Tag: Wojciech Chmielarz

  • Premierowy fragment „Cieni” Wojciecha Chmielarza. Jest petarda!

    Na początek krótki wstęp ode mnie, który dowodzi, że na najnowszą książkę Wojciecha Chmielarza warto czekać. Poniżej mogą Państwo przeczytać prolog, ja jednak dostałem trochę więcej, no dobra, mam całą książkę. Nie piszę tego po to, żeby się chwalić, ale żeby uzmysłowić, że prawie doszło do katastrofy, bo zamiast przygotować poniższy tekst do publikacji, to zacząłem czytać całość. Uwierzcie, niewiele brakowało, a zadzwoniłby autor z wyrzutami: „- Halo, halo, jest dziewiąta, gdzie prolog na stronie”? Na (nie)szczęście zgłodniałem, co mnie otrzeźwiło. Zachęcam do lektury, a premiera „Cieni” już siedemnastego stycznia. Dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Marginesy za to, że zdecydowali się premierowo upublicznić fragment na smakksiazki.pl 

    Jeszcze ich nie zabraliście? – zapytał Mortka.

    Chcieliśmy, żebyś zobaczył to na własne oczy. Grudniowy poranek. Absolutnie najgorsza rzecz, która może się zdarzyć w tym kraju, który i tak nie słynie ze zbyt przyjemnego klimatu. Było zimno i mokro. Jesień zdychała w męczarniach i nawet wschód słońca w Milanówku niewiele tu pomagał.

    Andrzejewski podał Mortce lateksowe rękawiczki. Komisarz włożył je bez słowa i wszedł do domu jednorodzinnego. W salonie technik kryminalistyki robił ostatnie zdjęcia. Na dźwięk kroków podniósł głowę.

    To na pana czekaliśmy? – zapytał.

    Chyba tak. Dokumentacja już zrobiona, ale i tak proszę niczego nie ruszać. Poza tym proszę się rozgościć.

    Dzięki.

    Policjant stanął przy ścianie, obrzucając wzrokiem cały pokój. Najważniejsze było pierwsze wrażenie. Szczegóły, które się wtedy zapamiętywało, zostawały na zawsze. Dlatego patrzył w skupieniu.

    Najpierw wystrój. Z zewnątrz dom wyglądał całkiem zwyczajnie. Wewnątrz czekała jednak spora niespodzianka. Marmurowe posadzki. Przykurzone, podniszczone i w wielu miejscach poplamione. Gipsowe kolumny udające greckie. Sztukaterie pod sufitem. Meble. Skórzana kanapa i fotele. Zbyt duże, wręcz gigantyczne. Ciemna skóra, podobnie jak podłogi, wymagała czyszczenia i konserwacji. Obok szklany stolik. Pod jedną ze ścian wielki telewizor. Parę lat temu robił wrażenie, ale teraz był po prostu przestarzały. Wszystko przez kineskop. Pod drugą kominek. Od dawna nikt w nim nie palił.

    Dom, który kiedyś był bogaty. Dom, który potrzebował pieniędzy.

    Na podłodze lśniło szkło z rozbitych szklanek. W ścianach świeże dziury po kulach. Naliczył cztery. Niedaleko, mniej więcej pośrodku pomieszczenia, ciało kobiety w wieku około pięćdziesięciu lat. Blondynka w znoszonym dresie. Leżała na brzuchu. Głowa przechylona na bok. Usta na wpół otwarte. W dłoni pogrzebacz. Pod zwłokami kałuża zaschniętej krwi w kolorze bordowego lakieru, którym starsze kobiety malowały sobie paznokcie u stóp.

    Mortka stanął kilka kroków przed ofiarą. Podniósł dłoń, jakby celował, i wymierzył z palca. Dziury po kulach znajdowały się w ścianie naprzeciwko niego. Pod stopami dojrzał błyszczące łuski.

    Tak – odezwał się technik z boku. – Strzelał do niej, kiedy pędziła, żeby mu przyłożyć tym żelastwem.

    To ona rzucała w niego szkłem?

    Tak to dla mnie wygląda. Wpadła do salonu. Zobaczyła, co się dzieje. Najpierw rzuciła w niego szklanką. Nie trafiła. To poleciała po pogrzebacz.

    Mortka pokiwał głową.

    Marcin w ogóle jestem.

    Kuba.

    Komisarz obszedł ciało z lewej strony. Przyjrzał się pogrzebaczowi. Na jego czubku nie dostrzegł żadnych śladów krwi. Prawdopodobnie nie zdołała zadać ciosu. Kula dosięgnęła ją wcześniej.

    Półtora metra od niego na marmurze pojawiła się szkarłatna smuga. Ciągnęła się szeroko, wijąc się delikatnie i prowadząc w stronę kolejnego pomieszczenia. Poszedł jej śladem. Minął gipsową kolumnę. Za progiem znajdowała się kuchnia, a do smugi dołączyły zakrwawione ślady rąk i palców. Półtora metra dalej czekało na niego kolejne ciało. Tym razem młoda kobieta. Dwadzieścia kilka lat. Kruczoczarne włosy opadały częściowo na twarz, częściowo na podłogę. Powieki przymknięte. Można by pomyśleć, że źle się czuje i położyła się tutaj, żeby odpocząć. Miała na sobie czarne obcisłe spodnie od kostiumu i białą bluzkę. Na wysokości brzucha zabarwiła ją na czerwono ogromna, lepka plama krwi.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Postrzał w brzuch – powiedział technik z salonu. – Cholernie bolesna sprawa. Namęczyła się, zanim odeszła.

    Widzę. Obok ciała leżał telefon.

    Dzwoniła do kogoś? – zapytał Mortka.

    Pod alarmowy.

    Co konkretnie powiedziała?

    Niewiele. Zdążyła tylko poprosić o pomoc.

    Kiedy przyjechała policja?

    Dziesięć minut po zgłoszeniu. Lokalne chłopaki z Milanówka.

    Widzieli coś? Kogoś?

    To nie do mnie.

    Jasne. Dzięki.

    Lewą rękę dziewczyna trzymała na brzuchu. Próbowała zatamować krwotok. Prawa leżała na podłodze, odciągnięta nienaturalnie w bok. Zakrwawiona dłoń była nieznacznie odgięta. Na serdecznym palcu dostrzegł biały krąg skóry. Jedyny fragment, który nie był poplamiony.

    Wrócił do salonu. Technik skończył już swoją pracę i czekał z założonymi rękoma. Wyglądał, jakby fucha przewodnika po domu sprawiała mu przyjemność. Mortka pokazał na schody prowadzące na górę.

