Tag: Felieton Wojciecha Chmielarza

  • „Jak kupić nowe książki i zrobić dobry uczynek”. Listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pamiętam, że kiedy lata temu mówiłem rodzicom, że jadę do miasta, to tak naprawdę chodziło o to, że jadę pochodzić po księgarniach.

    Tak, to pewnie znaczy, że byłem dość nudnym nastolatkiem. Ale było minęło. Dodam też do tego pewien kontekst czasowy. To była epoka (przynajmniej w Gliwicach) bez wielkich centrów handlowych. Pamiętam, jak kiedyś kolega opowiadał z błyskiem w oku, że pojechał z rodzicami do Selgrosa (a może to było Makro?) i było to coś, co robiło na nas wrażenie. A otwarcie pierwszego hipermarketu było wielkim wydarzeniem, na której zjechało się chyba z pół miasta. Podobne tłumy w jednym miejscu widziałem wcześniej tylko na finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

    No więc w tych dawnych czasach, kiedy w Gliwicach nie było ani jednej galerii handlowej, żadnego hipermarketu, a z okazji otwarcia supermarketu sieci Plus (wielkości mniej więcej obecnej Biedronki) koncert zagrał na gliwickim rynku zespół Piersi (jeszcze z Pawłem Kukizem!), jeździłem do miasta, żeby pochodzić po księgarniach. Zaczynałem zazwyczaj od rynku, gdzie znajdował się i znajduje Empik. Potem w dół Zwycięstwa. Jedna księgarnia, druga, trzecia, czwarta. Chociaż przyznaję, że omijałem księgarnię św. Jacka. Jakoś nie mój klimat. Zabawne było to, że w każdej było przecież to samo (za wyjątkiem jednej, malutkiej, która specjalizowała się w fantastyce i grach RPG), ale zupełnie inaczej ułożone. I jakoś to inne ułożenie, inny wystrój, to jakoś tak wszystko zmieniało. Wstyd, ale nazw większości z tych księgarń  nie pamiętam, ale mógłbym pokazać, gdzie kiedyś się znajdowały. Kiedyś, bo już ich oczywiście nie ma. I Gliwice zrobiły się przez to trochę smutniejszym miastem.

    fot: ksiazkanatelefon.pl

    Opowiadam o tym wszystkim w związku z akcją „Książa na telefon”, której celem jest pomoc kameralnym księgarniom. I teraz tak. Nie będę teraz Państwu opowiadał, że wielkie sieci księgarskie to bezduszne i czyste zło. Bo to byłaby po prostu nieprawda. Mają one wiele zalet (szeroki asortyment, niskie ceny, żeby wymienić dwie pierwsze z brzegu) i dobrze, że są. Ale potrzebujemy tych mniejszych księgarń. Rodzinnych. Wyspecjalizowanych. Z księgarzami, którzy oddali swojej pracy całe serce i całą duszę. Takimi, którzy potrafią nam polecić taką powieść, która nam się na pewno spodoba, bo nas dobrze znają. Albo na odwrót. Od czasu do czasu w takiej małej księgarni potrafię poprosić, żeby księgarz polecił mi książkę, po którą sam nigdy bym nie sięgnął. I w ten sposób poznałem wspaniałe „To oślepiające, nieobecne światło” Tahara Ben Jelloun, przejmujący „Bezmatek” Miry Marcinów (obie dzięki Big Book Cafe) czy nastrojowe „Gdzie się podziałeś, Buzzie Aldrinie?” Johana Harstada (to z kolei dzięki sopockiemu „Smakowi Słowa”).

     

    Z powodu konstrukcji naszego rynku, księgarnie kameralne i tak miały pod górę. Nie mogąc konkurować ceną (nie oszukajmy się, niestety dla większości z nas to ciągle najważniejsze) walczyły jakością obsługi czy asortymentem. Często, jak w przypadku mojej lokalnej księgarni dla dzieci „Trzy Jeże” na warszawskim Ursynowie, przynosiło to magiczne rezultaty. Ale pandemia dała im potężnie po tyłku.

