Tag: Wojciech Chmielarz

  • „W szkole nikt mi nie kradł kanapek, ale kilka złotych musiałem pożyczyć”. Wywiad z Wojciechem Chmielarzem.

    Za kilka dni może sięgnąć po Nagrodę Wielkiego Kalibru drugi raz w swojej karierze. Mocno się zdziwię, jeśli za rok nie dostanie jej za książkę „Zombi”, która dziś ma swoją premierę. Polski Jo Nesbo zabiera swoich czytelników w mroczną podróż pośród ludzkich pragnień i namiętności. Najnowsza książka pisarza z Gliwic jest brudna, oblepi Was całych i nie da się zmyć jeszcze przez kilka tygodni po przeczytaniu. Zazdroszczę, że lektura dopiero przed Wami. Drodzy Państwo, przed Wami Wojciech Chmielarz.

    Co robiłeś w szkole żeby zaimponować koleżankom?

    (Śmiech) Musiałbyś spytać o to moje koleżanki. Chociaż raczej nie będą miały wiele do opowiedzenia. Wydaje mi się, że byłem bardzo kiepski w tych sprawach. Nie do końca wiem, jak to się stało, że jestem żonaty.

    Może dlatego, że niektóre rzeczy dzieją się same.

    Tak bywa, jakaś chemia, uczucie. Nigdy nie byłem dobrym podrywaczem.

    Z „Zombiego” wynika, że z miłością i męska dumą nie ma żartów.

    Zdecydowanie tak. Nie tylko z męską, ale też z dumą jako taką w ogóle. Taką bardzo silną, która sprawia, że niektórzy potrafią latami chować urazę i żal. Rozmyślać o nim niemal codziennie. Rozkoszować się własnym gniewem. Aż dochodzi się do punktu, w którym wystarcza mała iskra, żeby nastąpił wybuch.

    Dwadzieścia lat to dużo czy mało? Pytam, bo właśnie po tylu latach wracają do bohaterów „Zombiego” sprawy z ich młodości.

    Wraz z upływem czasu myślę, że coraz mniej. Kiedyś dziesięć lat wydawało mi się bardzo długim okresem, a teraz zdaję sobie sprawę, że to było bardzo krótko.

    Korciło Cię żeby napisać alternatywną wersję książki? Bo przyznasz, że w „Zombim” jest strasznie dużo hipotetyzowania i gdybania. Przecież, gdyby ktoś czegoś nie widział, albo zareagował w inny sposób, to losy bohaterów byłyby zupełnie inne.

    To też jest sprawa, która mnie fascynuje. Jak ważne są dla nas te fantazje na temat, co by było gdyby. Jak bardzo te wizje potrafią nas z jednej strony ratować, a z drugiej zatruwać. Ta książka jest też trochę o pamięci i o tym, jak bardzo wbrew pozorom plastyczne są wspomnienia.

    O pamięci, to raz. A dwa, że zdarzają się przypadki, kiedy przypisujemy sobie czyjeś zasługi, a w przypadku Twojej książki, winy.

    To jest akurat przykład skrajny, ale bez trudu możemy wymyślić takie, które dotyczą właściwie każdego z nas. Człowiek ma bowiem zaskakującą zdolność do samooszukiwania się. A równocześnie nie potrafi skonfrontować się z własnymi błędami. Powiedzieć, nawet nie publicznie, ale samemu sobie, że coś się zrobiło nie tak. Zamiast tego, stosujemy mechanizm wyparcia, obarczamy winą kogoś innego, byle tylko nie myśleć o sobie źle. Jakby przyznanie się do własnej niedoskonałości, zagrażało naszej integralności. Fundamentom, na których zbudowaliśmy swój własny obraz i własne życia.

    Wojciech Chmielarz

    Miałeś w szkole Korsarza? Ktoś Ci zabierał Ci kanapki?

    Nie, nie było kogoś takiego. Natomiast wiesz, ja chodziłem do takiej szkoły, gdzie – właśnie teraz pytanie na ile to wyolbrzymiam we wspomnieniach – w której było dużo dzieciaków, mających różne problemy wychowawcze. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że oni zawsze lądowali w mojej klasie. Znowu, mam wrażenie, że zawsze miałem z nimi dobre kontakty. Kanapek więc nikt mi nie kradł, ale faktycznie, dochodziło do takich niby wymuszeń. Podchodził kolega i pytał się, czy mam pożyczyć jakieś drobne. Oczywiście, nie było mowy o oddaniu tych pieniędzy. Czasami mówiłem, że mam. Czasami mówiłem, że nie mam.

    Korsarz to jest jeden z tych bohaterów, który pozostaje w pamięci na długo. Bardzo mi się podobało porównanie go do Erica Cartmana z kreskówki South Park.

    Jak się dowiemy z książki, to to porównanie nie jest do końca prawdziwe. Postać Korsarza nie jest jednak budowana na prawdziwych osobach, a raczej na legendach, które otaczały kolegów ze szkoły i z osiedla. A tych było mnóstwo. Ktoś miał dźgnąć własnego ojca nożem. Ktoś inny zorganizować włamanie do własnego domu. Pamiętam, że był na w mojej dzielnicy facet, którego wszyscy się bali. Opowiadali o nim różne straszne historie związane z przemocą, nadużywaniem alkoholu, narkotyków itd. Ja z nim kiedyś z jakiegoś powodu zacząłem grać w koszykówkę. Najpierw ze sporymi obawami. Czekałem, kiedy facet przyłoży mi z łokcia albo spróbuje ukraść piłkę. Ale do niczego takiego nie doszło. Właściwie to miło go wspominam.

    Z punktu widzenia pisarza, łatwo jest się cofnąć o dwadzieścia lat i pisać o tym co się działo w dziewięćdziesiątym szóstym roku? Wiesz, musisz sprawdzać jaki kolor miał wtedy ten a ten budynek, jaka muzyka leciała w radiu.

    Miałem nadzieję, że to wszystko pamiętam, ale aż takich szczegółów nie sprawdzałem. Nie bez przyczyny większość akcji dzieje się w lesie. Drzewa są zawsze zielone.

    Śląsk jest wdzięcznym miejscem do zabójstw?

    Oj cholernie. Nawet tłumaczę w książce, dlaczego. Trzy miliony mieszkańców, kilkanaście miast w aglomeracji. Każde o innym charakterze, różne problemy społeczne. Specyficzna historia Górnego Śląska, tradycje górnicze, cały folklor z tym związany. Ale też współczesność. Niesamowite zderzenie nowoczesności z tradycją przemysłową. W jednym miejscu w biurowcu pracownicy tworzą zaawansowane oprogramowanie, które potem jest sprzedawane na całym świecie, a ledwie dwadzieścia kilometrów dalej górnicy zjeżdżają do kopalni, tak jak to robili ich przodkowie sto lat temu. Jasne. Dzisiaj z lepszym sprzętem, ale to dalej jest ta sama znojna, ciężka robota.