    Jest tam coś?

    Coś tam jest, ale nic interesującego. Wszystko rozegrało się tutaj. Salon. Kuchnia.

    Rozumiem. – Komisarz podrapał się po brodzie. – Pokażesz mi go?

    A nie widziałeś?

    Nie.

    To chodź. Technik poprowadził go z powrotem do kuchni. Podszedł do blatu.

    Obok aluminiowego garnka i nadpalonej dawno temu bawełnianej szmatki leżał pistolet. Policyjny P99.

    Tutaj go znaleźliście?

    Tak.

    Nie ruszaliście? Nie przenosiliście?

    Nie. Sprawdziliśmy tylko numery seryjne, żeby wklepać w naszej bazie. I wtedy wyszło, co wyszło.

    To na pewno z tej broni strzelano?

    Wyślemy do waszego laboratorium, ale z lufy śmierdziało prochem, a kaliber pasuje.

    Dzięki za pomoc.

    Wojciech Chmielarz, Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Jakby pan miał jeszcze jakieś pytania, to proszę do mnie zadzwonić. Technik wyciągnął kawałek papieru. Napisał na nim swój numer telefonu i dał Mortce. Komisarz pożegnał się z nim skinieniem głową i wyszedł na zewnątrz. Andrzejewski czekał na niego na podjeździe. Podinspektor i szef stołecznego Wydziału Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw dreptał w miejscu, próbując się ogrzać. Na łysą głowę nasunął kaszkiet, którego daszek opadał mu niemal na brwi.

    Widziałeś? – zapytał.

    Widziałem – potwierdził. – To bez sensu. Nie zabija się dwóch osób i nie zostawia się na miejscu pistoletu.

    To broń służbowa. Czy ją wziął czy nie, nie ma znaczenia. Zidentyfikowalibyśmy ją po pociskach i łuskach.

    Ale to by trochę zajęło.

    Słuchaj, Kuba, są możliwe dwa scenariusze. Albo zorientował się, że dziewczyna zadzwoniła po pomoc, i wiedział, że nie zdąży zatrzeć śladów. Zostawił broń, bo to już nie miało żadnego znaczenia.

    Albo?

    Albo to, co się tutaj działo, nie było zaplanowane. Wszystko wydarzyło się na gorąco. A wiesz, jak jest w takich sytuacjach. Ludzie popełniają głupie błędy. Nawet policjanci.

    Mortka kiwnął głową.

    Po co mnie tu przywiozłeś?

    Żebyś zobaczył wszystko na własne oczy, żeby nie wpadły ci do głowy żadne głupie pomysły.

    Niby jakie?

    On zniknął. Nie wiemy, gdzie jest. Chociaż nie przesądzam o jego winie, wszystko wskazuje na niego. Prawdopodobnie się ukrywa. Może będzie szukał wsparcia. Może zwróci się do ciebie. Wtedy przypomnij sobie to, co tutaj widziałeś, Kuba. I pod żadnym pozorem – niezależnie od tego, że to twój kumpel, niezależnie od tego, że razem pracowaliście – nie pomagaj mu. Nie pomagaj Kochanowi, Kuba.

  • „Jak reagować na negatywne recenzje”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie wpis na facebooku jednego z nowszych (bo nie młodszych) autorów kryminału, który właśnie przeczytał pierwszą negatywną recenzję własnej książki. A przynajmniej wydaje mi się, że była to pierwsza, bo jego reakcja była… dziwna

    Negatywna recenzja to nigdy nic przyjemnego. Serio. Parę w swoim życiu dostałem, to wiem. Dlatego też w pewien sposób rozumiem tego pisarza, który postanowił jakoś zareagować na mało pochlebny wpis na lubimyczytac.pl anonimowego czytelnika. Przy czym, żeby była jasność – nie był to wpis wulgarny ani nieuprzejmy, chociaż na pewno mocno krytyczny. Autor odniósł się do niego z lekceważeniem. Zasugerował, że jeśli czytelnikowi jego książka się nie podobała, to sam jest sobie winien, bo z każdej lektury wyciągamy tyle, ile sami potrafimy. Czy jakoś podobnie. Pojawiło się również przypuszczenie, że ów czytelnik, to ktoś ze znajomych autora, który jednak nie miał odwagi do tego, żeby powiedzieć mu tę negatywną opinię twarzą w twarz.

    A potem zaczęło się robić jeszcze lepiej! Bo do pocieszanie się naszego autora rzucili się jego Facebookowi znajomi. W tym inni młodzi (stażem) autorzy, blogerzy, a także, co mnie zaskoczyło, dość poważne w czytelniczym światku persony. Dużo było poklepywania po plecach, utwierdzania autora w przekonaniu, że jego książka jest świetna i wyjątkowa, powtarzania, że nasz czytelnik się nie zna i nie rozumie. I tak się ta radosna spirala nakręcała, a ja, obserwując to z dystansu, czułem coraz większe zażenowanie. A potem stwierdziłem, że postaram się przekuć to zażenowanie w coś pozytywnego i napiszę niniejszy felieton.

    Photo by Corey Blaz on Unsplash

    Drodzy, młodzi (stażem) autorzy. Nie ma chyba problemu, w momencie kiedy mówimy o recenzjach zamieszczanych w prasie papierowej. Tutaj każdy się raczej cieszy, że jednak o nim napisali, a jak to już mniejsza z tym. Nikt więc nie pisze gniewnego maila do redakcji. A przynajmniej ja o takiej sytuacji nie słyszałem. Problem pojawia się przy portalach społecznościowych i blogosferze, gdzie etykieta jest mniej formalna i wszystkim wydaje się, że można trochę więcej. Jak więc reagować na negatywne recenzje? Krótka odpowiedź brzmi – nie reagować. Nie ma nic smutniejszego niż autor, który próbuje przekonać wszystkich dookoła, że jego dzieło jest wyjątkowe i wspaniałe. Nie ma nic bardziej krępującego niż autor tłumaczący czytelnikowi, że jak to mu się nie podobało, skoro podobało. Bierzemy negatywną recenzję na klatę, zaciskamy zęby i jedziemy dalej. Nawet jeśli przy okazji dostaliśmy niską ocenę na lubimyczytać, która znacząco zaniża nam średnią. Jeśli tego nie potraficie, to pozostają dwa wyjścia. Albo wycofać się z tego interesu, albo, jak poradził mi pewien Bardzo Znany Pisarz – w ogóle nie czytamy recenzji na swój temat. Oba wyjścia są skrajne, ale to jedyne rozwiązania. I ja naprawdę rozumiem, że to boli. I naprawdę rozumiem, że, proszę mi Państwo wybaczyć, czasami ten czytelnik nie ma racji. Bo faktycznie nie pojął, nie zrozumiał, coś mu umknęło, ma za małe oczytanie, żeby docenić i tak dalej, i tym podobne. Ale nie zmienia to faktu, że najlepiej jest milczeć. Chyba, że już koniecznie, ale to już koniecznie, chcecie się odezwać. Wtedy uśmiech na twarz, tę prawdziwą i tę wirtualną, dziękujecie za poświęcony czas i przepraszacie, że się nie spodobało. Wyrażacie też nadzieję, że czytelnik jednak sięgnie po kolejną książkę i tym razem z pozytywnymi odczuciami. Bo też ten nasz czytelnik faktycznie poświęcił kilka godzin ze swojego życia na przeczytanie naszej książki. A potem zadał sobie jeszcze trud, żeby coś o niej napisać. Wypadałoby to tak po ludzku uszanować i zamiast od razu sugerować, że są tu jakieś niejasne intencje, a potem szukać wsparcia u znajomych, jednak przez chwilę zastanowić się, czy on nie ma racji. I przynajmniej spróbować wyciągnąć z tej całej sytuacji coś, co pozwoli nam być lepszym pisarzem. Do tego przecież wszyscy dążymy i tego wszyscy chcemy.