     

    I teraz sprawa jest prosta. Albo pomożemy im przetrwać ten trudny czas, albo kiedy to się wszystko skończy na miejscu naszej ulubionej księgarni będzie kolejna „Żabka” czy placówka banku (z całą moją sympatią do pracowników i ajentów „Żabek” i jednak trochę mniejszą sympatią do banków). Na szczęście możemy to zrobić w sposób prosty i właściwie nic przy tym nie tracąc. Zbliżają się Mikołajki. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. I tak planowaliście Państwo kupić prezenty. Skoro czytacie te słowa na tym portalu, to pewnie i tak miały być to książki 😉 A skoro tak, to czemu nie kupić ich w waszej lokalnej, kameralnej księgarni?

    Pomoże wam w tym inicjatywa „Książka na telefon”. Znajdziecie tam adres fizyczny, internetowy i numer telefonu do najbliższej kameralnej księgarni. Bo teraz najlepsze. Nie trzeba tam nawet chodzić. Wystarczy zadzwonić, zamówić, a dostarczą wam do domu.

    To co? Wybieramy się na świąteczne zakupy?

    Wojciech Chmielarz

  • „Czy możemy porozmawiać o książkach, proszę?” Wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od lat powtarzam, że pisanie to jest głównie rzemiosło. I jak każdego rzemiosła, da się go po prostu nauczyć. Żeby to zrobić, trzeba robić dwie rzeczy. Po pierwsze pisać, po drugie czytać. Ale czytać krytycznie, z namysłem, zastanawiając się, co w danej książce działa, co nie i czego ja, jako twórca, mogę się z niej nauczyć.

    Dlaczego o tym wspominam? Bo kilka tygodni temu odbyła się na mojej facebookowej stronie dyskusja na temat tego, czy pisarz ma prawo krytykować/recenzować pracę innego pisarza. Nie wchodząc w szczegóły tej dyskusji, uważam, że tak. Z trzech podstawowych powodów. Po pierwsze, i najważniejsze, oprócz tego, że jestem pisarzem, jestem także czytelnikiem. Poświęcam czas na lekturę książek, czytam je starannie, i uważam (może na wyrost, ale to inna historia), że mam coś ciekawego na ich temat do powiedzenia. Po drugie, jako pisarz ma pewną unikalną wiedzę i perspektywę. Wydaje mi się, że patrząc/czytając z tej perspektywy widzę inne rzeczy niż zwykły czytelnik i chciałbym się swoimi przemyśleniami podzielić. Po trzecie w końcu, bo nikt inny tego nie zrobi.

    www.unsplash.com/Renee Fisher

    Serio, serio… Krytyka literacka w Polsce generalnie leży i kwiczy. Miejsca na rozmowy o książkach jest niewiele, a jeśli już się odbywają, to są bardzo płytkie. Podobało się lub nie, kilka słów argumentacji i tyle. Gdzie tu miejsce na namysł? Gdzie miejsce, żeby zastanowić się nad daną powieścią? Pomyśleć, co z niej wynika, dlaczego jest taka, a nie inna? Jasne, od razu zaznaczmy, są wyjątki. Ale to… no cóż… wyjątki właśnie. Ale nawet, gdyby było inaczej, gdyby poświęcono w szeroko pojętej literaturze więcej miejsca, to mielibyśmy inny problem. Mianowicie mało jest krytyków literackich, którzy znają się na literaturze gatunkowej, rozumieją, po co ona jest i jak działa.

    No dobra, ale po co mamy w ogóle o książkach rozmawiać? Pisząc z mojego punktu widzenia, żebym mógł pisać lepsze powieści i lepsze powieści czytać. Bo dobra literatura powstaje właśnie wtedy, kiedy się o niej dyskutuje! W tej chwili po prostu brakuje sensownego sprzężenia zwrotnego. Nikt nam, autorom, pisarzom, nie wskazuje błędów, jakie popełniliśmy podczas pisania, nikt nam nie pokazuje, co się nam udało, a co nie. W rezultacie te same pomyłki popełniamy w kolejnych powieściach i przestajemy się rozwijać. Albo próbujemy na oślep różne rzeczy, nie wiedząc, czy w ogóle idziemy we właściwym kierunku. Skutek jest tego taki, że cholera, różne moim zdaniem, negatywne zjawiska w gatunku, zamiast zanikać, pogłębiają się. Dostajemy coraz więcej kiepskich książek, ale wszyscy udajemy, że wszystko jest ok i poklepujemy się radośnie po plecach, jak to nam się gatunek znakomicie rozwija.