    Jaki jest Twój stosunek do relacji śląsko-zagłębiowskich? Jest postać, która mówi, że wybudowałaby na granicy mur jak Trump od Meksyku.

    To właśnie taki twardy Ślązak z dziada na pradziada. Moja rodzina natomiast trafiła tutaj po wojnie. I to nawet nie z kresów wschodnich, ale z Mazowsza z jednej strony i Częstochowy z drugiej. Dlatego nie mam tego stereotypowego podejścia do Zagłębia. Rozumiem różnice historyczne i w związku z tym pewne różnice folklorystyczne. Chociaż sam zawsze protestuję, kiedy ktoś mówi coś w stylu „na Śląsku w Sosnowcu”!

    Masz jakiegoś swojego ulubionego bohatera z „Zombie”?

    Ulubionego to może nie, ale podoba mi się ten duet – detektyw Dawid z prokuratorem Górnikiem. Jest między nimi mnóstwo napięć. Wrogości, a równocześnie coś co można by nazwać patologiczną przyjaźnią.

    Ta książka też jest o toksycznych relacjach damsko-męskich. Rozumiem, że to zabieg celowy, żeby nie było lekko, łatwo i przyjemnie. Problemy uczuciowe przekładają się na życie zawodowe, chociaż u Górnika jest chyba na odwrót.

    Zastanawiam się, które tam związki określasz jako toksyczne. Bo małżeństwo Górnika do takich nie należy. Przynajmniej ja tak tego nie widzę. W toku akcji faktycznie tam się psuje wiele rzeczy. Przede wszystkim z jego winy. Ale ten związek był oparty na zdrowych fundamentach.

    Relacja Wolskiego z Martą jest toksyczna.

    No, dobra. Tutaj masz rację. Ale to jest dwójka bardzo zagubionych osób, które próbują się nawzajem ratować, ale sobie szkodzą. Szczególnie Dawid w stosunku do Marty. Chociaż on się strasznie stara. Ale po prostu jest coś w jego charakterze, jakaś skaza, która sprawia, że ten jego egoizm zawsze bierze górę.

     Relacja Karoliny z Górnikiem też jest w pewien sposób toksyczna.

    Tak. Ale z zupełnie innych przyczyn.

    To jest tak, że stawiasz kropkę i już nic się nie wydarzy, czy jeszcze tę historie da się w jakiś sposób pociągnąć?

    Nie, nie będzie już ciągu dalszego. Natomiast to co pozostaje do napisania, to jest opowieść o Dawidzie. Co się stało z Igą i dlaczego on się zmienił w takiego człowieka jakim jest obecnie. I to jest materiał na jeszcze jedną powieść.

    www.unsplash.com/david clarke

     

    Nie wiedziałem, że jesteś aż takim fanem piłki nożnej.

    Bo Mistrzostwa Europy w ’96 grają w „Zombim” bardzo ważną rolę? Fakt. Na nich opiera się jeden z większych zwrotów akcji. To zresztą jeden z moich ulubionych motywów w tej książce. Jestem szczególnie dumny z tego, że ten wątek zaistniał już w „Wampirze”. Nawet przez chwilę miałem ochotę, żeby nie powtarzać tych wszystkich informacji w „Zombie”. Natomiast dla pewnej jasności przekazu zdecydowałem się to zrobić.

    Reprezentacja Hiszpanii też odgrywa ważną rolę.

    Nie współczesna, tylko ta złota z Mistrzostw Europy 2008, z Mistrzostw Świata 2010, potem polsko – ukraińskie Euro. Świetna drużyna. Chociaż ja wolę takie grające bardziej siłowo. Agresywnie.

    A komu kibicowałeś w meczu Czechy – Niemcy w 1996?

    Czechom. Prawie wszyscy kibicowali wtedy Czechom. Bo to było coś niesamowitego. Pamiętasz, nasza reprezentacja wtedy nic nie potrafiła zrobić. Jak potem w październiku 96′ Citko strzelił Anglikom gola na Wembley to prawie został bohaterem narodowym, chociaż myśmy przecież ten mecz przegrali! I to do tego były tylko eliminacje MŚ. A tu proszę, przyjeżdżają Czesi i docierają do finału Euro. Przez kilkanaście minut nawet w nim prowadzili.

    Poruszasz też wątek dworca kolejowego w Katowicach. Jednym się podoba, innym nie, Twoi bohaterowie też są podzieleni.

    Uważam, że to co zrobiono ze starym dworcem, jego zniszczenie, dewastacja, to jest barbarzyństwo. Nie rozumiem tej decyzji. Nie rozumiem, jak można było zniszczyć tak piękny i tak ważny budynek. Moim zdaniem trzeba go było gruntownie odnowić, może przebudować wnętrza. Tak jak mówią moi bohaterowie – było w Katowicach coś wyjątkowego. Teraz jest to samo, co wszędzie indziej. To centrum handlowe przecież nie różni się prawie niczym od Złotych Tarasów w Warszawie. Chociaż Dworzec Centralny w Warszawie udało się uratować.

    Na koniec chciałbym Cię zapytać, choć może powinienem od tego zacząć. Czy czujesz się dumny, że wyprowadziłeś czytelników w pole? I to w takie pole, że będziesz szukał tych czytelników pewnie przez miesiąc zanim z tego pola wrócą po przeczytaniu.

    Mam nadzieję, że masz rację. Jeśli mi się udało, to faktycznie jestem dumny. Natomiast wiesz, w tej książce są ważniejsze rzeczy niż sama intryga. Nosiłem się z myślą o napisaniu „Zombiego” od trzech lat. A sama historia w różnych wariacjach chodziła za mną od co najmniej dziesięciu. Zresztą „Wampira” napisałem tylko po to, żeby przygotować grunt pod „Zombi”. Chciałem zapoznać czytelników z bohaterami, realiami. Sprawdzić, jak to będzie działać. Te dwie opowieści, pomimo tego że oczywiście można je czytać osobno, są ze sobą mocno związane. Przenikają się na kilku poziomach. Wątek zaginięcia Filipa Korsarskiego pojawia się przecież po raz pierwszy już w „Wampirze”.

    Teraz musisz odpocząć, czy pracujesz dalej i już coś piszesz?