    fot: www.unsplash.com/Aaron Burden

    Być może życie napisało happy end do tego felietonu. Wszedłem na stronę facebookową tego autora i szukałem opisywanej przeze mnie dyskusji. Nie znalazłem jej. Czyżby pisarz jednak zreflektował się, że zrobił coś nieeleganckiego i skasował ją? Mam szczerą nadzieją, że tak. Po to w końcu wydajemy te książki, żeby inni mogli je przeczytać i powiedzieć, co o nich myślą. A że czasami myślą nie najlepiej. No cóż – ryzyko zawodowe.

    Wojciech Chmielarz

  • „Stało się wreszcie to”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Stało się wreszcie to, co się stać musiało. Moda na kryminał przyniosła konkretne owoce i dorobiliśmy się kilku mocnych festiwali. A najlepsze, w przeciwieństwie do samego gatunku, jeszcze przed nami. I tak, będzie to pierwszy mój prawdziwie entuzjastyczny felieton

    Jednego zawsze zazdrościłem autorom i fanom fantastyki – konwentów. Jest ich co najmniej kilkadziesiąt. Od takich zupełnie małych, organizowanych przez grupkę zapaleńców w miejscowej szkole, poprzez średnie, ale z tradycjami, aż po wielkie, profesjonalnie przygotowane imprezy, jak słynny już poznański Pyrkon, rodzący się Warsaw Comic Con czy kolejne edycje Polconów (ciągle jednak fanowskie). Na polu kryminału przez lata była posucha. Mieliśmy tylko Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu. Wreszcie można głośno powiedzieć, że ten stan się zmienił.

    W tej chwili oprócz kilku mniejszych wydarzeń mamy w Polsce cztery ważne imprezy. Rok festiwalowy zaczyna się od Kryminalnej Piły wymyślonej i organizowanej przez Leszka Koźmińskiego z Wyższej Szkoły Policji w Pile oraz przez Miejskie Centrum Kultury w Pile. Leszek Koźmiński (razem z Pawłem Leśniewskim) to w ogóle cisi bohaterowie polskiego kryminału. Trzeba by kiedyś zrobić jakąś zrzutę i ufundować im specjalną nagrodę za to, co zrobili dla gatunku. Na Kryminalną Piłę zaproszono mnie raz. Było strasznie fajnie. W ogóle mam wrażenie, że ze względu na współpracę z Wyższą Szkołą Policji ten festiwal jest najbardziej lubiany przez autorów właśnie. Obawiam się tylko o jego rozwój. Piła to ludnościowo niewielkie miasto, więc organizatorom może być trudno rozwinąć skrzydła. Natomiast coraz większego znaczenia nabiera przyznawana przez Kryminalną nagroda dla Najlepszego Kryminału Miejskiego.

    Kolejny jest Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu. Czyli legenda. Najbardziej prestiżowy, z najciekawszym programem, największą ilością gości no i co tu dużo ukrywać – z Nagrodą Wielkiego Kalibru, marzeniem każdego autora kryminału. Rozwój gatunku w Polsce nieodłącznie związany jest z tym wydarzeniem. Jeśli chcecie się Państwo dowiedzieć, kogo warto czytać, co nowego się pojawiło, na co zwrócić uwagę, trzeba się wybrać do Wrocławia. Irek Grin wraz z całą ekipą rok do roku przygotowują dla pisarzy i czytelników prawdziwe święto.

    Potem mamy wakacyjną przerwę a na jesień czas na dwa wydarzenia, za które nieustannie trzymam kciuki. Pierwszym jest Poznański Festiwal Kryminału Granda. Impreza młoda. W tym roku odbyła się zaledwie trzecia edycja, ale z roku na rok jest coraz ciekawiej. Do polskich autorów dołączyli goście zagraniczni. Największe jednak wrażenie na mnie robią tłumy na spotkaniach. Przez cały dzień na sali zasiada co najmniej ponad setka osób. Jeszcze trochę krąży w okolicy. Jest więc dobrze, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Granda musi popracować trochę nad „wychowaniem” sobie publiczności. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o tłumaczenie uczestnikom, żeby nie śmiecili i nie gadali na spotkaniach, ale o przyzwyczajenie ich do tego, że impreza odbywa się co roku i warto na nią przychodzić. To niestety robota na lata. Jest potencjał, żeby zrobić z Grandy naprawdę wielkie wydarzenie. Pyrkon pokazał, że w stolicy Wielkopolski jest na takie rzeczy zapotrzebowanie.

    Festiwal Granda w Poznaniu, fot: smakksiazki.pl

    Wreszcie, ostatnia kalendarzowa czyli trójmiejska Afera Kryminalna. Wydarzenie o tyle ciekawe, że powstał całkowicie oddolnie. Najpierw czytelnicy zawiązali Oliwski Klub Kryminału, a potem z tego wykiełkował sam festiwal. Czyli impreza mocno fanowska, która w tym roku zrobiła mocny krok do przodu, zapraszając Stephana Anhema i Johana Theorina. Szczególnie fajne jest to, że Afera odwiedza też mniejsze ośrodki w okolicy Trójmiasta, takie jak Rumia czy Wejherowo.