    Trochę to przypomina sytuację w polskiej piłce nożnej. Mamy coraz ładniejsze stadiony, coraz więcej ludzi chodzi na mecze, budżety klubowe puchną, podobnie jak piłkarskie pensje (tak, wiem koronawirus sporo zmienił), wszyscy się uśmiechają i zachwycają, ale potem przychodzą eliminacje do europejskich pucharów i mistrz Polski przegrywa z drużynami ze Słowacji, Mołdawii, Cypru, Białorusi czy Luksemburga. Więc jeśli zastanawiacie się Państwo, dlaczego świat nie oszalał na punkcie naszych kryminałów, to może odpowiedź jest taka, że nie oszalał z tego samego powodu, dla którego Legia nie podbiła Ligii Mistrzów.

    www.unsplash.com/Pedram Raz

    Inna sprawa, że często źle reagujemy na krytykę, ale też boimy się krytykować. To pierwsze czasami widać w internecie, ale nie ma co o tym rozmawiać. Ciekawi mnie drugie zjawisko. Podczas wspomnianej dyskusji u mnie na facebooku pojawiły się dwie osoby, które przyznały mi, że napisały recenzję „Wyrywy”, ale pewnie nie chcę ich czytać, bo są niepochlebne. Poprosiłem grzecznie, żeby jednak mi je pokazali. I byłem mocno zaskoczony, bo w mojej opinii obie chwaliły książkę. Jasne, w obu znalazły się krytyczne uwagi, ale pozytywów było więcej. Co więcej, co najmniej jedna z tych uwag dała mi sporo do myślenia i pozwoli mi lepiej w przyszłości pisać (przynajmniej mam taką nadzieję). Nie wiem, skąd u tych dwojga czytelników, obawa przed podzieleniem się ze mną recenzjami swoich książek. Nawet gdyby były one dużo ostrzejsze, to przecież bez sensu z mojej strony byłoby, gdybym się za to obrażał. Co więcej, sam bym sobie zaszkodził. Zdaję sobie sprawę, że popełniam błędy. Zdaję sobie sprawę, że mógłbym pisać lepiej. Ale żeby to zrobić potrzebuję pomocy.

    Potrzebuję kogoś, kto mi wskaże, co należy poprawić.

    Powiem szczerze, brakuje mi po prostu takiej poważnej rozmowy o książkach, literaturze, kryminale. Brakuje mi rozkładania książek na czynniki pierwsze, dogłębnych analiz, gadania o sukcesach i porażkach. Tak właśnie człowiek się uczy. Zdobywa nowe umiejętności. Uważam, że taka rozmowa dałaby nam wszystkim, autorom i czytelnikom, dużo dobrego.

    Ale póki co, zamiast tego, wolimy klepać się radośnie po plecach. Obyśmy z tego powodu nie skończyli, jak Legia w starciu ze Spartakiem Trnava.

    Wojciech Chmielarz

  • Dzień dobry, przepraszam, czy mogę Panią zabić? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Co się takiego stało z polskim kryminałem, że z gatunku, który mocował się z polską historią i teraźniejszością, zmienił się w twór, który tonie w krwi, flakach i spermie?

    No to czytam sobie „Osiedle RZNiW” Remigiusza Mroza. Raz, że hit lata i jako autor muszę wiedzieć, co ludzie czytają, dwa, że co jakiś czas jednak daję temu autorowi szansę. Sama książka mnie zawiodła, ale nie zamierzam się nad nią znęcać. W swoim czasie zrecenzowali ją znakomicie Jakub Ćwiek i Wojciech Mucha. Nie ma sensu, żebym powtarzał ich argumenty. Poruszyło mnie w tej powieści jednak coś innego. W pewnym momencie, ni z tego i owego, dostajemy w ryj sceną jak z najgorszego przemocowego porno. Jest gwałt, jest dwóch sprawców, jest kazirodztwo, jest sala tortur, jest całe anatomiczne słownictwo. Ruszyło mnie to. Ruszyło mnie to przede wszystkim dlatego, że to kolejny dowód na to, że polski kryminał staje się z roku na rok coraz bardziej brutalny. I to brutalny w ten najgłupszy i najbardziej obrzydliwy z możliwych sposobów.