    Teraz powstaje kolejny Mortka. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku uda nam się go opublikować. Zamknąć tę historię, którą rozpocząłem już cztery książki wcześniej w „Podpalaczu”.

  • „Spotkanie po roku”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Napisanie książki to w moim przypadku około roczna praca. Ale to niedokładna miara. Pewne pomysły pojawiają się wcześniej. Zostają w głowie. Zbierają się wspomnienia. Przeczytane książki. Odbyte rozmowy. To wszystko rośnie, nawarstwia się, żeby nagle eksplodować fabułą

    To jest ten najprzyjemniejszy moment. Pełen ekscytacji. Kiedy pomysły pojawiają się jeden za drugim. Widzę wtedy całe sekwencje pełnych napięcia scen. Słyszę dialogi, które aż kipią od emocji. Galerię żywych postaci, które walczą ze swoimi grzechami, namiętnościami, słabościami. I najczęściej im ulegają. A potem przychodzi to, czego żaden pisarz nie lubi – moment, w którym trzeba wziąć się do roboty. Okazuje się, że tych wymarzonych scen starczy może na 1/3 powieści. Mozolnie wymyślam to co pomiędzy nimi. Rozpisuję plan. Robię notatki. A przede wszystkim – poprawiam, poprawiam i poprawiam. Okazuje się, że postacie mają inne motywacje, niż początkowo zakładałem. Inaczej się więc zachowują. Wobec tego należy po raz kolejny wszystko pozmieniać. Ze świadomością, że podczas pisania, tych długich, spędzonych w samotności godzinach stukania w klawisze, i tak wszystko się jeszcze mniej lub bardziej wywróci.

    Kolejny krok, to oczywiście redakcja. Podejrzewam, że każdy pisarz odwleka ten moment tak długo jak może. Uwielbiam redaktorów, z którymi pracuję. Wiele dobrego wnoszą do mojej pracy. Podnoszą moje książki o poziom wyżej. Nieustannie powtarzam, że mam wielki dług wdzięczności wobec Tomka Zająca (książki od „Podpalacza” do „Osiedla Marzeń”) i Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej („Zombie”). Co nie zmienia faktu, że w czasie samej redakcji darzę ich głęboką i szczerą nienawiścią. To ludzie, którzy czepiają się wszystkiego. Wynajdują dziury w fabule. Zadają kłopotliwe pytania. Zaglądają pod każdy kamień. Niszczą, rozwalają, skleją na nowo. To długi i męczący proces. Czytamy wspólnie daną powieść po kilka razy. Wysyłamy sobie setki maili. Rozmawiamy, dyskutujemy, wreszcie się kłócimy. Myślę, że i oni, i ja mamy dosyć książki, nad którą pracujemy. A potem na deser – korekta. Czyli jeszcze jedna lektura. Jeszcze jedno (lub dwa) sprawdzenie czy wszystko jest ok. Wreszcie upragniony koniec. Powieść jest oddana. Drukowana. Ląduje w księgarniach.

    I co się dzieje?

    O tym właśnie chciałem napisać w tym felietonie. Bo nie dzieje się nic. Jest jakaś data premiery. Ale też niewiele ona znaczy i z roku na rok staje się coraz bardziej umowna. Wiadomo, że w niektórych księgarniach książka potrafi być kilka dni wcześniej. Po paru dniach zaczynają się pojawiać recenzje. W moim przypadku mogę jeszcze liczyć na kilka wiadomości na profilu na facebooku lub oceny na lubimyczytac.pl. I tyle. Po dwunastu miesiącach pracy jestem w tym samym miejscu, w którym byłem rok wcześniej – siedzący przy biurku z pustą kartką papieru przed sobą. I teraz pytanie, gdzie w tym wszystkim czytelnik?

    www.unsplash.com/Jason Yu

    Zastanawiam się, czy pisarz to nie ten zawód twórczy, gdzie autor jest najbardziej oderwany od swoich odbiorców. To oczywiście wynika z samej natury tego zajęcia. Zarówno pisanie, jak i czytanie to zajęcia wybitnie indywidualne. Wymagające skupienia. Spokoju. Pewnej alienacji. Twórca nie ma szans, żeby zobaczyć reakcję odbiorców. Czytelnik rzadko kiedy może przekazać pisarzowi swoje uczucia w trakcie lektury. Brakuje tej bezpośredniej relacji. Tego, co aktor ma występując przed widownią w teatrze, muzyk podczas koncertu czy malarz podczas wernisażu.

    Znowu wychodzi na to, że się skarżę. Tymczasem piszę ten felieton z optymistycznym nastawieniem. Bo jest maj (chociaż dość paskudny), a maj to ten miesiąc, kiedy właśnie mam jedną z najlepszych okazji w roku, żeby spotkać się czytelnikami. Najpierw na Warszawskich Targach Książki (gdzie zresztą po raz pierwszy będzie można kupić „Zombiego”), a później na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Cały ten przydługi wstęp miał uzasadniać, jak bardzo mnie to cieszy. Spotkania na linii pisarz – odbiorca, to ten moment, kiedy dwa doświadczenia indywidualne (pisanie i czytanie) mają szansę zmienić się w doświadczenie zespołowe. Wreszcie mogę poznać ludzi, którzy sięgają po moje książki. I to nie via zimny ekran komputera, ale osobiście, oko w oko. Chwilę porozmawiać. Wymienić uwagi. Często zaskakujące, świeże i niezwykłe. Których w innych okolicznościach nigdy bym nie poznał. Spojrzeć na to co napisałem z odmiennej perspektywy. Usłyszeć o ulubionych scenach, dialogach, bohaterach. Rozwiać wątpliwości lub zasiać nowe (bo to też się zdarza) Albo po prostu – poznać ludzi. Pamiętam czytelnika, który dopytywał się, dlaczego bohaterowie moich książek (i polskich kryminałów w ogóle) mają takie dziwne nazwiska. Przyznam, że nie potrafiłem znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Innego, z którym wdałem się w interesującą pogawędkę o komiksowych nowościach. Panią, której co roku we Wrocławiu podpisuję swoją kolejną książką, którą ona potem daje córce w prezencie. I wielu, wielu innych.

    Zazwyczaj to wszystko trwa góra kilka minut. W sprzyjających warunkach. Podpis na książce. Wymiana kilka słów. Uśmiech. Czasami zdjęcie i uścisk dłoni. Życzenia powodzenia. Nie wiem, co te spotkania znaczą dla czytelników, ale wiem, co znaczą dla mnie.

