Tag: Felieton Wojciecha Chmielarza

  • Niewiedza. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Kiedy wychodziłem z ostatniej gali Bestsellerów Empiku na początku tego roku, podeszła do mnie Fireverka (Tiktokerka i Instagramerka) i powiedziała, że jest tutaj taka dziewczyna, która chciałaby ze mną zrobić wywiad i czy bym się zgodził. Nie widziałem problemu. Przywitaliśmy się. Pogadaliśmy chwilę. Pożegnaliśmy się. Kilka miesięcy później, na Targach Książki w Warszawie wychodziłem ze swojego spotkania i zauważyłem się ciągnącą się przez dziesiątki metrów kolejkę. Była to jedna z najdłuższych kolejek na tamtych targach i co ciekawe, nie prowadziła na żadne stoisko, ale do stojącej gdzieś niedaleko wejścia do Pałacu Kultury i Nauki młodej dziewczyny. Tej samej, której udzielałem wywiadu na gali Empiku. Dopiero wtedy coś mnie tknęło i zacząłem googlać, kto właściwie jest.

    www.unsplash.com/Jason Wong

    Okazało się, że to Zuzanna z kanału Zaksiążkowane, który prowadzi wraz z siostrą Tolą. Prawie dwieście tysięcy subskrybentów, najpopularniejsze filmy mają ponad pół miliona wyświetleń, a wszystkie łącznie ponad dwadzieścia osiem milionów. Cholera, gdybym wiedział, kto to jest, to sam bym do niej biegł na tej gali i błagał, żeby zrobiła ze mną wywiad. A to jeszcze nie wszystko. Swój kanał poświęcony książkom prowadzą także jej rodzice. Kanał literaccy ma 40 tysięcy subskrypcji. Dodajmy do tego takie kanały, jak dr book i get booky (obu Pań nie znam, obie serdecznie pozdrawiam) i pewnie jeszcze kilku twórców, których po prostu nie znam.

     

    No właśnie, nie znam. Dlatego piszę ten tekst. Jestem zawodowym pisarzem. Z naturalnych więc przyczyn interesuje się więc rynkiem książki. Tym, co się na nim dzieje. Od dawna opowiadam, że konkurencja na rynku, a szczególnie w kryminale jest tak wielka, że my jako autorzy nieustannie musimy kombinować, co zrobić, żebyście Państwo w ogóle usłyszeli o naszych powieściach. Kogo poprosić o polecajkę na okładkę? Komu wysłać egzemplarze promocyjne? Kogo namawiać do napisania recenzji? I ja także, nie ukrywam, mocno się nad tym zastanawiałem i odbyłem na ten temat dziesiątki rozmów. Tymczasem gdzieś tam w internecie pani Zuzanna z siostrą Tolą stworzyła kanał, który ma dwieście tysięcy stałych widzów, a ja nic o tym nie wiedziałem. Jak to jest w ogóle możliwe?

    www.unsplash.com/Christian Weidiger

    Dzieją się w ogóle na rynku książki rzeczy dla mnie zaskakujące. Znowu wracam do Targów Książki w Warszawie. Przez prawie cały czas stała kolejka do stoiska wydawnictwa Jaguar. Po co? Czy ktoś tam przez te kilka dni nieustannie podpisywał książki? A gdzie tam. Po prostu młodzi ludzie chcieli kupić kolejne tomy serii „Hearstopper”, która zdominowała listy bestsellerów w ostatnich miesiącach. I w ogóle te tabuny nastolatków, które krążyły pomiędzy stoiskami były czymś, na co każdy wystawca zwrócił uwagę. Prawdopodobnie była to najliczniejsza grupa wiekowa, która odwiedziła targi. Jasne, z jednej strony wiedziałem, że tzw. literatura young adult jest coraz popularniejsza. Ale jedno wiedzieć, drugie widzieć. Do tego nie wiem, co ci młodzi właściwie czytają. I żeby była jasność, to nie jest narzekanie. Nie zamierzam Państwa teraz uraczyć wywodem, że za moich czasów… Po prostu po raz kolejny przyznaję się do niewiedzy w obszarze, w którym jednak coś powinien wiedzieć.

    I w sumie się cieszę. Że jest ferment, że pojawiają się nowi twórcy, którzy opowiadają o książkach za pomocą nowych narzędzi i nowych środków. Że tworzą wartościowy kontent, bo na wszystkich tych kanałach, o których wspominałem, pojawiają się fajne filmiki. Że młodzi czytają i wygląda na to, że coraz więcej. Że odkrywają nowych autorów. Że coś się po prostu dzieje. Ale o czym ja jeszcze nie wiem? Mam wrażenie, że są autorzy, których nazwiska powinienem przynajmniej znać, zjawiska, o których powinienem słyszeć. Co mnie omija?

    Aż trochę boję się zapytać.

    Wojciech Chmielarz

  • 4, 10, 11. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Piszę ten felieton w dniu premiery „Długiej nocy” (tak jest, premierowy wieczór spędzam na walce z felietonem dla naszego kochanego Adama, cudne jest to życie pisarza 🙂 ) i myślę sobie o trzech cyfrach: cztery, dziesięć i jedenaście.

    Zaczniemy od tej pierwszej. Cztery. Tyle lat minęło od publikacji „Cieni”, czyli poprzedniego, piątego tomu cyklu o komisarzu Jakubie Mortce. Przez ten czas sporo się w moim pisarskim życiu zmieniło. Z autora, który był kojarzony przez miłośników gatunku, ale to też nie zawsze, stałem się kimś, kto jest wymieniany wśród grona najpopularniejszych pisarzy w Polsce. I jestem nieustannie autentycznie zaskoczony, kiedy dowiaduję się, ile ludzi zna i czyta moje książki. Na spotkaniach autorskich opowiadam, że przełomem w mojej karierze było „Żmijowisko”. Ale to nie jest do końca prawda. Bo zaczęło się już przy „Cieniach”. Tą książką z jakiegoś powodu zainteresowali się i dziennikarze, i krytycy, i blogerzy, i czytelnicy wreszcie, a to oni są najważniejsi. To wtedy pojawiła się moja duża sylwetka w „Książkach”. Nie zliczę, ile dostałem wtedy na Facebooku wiadomości typu: właśnie się o panu dowiedziałem/dowiedziałam, czy „Cienie” można czytać bez znajomości poprzednich części cyklu.