    Dobra. Wiem, że narzekania na to, że kryminały są „zbyt brutalne” w ustach (pod klawiaturą?) autora kryminałów, co więcej, autora, który w zeszłym roku wydał „Ranę”, brzmią dziwacznie, ale dajcie mi szansę się wytłumaczyć.

    www.unsplash.com/Alison Courtney

    Zacznijmy od tezy, że kryminały opowiadają o zbrodnie i złu, a więc muszą być brutalne. Trochę tak, trochę nie. Jestem świeżo po lekturze „Punktów zbieżnych” Micheala Connelly’ego. To kolejna część przygód detektywa Harry’ego Boscha. Tym razem Bosch musi odnaleźć sprawcę niewiarygodnie okrutnego zabójstwa. Ktoś w środku nocy włamał się do domu, zgwałcił przebywającą tam kobietę, a potem ją zamordował. Ale dowiadujemy się o tym wszystkim z rozmów bohaterów. Co więcej, ta informacja zostaje nam podana bardzo suchym, policyjnym językiem. Mniej więcej w takim sposób, w jaki ja to Państwu opisałem. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego Connelly nie zafundował nam, na samym początku książki, szczegółowego opisu tego zdarzenia tak, jakby zrobiło to co najmniej kilku polskich autorów? No cóż… Moja robocza hipoteza jest taka, że wiedział, że nie musi. Zdawał sobie sprawę, że siła jego powieści tkwi w ciekawie skonstruowanej zagadce, interesującym bohaterze i dobrze poprowadzonej fabule. Potrzebował pokazać nam, że zabójca jest groźny i bezwzględny. Osiągnął swój cel. Bardziej szczegółowy opis byłby tylko próbą szokowania czytelnika tylko po to, żeby go zszokować.

    Bo nie chodzi mi o to, żeby nagle kryminały robiły się grzeczne i milutkie, a mordercy zwracali się do ofiar „dzień dobry, przepraszam, czy mogę panią zabić?”. Jednak należy pamiętać, że brutalność w kryminałach powinna do czegoś służyć. Weźmy chociaż za przykład „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, która skupia się na problemie przemocy domowej. I w której znajduje się sporo mocnych scen. Ale one są tej powieści bezwzględnie konieczne, bo pokazują to codzienne, ukryte, rodzinne okrucieństwo. Bez nich ta książka byłaby niekompletna. (to samo próbowałem nota bene osiągnąć w „Ranie”. Być może mi się nie udało, jeśli tak, to przepraszam. Ale nigdy moim celem nie było szokowanie, dla szokowania). I tutaj jest mój kolejny zarzut do „Osiedla RZNiW”. Wątek, o którym wspominałem na początku, jest po prostu niepotrzebny. Książka doskonale poradziłaby sobie bez niego. Co najśmieszniejsze, zupełnie nie pasuje on do reszty fabuły. A przy tym wszystkim, Miłoszewski jest dla swoich bohaterek, łagodniejszy niż Mróz. Ale pomimo tego, to jego sceny są bardziej poruszające.

    Bo ta brutalność, o której piszę, to szokowanie czytelników opisami kolejnych gwałtów i okrucieństw, po prostu nie działa. Pisałem, że scena gwałtu na „Osiedlu RZNiW” mną poruszyła. Ale poruszyła dlatego, że zobaczyłem, że najpopularniejszy pisarz w kraju postanowił dołączyć do tego idiotycznego festiwalu porno-przemocy. Czy zrobiło mi się niedobrze? Tak. Ale na takiej samej zasadzie, na jakiej robi się człowiekowi niedobrze, kiedy widzi rozmazaną kupę na chodniku. Obrzydliwe, ale co z tego? Chcecie Państwo poznać sceny, wątki, które naprawdę mną poruszyły? W „Gniewie” Miłoszewskiego jest rozdział, gdzie mamy opisany z perspektywy czteroletniego chłopca moment, kiedy odnajduje zabitą matkę. Niesamowity i bolesny obraz. Ale samo zabójstwo zostało popełnione wcześniej. Teraz czytamy tylko o leżącym bez ruchu ciele. Albo „Pan Mercedes” Stephena Kinga, gdzie przez pół książki drżałem z obaw o psa jednego z bohaterów, którego chciał zabić tytułowy zbrodniarz. Naprawdę wbiło mi się to do łba. A żeby było najśmieszniej – finalnie temu cholernemu psu nie spadł nawet jeden włos z ogona. Albo weźmy reportaże Przemysława Semczuka, który opisuje sprawy najgroźniejszych polskich seryjnych zabójców. Te książki są przerażające, chociaż o samych zbrodniach opowiada po prostu lakonicznie. Ale znowu, bardziej mnie one poruszają, niż te żałosne opisy seks lochów prosto z katalogu BDSM.