    Że warto było poświęcić te dwanaście miesięcy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Cena”, czyli felieton Wojciecha Chmielarza.

    Takie pytanie na spotkaniach autorskich pojawia się regularnie: jak na mnie wpływa to, że jako autor zabijam swoich bohaterów w często dość brutalny sposób? Odpowiadam zwykle wzruszeniem ramionami i tłumaczę, że okej, zdarza mi się opisywać różne dziwne sytuacje, ale nie zapominajmy, że to koniec końców są wymyślone ludziki w wymyślonych sytuacjach. A przynajmniej odpowiadałem tak do momentu, kiedy nie wysłuchała tego moja żona. Po spotkaniu podeszła do mnie i stwierdziła – Mówisz tak tylko dlatego, że nie widzisz sam siebie w takich chwilach…

    No cóż, to był moment, kiedy dowiedziałem się o sobie czegoś nowego

    Wyraźne przygnębienie. Wzrok wbity w podłogę. Mrukliwość. Odpowiadanie na każde zagajenie prostymi, ale pełnymi irytacji „tak, nie, nie wiem”, a oprócz tego jakieś trudne do zrozumienia mruczenie pod nosem. Zamyślenie. To nie tylko zły nastrój, przygnębienie, tłumaczyła, ale coś więcej. Lepiej mnie wtedy omijać.

    – Zawsze wiem, kiedy opisujesz mocną scenę – powiedziała moja żona.

    Zaskoczyła mnie. Zawsze uważałem, że potrafię rozdzielić fikcję, to co się dzieje w mojej głowie, a co potem przelewam na papier, od prawdziwego życia. Że nie ma na mnie to żadnego wpływu. Co jest oczywiście, jak się nad tym głębiej zastanowiłem, nieprawdą. Za wszystko się przecież płaci jakąś cenę.

    Tutaj zróbmy przerwę na małe wtrącenie – nie chcę brzmieć, jakby dramatyzował. Z palucha jestem w stanie wymienić z dziesięć zawodów, które są dużo bardziej obciążające psychicznie niż praca pisarza. Poczynając od pielęgniarki, przez strażaka, lekarza, policjanta, a kończąc na żołnierzu na misji zagranicznej. Umówmy się – przez większość czasu pisanie to całkiem niezła zabawa. Ale faktem jest, że spędzam długie godziny na czytaniu o różnych okrutnych zbrodniach, seryjnych i masowych mordercach, socjopatach, psychopatach. Chłonę wszystko. Filmy dokumentalne. Literaturę faktu. Czasopisma fachowe. Oglądam zdjęcia z miejsc zdarzenia i amatorskie nagrania. Mam w głowie cały katalog paskudnych czynów, które ludzie robią sobie nawzajem. Nie pomaga mi też to, że naczytałem się o błędach popełnianych przez organy ścigania. Nawet nie chodzi mi tutaj o wielkie patologie. Raczej o zwykłe ludzie pomyłki wynikające ze zmęczenia, nadmiaru obowiązków lub niezgulstwa. Tylko, że wszystkie mają tragiczne skutki. Zabójca chodzi na wolności, ktoś niewinny trafia do więzienia. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze rozmowy. Te są najtrudniejsze. Z policjantami. Prokuratorami. Technikami. A czasami zwykłymi ludźmi, którzy dzielą się ze mną swoimi opowieściami. Nieczęsto się to zdarza, przyznaję, i trochę się z tego cieszę. Takie historie potrafią zaboleć. Potem to wszystko przetrawiam we własnej głowie. Obracam na wszystkie strony. Badam. Żeby wreszcie wymyślić własne fabuły.

    Efekty? Jest jedna taka scena w nadchodzącym „Zombim”. Pamiętam, że pisałem ją jak w transie. Ponad tysiąc słów, które wypłynęły ze mnie w przeciągu trochę ponad pół godziny (dla porównania, z tym felietonem walczę drugi dzień). Kiedy skończyłem, długo siedziałem bez ruchu przy biurku. Najpierw w głowie miałem totalną pustkę. Potem zastanawiałem się, czy nie powinienem rzucić komputerem o ścianę. Tak po prostu. Bo wydawało mi się, że dotknąłem czegoś autentycznie złego. Wreszcie wstałem i po prostu poszedłem na spacer. Pomogło.

    Czytałem tę scenę potem podczas redakcji. Znowu dziwnie się poczułem. Zupełnie obce słowa. Zdania. Całe fragmenty. Przytkało mnie. Było tak, jakby ktoś mi położył na piersi dziesięciokilogramowy ciężar. Do dzisiaj się zastanawiam, skąd się to we mnie wzięło. Jaka cząstka mnie wymyśliła ten opis i przelała go na papier? Nie znam jej. Nie rozumiem. Nie sądziłem, że ją posiadam. Ale tak samo, nie znam tego człowieka, z którym regularnie spotyka się moja żona po tym, kiedy napiszę brutalną scenę. Czasami jednak się w niego zmieniam. No cóż, to wielki paradoks literatury. Ludziki mogą być wymyślone, ale to się dzieje w mojej głowie podczas pisania, a w głowach czytelników podczas czytania jest w pewien sposób prawdziwe. I potrafi zaboleć. Taka jest cena uprawiania tego zawodu. Mam nadzieję, że warto ją zapłacić.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kim będzie śląski Mock?” Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Rozmawiając intensywnie z Adamem o polskim kryminale, jego przeszłości i przyszłości, zahaczyliśmy w końcu o Górny Śląsk. Wtedy padło pytanie: czy nasz region ciągle czeka na swojego Krajewskiego? Moja odpowiedź jest krótka. Nie tylko nie czeka. On go nawet nie potrzebuje

    Zaczniemy od rzeczy absolutnie podstawowej. Marek Krajewski ma wielkie zasługi i dla polskiego kryminału, i dla Wrocławia. To człowiek, który postawił ten gatunek na nogi. Pokazał, że nie tylko się da napisać po polsku dobry kryminał, ale jeszcze znajdą się czytelnicy, którzy taką książkę kupią. Oczywiście, możemy się zastanawiać, na ile to zasługa samego Krajewskiego, a na ile po prostu trafił ze swoją twórczością na odpowiedni moment, ale to byłyby rozważania dość jałowe. Fakty są takie, przed nim była tylko Chmielewska. Po nim jego sukcesie, cała grono autorów, do których i ja należę. Wrocław również jest mu wdzięczny. Eberhard Mock i jego twórca stali się przecież jedną z jego wizytówek. A sam Krajewski odsłonił przed rzeszą czytelników niemiecką przeszłość miasta. Bo z jednej strony, to nie była przecież tajemnica, że przed wojną te ziemie należały do naszego zachodniego sąsiada. Ale z drugiej, jakoś się o tym za wiele nie mówiło. Nie tyle to ukrywano, co ignorowano. Po książkach Krajewskiego jest to już niemożliwe.