    Mamy więc już w tej chwili cztery mocne festiwale. Jeden bardziej fachowy (Kryminalna Piła), jeden dojrzały i prestiżowy (MFK) i dwa, które mają ogromny potencjał, żeby zgromadzić na organizowanych przez siebie wydarzeniach tysiące fanów gatunku. Trzymam kciuki, żeby to się udało i naprawdę głęboko wierzę, że najlepsze dopiero przed nami. Trochę w kontrze do samej kondycji gatunku, ale to akurat temat na inny felieton.

    Wojciech Chmielarz

  • Co dalej z komisarzem Mortką? Wojciech Chmielarz zdradza tytuł swojej najnowszej książki!

    Jak pewnie wiecie, kilkanaście dni temu internet obiegła informacja, że Wojciech Chmielarz zamienia Wydawnictwo Czarne na Wydawnictwo Marginesy. Pierwsza książka ukaże się już na początku roku, a będzie to kontynuacja przygód komisarza Jakuba Mortki. W rozmowie ze mną Chmielarz ujawnia tytuł nowej powieści, a także opowiada o fabule kolejnej, która również ukaże się w 2018 roku. Łapcie naszą rozmowę.

  • „Przeminęło z lajkiem”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pisarze w social mediach są z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze po to, żeby sprzedawać więcej książek. Po drugie, żeby połechtać swoje ego. Dobrze, żeby ten drugi cel nie przysłaniał pierwszego.

    Nie jestem wielkim specjalistą od social mediów. Właściwie to nie jestem żadnym specjalistą. Podziwiam ludzi, którzy potrafią to ogarniać. Takich, jak chociażby obecny na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja raczej mozolnie przebijam się przez plątaniny linków, morza gifów i kamieniołom kontentu, próbując jako tako nawiązać i zbudować relację ze swoimi czytelnikami, a może przy okazji zdobyć kilku nowych. Częściej popełniam błędy niż odnoszę sukcesy. Sprawdzam, co interesuje odbiorców, a co ich nudzi. Wychodzi jak wychodzi. Na facebooku mam około 2 tys. fanów. Na Instagramie ledwie 200, ale tam zacząłem się bawić dopiero niedawno. Kiedy opowiedziałem o tych liczbach Jakobe Mansztajnowi (połówka Make life harder), widziałem malujące się na jego twarzy zmieszanie, kiedy szukał sposobu, żeby powiedzieć mi w delikatny sposób, że te liczby są oględnie rzecz ujmując – mało imponujące. Niepotrzebnie. Wiedziałem o tym. Pewnie potrafiłbym nawet w dość łatwy sposób podbić liczbę lajków. Wystarczyłoby zamieścić parę zdjęć słodkich kotków z „motywacyjnymi” sentencjami, napisać kilka ostrych tyrad politycznych, w których atakowałbym jednych lub drugich (albo obu naraz), a może spróbować pójść w skandal i w wulgarno-satyryczny sposób skrytykować jedną z głośniejszych książkowych premier tego roku. A może inaczej, sprzedać parę rodzinnych historyjek. Przecież opowieści o tym, co słodkiego wyczyniało moje dzieciaki albo co zniszczył pies, zasługują ma parę lajeczków, co nie?

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Niektórzy tak robią. Nie oceniam. Działam w tych social mediach i próbuję w ten sposób sprzedać kilka książek więcej. Ale bez przesady. Informuję więc czytelników o planach literackich, spotkaniach, datach premiery, podtrzymuję zainteresowanie. Słowem, staram się, żeby kiedy w księgarni zobaczą powieść z nazwiskiem Chmielarz na okładkę, zatrzymali się na chwilę i zastanowili, czy jej nie kupić. Równocześnie toczę sam ze sobą nieustające negocjacje na temat tego, co mogę ujawnić o swoim życiu, a czego nie wypada. Social media to w ogóle zdradliwe środowisko. Łatwo się w nim poczuć ważnym. Like’i uruchomiają ośrodek przyjemności w organizmie, jakby naprawdę miały jakieś realne znaczenie. Chcemy ich więcej, i więcej, więc łatwo przekraczamy kolejne granice, żeby zdobyć jeszcze większą widownię. Łatwo o większą lub mniejszą wpadkę. W Polsce nie mają one tak wielkiego znaczenia, jak na Zachodzie. Tam jeden nieostrożny tweet potrafi zniszczyć karierę i niemalże życie (jak to opisuje Jon Ronson we „#Wstydźsię!”). Ja jestem ostrożny. Jak najmniej informacji osobistych. Polityka rzadko. Tylko wtedy, kiedy na sto procent jestem przekonany do słuszności danej sprawy. Żadnych opowieści o dzieciach, szanuję ich prawo do prywatności. Sporo o książkach, bo w końcu jestem pisarzem. Trochę zasłyszanych anegdotek. Nie wiem, czy to dobra strategia obecności w social mediach. Wiem za to, że kiedy spojrzę na swój profil za rok, dwa czy pięć, nie będę się musiał wstydzić niczego, co tam znajdę. Jak zaobserwowałem, stosuję jedną z dwóch głównych strategii obecności w sieciach społecznościowych. Ta bezpieczniejsza. Druga, bardziej ryzykowna, zakłada pójście w kontrowersje. Wyraźne i mocne przekazanie pokazanie swojego zdania na dowolny temat. Czasami w sposób szczery, bo coś nas faktycznie wkurza, czasami po to, żeby tylko zrobić wokół siebie szum. Są pisarze, które potrafią na tym sporo wygrać. Kojarzę też kilku, którzy na tym równie wiele przegrali. Nie chcę tutaj rzucać nazwiskami. Jest po prostu paru autorów, którzy musieliby się mocno napracować, żebym sięgnął po ich książki po tym, kiedy zobaczyłem, jak się zachowują w sieci. Niby powinno się oddzielać autora od dzieła, ale czasami złe wrażenie jest na tyle silne, że trudno się przemóc.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Żeby też nie było do końca cynicznie, kontakt z czytelnikami, jaki nawiązałem na facebooku, sprawia mi cholerną przyjemność. Dobrze jest wiedzieć, że moje książki do kogoś trafiają. Że ludziom podobają się one na tyle, że chce im się poświęcić te kilka minut, żeby mi o tym napisać. Świetna sprawa. Ale też mam wrażenie jest zapotrzebowanie na naszą obecność w sieci. Czytelnicy chcą mieć możliwość wirtualnego przynajmniej spotkania się z ulubionym autorem. Poznania go odrobinę bliżej i bardziej. Sam długo broniłem się przed oficjalną i pisarską obecnością w social mediach. Złamałem się w końcu, ale żałuję, że zrobiłem to tak późno. Facebook i Instagram powoli stają się obowiązkowymi pisarskimi narzędziami, na równi z edytorem tekstu. Szczerze rzecz mówiąc, nie wiem, co na ten temat sądzić. Z jednej strony, fajnie by było wrócić do tych prostych czasów, kiedy wystarczyło po prostu pisać książki. Z drugiej, nigdy pisarze nie mieli szansy tak łatwo i tak szybko nawiązać bezpośredniego kontaktu z czytelnikami. Zastanowię się, nad tą kwestią. A jak już coś wymyślę, to możecie być Państwo pewni, że przeczytacie o tym na moim profilu.