    Uważam zresztą nieskromnie, że „Cienie” to cholernie udana pozycja. Z dobrą intrygą, ciekawie poprowadzoną akcją i wreszcie zaskakującym zakończeniem. I to między innymi z tego powodu tak długo zwlekałem z napisaniem kolejnej powieści o Mortce. Bo chciałem, żeby przynajmniej dorównywała ona „Cieniom” właśnie. Cztery lata myślałem o tej książce. Cztery lata boksowałem się z różnymi pomysłami na temat tego, jak ma ona wyglądać. Po czterech latach wreszcie stwierdziłem, że tak, mam coś, czym chciałbym się z Państwem podzielić.

    Dziesięć. Tyle lat mija od mojego debiutu. I spokojnie, świętować będę dopiero w listopadzie, bo też w listopadzie ukazał się „Podpalacz”. Czyli pierwsza powieść o Jakubie Mortce właśnie. Dokładnie pamiętam, jak wymyślałem tę postać. Jak początkowo niespecjalnie za nim przepadałem, bo uważałem, że tak trzeba. Bo jeśli się lubi swojego bohatera, to za bardzo mu się idzie w fabule na rękę. A książka jest wtedy ciekawa, kiedy główna postać ma nieustannie rzucane kłody pod nogi. Teraz jestem o dziesięć lat starszy i mam nadzieję, że dziesięć lat mądrzejszy. Rozumiem, że nie ma nic złego w sympatii dla moich bohaterów. Przynajmniej tak długo, jak potrafię im przyłożyć kijem po plecach. A w „Długiej nocy” Mortka dostaje ostre cięgi.

    Jedenaście. Tyle lat minęło pomiędzy akcją „Cieni”, a „Długą nocą”. Ta pierwsza toczyła się w grudniu 2010 roku. Ta druga w listopadzie 2021. To było jedno z największych wyzwań związanych z tą powieścią. Bo jedenaście lat to szmat czasu. Zdawałem sobie sprawę, że Mortka musiał się zmienić. Być może stał się nawet zupełnie innym człowiekiem. I powinienem to jakoś zawrzeć i pokazać w „Długiej nocy”. Ale równocześnie czytelnicy powinni w nim zobaczyć tę samą postać, którą zdążyli poznać i polubić. Męczyłem się z tym sporo, ale chyba mi się udało. Mortka wydaje mi się być spokojniejszy. Bardziej wyluzowany i zdecydowanie bardziej pewny siebie. Z większym dystansem do świata, który go otacza. Ale równocześnie to ciągle ten sam skoncentrowany na pracy gliniarz, który po prostu nie potrafi odpuścić, jeśli trafi na trop. Bo nie potrafi się uwolnić od tego poczucia obowiązku, które jest jego największą zaletą i największym przekleństwem. Jest też, nie ukrywam, o jedenaście lat starszy. Co akurat mi przyniosło pewną ulgę. Ponieważ w „Podpalaczu” i kolejnych częściach cyklu ma trochę ponad trzydzieści lat. Ja pisząc debiutancką książkę miałem dwadzieścia sześć, więc ktoś kto przekroczył trzy dychy wydawał mi się strasznie dojrzały i doświadczony. Oczywiście, nie miałem racji. W tym roku brakuje mi dwóch lat do czterdziestki. I myśl, że Mortka miałby być młodszy ode mnie, trochę mnie uwierała.

    No cóż. Już nie jest. I niech tak zostanie!

    I na koniec, te jedenaście lat Mortka spędził na misji do Europolu w Hadze, stolicy Holandii. Jest to więc moja trzecia powieść z rzędu (po „Długu honorowym” i „Królowej głodu”) z wątkiem niderlandzkim. Wygląda to tak, jakbym się strasznie tym Holendrom podlizywał, a oni nawet moich książek nie tłumaczą na swój język! Tym razem jednak wynika to z… pomyłki. Początkowo chciałem, żeby Mortka te jedenaście lat spędził w Lyonie. Pił francuskie wino, zajadał sery i popijał je dobrym winem. Dopiero podczas researchu jeden z moich rozmówców uświadomił mi, że w Lyonie znajduje się nie siedziba Europolu, ale Interpolu, który jest trochę inną agencją. A Europol mieści się w Hadze właśnie.

    Dlatego obiecuję – w mojej kolejnej książce – żadnych Holendrów! No, chyba, że zaczną mnie wreszcie tłumaczyć!

    Wojciech Chmielarz

  • Na które kryminały czekam w 2022 roku? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Kończy się ten rok 2021 (a może się już skończył, nie do końca jestem pewien, kiedy Adam wrzuci ten tekst), ale proszę nie martwić. Nie będę tutaj Państwa katował podsumowaniami. Wolę opowiedzieć o tym, na co czekam w roku 2022. I żeby była jasność, chodzi mi tutaj tylko i wyłącznie o książki. A jeszcze konkretniej, o kryminały.

    Z pierwszych zapowiedzi, wychodzi na to, że ten rok będzie na bogato. Ja mam tę uprzywilejowaną pozycję, że już kilka książek, które się mają dopiero ukazać, czytałem. Ale o nich opowiem może innym razem i dłużej. Tutaj skupię się na tych, które są dla mnie niewiadomymi. Zacznę od „Gniazda” Jędrzeja Pasierskiego. Kolejny tom znakomitego cyklu z Niną Warwiłow. Dzielna policjanta po raz kolejny będzie musiała rozwiązać zagadkę w Beskidzie Niskim. Dlaczego czekam? Bo Pasierski to jest znakomity pisarz, którego książki bardzo lubię i cenię. Fantastycznie operuje językiem, a jego fabuły są dobrze wymyślano i przemyślane. Do tego z opisu na stronie wydawnictwa wynika, że „Gniazdo” jest oparte na podobnym pomyśle, który mi kiedyś wpadł do głowy. Ja ten projekt akurat zarzuciłem. Nie wiedziałem, jak poprowadzić tę historię i jak ją potem rozwiązać. Jestem strasznie ciekaw, jak z tym poradził sobie Pasierski.

    www.unsplash.com/Maxim Hopman

    Także w lutym (zresztą tego samego dnia) ukazuje się „„Dolina cieni” Bartosza Szczygielskiego. I tutaj już mocno przebieram nóżkami, bo opis (znajdziecie na stronie wydawnictwa) jest bardzo obiecujący. Szczygielskiego śledzę od jego pierwszej książki i od początku imponował mi tym, że nikogo nie próbował udawać, ale znalazł swój indywidualny styl i sposób opowiadania historii. Niektóre książki wychodziły mu lepiej, niektóre gorzej, ale jego dwie ostatnie pozycje to znaczna zwyżka formy. Dlatego jestem strasznie ciekaw „Doliny cieni”. Mam przeczucie, że to może być jedna z tych powieści, które rozbiją kryminalny bank.