    Myślę, że w polskich miastach tkwi taka tęsknota z ich własnymi Krajewskimi. Podczas spotkania w Gliwicach na temat mojego „Wampira” padło nawet z sali pytanie, dlaczego się na nim nie wzoruję? Odpowiedź jest taka, że po pierwsze nie chcę, a po drugie, ani Gliwice, ani Górny Śląsk nie potrzebują takiego autora. Przedwojenna przeszłość regionu była i jest u nas dużo lepiej znana niż we Wrocławiu, a wspomnienia żywe. Tożsamość śląska jest silna i atrakcyjna dla kolejnych pokoleń. Sam jestem tego najlepszym przykładem. Nikt z mojej rodziny nie pochodzi z Górnego Śląska. Wszyscy przyjechali z innych regionów kraju. Ale dzisiaj i ja czuję się Ślązakiem ( chociaż może nie w sensie narodowościowym, chociaż uważam, że taki naród istnieje), a regionalny etos jest ważną częścią mojej tożsamości. Od zawsze wiedziałem, jaka jest przeszłość mojego miasta i regionu. Co tu się działo przed wojną, co się wydarzyło podczas wojny, a co po niej. Było to coś dla mnie całkowicie naturalnego i oczywistego. Dla Wrocławian twórczość Krajewskiego była zaś odkrywczą nowością. To przecież miasto, które w pewnym sensie umarło i narodziło się w 1945. Wtedy skończyła się tam jedna historia, a rozpoczęła nowa. Coś, co pomimo wszystkich tragicznych zdarzeń i dziejowych zawieruch nie dotyczy Górnego Śląska. Tak, zmieniło się wiele. W niektórych miastach prawie wszystko. Ale zachowana została fundamentalna ciągłość. Przetrwała gwara. Przetrwała pamięć. Przetrwały opowieści i poczucie własnej tożsamości.

    zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    To sprawiło, że śląska literatura ma się czym chwalić. Zaczynając od pięknej, żeby wymienić Horsta Bienka, Janoscha (obaj z Niemiec, ale znani i czytani na Śląsku), a z Polaków Henryka Wańka, a teraz Szczepana Twardocha. Więcej nazwisk znajdziecie Państwo w Kanonie Literatury Górnego Śląska (klik). Kryminał na Śląsku? Proszę bardzo. Jest piszący po śląsku Marcin Melon. Jestem ja z „Wampirem” i nadchodzącym „Zombim”. Wątki śląskie pojawiają się u Katarzyny Bondy, Mariusza Czubaja, Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. I pewnie kilku innych autorów, których albo nie znam (przepraszam), albo o nich zapomniałem.

    Stolica Dolnego Śląska tego nie miała. W 1999 roku (rok wydania pierwszej powieści z Mockiem) Wrocław był w pewnym sensie dla polskiej literatury terra incognita. Co było zresztą jedną z przyczyn sukcesu Krajewskiego. Górny Śląsk jest, był i będzie mocno obecny w polskiej kulturze. Nawet bestsellera nie brakuje, bo przecież Szczepan Twardoch ma takie nakłady, że tylko pozazdrościć. Jedyne, czego nie ma Górny Śląsk to ikonicznego bohatera. Kogoś takiego jak Eberhard Mock. Kogoś, kto byłby wizytówkę. Kogo śladami mogłyby wędrować wycieczki. Ale szczerze mówiąc, jakoś wątpię, żebyśmy odnaleźli taką postać w kryminale retro. Było przecież wielu, którzy próbowali. Udało się tylko Marcinowi Wrońskiemu z Zygą Maciejewskim. Postać, która jest równie ciekawa co jego wrocławski kolega po fachu, ale jednak dużo mniej znana. Spróbować dołączyć do tych dwóch postaci trzecią, wydaje mi się niemożliwością. Jako twórca, i jako czytelnik bardziej wierzę w siłę współczesnych bohaterów. Tacy, którzy staną się literackim fenomen i zdobędą serca czytelników, jestem tego pewien, prędzej czy później się pojawią. Nie na Krajewskiego więc czekamy, ale na Mocka. Sam jestem ciekaw, kto nim będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • Dobra literatura już się nie broni. Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Samych królowych polskiego kryminału naliczyłem trzy. Do tego dochodzi pierwsza dama polskiego kryminału retro, a niedawno ujawniła się pierwsza dama polskiego kryminału noir. Prawie każda tytuł zawdzięcza nie czytelnikom, ale została pasowana przez dział promocji.

    Od pewnego czasu prowadzę kursy pisarskie na temat tego, na czym się znam najlepiej, czyli tworzenia kryminałów. Oprócz omawiania sposób tworzenia bohaterów, konstrukcji fabuły, sposobów na zmylenie czytelnika z uczestnikami rozmawiamy trochę o samym rynku księgarskim. O tym, co się teraz sprzedaje i co ważniejsze, dlaczego się sprzedaje. I z zajęć na zajęcia coraz więcej czasu poświęcamy na omawianie roli promocji w sukcesie księgarskim. Podczas jednych zajęć przez kilkanaście minut opowiadałem na przykładach różnych pisarzy, o tym jak pewne nazwiska zostały wypromowane, a innym się nie udało. Starałem się zdiagnozować, dlaczego tak się stało. Kiedy skończyłem jeden z uczestników spojrzał na mnie poważnie i powiedział (a może zapytał)

    – Wszytko to fajne, ale dobra literatura sama się wybroni.

    Nawet się nie zorientowałem, bo zrobiłem to całkowicie automatycznie, kiedy z moich ust wydobyło się proste

    – Niestety, nie.

    Może najsmutniejszy w tej sytuacji był wyraz twarzy innych uczestników kursu, którzy milcząco przyznawali mi rację.