    Wojciech Chmielarz

  • „Biblioteczne przygody”, sierpniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Odwiedziłem ich dziesiątki, a jednak wchodząc do każdej kolejnej czuje dreszczyk emocji. Zastanawiam się, co tam znajdę. Jakie książki odkryję, na jakich autorów trafię. Jaka przygoda na mnie czeka podczas wędrówki między półkami. I nie ważne, czy placówka jest duża, czy mała. O czym piszę? O bibliotekach oczywiście.

    Też tak Państwo macie? Dla mnie biblioteki to miejsca szczególne. Nie policzę godzin, ile spędziłem buszując wśród półek, odnajdując ulubionych autorów lub takich zupełnie nowych. Szukając, sprawdzając, często błądząc i równocześnie odkrywając bogactwa świata literatury.

    Najważniejsze biblioteki w moim życiu? Pierwsza to ta, w której pracowała moja babcia. Wcześniej była polonistką w szkole podstawowej. Odeszła na emeryturę, ale długo na niej nie wytrzymała. Zatrudniła się jako bibliotekarka w placówce w… szpitalu. A ja tam regularnie spędzałem długie godziny po pierwszych klasach podstawówki, czekając aż odbiorą mnie rodzice. Buszowałem wtedy wśród starych, rozsypujących się książeczek o małpce Fiki Miki i Koziołku Matołku, wierszy Tuwima, Brzechwy, bajek i baśni. To tam po raz pierwszy miałem w dłoni książki Ludluma z tymi fantastycznymi okładkami wydawnictwa Amber, pełnymi wybuchów, płonących helikopterów, półnagich kobiet w bikini i umięśnionych facetów z wielkimi karabinami, które wypluwały z siebie strugi pocisków. Tam też zafascynowała mnie powieść cykl „Kraby” Guy’a N. Smitha. Żeby była jasność, również z powodu okładki (nie wiedziałem jeszcze, że nie tak powinno się oceniać książki 😉 ). No i komiksy. „Tytus, Romek i Atomek”, „Kajko i Kokosz”, „Jonka, Jonek i Kleks”, cała polska klasyka, którą przeczytałem po kilka razy. Do tego „Thorgal”, ale i pierwsze wydania w Polsce przygód Spidermana, Batmana, Supermana z wydawnictwa TM-Semic. Filię odwiedzali głównie pacjenci. Panowie w pidżamach i kapciach na nogach, panie w szlafrokach. Czasami wymykałem się na spacery. Krążyłem po oddziałach, zaglądając, jak każdy ciekawski dzieciak, do każdej otwartej sali. Z jakiegoś powodu, nikt mnie nie przeganiał. Do dziś pamiętam tamten ostry zapach środków odkażających. Jeśli zastanawiacie się Państwo, skąd niechęć Mortki do szpitali – to wynika ona właśnie z tego wspomnienia. Chociaż sam szpitali się nie boję.

    www.unsplash.com/chuttersnap

    Ta druga, czyli Miejska Biblioteka Publiczna w Gliwicach na ulicy Kościuszki, główna placówka w mieście. Przebierałem nogami, żeby móc się do niej zapisać. Chodziło mi oczywiście o tę część dla dorosłych, bo książki dla dzieci dość wcześnie przestały mnie interesować. Kiedy dostałem wreszcie kartę biblioteczną, traktowałem ją jak największy skarb. Co pamiętam najlepiej? Dwie rzeczy. Najpierw całe półtora regału (sic!) wypełnione fantastyką (szybko zresztą większość przeczytałem). Kolorowe grzbiety, nieznani autorzy, twórcy z polski i zagranicy. Potem, półka na której leżały nowości. Kilka, kilkanaście pozycji prosto z księgarni. Młodszych czytelników smakksiazki.pl może to zaskakiwać, ale tak to kiedyś wyglądało. Biblioteki były niedoinwestowane. Nowych pozycji było jak na lekarstwo. Przeważały zakupy jeszcze z lat osiemdziesiątych. Na Kościuszki obserwowałem, jak ten stan się powoli zmienia.

    Wreszcie numer trzy. Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Słynny BUW. Jedno z pierwszych miejsc, które odwiedziłem po przeprowadzce do Warszawy. Nie z własnej woli, żeby nie było. Po prostu mieliśmy tam obowiązkowe szkolenia dla studentów. Ale chętnie tam wracałem. I z powodu księgozbioru i z powodu faktu, że mieli tam ogólnodostępny internet. Ale, znowu ciekawostka dla młodszych czytelników, nie wi-fi, ale z kabla. Trzeba było przynieść swój komputer i się podpiąć. Zawsze trzeba było czekać w dość sporej kolejce (chyba, że się przychodziło nieprzyzwoicie wcześnie lub nieprzyzwoicie późno). Do dziś zastanawiam się, gdzie spędziłem więcej czasu – w BUWie, czy na piwie w Harendzie, która znajduje się tuż obok mojego wydziału. Chyba jednak w tym pierwszym. Chociaż w Harendzie zostawiłem na pewno więcej pieniędzy (a także laptop, który jednak udało się odzyskać, i kowbojski kapelusz, który jednak zaginął). BUW to klasa sama w sobie. Jedna z najpiękniejszych bibliotek w Polsce. I wspaniały księgozbiór, nie tylko naukowy. Zazdroszczę każdemu studentowi, który po raz pierwszy przekracza jej progi.

    Dzisiaj najczęściej chodzę do małej osiedlowej biblioteki na Ursynowie. Bardzo przyjemne placówka. Sporo książek, ciągły napływ nowości. Pracujące tam panie za każdym razem informują mnie, jakim powodzeniem cieszą się moje książki. Najwięcej jednak radości sprawia mi obserwowanie mojej córki, kiedy razem odwiedzamy znajdującą się tuż obok placówkę dla dzieci. Jak biega wśród półek, wyciąga z nich kolejne pozycje. I rozpoczyna własną, wielką przygodę.

    Wojciech Chmielarz

  • „Prawda dziwniejsza od fikcji, fikcja prawdziwsza od prawdy”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza.