    www.unsplash.com/David von Diemar

    BO ZŁO TAK NIE WYGLĄDA!

    Ten zwrot ku brutalności martwi mnie także dlatego, że świadczy o pewnym braku empatii. Jakby autorzy naprawdę nie rozumieli, co właśnie opisali. Bohaterowie, bohaterki co prawda deklarują, że są wstrząśnięci, przerażeni, ale zachowują się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Ale co najgorsze, i tutaj dochodzimy do naprawdę przerażającej puenty – najwyraźniej to wszystko absolutnie nie przeszkadza czytelnikom.

    Jakiś czas temu przeczytałem powieść, której tytułu nie chcę podawać. Idiotyczna fabuła, idiotyczni bohaterowie, a do tego zawartość wypełniona morderstwami, gwałtami i przemocą. Ocena na lubimyczytac.pl? 8 na 10. Znakomita „Topiel” Jakuba Ćwieka? 7,1 na 10. Świetna „Wiara” Anny Kańtoch? 7,4 na 10. „Gniew” Miłoszewskiego? 7,7. „Około Północy” Mariusza Czubaja, jeden z najlepszych kryminałów zeszłego roku – marne 6,3.

    Mogę sobie narzekać na tę bezsensowną przemoc. Mogę kręcić głową. Mogę opowiadać, że te wszystkie sceny nie mają żadnego sensu i uzasadnienia fabularnego. „Osiedle RZNiW” było bestsellerem mijającego lata. Najbardziej obrzydliwa książka, jaką czytałem w swoim życiu, na lubimyczytac.pl ma wyższe oceny niż powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Smutna rzeczywistość jest taka, że najwyraźniej czytelnicy chcą się taplać w krwi, flakach i spermie. I okej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest jak jest. Ale dobrych książek z tego nie będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kryminał może paść ofiarą koronawirusa”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    584 nowe przypadki koronawirusa w Polsce, drugi największy wzrost dobowy, największy wynik od początku czerwca. Chyba możemy już powiedzieć, że epidemia wcale się nie skończyła i zacząć zastanawiać, co zrobić dalej.Piszę te słowa w sobotę 25 lipca. Podejrzewam, że w niedzielę wynik będzie niższy, tak jak zazwyczaj w niedzielę. W poniedziałek, kiedy Państwo będzie czytać ten tekst, również powinniśmy mieć mniej nowo odkrytych przypadków. Od początku epidemii bowiem w te dni obserwujemy spadki, co wynika z rytmu pracy laboratoriów, a wzrosty zaczynają się zazwyczaj od wtorku. Ale patrząc na liczby możemy już śmiało powiedzieć, że epidemiologicznie niewiele się w Polsce zmieniło od czerwca czy maja.

    Piszę o tym wszystkim w kontekście mojej aktywności pisarskiej oraz ogólnie pojętego życia festiwalowego w Polsce. Bo mam rozdarte serce. Z jednej strony chciałbym wyruszyć już w trasę, Spotkać się z Państwem, porozmawiać, opowiedzieć o książkach, które napisałem i o tych, które chcę napisać. Z drugiej strony, te ponad pięćset przypadków, w większości województw wskaźnik reprodukcji wirusa wynosi powyżej jednego (co oznacza, że epidemia jest ciągle w fazie wzrostowej), a zachorowało co najmniej siedemnaście osób, które brały udział w imprezie na katamaranie – a to są informacje tylko z tej nieszczęsnej soboty.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Sam postanowiłem już kilka tygodni temu, że zawieszam swoją aktywność spotkaniową do końca września. Wyjątkiem mogą być tylko spotkania na świeżym powietrzu (chociaż i tutaj mam pewne wątpliwości). Wydawało mi się, że do tego momentu sytuacja się wyjaśni i będę wiedział, na czym stoimy. W domyśle, będzie już na tyle bezpiecznie i na tyle spokojnie, że będzie można organizować spotkania. No cóż… Teraz, pod koniec lipca wszystko wskazuje na to, że bezpiecznie nie będzie. Jakoś nie potrafię znaleźć żadnego powodu, dla którego miałaby spać przez te dwa miesiące liczba nowych zachorowań. A do koronawirusa dojdzie jeszcze znana, swojska, ale przecież także niebezpieczna grypa.