    Żyjemy w czasach, kiedy dobra literatura nie obroni się sama. Zastanawiam się zresztą, czy kiedykolwiek takie istniały. Może kiedyś, dawno, dawno temu. Chociaż i wtedy przekonująco wykreowana literacka legenda potrafiła tylko pomóc. Teraz jednak mam wrażenie z roku na roku jest coraz gorzej. Rośnie rola działań promocyjnych. Przyczyna takiego stanu rzeczy jest moim zdaniem jedna i ta sama. Wyjątkowy zły stan rynku książki w Polsce. Jest do tego stopnia kiepsko, że jedyną dobrą rzeczą, którą można powiedzieć, jest to, że może być już tylko lepiej. O ten niewielki skrawek walczą dziesiątki wydawnictw i setki tytułów. Każdy próbuje się przebić i każdy prowadzi coraz ostrzejszą walkę o uwagę czytelnika. Reklamy. Stoiska w empiku. Wyrafinowane, ale i często prostackie akcje promocyjne. Aktywność na portalach społecznościowych i czytelniczych. Skupienie się na stworzeniu wizerunku autora (jego legendy, jak podpowiedział mi jeden z kursantów). Mało w tym miejsca dla samej powieści, prawda? I nic dziwnego. Sama książka jest może w tym wszystkim najmniej ważna. Bo też, jak słusznie zauważył Krzysztof Cieślik (tutaj), krytyka literacka w Polsce już prawie nie istnieje. I dlatego, że mało kto się nią zajmuje, i dlatego, że po prostu nie ma dla niej miejsca w czołowych gazetach, tygodnikach, w telewizji. Jeden z czołowych krytyków powiedział mi niedawno, że pięć lat temu tworzył eseje na temat książek. Dwa lata temu recenzje. Obecnie pisze już tylko aforyzmy. Jedynym w miarę popularnym pismem poświęconym literaturze obecnym w kioskach są „Książki. Magazyn do czytania”. Kwartalnik. Z rzeczy bardziej branżowych istnieje jeszcze kryminalny „Pocisk” i „Nowa Fantastyka”. Łącznie trzy czasopisma na trzydzieści osiem milionów obywateli (przepraszam, jeśli jakieś pominąłem, ale nawet jeśli – ogólnego obrazu sytuacji to nie zmienia). W efekcie coraz mniej miejsc, gdzie można o książkach poczytać i porozmawiać, gdzie wypowiadają się na ich temat ludzie wykształceni, oczytani, z odpowiednim warsztatem. Pozostaje jeszcze blogosfera. I chociaż są ciekawe i wiarygodne blogi o literaturze, to nie ukrywajmy – opowieści o tym, ile kosztuje pozytywna recenzja (niekoniecznie z przeczytanej książki) nie są wyssane z palca.

    Dlatego nie mam wątpliwości. Przegapiliśmy wiele dobrych książek właśnie dlatego, że nie stała za nimi maszyna promocyjna wielkiego wydawnictwa, że nie znalazł się nikt, kto wyłożyłby pieniądze na billboardy w metrze i stoiska w Empiku. Ale też mam nadzieję, że koniec końców na trwałe przebijają się, nawet przy dużym wsparciu działu reklamy, ci, którzy na to zasłużyli. A przynajmniej tak mówię moim kursantom.

    Jeszcze.

    Wojciech Chmielarz

  • „Czekanie na Larssona”, czyli Wojciech Chmielarz o przyszłości polskiego kryminału. Felieton.

    Zastanawiam się, czy rok 2017 to nie będzie początek końca boomu na polski kryminał. Rynek zalewany dziesiątkami tytułów w końcu powie dość. Znacząca jest tutaj scena z ostatniego Poznańskiego Festiwalu Kryminałów Granda, gdzie organizatorki odmówiły zrobienia spotkań premierowych dla pojedynczych autorów – premier było po prostu zbyt wiele. Zamiast tego zrobiono jedno, zbiorcze. Siedliśmy na nim chyba w dziesięć osób i przez godzinę mieliśmy bodajże czas, żeby odpowiedzieć każdy na trzy pytania.

    Jak więc wygląda polska powieść kryminalna na początku 2017? Czołówka wydaje się być już znana i dość statyczna. Niewiele się tu zmieni. Dołączy do niej może jeden, dwóch debiutantów. Może przebije się ktoś z tego drugiego szeregu. W każdym razie, wśród nominowanych do Kryminalnej Piły i Nagrody Wielkiego Kalibru spodziewam się raczej zestawu w większości znanych nazwisk.

    Bonda pewnie będzie starać się z przytupem zakończyć swoją tetralogię. Istnieje szansa, że z nowym tytułem wyskoczy Miłoszewski (chociaż on zarzeka się, że z kryminału zrezygnował). Lawiną książek zaleje nas Mróz. Do tego może jedna lub dwie przyjemne niespodzianki. Słowem, będzie tak jak było. I teraz pojawia się to nerwowe pytanie, które sobie wszyscy, my pisarze, zadajemy – ile jeszcze ta moda na polski kryminał będzie trwać? Rok? Dwa? Boom się kiedyś skończy. I chyba jako autorzy powoli się na to szykujemy. Wspomniany Miłoszewski deklaruje ucieczkę z gatunku. Nie znam twórczych planów Kasi Bondy, ale mówi ona, że chce się rozwijać jako pisarka, co można w różny sposób interpretować. Mariusz Czubaj mruga okiem, opowiadając wszystkim, że jego „R.I.P” to żaden kryminał, tylko western. A ja? Póki co zostaję przy gatunku, ale z pewnym niepokojem patrzę na jego przyszłość.

    Wydaje mi się, że w Polsce kryminał osiągnął już wszystko, co w tych warunkach, osiągnąć mógł. Książki są i się sprzedają. Krytycy zauważają. Czytelnicy czytają. Wszyscy teraz chcielibyśmy jednego, żeby polska moda na kryminał, przemieniła się w modę na polski kryminał na świecie. Ale do tego potrzebna nam jest nasz rodzimy Larsson z trylogią „Millenium”, swojska „Dziewczyna z pociągu”, nasz własny Jo Nesbo i Harry Hole. Są na to szanse. Głośno o planach tłumaczeń Bondy. Pytanie, czy uda się ją równie mocno wypromować na bardzo wymagających rynkach. Sprzedanymi prawami chwali się Katarzyna Puzyńska. Wreszcie, największy sukces ostatnich lat, czyli przekłady Miłoszewskiego we Francji. Przekłady, którym sam zawdzięczam to, że w maju nad Sekwaną ukaże się „Podpalacz”, a po nim prawdopodobnie „Farma Lalek”. Ale tak naprawdę nie jest istotne, kto będzie autorem tego przełomu na rynkach zagranicznych. Ważne, że za nim pójdą kolejni. I polski kryminał nie będzie modny już tylko i wyłącznie w Polsce. Fajnie by było, gdyby właśnie to nam piszącym przyniósł rok 2017.