    Fargo” braci Coen to już klasyka kina. Jak może Państwo pamiętają, film zaczyna się od planszy z napisem informującym, że został oparty na prawdziwych wydarzeniach i „Ze względu na żądania tych, którzy przeżyli zmieniono imiona i nazwiska postaci. Z szacunku dla tych, którzy zginęli, cała reszta jest opowiedziana dokładnie tak, jak się wydarzyła”. To oczywiście kłamstwo i czysta ściema. Od początku do końca scenariusz wymyślili bracia Coen. Dlaczego zdecydowali się więc umieścić wspomniany napis na początku swojego dzieła? Odpowiedź jest prosta i zawiera się w jednym słowie – wiarygodność.

    Sam zmagam się z tym zagadnieniem jako autor. Jak pisać, żeby czytelnicy uwierzyli w opowiedzianą przeze mnie historię? Jak sprawić, żeby od pierwszej chwili zawiesili Państwo niewiarę i nie odwiesili jej do ostatniej strony? Bo jeśli nie uda mi się tego zrobić, to cała książka leży. Po prostu. Coenowie też zdawali sobie z tego sprawę. I z faktu, że opowiadana przez nich historia opiera się na serii pomyłek, zbiegów okoliczności, nieszczęśliwych przypadków. Bardzo łatwo ją zakwestionować. Dlatego zdecydowali się na swoje małe oszustwo. Bo przecież prawda musi być wiarygodna, czyż nie?

    Często opowiadam o „Fargo” na zajęciach pisarskich, kiedy omawiamy problem zawieszenia niewiary i kupienia czytelnika. I tłumaczę, że przykład „Fargo” udowadnia, że pisarz musi panować nad swoją wyobraźnią. Bo jeśli za bardzo jej popuścimy, czytelnik nam po prostu nie uwierzy. Stracimy go. Dlatego trzeba ją wziąć mocno w karby. Nieustannie pilnować. Przycinać skrzydła, jeśli to konieczne. Strzec realiów. Hamować się, żeby nie odlecieć. Takie właśnie rady daję swoim kursantom. A potem dodaję, że rzeczywistość jak na złość nieustannie śmieje się nam pisarzom w twarz. I podsuwa wydarzenia przerażające, malownicze, okrutne i tak niewiarygodne, że gdybym kiedykolwiek o nich napisał, czytelnicy tylko pokręciliby z niedowierzaniem głowami i odłożyli książkę na półkę, jako kompletnie oderwaną od rzeczywistości.

    www.unsplash.com/Jilbert Ebrahimi

    Przykłady? Proszę bardzo. Sprytny oszust, który wmówił arystokratycznej rodzinie z Francji, że jest tajnym agentem, który ma ich chronić przed masońskim spiskiem na ich życie i przez dziesięć lat żył ich kosztem, równocześnie zmieniając ich życie w piekło. Papuga, która swoimi „zeznaniami” doprowadziła do skazania żony za zabójstwo męża (powtarzała ostatnie powiedziane przez niego słowa, które nota bene brzmiały – Nie strzelaj kurwa). Niewiarygodna sprawa brutalnego mordu na Iwonie Cygan ze Szczucina, gdzie przez dwadzieścia lat sprawca był kryty przez miejscowych policjantów i gdzie prawdopodobnie zabito jeszcze dwóch świadków, którzy chcieli opowiedzieć o tym, co się naprawdę stało. Sprawa jest ciągle badana przez śledczych i być może doczekamy, że sprawiedliwości stanie się w końcu zadość. Archibald McCafferty z Australii, który zrozpaczony po przypadkowej śmierci małego syna, namówiła grupkę nastolatków do zabicia siódemki nieznajomych. Wierzył, że to przywróci życie jego dziecku. Grupa została powstrzymana po dokonaniu trzech morderstw. W więzieniu zabił kolejną osobę. Ale po latach został wypuszczony i od kilkunastu lat mieszka spokojnie w Szkocji. Każda z tych historii wydaje mi się na tyle niewiarygodna, że miałbym duży kłopot, żeby umieścić je w powieści. Ale każda z nich się wydarzyła się naprawdę.

    Głęboko wierzę w to, że fikcja potrafi być prawdziwsza od rzeczywistości. W tym sensie, że mając swobodę w kształtowaniu losów bohaterów, ich życia, zdarzeń mam możliwość uwypuklenia pewnych cech, problemów, fenomenów społecznych, które najlepiej oddają ducha czasów, w których żyjemy. Pewną prawdą o nas i o naszych pragnieniach. Właśnie to staram się robić w swoich powieściach. Tak samo jak Coenowie w swoich filmach. I tak samo jak oni w „Fargo” kusi mnie czasami, żeby pójść na skróty. Ja jednak nigdy tego nie zrobię. Coenowie długo kluczyli wokół swojego kłamstewka. Raz twierdzili, że film jest wzorowany na prawdziwych wydarzeniach, potem się tego wypierali. Potem przyznawali, że niektóre jego elementy odpowiadają prawdzie, chociaż w innych wcześniejszych wywiadach mówili, że nie słyszeli o tych historiach przed nakręceniem filmów. Ten taniec trwa chyba do dzisiaj. Ja nie byłbym w stanie tak tego ciągnąć. Pękłbym dużo szybciej. Uwierzcie Państwo lub nie, ale kiepsko mi idzie zmyślanie.

    Wojciech Chmielarz

  • „Jak nie wiadomo o co chodzi…” Przemysław Semczuk odpowiada Wojciechowi Chmielarzowi.

    Felieton Wojtka Chmielarza mnie zaskoczył. Bo oto Wojtek stawia tezę, że media nie promują czytelnictwa. Słusznie. Ale nie daje odpowiedzi dlaczego tak się dzieje. A odpowiedź jest bardzo prozaiczna – że tak to literacko ujmę.

    Moje doświadczenia promocyjno-medialne są dużo bogatsze niż Twoje Wojtku. I śmiem twierdzić, że nie wynika to wcale ze znajomości ani ze szczęścia. Załapałem się do TVN24, kilka razy do TVP2 i bodaj do wszystkich stacji radiowych. Gazet i Internetu nie zliczę. Przy okazji zaobserwowałem jak działa machina medialna. A do tego sam jestem dziennikarzem, pisywałem w znaczących tytułach i niektóre rzeczy znam od podszewki. Problemy są dwa i oba mają wspólny mianownik.