    Czekam też na kolejne książki dwóch autorek. Mam na myśli Annę Kańtoch i Izabelę Janiszewską. Kańtoch już chyba na stałe przebiła się do kryminalnego topu. Podobnie jak Szczygielski, dorobiła się (a właściwie od początku go miała) indywidualnego stylu. Nikt w Polsce nie pisze tak jak Kańtoch. Nikt nie wymyśla takich historii. Ostatnia dała nam dwie mocne książki „Wiosnę zaginionych” i „Lato utraconych”. Jedna lepsza od drugiej. Teraz przyszedł czas na „Jesień…”. No właśne kogo? Czego? Ot, pierwsza zagadka z zapewne wielu. Jestem cholernie ciekaw, co tym razem spotka dzielną Krystynę. I w jakim wieku ją poznamy.

    fot: unsplash.com/Art Lasovsky

    „Niewybaczalne” Izabeli Janiszewskiej z kolei to była dla mnie największa kryminalna niespodzianka 2021 roku. Znałem autorkę. Wiedziałem, że jest dobra. Nie wiedziałem, że aż tak dobra. To była książka (a właściwie audiobook), od której nie mogłem się oderwać. Pamiętam, że przez ponad dwadzieścia minut siedziałem w samochodzie na parkingu, żeby dosłuchać ją do końca. Trochę kręciłem tam nosem nad początkiem, ale potem historia się rozkręciła. Działało tam wszystko. Gęsta atmosfera małego miasteczka, grzechy z przeszłości, mniejsze i większe tajemnice, kłamstwa, dwa plany czasowe, ciekawi bohaterowie. Do tego bardzo, ale to bardzo precyzyjna intryga. Świetnie poprowadzona i potem wyjaśniona czytelnikowi. Piszę o tym wszystkim, żebyście Państwo zrozumieli, dlaczego tak bardzo czekam na kolejną powieść Janiszewskiej. Czy utrzyma poziom? A może zaproponuje nam coś jeszcze lepszego?!

    I wreszcie. I wiem, jak to brzmi. Napisali wspólnie słuchowisko, znają się, kolegują, kumoterstwo i tak dalej. Ale ja naprawdę, ale to naprawdę bardzo czekam na kontynuację „Drelicha”! Kuba! Pisz!

    Wojciech Chmielarz

  • Książki, do których boję się wracać. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Niedawno zobaczyłem „Jay i Cichy Bob – reboot” Kevina Smitha i ojej, jakie to było słabe. Zrobiło mi się smutno, bo niby wiem, że Smith nie jest wielkim reżyserem, ale jego wczesne filmy były dla mnie ważne. A potem się przestraszyłem, że być może one też były słabe, tylko ten nastoletni ja tego nie widział. Co potem drogą luźnych skojarzeń zaprowadziło mnie do półki z książkami…

    No bo oczywiście, jak każdy, w okresie nastoletnim i później na studiach, zaliczyłem kilka ważnych dla mnie literackich fascynacji. Zaczytywałem się w autorach, który w mniejszym lub większym stopniu, ukształtowali co najmniej mój gust. A także pogląd na to, co jest ważne w literaturze, a co nie. Jak pisać i o czym. I teraz to straszne pytanie – a jeśli oni tak naprawdę byli grafomanami? Co jeśli ich książki mogły się podobać tylko niewyrobionemu literacko nastolatkowi? Innymi słowy, co jeśli też wszystkie ważne dla mnie książki, są po prostu kiepskie?

    Robię sobie przegląd moich ulubionych autorów z dawnych lat i początkowo oddycham z ulgą. Adam Bahdaj i Edmund Niziurski. Dwaj pisarze, od których zaczęła się właściwie moja przygoda z czytaniem. Niedawno przeglądałem „Kapelusz za sto tysięcy” tego pierwszego i przeczytałem kilka rozdziałów. Jasne, całość trochę trąci myszką, ale czego innego spodziewać się po powieści, która ma ponad pięćdziesiąt lat. Niemniej, ciągle bawi i bardzo przyjemnie się czyta. O większości powieści Niziurskiego, podejrzewam, można powiedzieć to samo. Zestarzały się, to jasne, ale pomimo wszystko obroniły. Uff… No to jedziemy dalej.

    J.R.R. Tolkien z „Hobbitem” i „Władcą Pierścieni”. No tutaj nie mam wielkich obaw. Jasne, historia przedstawiona w tych książkach jest trochę naiwna. Bohaterowie to chodzące stereotypy. Ale całość powinna się ciągle pięknie bronić. Dzięki kreacji świata, rozmachowi, genialnej wyobraźni i po prostu magii, która wypełnia każdą stronę. A przynajmniej tak to wspominam. Tak, chętnie przeczytałbym jeszcze raz. Kto wie? Może po latach odkryłbym jakieś nowe smaczki. Ale po taki „Silmarilion” to bym chyba już nie sięgnął. Ani po „Niedokończone opowieści” i resztę „kwitów z pralni” Tolkiena. W młodości to tolkienowe światotwórstwo mi imponowało. Teraz nie miałbym cierpliwości, żeby śledzić te wszystkie skomplikowane historie, próbować zapamiętać, kto jest z kim spokrewniony i co się kiedy wydarzyło. Podziękuję, chociaż pomimo wszystko, będę miło wspominać.

    www.unsplash.com/Thomas Schweighofer

    Przechodzimy do kryminałów i do najważniejszego dla mnie w tym gatunku autora. Czyli Raymonda Chandlera i do jego cyklu powieści o Philipie Marlowe. I tutaj ręka mi już lekko drży. Nie boję się o intrygę, te pamiętam doskonale i były świetne. Niezbyt skomplikowane, ale jednak zaskakujące. Kreacja głównego bohatera… Marlowe jest jednym z gatunkowych archetypów, ale archetypem, który jednak Chandler przecież współtworzył. Trudno mu zarzucać więc wtórność czy brak oryginalności. Poza tym Marlowe i tak jest ciekawszą postacią od 99 proc. prywatnych detektywów stworzonych przez innych autorów. Sam nastrój, sposób prowadzenia akcji, opisy – to powinno działać. I ciągle wydaje mi się, pomimo tych wszystkich lat, nowoczesne. Czego się więc obawiam? Postaci kobiecych. Nie jestem teraz pewien, czy Chandler potrafił je pisać czy tylko leciał stereotypami i uproszczeniami. Trochę mnie kusi, żeby się przekonać. Trochę się obawiam, że sobie zepsuję wspomnienia.