    Wojciech Chmielarz

  • „O sukcesie w dużym stopniu decyduje los. Ja miałem szczęście”. Wojciech Chmielarz dla smakksiazki.pl

    Jego najnowsza książka to obraz Polski, której się nie udało, choć udać się mogło. Chmielarzowi szczęście sprzyja, a Nagroda Wielkiego Kalibru podziałała jak dodatkowy bieg w samochodzie. Rozmawiamy o dziennikarstwie, polityce, „Osiedlu marzeń”. O wielu innych sprawach też.

    osiedle_marzenJeden z Twoich tekstów zaczyna się mniej więcej tak: „gdy policja zamknęła babkę Wiśniewską, to wkurwiło się pół Gliwic”. Po przeczytaniu „Osiedla marzeń” miałem podobne odczucie jak gliwiczanie.

    Wkurwiłeś się?

    Tak, bo zostawiłeś czytelnika w takim miejscu, że chce się wiedzieć natychmiast co dalej.

    Jeśli więc się wkurwiłeś, to ja po prostu źle zrobiłem. Mój plan na tę książkę był taki, że co prawda czytelnik będzie czekał na ciąg dalszy, ale o tej historii dowiedział się już wszystkiego. Wie, kto zabił i dlaczego. Jeśli natomiast mówisz, że się zirytowałeś, to widocznie nie wyszło tak jak chciałem, mogę tylko przeprosić. Co będzie dalej? Wyjaśni się w końcu co było na pendrivie. W piątej książce z komisarzem Mortką chciałbym zamknąć te wszystkie wątki, które zaczęły się nawet jeszcze w „Podpalaczu”. Oczywiście, nie znaczy to, że to będzie ostatnia książka z Mortką, ale chcę zamknąć pewną historię. Wiesz, ja w swoich książkach tkwię od początku w 2010 roku, co mnie coraz bardziej męczy, bo z każdym rokiem piszę coraz bardziej kryminał retro. Przykładowo pisząc „Osiedle marzeń” spędziłem naprawdę sporo czasu na szukaniu dobrej piosenki, która była popularna w 2010 roku.

    Dosyć mocno się usprawiedliwiasz, ale to nie był w ogóle zarzut w Twoją stronę. To jest po prostu taki gigantyczny głód na ciąg dalszy. Zostawiłeś mnie z tą książką i pozostaje mi czekać. Pytanie jest inne, czy Ty już wiesz co jest na tym pendrivie?

    Oczywiście, że tak! Od początku wiedziałem, co tam jest. Nie pozwoliłbym sobie na takie zakończenie, gdybym nie wiedział co się wydarzy, jak się potoczą losy bohaterów.

    Z innej beczki. Nie lubisz dziennikarzy?

    (śmiech). Nie mam nic do dziennikarzy jako takich. Natomiast musimy sobie zdawać sprawę, że media światowe, a polskie może nawet mocniej, przeżywają poważny kryzys. Szczególnie mocno dotyka to mediów tradycyjnych, papierowych. Co to oznacza? De facto, upadek dziennikarstwa jakościowego, a wzrost liczby materiałów tabloidowych czy opartych na metodzie Ctrl-C, Ctrl-V. Efekty negatywne tego już widać. I wbrew temu, co niektórzy sądzą, internet tutaj nie pomoże. Fajnie opowiadał o tym Cezary Łazarewicz, który ostatnie miesiące spędził w Wirtualnej Polsce, tworząc tam właśnie dziennikarstwo jakościowe. Mówił że nawet jeśli napisał dobry tekst, to on się totalnie w Internecie nie przebił. Nie było w ogóle odzewu i to do tego stopnia, że bohaterom tekstu nie chciało się pozywać autora. Co byłoby nie do pomyślenia w prasie papierowej! I o tym też w pewnym sensie jest „Osiedle marzeń”. Chciałem o tym dziennikarstwie napisać, bo jestem niespełnionym dziennikarzem.

    W Miłoszu Ostrowskim, który jest jednym z bohaterów „Osiedla marzeń”, skupiają się wszystkie negatywne cechy dziennikarza? Bycie łasym na zaszczyty, interesowność, czasem nawet korupcja.

    Wielu dziennikarzy ma bardzo duże ego. Tak jak powiedziałeś, chcą mieć jakąś sprawczość nie tylko przy opisywaniu, ale też przy kreowaniu wydarzeń. Może wynika to z faktu, że dziennikarze znają bardzo wiele osób, plotek, tajemnic. Wydaje im się, że wobec tego powinni mieć jakiś wpływ na rzeczywistość. Gdy okazuje się, że jednak nic nie mogą, są sfrustrowani.

    photo-1470326072634-ea0b6a6a650d

    Polityków też nie lubisz? W sumie w Twojej książce dostało się wielu grupom społecznym.

    Piotr Celtycki, jeden z bohaterów, jest specyficznym rodzajem polityka, bo jest na aucie i próbuje wrócić do gry. Jeśli zaś chodzi o politykę jako całość, to jestem zniesmaczony poziomem debaty publicznej. Wracamy więc do tematu, o którym mówiliśmy wcześniej, bo to też się wiąże z upadkiem dziennikarstwa. Jest coraz mniej osób, które potrafią zadać politykom dobre pytania. Co wynika i z braku wiedzy, i braku doświadczenia. Przychodzą mi tylko dwa nazwiska do głowy, to jest Marcin Zaborski z RMF FM i Beata Marciniak z Trójki. Generalnie, kiedy oglądam wywiady z politykami, to się czasem łapię za głowę, bo dziennikarze nie zadają pytań, które powinni zadać.

    Chciałbym przeskoczyć teraz na chwilę na temat seriali. Ostatnio spotkałem kilku pisarzy, którzy mówią, że w jakiś sposób inspirowali się serialem „Dexter”. Na przykład bohaterka kryminałów Bernharda Aichnera działa trochę jak bohater serialu. U Ciebie też jest taki moment, gdzie jest próba poćwiartowania ciała, który leży w wannie. Przypadek?

    Oczywiście oglądałem „Dextera”, ale się zniechęciłem przy trzecim sezonie. Chciałem, żeby to była scena makabryczna i komiczna. Zastanawiałem się co zrobi mało bystry człowiek, który będzie chciał się pozbyć ciała. Pomyślałem, że pewnie będzie próbował je pociąć i mu to niezbyt dobrze wyjdzie. Także „Dexter” nie, ale jeśli jakieś nawiązanie serialowe, to do „Breaking bad”, bo tam jest taka śmieszna scena, gdy bohaterowie po swoim pierwszym zabójstwie próbują pozbyć się ciała. Wrzucają ciało do wanny i zalewają kwasem, wanna się rozpuszcza i ciało spadło piętro niżej razem z kawałkiem sufitu. I to jest raczej inspiracja.

