazywania błędów, które popełniłem, ale poklepania mnie po plecach. Powiedzenia, że wszystko jest w porządku. Doskonale to w swoim czasie zrozumiała Marta Guzowska, której w trybie awaryjnym wysłałem „Zombiego” ze stwierdzeniem, że „Nie jestem pewien, czy działa”. Odpowiedziała szybko. Odpowiedziała krótko. To nie jest dokładny cytat, ale jego sens brzmiał właśnie tak: bardzo dobre, działa. To było dokładnie to, czego wtedy potrzebowałem. Nawet jeśli Marta nie przeczytała książki (naprawdę miała mało czasu) to i tak zrobiła kupę dobrej roboty.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Może moja nastawienia do betatesterów wynika z jednego podstawowego faktu – zawsze trafiłem na znakomitych redaktorów. W związku z tym wiem, że etap znęcania się nad tekstem, wskazywania mi wszystkich jego niedoskonałości, pokazywania paluchem błędów logicznych i faktograficznych mnie nie ominie. Czekają mnie tygodnie ciężkiej pracy, sprawdzania niemal wszystkiego punkt po punkcie, upewniania się, że nigdzie nie ma najmniejszej nawet pomyłki. Chociaż te i tak potrafią się prześlizgnąć przez najgęstsze sito.

    Nie wykluczam też, tym razem pisząc już zupełnie poważnie, że robię to źle. Mój kolega Michał Cholewa, znakomity autor science fiction, wysyłał mi fragmenty swoich powieści rozdział po rozdziale i na bieżąco nanosił te zmiany, które uznał za słuszne. Ja nikomu nie pokazuję nie ukończonych książek. Zbyt dużo może się zmienić w trakcie samego pisania, żebym się na to odważył. Dopiero kiedy całość jest skończona i po mojej autorskiej redakcji, jestem gotów się nią podzielić. Ale w tym momencie nie ma już czasu na noszenie innych zmian niż redakcyjne. Styl pracy Michała jest inny. Jest lepiej zorganizowany. Ma to wszystko bardziej przemyślane niż ja. Ma czas i chęć wsłuchać się w ten wielogłos porad na temat swoich powieści. Dodatkowo, mam wrażenie, że mnie betatesterzy rozpraszają. Za dużo czasu spędzałem odpowiadając na kolejne uwagi, tłumacząc moje zamiary, wyjaśniając kolejne fabularne zawiłości, zamiast po prostu siąść przy biurku i robić swoje.

    No i na koniec, żeby była jasność. Pisanie to czynność cholernie indywidualna. To, że mi jakiś jej element nie pasuje, nie oznacza, że innym autorom nie jest on potrzebny. Dlatego, drodzy betatesterzy – dziękuję Wam bardzo za wszystkie świetne powieści, które zawdzięczamy waszej pracy. Nie jest wykluczone, że za książkę lub dwie, będą do was wydzwaniał błagając o pomoc wykraczającą poza klepanie po plecach.

    Wojciech Chmielarz

  • „Osiem lat z Mortką”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Tematem tego felietonu miało być podsumowanie mijającego roku. Ale niechcący wyszło mi podsumowanie ostatnich ośmiu lat. Lat, które spędziłem z komisarzem Jakubem Mortką

    Mortka „urodził” niemal równe osiem lat temu, gdzieś na przełomie 2009/2010 roku. Trudno mi podać dokładną datę. Myśl o napisaniu kryminału chodziła za mną od dłuższego czasu. Rozważałem różne pomysły, motywy, możliwe wątki. A także kilku bohaterów. O większości już zapomniałem. Pamiętam, że przez chwilę zastanawiałem się nad dziennikarzem. Szczęśliwie skończyło się tak, jak się skończyło – na zwykłym, szarym komisarzu z komendy stołecznej.

    Podpalacz” powstał w ekspresowym tempie, którego nie udało mi się już powtórzyć przy okazji żadnej z innych moich książek. To było totalne zatopienie się w fabule, pisanie w każdej możliwej chwili. A potem redakcja. Bardzo bolesna. Opowiadałem o tym wielokrotnie, ale miałem w „Podpalaczu” kilka swoich ulubionych scen, dialogów, opisów. Uważałem, że są ważne, że stoją literacko wysoko i pokazują coś ważnego. Wszystkie, ale to dosłownie wszystkie zostały skreślone przez redaktora z dopiskiem – zbyt długie. I faktycznie – były zbyt długie. Do dziś uważam, że dopiero podczas redakcji „Podpalacza” tak naprawdę nauczyłem się pisać.

    Następna była „Farma lalek”. Napisana z dużymi obawami, bo wszyscy powtarzali, że druga część jest zawsze najtrudniejsza. No to nie była. Pisało mi się ją niewiarygodnie łatwo i przyjemnie. Fabuła w ogóle nie stawiała żadnych oporów. Słowa same wyskakiwały spod klawiatury. A potem z tego powodu aż do premiery towarzyszyły mi spore obawy. Byłem pewien, że coś zawaliłem. Czegoś nie zauważyłem. Coś musiało pójść nie tak. Ale nic się takiego nie stało. „Farma lalek” okazała się sporym sukcesem. Dobre recenzje. Zakup praw filmowych (ostatecznie nic z tego nie wyszło). Zadowolenie czytelników.