    Ale jednak najbardziej się boję o innego, ważnego dla mnie autora. Chodzi o Philipa K. Dicka, którego książki pożerałem kiedyś nałogowo. I raz po raz wracałem do przeczytanych już pozycji, żeby wgłębiać się w szczegóły, analizować i ponownie interpretować. Och, spędziłem nad nimi długie, długie godziny. Jednak już jako nastolatek wiedziałem, że Dick jest autorem potwornie nierównym. Zdarzały mu się książki straszne i bezwartościowe, i zdarzały mu się, jak wtedy uważałem, genialne. Oraz mnóstwo takich średnich, gdzie jednak potrafiłem wyłowić cudowne sceny. I teraz zastanawiam się, czy jest sens do tego wracać. Dick jako twórca interesował się naturą rzeczywistości, zastanawiał się, co jest prawdą, a co nie. Snuł rozważania o Bogu i religii. Kiedy byłem nastolatkiem strasznie, ale to strasznie to do mnie przemawiało. Miałem wrażenie, że znalazłem w Dicku przewodnika, który może nie tyle da mi odpowiedzi, ale przynajmniej wskaże pytania. I teraz, po latach, zastanawiam się, czy te wszystkie rozkminy nie były po prostu naiwne. Filozofia płytka. A rozważania o naturze rzeczywistości to po prostu strata czasu. Leży gdzieś na mojej półce „Valis”, jedna z najważniejszych książek Dicka. Ale nie wiem, czy mam dość odwagi, żeby po nią sięgnąć. A co z „Trzema stygmatami Palmera Eldritcha”, które kiedyś sprawiły, że dosłownie zakręciło mi się w głowie? Jako tako powinien się bronić „Człowiek z Wysokiego Zamku”, ale ta powieść miała dość prostą jednak fabułę. Ale co z „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” i historią o króliku, których chciał być kotem. Historią, która kiedyś niewiarygodnie mnie wzruszyła. Czy dalej wyda mi się piękna, czy okaże się po prostu grafomanią? Nie wiem. Po prostu nie wiem. I nie jestem pewien, czy chcę się przekonać.

    No dobrze? A Państwo? Macie takie książki, takich autorów? Kiedyś ważnych, a po książki których dzisiaj boicie się sięgnąć, żeby nie zepsuć sobie wspomnień? Jestem ciekaw Państwa odpowiedzi.

    Wojciech Chmielarz

  • Powieje chłodem – felieton Wojciecha Chmielarza

    Chciałbym wymyślić wehikuł czasu. Albo niekoniecznie wymyślić. To jednak zajmuje za dużo czasu. Chciałbym, żeby pojawił się ktoś, kto mi da w prezencie wehikuł czasu. No, w ostateczności mógłby mi go po prostu wypożyczyć.

    Wtedy natychmiast cofnąłbym o te kilka miesięcy, spotkał się z samym sobą (wiem, wiem, nie wolno tak robić) i z całej siły walnął się w pysk, żeby wybić sobie z głowy ten głupi pomysł na oddawanie książki pod koniec lipca. Tak, dobrze Państwo czytacie, kończę właśnie pisać kolejną powieść. Ale ten felieton nie jest o tym. Rzecz w tym, że tak ustawiłem sobie kalendarz pracy, że te dwa najbardziej intensywne miesiące roboty przypadają na czerwiec i pierwszy miesiąc wakacji. Czyli na te dni, kiedy panują upały. Przyznam szczerze, że kiepsko je znoszę. Moja produktywność znacznie spadła. Trudniej mi się myśli. Co gorsza, noce nie przynoszą żadnej ulgi. Budzę się równie zmęczony jak wtedy, kiedy kładłem się wieczorem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak trudno mi się pisało. Do tego dobijają mnie posty znajomych w mediach społecznościowych, którzy odpoczywają nad morzem, jeziorem, rzeczką, na basenie, kiedy ja mozolnie stukam w klawisze komputera kolejne zdania, akapity i strony.

    Ale zdaję sobie sprawę, że Państwo macie podobnie. Upały dają nam wszystkim w kość i chyba teraz z tęsknotą wspominamy ten chłodny, tegoroczny maj. No, ale ponieważ uważam się za człowieka, którego głównym zadaniem jest nie narzekanie, ale szukanie rozwiązań, to zaproponuję Państwu teraz kilka sposobów na schłodzenie się latem. Schłodzenie się mentalne i literackie.

    www.unsplash.com/Damian McCoig

    Dobra… Widzę, że ten dowcip nie był najwyższych lotów. Państwo wybaczą. Ale raz jeszcze – upał. W skrócie, napiszę o kilku książkach, które się dzieją w zimniejszych rejonach świata, w nadziei, że taka lektura przyniesie jednak pewną ulgę.

    No to na pierwszy rzut mój ulubiony Dan Simmons z „Terrorem”. Czyli fabuła, a konkretnie horror z akcją umieszczoną w XIX stuleciu i opartą na losach wyprawy sir Johna Franklina, który w 1845 wyruszył szukać przejścia północno zachodniego. Miała to być droga morska z Atlantyku na Pacyfik, na północ od Kanady. Zabrał za sobą dwa znakomicie wyposażone statki HMS „Terror” i HMS „Erebus”, liczą załogę i… ślad po nich zaginął. Była to jedna z najbardziej tajemniczych i rozpalających wyobraźnię zagadek XIX i XX wieku. Dan Simmons stworzył na jej podstawie niesamowitą, fascynującą i przerażającą opowieść. Która zresztą potem została przerobiona serial (do zobaczenia na Amazon Prime). Wychodząc od powieści Simmonsa możemy odbić w dwie strony. Najpierw w kierunku literatury pięknej. Bo Richard Flanagan (ten od „Ścieżek Północy”) napisał nawiązującą do losów Franklina powieść „Pragnienie”. Jedną z jego lepszych zresztą. No, ale tam jest więcej o Tasmanii niż Arktyce, więc porzućmy ten temat. Druga ścieżka prowadzi nas w stronę reportażu historycznego. O tym, co naprawdę wydarzyło się podczas wyprawy Franklina napisali w „Na zawsze na lodzie” Owen Beattie i John Geiger. Ich książka niedawno ukazała się w Polsce. Przyznam szczerze, że sam jej jeszcze nie czytałem (zachowuję ją na naprawdę gorące dni), natomiast ma bardzo dobre recenzje.