    Ja piszę literaturę non-fiction, Ty Wojtku jesteś autorem z gatunku fiction. Tematy, które opisuję są ogólnie znane. Każdy coś tam słyszał o takim Marchwickim, Knychale, czy choćby o małym fiacie. Dziennikarz przygotowujący się do wywiadu musi zajrzeć do Wikipedii albo przeczytać dwa krótkie teksty w necie. I już ma pojęcie o czym ten Semczuk napisał. Zada kilka pytań i zmajstruje fajny tekst. Niestety ja w trakcie takiej rozmowy wiem, ile czasu poświęcił na przygotowanie. To czuć. Przymykam jednak oko, bo znam zasady. Ktoś musi szybko napisać i zarobić swoją wierszówkę. Nie jest w stanie czytać od deski do deski (to nie jest reklama wydawnictwa Sekielskich). Bywa i tak, że rozmawiam z kimś kto nie wysilił się nawet na Wikipedię. Pewna reporterka oświadczyła wprost (nie to nie był ten tygodnik), abym jej opowiedział o czym jest książka, bo ona nie ma pojęcia. Wypadało się obrazić i wyjść, ale wtedy w znanym dzienniku nie ukazałaby się recenzja. Zagryzłem zęby i opowiadałem przez godzinę. Dziennikarze z portali internetowych są jeszcze gorsi. Przysyłają pytania licząc, że autor napisze odpowiedzi. Czyli odwali za nich całą robotę. I znowu trzeba zagryźć zęby i pisać wywiad z samym sobą. Nie obrażają się nawet za zmianę pytań. Młodzi gniewni, bez skrupułów. Grunt, że jest tekst, a do kieszeni wpadnie wierszówka.

    www.unsplash.com/Thomas Charters

    A jak zrobić wywiad z Chmielarzem przy okazji ukazania się jego nowej powieści? Tu zaczyna się kłopot. Wikipedia odpada. Trzeba tę książkę przeczytać. A może nawet tę poprzednią, bo to cykl. Bo o co pytać? Pół biedy jak Bonda chce się dzielić doświadczeniami ze swojego życia. No, gdyby choć Chmielarz pobił się z Semczukiem o różnice poglądów politycznych. A tu klops. Kilka wymęczonych pytań i na koniec z ulgą ostatnie – nad czym Pan teraz pracuje? Takich oryginałów jak Piotr Bratkowski z Newsweeka, który czyta, to ze świecą szukać.

    Piszesz Wojtku, że prasa we Francji działa inaczej. Ano inaczej, bo dzieli nas od niej czterdzieści lat zaległości i potężna różnica kulturowa. Tam nikt nie napisze recenzji nie czytając książki. A spotkanie z autorem nieprzeczytanej książki to już nie do pomyślenia. Do tego W Polsce rocznie ukazuje się ponad dwieście kryminałów. Wszystkich książek coś koło trzydziestu tysięcy. Dziennikarze muszą wybierać. I tu działa stara zasada – lubimy te piosenki, które znamy. Jeśli Czytelnik kojarzy autora, to warto napisać. A jak autor jakąś nagrodę dostał? Sam wiesz jak to jest. Kiedyś usłyszałem od napotkanego znajomego, że biegnie do księgarni, bo ktoś tam dostał Nike i nie wypada tego nie przeczytać. Samospełniająca się przepowiednia.

    W telewizji nie jest lepiej. Z ostatnią książką trafiłem do „Świat się kręci” w TVP2 (popołudniowe pasmo „dwójki”, duża oglądalność, program na żywo). Prowadził Artur Orzech i Kayah. Jesteśmy na antenie, a ja widzę kątem oka jak na prompterze wyświetla się tekst – Kayah pytanie do Przemka …. Doskonale wiem, że prowadzący nie czytali książki. Bo niby jak? Nie są w stanie poświęcić kilkunastu godzin na czytanie, gdy sama rozmowa na antenie ma zaplanowane 12 minut. Książkę czyta, a przynajmniej powinien czytać, wydawca programu. To on przygotowuje i pisze pytania na prompterze, lub podpowiada w „ucho” o co zapytać. W praktyce najczęściej czyta ktoś kto przygotowuje research. Taka jest telewizyjna kuchnia. Oczywiście są wyjątki.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Problem drugi to po prostu pieniądze. W TVN 24 usłyszałem przed wejściem na antenę, że rozmawiamy o sprawach kryminalnych, które opisałem w „Czarnej wołdze”, ale nie wymieniamy tytułu książki. Bo to by był product placement, a to kosztuje. I tu jest odpowiedź na tezę, którą stawiasz. Książka jest produktem. Takim samym jak szampon przeciwłupieżowy, czy nowy model telefonu. Autor pisze – trochę z misji, ale o tym innym razem – a wydawca musi zarobić i potrzebuje produkt wypromować. Promuje w mediach, które są komercyjne i muszą zarabiać. Ich właściciele mówią: zaraz, chwileczkę, my promujemy i nic z tego nie mamy, a oni zarabiają! Przy książce non fiction to się jeszcze jakoś broni, bo w końcu chodzi o oglądalność, słuchalność czy odbiorcę tekstu. Prawdziwa historia dobrze się „sprzedaje”. Ludzie mówią: wow, słyszałem o tym. I znowu to samo, jak się Chmielarz z Semczukiem pobiją, to trafią przynajmniej do „Na językach” gdzie przy okazji wspomną co tam napisali.

    Wydawcy (książek) próbują to jakoś obejść. Ale bez pieniędzy się nie da. Z „Czarną wołgą” trafiłem do „Pytania na Śniadanie”. Razem z Agnieszką Więdłochą i Arturem Barcisiem. Aktorzy mówili o tym co ostatnio przeczytali, a ja o tym co napisałem. Mechanizm jest prosty. Wydawca pakuje elegancko książkę w znanego aktora, który swoim autorytetem poleca ją Czytelnikowi. Oczywiście musi za to zapłacić, aktorowi. Ale taka forma jest atrakcyjna dla wydawcy programu, bo dostaje kogoś znanego, rozpoznawalnego, przyciągającego uwagę widza. Nie oszukujmy się, ani Semczuk ani Chmielarz nie są rozpoznawalni. No może w pewnym środowisku. Będą, jeśli paparazzi zrobi im fotkę z randki z Więdłochą. Ale nie określam, który z nas ma się umówić z Agnieszką i odbić ją Mroczkowi.

    Wojtek, piszesz też, że w telewizji nie ma programów o książkach. Fakt. Tylko po co by miały być? Telewizja rządzi się pewnymi prawami. Nic nie jest przypadkiem. Określone audycje są emitowane wtedy gdy grupa docelowa akurat siedzi przed telewizorem. To po co robić program o książkach, skoro grupa która czyta nie siedzi przed telewizorem? Nie ogląda, bo czyta. Oczywiście masz rację, jak telewizja zacznie mówić to ktoś kto nie czyta, w końcu sięgnie po książkę. Tylko znowu wracamy do punktu pieniądze. Produkcja programu kosztuje, czas antenowy kosztuje. I to są duże pieniądze.