    Teraz będzie trochę filozoficznie, bo generalnie rzecz ujmując, Twoja książka pokazuje dość przykry obraz naszego społeczeństwa. Tak jak napisał na okładce Pablopavo, że nikt z bohaterów nie jest czysty.

    O tym właśnie miała być ta książka, o Polsce, której się nie udało. O ludziach, którzy mieli możliwości, mieli ambicje, ale z takiego czy innego względu coś im nie wyszło. Mam wrażenie, że tych osób jest jednak bardzo dużo, a sukces odnosi mniejszość. Natomiast większość Polaków nauczyła się radzić sobie z poczuciem porażki życiowej i traktuje to jako coś naturalnego. Ktoś chciał zostać znanym aktorem, a trafił do teatru powiatowego. Pomimo tego może być szczęśliwy, bo np. ma udane życie rodzinne, ale inna osoba w tej samej sytuacji będzie rozżalona. My jesteśmy przecież non stop karmieni przez telewizję, kolorową prasę wizją sukcesu Wręcz tyranizowani. Wmawia się nam, że jeśli ktoś go nie osiągnął, to jest tylko i wyłącznie jego wina. A o sukcesie decyduje przecież w dużym stopniu decyduje los. Ja miałem szczęście, że trafiłem na dobrych ludzi z dobrego wydawnictwa. Dostałem takiego redaktora nie innego, wydawnictwo się zainteresowało, a mogło nie. Podobno było blisko, a moją pierwszą książkę by odrzucili.Były głosy żeby tego nie wydawać. Los, rzut monetą. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, nie mają wobec losu należytej pokory.

    wampirJeśli już o losie mowa. Jak duży wpływ na to, co się z Tobą stało miała Nagroda Wielkiego Kalibru?

    Ona przyszła w bardzo dobrym momencie. To była nagroda za trzecią książkę i w związku z tym były jakieś informacje o mnie, na przykład w Internecie. Jeśli więc ktoś chciał sprawdzić kim jest Chmielarz, to sobie sprawdził. Moje książki można było znaleźć w księgarni i w bibliotece, można było przeczytać kilka wywiadów ze mną. Wobec tego ta nagroda stała się dużym katalizatorem, pojawiły się nowe propozycje wydawnicze, ale przede wszystkim zaczęli odzywać się ludzie, którzy chcieli zaprosić mnie na spotkania autorskie. Tego przed nagrodą nie było.

    Mówimy o tym, że w „Osiedlu marzeń” każdy ma coś na sumieniu. Spróbujmy inaczej. Który z Twoich bohaterów ma najczystsze intencje? Może Zuza, która chce dobrze, ale ciągną się za nią pewne niewyjaśnione sprawy?

    Z takich ważniejszych postaci, to faktycznie, chyba nikogo takiego nie ma. Mówiłeś o Zuzie, że ona ma coś na sumieniu, ale przecież każdy z nas ma jakieś świństwa. Nie da się przeżyć życia i być ciągle szlachetnym i nie popełnić żadnych błędów. Faktycznie, teraz jak o tym myślę, to w „Osiedlu marzeń” nie ma osoby, o której mógłbym powiedzieć, że jest w stu procentach czysta. Są natomiast postacie, który popełniły w życiu błędy i starają się je teraz naprawić. I oni wydają mi się dużo ważniejsi i o wiele bardziej prawdziwsi.

    Nad czym teraz pracujesz? Ciąg dalszy „Osiedla marzeń”?

    Moją kolejną książkę będzie „Zombie”, to będzie kontynuacja przygód detektywa Dawida Wolskiego. Zbliżam się do połowy i z każdą stroną zaczynam się rozpędzać. Będzie o Gliwicach, będzie strasznie, będzie makabrycznie. To będzie inna książka niż o komisarzu Jakubie Mortce, ale będzie ciekawa, będzie mocna. Chciałbym żeby ukazała się w przyszłym roku. Jeśli zaś idzie o Mortkę, to też bym chciał żeby w przyszłym roku, albo na początku 2018.

    Praca nad dwoma tytułami jednocześnie nie miesza Ci w głowie?

    To wbrew pozorom pomaga. To są dwie zupełnie inne książki, taki płodozmian jest dobry, bo w ten sposób czyszczę sobie głowę. W taki sposób powstał „Wampir”. Kiedy skończyłem „Przejęcie” i miałem już w głowie „Osiedle marzeń” to się zorientowałem, że za dużo czerpię z poprzedniej książki. Te same odzywki, bohaterowie zachowywali się tak samo, więc się trochę przestraszyłem, bo nie chcę pisać cały czas tak samo. Chcę się rozwijać, a żeby się rozwijać, to trzeba próbować nowych rzeczy.

    Zadam Ci pytanie, na które nie odpowiesz. Co przydarzy się bohaterom „Osiedla marzeń”?

    Mogę powiedzieć tyle, że będzie mocny początek, będzie dużo trupów. Mogę też powiedzieć, że nie ma jeszcze tytułu. Więcej, po tej książce na jakiś czas chcę odpocząć od Mortki, bo mam już pomysł na inną, fajną historię. Na pewno jednak Mortki nie zabiję, po prostu jestem nim trochę zmęczony.

  • Mróz w czerwcu? Nominacje do Nagrody Wielkiego Kalibru.

    25 tysięcy złotych. Tyle otrzyma autor/autorka książki, która zdobędzie Nagrodę Wielkiego Kalibru 2016. Właśnie ogłoszono nominacje, a ogłoszenie wyników nastąpi 4 czerwca. 

    Warto przypomnieć, że zarówno Wojciech Chmielarz jak i Mariusz Czubaj, byli już nagradzani. Z czego ten pierwszy, w zeszłym roku. W historii NWK nie zdarzyło się jeszcze, żeby jeden autor wygrywał rok po roku. Przyznam, że nie do końca rozumiem „mrozomanię”, ale Remigiusz Mróz ma w finałowej siódemce aż dwie książki. Ze wszystkich nominowanych,  najbardziej podobał się „Piąty Beatles”, ale i tak pewnie wygra Remigiusz Mróz.  Poniżej okładki nominowanych książek.

    wampir-b-iext30265711

    piaty-beatles-b-iext28376074zbrodnia-w-szkarlacie-b-iext28711098kasacja-b-iext28183379zaginiecie-b-iext30355947czytanie-z-kosci-b-iext30642732gwiazdozbior-b-iext30121110

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    zdjęcie główne: freeimages.com/melodi2