    Trasę przejścia północno zachodniego jako pierwszy odkrył dopiero legendarny norweski polarnik Roald Amundsen na początku dwudziestego wieku. Ten sam, który jako pierwszy zdobył biegun południowy. Co w sposób naturalny prowadzi nas do jego świetnej biografii pióra Stephena R. Bowna pod tytułem „Ostatni wiking”. Książka wyszła co prawda kilka lat temu, ale wciąż jest dostępna w sprzedaży. Bown jest również autorem „Wyspy niebieskich lisów”, która z kolei opowiada o wyprawie Beringa i o rosyjskich próbach podbicia dalekiej północy. Obie książki naprawdę warto przeczytać.

    No i wreszcie na koniec dwie pozycje. Najpierw „W królestwie lodu” Hamptona Sidesa. Książka poświęcona pierwszej amerykańskiej próbie zdobycia bieguna północnego w 1879 roku. Był to początek mojej przygody z książkami o tematyce polarnej. Otworzyła mi oczy na kilka niewiarygodnych tematów. Przede wszystkim jak bardzo eksploracja okolic podbiegunowych była powiązana z ówczesnym klimatem politycznym i rywalizacją mocarstw. Jak mocno wpisywała się w retorykę kolonialną o niesieniu misji cywilizacyjnej, a równocześnie jak arogancko była prowadzona. Wielu badaczy twierdzi, że sukcesy Amundsena wynikały między innymi z tego, że jako jeden z pierwszych zaczął uczyć się sztuki przetrwania od mieszkających w tamtych rejonach od stuleci Inuitów. Cała reszta wolała tkwić w przekonaniu o swojej cywilizacyjnej wyższości i przez to często marnie kończyła. Fascynujące jest także to, jak bardzo mylili się XIX wieczni geografowie w swoich hipotezach jak np. wygląda daleka północ. I jakie tragiczne miało to skutki. Sidesa w każdym razie bardzo polecam.

    I wreszcie na koniec, dla szybkiego schłodzenia, króciutki reportaż Davida Granna „Biała ciemność” poświęcony z kolei współczesnemu badaczowi Antarktydy Henry’emu Worsley’owi. Rzecz do połknięcia w jeden dzień, wzbogacona licznymi fotografiami. Bardzo przyjemna lektura.

     

    Zastanawiam się, dlaczego tak lubię czytać o polarnych wyprawach? Nigdy nie ciągnęło mnie na Antarktydę, Grenlandię czy Spitsbergen. Przede wszystkim dlatego, że jest tam zimno. A ja zimna nie lubię równie mocno, jak upałów. Niemniej, książki o tej tematyce zajmują całą półkę w mojej domowej bibliotece. I pomimo tego, że brakuje mi już miejsca, ciągle dokupuję kolejne. Ale chyba na tym polega magia czytania, prawda? Że w domowym zaciszu, na kanapie, w fotelu, na hamaku w ogrodzie, przy szklance czegoś zimnego możemy poczytać o krainach, których nigdy nie zamierzamy odwiedzić. I będzie to bardzo dobrze spędzony czas.

    Wojciech Chmielarz

  • Domy bez książek. Kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Czytacie Państwo ten felieton na stronie smakksiazki.pl, gdzie raczej nie trafiliście przypadkiem. Mogę więc spokojnie zakładać, że macie w domu biblioteczki, z których na pewno jesteście mniej lub bardziej dumni. Myślę, że sporo osób zainwestowało w potężne regały, które potem fotografowaliście i wrzucaliście zdjęcia na instagram zgarniając sporo serduszek. I pewnie nie wyobrażacie sobie Państwo domu bez książek. A powinniście…

    Ogłoszenie corocznego raportu o czytelnictwie w Polsce wywołało stany… no może nie euforyczne, ale jednak dawało się wyczuć pewne zadowolenie i powiew optymizmu. Bo w końcu czytelnictwo nam wzrosło o całe szalone 3 procent. Co oznacza, że 42 procent Polaków w minionym roku przeczytało co najmniej jedną książkę lub dłuższy tekst. No dobra… Umówmy, że kryteria do tego, żeby załapać się do tych 42 procent są żałośnie niskie. Podejrzewam, przepraszam za wulgarność, ale jestem trochę zmęczony powtarzaniem co roku tego samego, że wystarczy jedno dłuższe posiedzenie na kiblu, gdzie zamiast przeglądać facebooka na komórce, przeczytamy kawałek zostawionej tam lata temu powieści, i już możemy zaliczać się do dumnego grona czytelników. Dużo więcej mówi nam inna statystka. Ile osób przeczytało siedem lub więcej książek w roku? Bo to jest grupa prawdziwych czytelników. No więc, szanowni Państwo, jest nas całe 10 procent. W zeszłym roku było to 9 procent. Czyli niby urosło, ale równie dobrze może to być błąd statystyczny. Ta wartość utrzymuje się od lat, co nota bene daje sporo do myślenia, jeśli chodzi o pewne zjawiska na rynku książki. Ale o tym może innym razem.

    Ja zwrócę uwagę na inną statystykę. Z badania Biblioteki Narodowej wynika, że 31 proc. badanych nie ma w domu żadnej książki prócz podręczników szkolnych. I teraz weźmy głębszy oddech, uspokójmy się i pozwólmy, żeby ta statystyka do nas dotarła. W co trzecim domu w Polsce nie ma żadnej książki.

    www.unsplash.com/Trnava University

    Nie wiem, jak Państwo, ale ja mam ten trochę brzydki zwyczaj, że jedną z pierwszych rzeczy, jakie robię po odwiedzeniu kogoś w domu, jest popatrzenie na jego księgozbiór. To mi potrafi sporo powiedzieć o człowieku. Czy mamy podobne zainteresowania? Co lubi? Czego nie lubi? Czy mamy wspólne tematy do rozmowy? Ale też kim on jest? Bo nasza biblioteczka trochę o nas świadczy, prawda? Pokazuje, jaką drogę przeszliśmy. Jak się rozwijaliśmy. Po prostu kopalnia informacji, które potem oczywiście trzeba wziąć w pewien nawias i traktować z dystansem (bo ktoś może korzystać głównie z usług biblioteki lub czytać ebooki, albo, w drugą stronę, odziedziczył księgozbiór po dziadkach i nic z niego nie przeczytał), ale hej, czy może być bardziej naturalne zagajanie rozmowy niż zapytanie: a co myślisz, o tej książce?

