„Być jak Paul Sheldon”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

Jest taki fragment z „Misery” Stephena Kinga, który zapadła mi w pamięć. To jedna z początkowych scen, kiedy główny bohater, pisarz Paul Sheldon, kończy swoją najnowszą powieść „Szybkie samochody”

Żeby to uczcić, jak przy każdej swojej poprzedniej książce, Paul Sheldon otwiera butelkę szampana. „Misery” czytałem dość dawno temu, nie mam też jej pod ręka, więc proszę mi wybaczyć, ale nie jestem w stanie powiedzieć, jakiej ten szampan był marki. Myślę jednak, że spokojnie możemy założyć, że nie było to „Igristoje”, ale coś z górnej półki. Ta scena zapadła mi w pamięć, bo była w niej jakaś taka godność. Wyrażała satysfakcję z zakończonej pracy. Ten gest picia szampana jest czymś lepszym niż kropka na końcu zdania, niż słowo „Koniec” wystukane na klawiaturze. To pokazanie sobie i całemu wszechświatowi, że coś zrobiłem i zrobiłem to dobrze. Ale przede wszystkim, jest cholernie seksowna. Oto Paul Sheldon. Oto pisarz, który wie, jak świętować sukces. A ja co? Właśnie skończyłem pisać najnowszą powieść i leżę na kanapie z laptopem na brzuchu, kompletnie wyczerpany i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić.

Rozglądam się wokół. Niby wino stoi w lodówce. Mógłbym je otworzyć, powtórzyć gest Sheldona, ale jest trochę po dwunastej w południe. Głupio pić tak wcześnie i do tego w samotności. W domu oprócz mnie jest tylko pies. Nie mam do kogo otworzyć ust, żeby się pochwalić. Przez chwilę rozważam wykonanie telefonu do wydawcy, żeby podzielić się z kimś tę wspaniałą wiadomością, ale koniec końców wydaje mi się, że to zbyt desperacki gest kogoś. Zamiast tego wysyłam po prostu wiadomość na messengerze. Potem wstaję z kanapy. Wykonuję kilka prostych ćwiczeń, żeby się trochę rozruszać i dalej myślę o tym, jak mogę uczcić swoje dzisiejsze osiągnięcie.

Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

Bo mam potrzebę je uczcić! Domagam sie od siebie, żeby zrobić coś spektakularnego! A równocześnie – nie ma we mnie żadnej radości. Czasami na spotkaniach autorskich, na kursach pisania moi czytelnicy, kursanci mówią, że skończyć powieść to musi być niesamowite uczucie. Uśmiecham się, kiwam głową, ale prawdy im nie zdradzam. A ta jest taka, że zamiast satysfakcji jest pustka. Czasami niezrozumienie. Tak jak teraz. Wracam do komputera, patrzę na napis „Koniec” i nie wierzę. Nie rozumiem, jak to możliwe. Kilka miesięcy pracy, ślęczenie na tekstem, bycia z postaciami, wstukiwania literek i to już? Po wszystkim? Skończyliśmy? Podamy sobie ręce i rozejdziemy się każde w swoja stronę jak para zmęczonych sobą kochanków? Tak, moja potrzeba uczczenia zakończenia pisania to nic więcej, jak chęć udowodnienia samemu sobie, że to już koniec.

Ale to nie jest koniec. Taka prawda. To może połowa pracy. Przede mną jeszcze autorska redakcja. Wiem, że będę musiał dopisać co najmniej dwie duże sceny. A przede wszystkim sporo się nakombinować nad tym, gdzie je zmieścić. Potem czeka mnie praca z wydawnictwem. Boksowanie się z tekstem i redaktorem równocześnie. Walka podczas której można się poczuć jak Cesarstwo Niemieckie podczas I Wojny Światowej. Bo tutaj nie będzie żadnych blitzkiregów, ale długotrwałe, wyczerpującego siedzenie w okopach i pilnowanie własnych pozycji. Tak, wiem co pisałem w jednym ze swoich poprzednich tekstów – redaktor jest moim przyjacielem. Bo tak jest. Zawsze ich będę chwalił i szczerze opowiadał, ile dobrego zrobili dla moich książek. Ale nie oszukujmy się, podczas samej pracy nad książką, nie wiem, czy jest ktoś, kogo bardziej nienawidzę (nota bene, taka to specyfika tego zawodu, im lepszy redaktor, tym większą pisarz powinien darzyć go niechęcią, tylko redaktorzy którzy traktują tekst po łepkach, tacy, którzy nie przykładają się do swojej pracy, cieszą się sympatią autorów w czasie pracy nad książką).

Ale też żaden inny moment nie nadaje się bardziej do powiedzenia, że skończyłem, niż właśnie te. Redakcja to proces długotrwały, płynny. Niby już skończyliśmy, ale potem zawsze coś wypływa. Coś się poprawia na szybko. No i jeszcze korekta. Kolejne poprawienia błędów, cyzelowanie tekstu. A potem nie wiadomo kiedy książka wędruje do drukarni. Ale w tym momencie powiedzieć, że skończyłem, byłoby głupio. Wtedy jestem już zmęczony tekstem. Mam go dość. Poza tym ostatnie tygodnie pracy to czynności typowo techniczne. Poprawianie literówek, przecinków, ortografii. Nie ma w tym tego żaru właściwego pisaniu, nie ma tej magii.

No to skończyłem pisać kolejną książkę. To moment właściwy, żeby to powiedzieć, chociaż to też oczywista nieprawda. Stoję w pustym mieszkaniu, zastanawiam się, co zrobić, żeby samemu wreszcie uwierzyć, że to zrobiłem. A potem sięgam po komputer, otwieram czysty plik i zaczynam pisać ten felieton.

Wojciech Chmielarz