    Wyjścia są dwa. Albo dostaniemy Nike, albo się pobijemy. I to najlepiej publicznie, na scenie w czasie MFK czy Grandy. To oczywiście żart, bo przecież się kolegujemy. A tak serio. Wydawcy muszą zawrzeć umowy z mediami i się podzielić pieniędzmi. Tylko nie wiem czy dla nas autorów coś zostanie. Bo jak mi powiedziała księgowa z pewnego wydawnictwa gdy zapytałem o pieniądze: ma pan satysfakcję, że jest pan pisarzem, to powinno wystarczyć.

    Przemysław Semczuk.

  • „Polskie media mają generalnie literaturę w dupie”. Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Umówmy się na początek, że nie piszę tego felietonu, żeby się skarżyć. Parę wywiadów w swoim życiu udzieliłem. Byłem zapraszany do audycji radiowych. Telewizję też mi się kilka razy udało odwiedzić. Co prawda poszedłem do niszowych programów, emitowanych o dziwnej porze, ale zdarzyło się. Pod tym względem, jak się państwo przekonacie, mam lepiej niż większość polskich pisarzy. Ten tekst jest o czymś zupełnie innym

    Na początku maja ukazał się we Francji „Podpalacz” pod pięknym tytułem „Pyromane”. Wydało go rozwijające dopiero skrzydła wydawnictwo Agullo Editions które kilka dni temu obchodziło pierwsze urodziny. W przeciągu półtora miesiąca o mojej książce napisały już Le Monde, Le Canard enchaîné, Le Nouvel Observateur, a ostatnio L’Express. Podsumowując, nad Sekwaną miejsce dla debiutującego na tamtejszym rynku autora z dalekiej Polski znalazły najważniejsze tamtejsze tytuły. W Polsce dla odmiany „Podpalacza” z prasy krajowej zauważył tylko Piotr Kofta ze Wprost. Moja historia to tylko anegdota. Ale anegdota, która mam wrażenie jakoś tłumaczy, dlaczego czyta dziewięciu na dziesięciu Francuzów, a w Polsce mniej niż połowa ludności.

    Mniej więcej raz do roku, przy okazji publikacji badań Biblioteki Narodowej, możecie Państwo natknąć się na teksty o tym, jak czytanie jest ważne. Jak rozwija, poszerza horyzonty, wzbogaca słownictwo, uwrażliwia i tak dalej, i tym podobne. I jaka to wielka szkoda, że nasze statystyki czytelnictwa są tak niskie, jak wszyscy na tym tracimy, my ludzie, ale i polska gospodarka i co z tym można zrobić. Czasami temat wraca przy innej okazji. A to wspomni o tym minister kultury, a to jakaś mądra głowa powie coś w telewizji. Pogadają, ponarzekają i zgodzą się, że jest źle. Ale tak szybciutko, króciutko, bo już czekają kolejne materiały do emisji. Bo smutna prawda jest taka, że literaturę polskie media mają generalnie w dupie. Chcecie państwo dowodów? W ogólnodostępnych telewizjach programów o książkach prawie nie ma. Po prostu. To może się o nich mówi w innych segmentach? No też nie za bardzo. Przeglądałem materiały z ostatnich dni z telewizji śniadaniowych. Można się z nich dowiedzieć, „Co zrobić, żeby pośladki nie cierpiały na amnezję” i o tym, że „Beata Kozidrak posprzątała kuchnię życia”. Jest też materiał o „Festiwalu obrzucania się ciastem” i o „Lęku separacyjnym u psów”. Literaturze poświęcono kilka minut informując o nowej książce Pauli Hawking. Dobre i to, chociaż jestem pewien, że pojawiło się parę innych książek lżejszych i cięższych, o których warto by poinformować widzów. Redakcje uznały inaczej. Prasa papierowa? Doskonale podsumował to jeden ze znajomych krytyków, który stwierdził, że dziesięć lat temu pisał recenzje. Pięć lat temu skróty recenzji. A teraz publikuje aforyzmy na temat książek. I tak właśnie jest. Szczęściarzem może nazwać się pisarz, który dostał kilkuzdaniową wzmiankę o swojej powieści. Tylko naprawdę największe nazwiska mogą liczyć na prawdziwy tekst na kilka tysięcy znaków. Ale to też nie zawsze. Żeby nie było, nie oskarżam dziennikarzy. Ci są najmniej winni. Większość chętnie pisałaby więcej na tematy ogólnoliterackie. Problem polega na tym, że nie dostają na to miejsca lub czasu. Żeby uzupełnić obraz, jeszcze jakoś nieźle literatura trzyma się w radio. Szczególnie publicznym. Internet daje radę, chociaż o problemach z blogerami książkowymi pisał na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja dorzucę jeszcze jedną uwagę – blogi i portale literackie docierają prawie wyłącznie do tych, którzy już czytają. Ułatwiają integracje środowiska, rozmowy, dyskusje, co jest oczywiście cenne i ważne, ale nie odgrywają wielkiej roli w popularyzacji czytania. To nie jest żadna krytyka, ale suche stwierdzenie faktu i dotyczy, niestety, także smakksiazki.pl.

    www.unsplash.com/Philip Strong

    I teraz pojawia się pytanie typu, co było pierwsze – jajko czy kura. Czy media nie poświęcają literaturze miejsca, bo odbiorców to nie interesuje, czy odbiorców to nie interesuje, bo media nie poświęcają literaturze miejsca? Osobiście uważam, że właśnie ten brak uwagi odpowiada częściowo za niskie wskaźniki czytelnictwa. Od święta media tłuką wszystkim dookoła do głów, że czytanie jest ważne, ale w codziennym życiu pokazują, że jest dokładnie odwrotnie. Że nikogo książki nie obchodzą. Nie warto o nich pisać. Nie warto o nich rozmawiać. Nikomu nie przyjdzie go głowy, żeby zapytać goszczącego w studiu polityka o to, co ostatnio czytał albo co sądzi o najnowszej powieści Żulczyka. Najlepiej pominąć milczeniem, a cenny czas antenowy poświęcić gafom letniej mody męskiej. A do tematu czytelnictwa, a raczej jego braku, wrócimy, kiedy Biblioteka Narodowa opublikuje kolejny raport.

    Wojciech Chmielarz