    Moja biblioteczka jest dla mnie ważna. Trochę żałuję, że nie mam w domu tyle miejsca na książki, ile bym chciał. Część moich zbiorów mam w formie elektronicznej. Nie mam też dość czasu, ale również determinacji, żeby jakoś sensownie to wszystko ułożyć. Niby wprowadziłem tam pewien porządek – tu reportaże, tam fantastyka, powyżej kryminały, a z boku literatura piękna, ale z biegiem czasu wkradł się tam chaos, który z miesiąca na miesiąc coraz bardziej rządzi moimi półkami. I rozumiem, że nie wszyscy muszą podzielać mój fetysz. Na pewno są osoby, które przywiązują do książek mniejszą wagę lub traktują je bardziej użytkowo. Ale nie mieć w domu żadnej książki? Żadnej powieści, która nas zachwyciła albo towarzyszyła nam w ważnych chwilach w życiu, więc leży na półce, jako pamiątka, przypomnienie tamtych chwil i nieustannie kusi, żeby do niej wrócić, chociaż na chwilę? Żadnego tomiku poezji, który ktoś nam kiedyś dał i może nigdy go nie przeczytaliśmy, ale ta osoba była dla na istotna i nigdy go nie wyrzucimy? Żadnego reportażu, który nami wstrząsnął? Żadnej powieści podróżniczej, po przeczytaniu, której marzyliśmy o tym, żeby samemu wyruszyć w drogę? Żadnego kryminału, przy którym po prostu dobrze się bawiliśmy? Żadnej powieści dla młodzieży, którą zostawiliśmy, bo chcemy ją pokazać naszym dzieciom, jak już dorosną? Żadnego prezentu Gwiazdkowego? Żadnej „Biblii”, „Harry’ego Pottera”, „365 dni”, zakurzonej Trylogii Sienkiewicza w wydaniu sprzed pięćdziesięciu lat o pożółkłych kartkach, żadnej z powieści Mroza? Nic?!

    W co trzecim polskim domu nie ma ani jednej książki poza szkolnymi podręcznikami. I to jest chyba statystyka, która najlepiej pokazuje, jak bardzo jest źle. Bo dom bez książek to nie jest żaden ewenement. To coś zupełnie normalnego i zwyczajnego. Coś, co nikogo nie powinno dziwić ani zaskakiwać. I tyle. Pamiętajmy o tym, kiedy będziemy myśleli o czytelnictwie w Polsce.

    Wojciech Chmielarz

  • Wielkie wyparcie – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zastanawiam się ostatnio, jak będzie wyglądać literatura po pandemii. Niewątpliwie jest to bowiem doświadczenie, które przeorało naszą codzienność jak żadne inne w przeciągu ostatnich trzydziestu lat. Ale równocześnie jest ono bardzo nierównomiernie rozłożone. Także dlatego, że skutecznie je wypieramy.

    W ostatnim „Drugim śniadaniu mistrzów” Justyna Sobolewska powiedziała, że czeka nas druga Lombardia. Ja dodałem, że nie czeka, ale ona już tu jest. Bo w najbliższych tygodniach czekają na nas już nie rekordy zakażeń, ale rekordy zgonów. Ale one de facto już się wydarzyły. W tym sensie, że mamy te ponad 30 tysięcy zakażeń dziennie i już wiemy, że z tych 30 tysięcy około 2,5 procent umrze (oczywiście, zdaję sobie sprawę z problemów z liczeniem śmiertelności COVID 19 i z góry przepraszam za ewentualną pomyłkę). Co oznacza 750 zgonów. Ci ludzie jeszcze żyją. Być może nawet dobrze się czują. Ale tak naprawdę już jest po wszystkim. Ich przyszłość jest rozstrzygnięta. W tej grupie być może jestem ja. Prawie na pewno jest w niej ktoś z czytających ten felieton.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Oczywiście, nie da się żyć ze świadomością, że być może jest już po wszystkim. Jeśli czegoś nas nauczył ostatni rok, to tego jak silny jest mechanizm wyparcia w każdym z nas i jak mocno udajemy, że pandemii nie ma. Żeby była jasność, nie mam tu na myśli tych, którzy powtarzają, że to wszystko spisek Billa Gatesa, krzyczą, żeby włączyć myślenie, a w najlepszym razie twierdzą, że COVID to taka zwykła grypa. Chodzi mi o ludzi takich, jak ja, którzy wiedzą, co się dzieje, noszą maseczki, uważają na siebie i śledzą statystyki. Ale równocześnie, kiedy tylko to możliwe, wypieram pandemię z mojej głowy. Staram się udawać przed samym sobą, że jest normalnie. Przestaję śledzić informacje o zapaści w służbie zdrowia, nie czytam już na facebooku opowieści wracających z dyżury lekarzy. Zmieniam kanał, kiedy na ekranie pojawia się covidowy reportaż. Wiem, że jest źle. Wiem, że będzie jeszcze gorzej. Ale po roku jestem tym strasznie zmęczony. Potrzebuję poudawać przynajmniej, że nic złego się nie dzieje.

    Wiele osób twierdzi, że po pandemii wszyscy lub prawie wszyscy będziemy musieli zmagać się z syndromem stresu pourazowego. A przecież pandemia doświadczyła nas w różnym stopniu. Sam uważam się za szczęściarza. Moi bliscy są bezpieczni. Nie musiałem zamykać firmy, nie straciłem dorobku życia ani nawet pracy. Jedyne, co mnie spotkało, to pewne drobne niedogodności. Jak mogę się więc równać z tymi, którzy przechorowali tę straszną chorobę? Lub musieli pożegnać swoich bliskich? Jak będę mógł po wszystkim rozmawiać z lekarkami, pielęgniarzami, ratownikami, wszystkimi pracownikami systemu opieki zdrowotnej, którzy przeżyli straszną jesień, a przeżywają jeszcze straszniejszą wiosnę? Nasze doświadczenia są przecież diametralnie inne. Czy będziemy w ogóle w stanie zgodzić się co do tego, co się właściwie wydarzyło? A to wyparcie, wyparcie, które teraz jest ratunkiem dla naszej psychiki, będzie to później jeszcze bardziej utrudniać. Co będę ja i inni szczęściarze (a przecież pomimo wszystko, trochę nas jest) wspominać za rok czy dwa? Będziemy opowiadać zabawne anegdotki o nielegalnych spacerach po lesie, podziemiu fryzjerskim i fitnesowym, zapominając o towarzyszącej nam teraz niepewności i strachu? Jak na nasze wybuchy śmiechu będą reagować ci, którzy czekali godzinami z umierającymi bliskimi na przyjazd karetki? A jak ci, którzy w tychże karetkach pędzili z chorym po kilkadziesiąt kilometrów, bo w odległym szpitalu było jedyne wolne miejsce? Przydałaby się nam wielka narodowa terapia. Ale ponieważ polska psychiatria wygląda, jak wygląda (nie ze względu na brak zaangażowania lekarzy, ale chroniczne niedoinwestowanie), raczej nie możemy na nią liczyć. Lubię myśleć, pewnie naiwnie i życzeniowo, że pomoże nam literatura.