    I wtedy poczułem się zbyt pewnie, co odchorowałem przy „Przejęciu”. Znowu, dokładnie pamiętam ten moment. Mniej więcej połowa książki. Termin oddania całości już na tyle blisko, że powinienem zacząć się sprężać. Nagle dopadła mnie ta przerażająca świadomość, że przecież to co piszę, nie ma żadnego sensu. Że postacie, które wymyśliłem zachowują się jak laleczki w teatrze, a nie prawdziwi ludzie. Że totalnie nie przewidziałem tego, że oni też powinni reagować na wydarzenia w powieści, a nie grzecznie czekać aż ich Mortka po kolei przyjdzie przesłuchać. Słowem – wszystko się posypało. Naprawienie tego kosztowało mnie kilka nieprzespanych nocy, a potem tygodnie żmudnej pracy, kiedy mozolnie łatałem fabułę i próbowałem uratować to, co jeszcze było do uratowania. Pod koniec poczułem się wyczerpany i tak, zdradzony przez swoich bohaterów. To też był powód, dla którego na rok zostawiłem Mortkę w spokoju. Bo trzech książkach obaj mieliśmy siebie serdecznie dość.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Osiedle marzeń” było jak powtórne spotkanie z bliskim przyjacielem, z którym jednak rozstaliśmy się w gniewie. Byliśmy dla siebie uprzejmi, wspominaliśmy ze śmiechem dawne chwile, ale jednak zachowywaliśmy wobec siebie zdrową rezerwę. Obaj niepewni, czy jeszcze się na siebie złościmy, czy już nie. Książce to wyszło mam wrażenie na dobre. „Osiedle marzeń” pisałem najbardziej świadomie. Dokładnie wiedziałem, co chciałem osiągnąć, jakimi środkami. Na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. Nie było już tutaj ani tego natchnienia z „Podpalacza” ani zaskakującej łatwości pisania z „Farmy Lalek”, ale solidna, czasami nawet nudnawa, praca. Ale podobało mi się to. Poczułem, że poznałem Mortkę na nowo. Odkryłem jego inne strony, których jeszcze nie znałem. A przy okazji, bardzo rozwinąłem się jako autor.

    I wreszcie „Cienie”, które towarzyszyły mi przez cały miniony rok. Najpierw podczas pisania, potem podczas redakcji i rozmów z pierwszymi czytelnikami. Cholera, patrząc wstecz, nie sądziłem, że to wszystko się tak skończy. I dla mnie, i dla moich bohaterów. Wątek Kochana miał potoczyć się w zupełnie inną stronę i zupełnie inaczej zakończyć. Podobnie z Borzestowskim, Grudą, Suchą i innymi bohaterami. Wreszcie Mortką. Nie wierzyłem, że zrobi to, co zrobi. Zaskoczył mnie? W dużym stopniu. Ale też wspominając każdą z tych książek, przypominając sobie najważniejsze sceny (najważniejsze z perspektywy czasu, wtedy je za takie nie uważałem), widzę, że to musiało się tak skończyć. Konsekwentnie prowadziłem tę historię i sam tego nie wiedząc krok po kroku zbliżałem się w stronę „Cieni”.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Chcę od razu Państwa uspokoić. Na pewno jeszcze spotkamy się z Mortką. Będę o nim pisał tak długo, jak tylko przychodzić mi będą do głowy dobre historie. Ale nie wiem, kiedy pojawi się kolejna książka. „Cienie” wiele zmieniły. Po opisanych tam wydarzeniach, Mortka nie będzie już tym samym człowiekiem, co do tej pory. Upartym warszawskim gliną, który towarzyszył mi przez ostatnie osiem lat. A ja jeszcze nie wiem, w kogo się zmienił.

    Dlatego z dużym niepokojem, ale i ciekawością, czekam na nadejście 2018 roku i Państwa reakcje na „Cienie”. Chciałbym móc o nich z Państwem porozmawiać. Dowiedzieć się, jak wy to wszystko odbieracie. I chciałem wam też podziękować, że czytaliście moje książki, pytaliście, co się wydarzy dalej, przychodziliście na spotkania autorskie. Gdyby nie to, „Cienie” nigdy by nie powstały.

    Ale to nie wszystko. Łamię swoją zasadę jedna książka na rok. Na maj zaplanowana jest kolejna premiera. Tym razem opowieść spoza jakiegokolwiek cyklu. Trochę thiller, trochę powieść obyczajowa. Mroczna, straszna, ale także miejscami mocno liryczna. O miłości, rodzinie i tysiącu błędów, które popełniamy każdego dnia. Pisanie jej jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Nigdy nie wnikałem tak głęboko w psychikę swoich bohaterów. Nigdy nie bolało to aż tak bardzo. Odpowiedź na pytanie, czy efekt będzie wart wysiłku, pozostawię już czytelnikom.

    A ponieważ to już ostatni felieton w 2017, czas na życzenia. Te moim zwyczajem będą proste. Życzę Państwo zdrowia i Wszystkiego Najlepszego! A także, kilku dobrych książek do przeczytania w czasie nadchodzących dwunastu miesięcy.

    Wojciech Chmielarz