    W tym momencie zadaję sobie pytanie nie tylko o swoje bezpieczeństwo, bo to uważam, mówiąc szczerze i grzesząc przy tym arogancją, za najmniej istotne. Jestem w miarę młodym, zdrowym facetem, który prawdopodobnie przejdzie tę chorobę w miarę łagodnie. Moje obawy dotyczą przede wszystkim Państwa. Oczywiście, wiem, że na spotkaniach organizatorzy zapewniają przestrzeganie wszystkich możliwych rygorów sanitarnych. Ale znowu, wiadomość z dzisiaj, żadne półtora metra nie gwarantuje bezpieczeństwa. Nawet dwa metry. Naukowcy z Niemiec opublikowali pracę, z której wynika, że jeden z chorych zarażał osoby, które stały nawet osiem metrów od niego. Czy w tej sytuacji mam w ogóle prawo ryzykować Państwa zdrowiem?

    A równocześnie mam poczucie pewnej hipokryzji. Bo odbyłem już dwie rozmowy z organizatorami festiwali kryminału, którym powiedziałem jedno i to samo – ja nie przyjadę, ale super, że robicie tę imprezę. Super, bo zdaję sobie sprawę, że ten syf z nami zostanie na długo, a najprawdopodobniej na zawsze. Musimy nauczyć się z nim żyć i tyle, a nie da się całego życia, szczególnie życia kulturalnego, przenieść do internetu. Ale czuję na sobie ciężar pewnej odpowiedzialności. Mam świadomość, że od moich wyborów może zależeć Państwa zdrowia. A równocześnie cały czas się zastanawiam, czy przesadnie nie panikuję. Być może powinienem machnąć na to wszystko ręką i po prostu robić swoje. Co będzie, to będzie. Ale chyba nie jestem jeszcze na to gotowy.

    fot: www.unsplash.com/Mika Baumeister

    I tak sobie myślę, że tak właśnie będzie wyglądało nasze życie w najbliższych miesiącach, a zapewne i latach. Cały czas będzie nam towarzyszył niepokój. Cały czas będziemy się zastanawiać, czy nie przyjdzie ktoś z wirusem na spotkanie autorskie, do sklepu, w którym robimy zakupy, na koncert czy nawet do pracy. Szczerze rzecz mówiąc, zastanawiam się, jak na to wszystko odpowie literatura. I postawię nieśmiałą hipotezę, że być może kolejną ofiarą koronawirusa będzie uprawiany właśnie przeze mnie gatunek. Bo kryminał rozkwita w społeczeństwach, która są bezpieczne i względnie zamożne. Co jest naturalne, bo lubimy się bać tylko wtedy, kiedy strach jest dla nas emocją niecodzienną i wiemy, że minie wtedy, kiedy odłożymy książkę lub wyłączymy telewizor. Nie potrzebujemy go, kiedy towarzyszy nam nieustannie, przy każdym wyjściu z domu. Co więc zamiast kryminału? Sam jestem ciekaw. Ja stawiam na fantastykę. Kiedy świat za oknem jest nieprzyjemnym miejscem, fajnie jest uciec do jakiegoś wymyślonego neverlandu, gdzie wszystko jest prostsze i łatwiejsze.

    Trzymajcie się Państwo zdrowo. Uważajcie na siebie. Noście maseczki. Trzymajcie dystans. I do zobaczenia, im szybciej, tym lepiej.

    Wojciech Chmielarz

  • Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz

    Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach

    Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.

    A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

    www.unsplash.com/Link Hoang

     

    A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.

    Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.

    I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.