    www.unsplash.com/Ed Robertson

    Bo trochę tym właśnie jest, prawda? Wielką rozmową o tym, co się wydarzyło i co nas czeka. Próbą podzielenia się różnymi doświadczeniami. Nauką empatii. Oczywiście, pełni też funkcję eskapistyczną. I szczerze mówiąc, to zalewu takich książek początkowo się spodziewam. Ba! Sam takie piszę! Ani w „Prostej sprawie”, ani w nadchodzącym „Wilkołaku” nikt nie nosi maseczek. Nie znają nawet tego słowa – koronawirus. Ale prędzej czy później będę musiał się z tematem COVIDu zmierzyć. Podobnie jak inni autorzy. Co nam z tego wyjdzie? Chyba nawet nie ośmielę się prognozować. Wiele zależy od tego, co nas jeszcze czeka. Mam jednak nadzieję, że my jako pisarze damy radę. I jak już będzie po wszystkim, trochę pomożemy w zrozumieniu tego, co się właśnie dzieje i jak to zmieni świat. To będzie nasza taka popandemiczna odpowiedzialność. Bo jeśli nie będziemy potrafić tego zrobić, to może literatura wcale nie jest taka ważna, jak mi się wydaje.

    Wojciech Chmielarz

  • A gdyby tak pisać mniej książek? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Był niedawno felieton optymistyczny, to pomyślałem sobie, że czas wrócić do ogólnego narzekania. Ta myśl po przeczytaniu kryminału polskiego autora pojawia mi się w głowie tak często, że właściwie przestałem ją zauważać – fajna książka, ale szkoda, że nie popracował nad nią trochę dłużej

    Bo rozumiecie Państwo, kończę powieść. Odkładam na bok. I często niby na pierwszy rzut oka wszystko gra, ale jednak coś mnie w tym wszystkim gryzie. Zaczynam analizować fabułę. I wystarczy tylko lekko poskrobać z wierzchu i okazuje się, że pojawia się jeden błąd za drugim, nieprawdopodobieństwo goni nieprawdopodobieństwo, a postacie, które na początku były okej, w pewnym momencie tracą takich drobiazg jak wiarygodność psychologiczna i zmieniają się manekiny, które robią to, co im autor każe. Natężenie tych zjawisk jest mniejsze lub większe. Czasami można przymknąć oko. Czasami mam ochotę książką rzucić o ścianę.

    A chciałbym dostawać książki dopracowane. Chociaż przyznaję, że to wyznanie aż dziwnie brzmi. Bo wydaje się, że to rzecz oczywista i powinno na tym wszystkim zależeć. Tymczasem nie. Raz po raz czytam książki z logicznymi błędami. I najbardziej boli to, że tego dałoby się uniknąć. Wystarczyłoby trochę nad daną powieścią popracować albo na etapie planowania, albo już w redakcji. W wielu przypadkach wystarczy jedno zdanie, lekkie przemodelowanie całości. Usunięcie jednego wątku, jednej sceny. Albo dodanie dwóch, trzech dialogów. Jednak autorzy i wydawnictwa nie mają na to czasu? Dlaczego?

    Z prostej przyczyny – rynek wymaga na nas, żebyśmy pisali i wydawali coraz więcej, coraz szybciej. Celowo piszę rynek, a nie czytelnicy. Bo czytelnicy co prawda na forach proszą o kolejne książki, ale równocześnie skarżą się na rosnące koło ich łóżek „kupki wstydu” czy w ogóle „hałdy hańby”. Myślę, że parę osób by się ucieszyło z tego, gdyby jednak ukazywało się mniej nowości. Decydująca wydaje mi się polityka sieci księgarskich, które wymagają ciągłej zmiany asortymentu. A skoro tak, to trzeba im dostarczać ciągle nowe tytuły.

    Co to oznacza dla pisarza? Książka w Polsce żyje średnio trzy miesiące. Czyli ledwo po kwartale, jeśli dana powieść się nie sprzedaje, to znika z księgarskich półek. Oczywiście, są wyjątki od tej reguły, ale są one właśnie wyjątkami. Autor ma więc świadomość, że ma zaledwie trzy miesiące, żeby zarobić na swojej pracy. A biorąc pod uwagę, że czytelnictwo w Polsce wygląda tak, jak wygląda, rynek jest dość płytki, to raczej nie ma szans, żeby w tym czasie sprzedał tyle egzemplarzy, żeby mieć się za co utrzymać przez najbliższe dwanaście miesięcy. Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Napisać i wydać kolejną książkę.

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Tylko ile da się napisać powieści w ciągu roku tak, żeby móc poświęcić odpowiednią ilość czasu na planowanie, research, pisanie, redakcję, promocję? Nie będę tu Państwu odpowiadał na to pytanie. Są różne sytuacje, różni autorzy, różne powieści. Ale od pewnego momentu jeden z tych etapów pracy nad kryminałów musi ucierpieć. I to widać na naszym rynku – za liczbą wydawanych kryminałów (ponad 400 rocznie!) nie idzie jakość.

    Zdaję sobie sprawę, z jakim naiwnym apelem teraz wystąpię, jak dziwnie to zabrzmi i jak to rozwiązanie jest nierealne – a gdyby tak pisać mniej książek? Bo mam wrażenie, że wszyscy by na tym zyskali. My, autorzy, mielibyśmy więcej czasu na dopracowanie swoich powieści, zebranie materiałów, redakcję, spotkania z czytelnikami, ale także na zwyczajny odpoczynek. Bo on też jest ważną częścią twórczego procesu. Czytelnicy mogliby nadrobić zaległości, zmniejszyłyby się kupki wstydu, dostawaliby też po prostu lepsze książki. Wydawnictwa miałaby czas, żeby w spokoju promować swoje tytuły. Cykl życia książki zwiększyłby się z tych nieszczęsnych trzech miesięcy do pół roku albo i dłużej. I wreszcie, to nie tak, że ogólna sprzedaż książki by spadła. Pewnie pozostałaby taka sama. Dzielona byłaby tylko na mniejszą liczbę tytułów. Poszkodowani ewentualni byliby debiutanci, bo na takim rynku trudniej byłoby im wydać książkę. Ale czy na pewno? W obecnych warunkach debiut jest jak mrugnięcie okiem. Znika, zanim ktokolwiek zdąży go zauważyć.

    Czuję się też trochę w tych swoich rozważaniach osamotniony. Bo niejednokrotnie mam wrażenie, że tylko ja zwracam na te rzeczy uwagę. Tylko ja się domagam, żeby autorzy, ale przede wszystkim wydawnictwa, traktowały mnie jako czytelnika z szacunkiem. Zdarzają się przecież kryminały, które są zupełnie pozbawione sensu. I to nie w tym znaczeniu, że jakieś wydarzenia są mało prawdopodobne, ale w tym najbardziej fundamentalnym. Po prostu luka w fabule jest tak gigantyczna, że wszelki sens do niej wpada i potem umiera cichutku chlipiąc w ciemności. A wiecie Państwo, co jest najgorsze – te powieści stają się bestsellerami.

    Może to więc tylko ja i parę osób. A większość czytelników wcale nie chce dobrych książek. Wystarczy, jeśli są szybko pisane.

    Wojciech Chmielarz

  • „Blown Away”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zdaję sobie sprawę, że wiele osób wykorzystało wolny świąteczny czas, żeby nadrobić kulturalne zaległości. Przeczytało książki, na które do tej pory nie mieli czasu, obejrzeli wartościowe, wymagające skupienia filmy. Ja natomiast skończyłem oglądać pierwszy sezon „Dmuchaczy szkła”.

    „Dmuchacze szkła” to program typu reality show, który jest dostępny na platformie Netflix. Polega na tym, że do huty wpuszczono… no cóż… dmuchaczy szkła. W każdym odcinku jury daje im do wykonania jakieś zadanie. Po jego wykonaniu odpada najsłabsza osoba. I tak do wielkiego finału. Na swoim facebooku przyznałem się do słabości dla tego typu programów. Mam już za sobą „Glow up” (to samo, co „Dmuchacze…”, ale dla makijażystów), „Next in fashion” (konkurs dla projektantów mody), „Wojny kwiatowe” (ogrodnicy) i jeszcze parę innych. Generalnie, lubię, kiedy utalentowani ludzie wychodzą zrobić coś fajnego, czego ja w życiu bym nie potrafił. Nie przemawiają do mnie z jakiegoś powodu programu kulinarne (chociaż cały ten gatunek zaczął się chyba od sławnego „Masterchefa”).

    Kończąc sezon „Dmuchaczy szkła” (mój faworyt zajął niestety drugie miejsce, ale miło było śledzić jego drogę do finału), pomyślałem sobie, że chętnie zobaczyłbym tego typu program z pisarzami. Proszę sobie wyobrazić, że w telewizyjnym studio pojawia się dziesięciu utalentowanych twórców. Wszyscy to generalnie amatorzy, ale ktoś tam się chwali, że dziesięć lat temu wydał już jedną książkę w niszowym wydawnictwie. Mamy poetę, mamy starszego pana, który całe życie pisał limeryki, miłośników fantastyki, powieści kryminalnych, historycznych czy horrorów. I wszyscy oni dostają zadania do wykonania. Mają napisać scenę miłosną, opowiadanie na sto słów, przerażającą historię, inne zakończenie „Władcy pierścieni” czy bajkę dla dzieci z morałem. Mierzą się z poezją, epiką i dramatem. Dekonstruują polską i światową klasykę, czy starają się zmienić „365 dni” Blanki Lipińskiej na powieść młodzieżową. Czasami dostają konkretny temat, czasami mają wolną rękę. Piszą samotnie i w duetach. A na końcu są oceniani przez jury, gdzie mamy prowadzącego program – totalnie widziałem bym w tej roli na przykład Aleksandrę Szwed, znanego krytyka literackiego (Justyna Sobolewska, Michał Nogaś?), a do tego w każdym odcinku pojawiałby się specjalny gość – Rafał Kosik oceniałby literaturę dla dzieci i młodzieży, Zygmunt Miłoszewski kryminały, a Ewa Winnicka reportaż. Nagrodą byłoby wydanie powieści w jakimś dużym wydawnictwie, a Empik dorzuciłby do tego pakiet promocyjny.

    Zygmunt Miłoszewski, Wojciech Chmielarz, Adam Szaja. fot: smakksiazki.pl

    Ech… Rozmarzyłem się, chociaż daję sobie sprawę, że taki program nie ma niestety racji bytu. Nawet nie ze względu na brak docelowej widowni. Umówmy się, dmuchanie szkła to jeszcze bardziej niszowe zajęcie niż pisanie książek, a Netflix postanowił jednak zainwestować w produkcję. Po prostu wszystkie te zajęcia, które wymieniłem jak tworzenie makijaży, szycie, dekoracja wnętrz, gotowanie czy nawet tworzenie instalacji roślinnych, są fotogeniczne. Cholernie dużo się tam dzieje. Ktoś biega, ktoś coś przekłada, kroi i zszywa, maluje, tu dodaje, tu odejmuje, jest ruch, jest napięcie, jest jakaś historia. Jak miałoby to wyglądać w wypadku programu o literaturze? Oglądamy jak przez czterdzieści minut kilka osób siedzi przy komputerze i stuka te literki w edytorze tekstu popijając kawę lub herbatę. Pewnie najbardziej emocjonującą częścią programu byłby wyścig do drukarki. Na końcu czytaliby swoje dzieła, zapewne we fragmentach, bo na całość nie byłoby czasu i tyle.

    To jest zresztą większy, głębszy problem z literaturą. W jaki sposób o niej rozmawiać, w jaki sposób ją promować w atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy, przyzwyczajonego jednak do kultury obrazkowej i pewnego dynamizmu w przekazie? Bo jak rozmawiamy o literaturze, to zazwyczaj na poważnie, żeby nie powiedzieć, że na kolanach. A fajnie by było chyba podejść do tematu tak bardziej na luzie. Pobawić się nim, pośmiać. Były takie próby. Z Zygmuntem Miłoszewskim improwizowaliśmy kiedyś kryminał na scenie „Worka kości” i wyszło całkiem sympatycznie. Jeśli więc miałbym czegoś nam wszystkim (twórcom, wydawcom, czytelnikom) życzyć na nadchodzący rok to tego, żeby znalazł się ktoś łebski, kto wymyśli jakiś fantastyczny, nowoczesny i pasjonujący sposób na rozmowę o literaturze. I to niekoniecznie w formule reality show.

    Wojciech Chmielarz