    No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.

    Wojciech Chmielarz

  • „Chcę bezkarnie wypytywać ludzi o ich życie”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Nigdy nie myślałem, że zostanę zawodowym pisarzem. Zawsze chciałem co prawda pisać, ale wątpiłem, żebym był w stanie z tego wyżyć. Swoją przyszłość wiązałem więc z trochę innym zawodem.

    Dziennikarską przygodę rozpocząłem od wizyty w redakcji „Nowej Fantastyki”. To był październik albo listopad. Dzień w każdym razie był zimny i ponury, a ciężkie chmury nieustannie groziły deszczem. Nie do końca pamiętam w jaki sposób, ale przebiłem się przez recepcję i stanąłem przed ówczesnym szefem działu publicystyki czyli Markiem Oramusem. Wybąkałem nieśmiało, że chciałbym z nimi współpracować. Może jakieś recenzje pisać. Marek Oramus sięgnął wtedy do przepastnej szafy z książkami, wyciągnął z niej powieść, której tytułu, wstyd powiedzieć, teraz nie pamiętam i włożył mi ją do ręki. Udzielił kilka rad, przypomniał, że ma być to recenzja, a nie streszczenie, podał liczbę znaków i termin, kiedy mam mu oddać tekst. Potem spotkaliśmy się jeszcze raz. Połowę tekstu wywalił, drugą połowę zmienił, powiedział, że w sumie to jest nieźle i już miesiąc potem trzymałem nowy numer „Nowej Fantastyki” z moją recenzją w środku. Dumny byłem straszliwie.

    Potem przyszedł czas na przygodę radiową. Przez kilka miesięcy miałem wolontariat w radio Kampus. Zaliczyłem nawet debiut radiowy, ale szefostwo szybko zasugerowało mi, żebym raczej nie pchał się na antenę z powodu mojego „r”. Nie rozpaczałem specjalnie, bo bardziej wiązałem swoją przyszłość z mediami drukowanymi. W tym czasie koleżanka ze studiów powiedziała mi, że redakcja „Pulsu Biznesu” szuka praktykantów. Wysłałem swoje CV, zostałem zaproszony na rozmowę i dwa tygodnie potem dostałem informację, że zostałem przyjęty. Tak trafiłem do redakcji, gdzie spędziłem kolejne kilka lat.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donnell

    Bardzo dobrze wspominam tamten okres. Dużo się nauczyłem, spotkałem sporo fajnych ludzi i zebrałem mnóstwo wspomnień. Przede wszystkim, był to jednak fantastyczny czas dla mediów. Ostatni zresztą. Pieniądze od reklamodawców płynęły do nas szeroką strugą. Ja zajmowałem się branżą IT, której PRowcy prześcigali się w pomysłach, kto zorganizuje ciekawszy event i w bardziej ekskluzywnej restauracji. Nigdy nie jadłem tak dobrze, jak wtedy. Do tego co chwila na rynku pojawiał się nowy tytuł. A to „Fakt”, a to „Dziennik” i wszyscy walczyli o dziennikarzy. Jeśli ktoś potrafił jako tako pisać, wystarczyło wybrać numer redakcji, podać kwotę oczekiwanej pensji i już za chwilę można było podpisywać umowę o pracę.

    A potem był rok 2008 i zaczął się kryzys. Tak jak wcześniej wszyscy zatrudniali, tak wszyscy zaczęli zwalniać. Ja skończyłem studia i znalazłem się na rynku pracy z dyplomem, który na nikim nie robił wrażenia. I tak właśnie rozeszły się moje drogi z dziennikarstwem. Potem ocierałem się jeszcze o różne redakcje. Publikowałem teksty w kilku miejscach, ale jednak zawodowo kierowałem się w inną stronę.

    I w sumie nie żałuję. Z perspektywy czasu mam świadomość, że dziennikarzem byłem mocno przeciętnym. Nie miałem parcia na newsa, zadziorności i pewnej, niezbędnej w tym zawodzie, bezczelności. Nie był to po prostu mój świat i tyle. Zdarza się.

    Ale jednej rzeczy mi z tych dziennikarskich lat brakuje – możliwości spotkania się z interesującymi ludźmi i wypytania ich bezkarnie o ich życie, plany, pracę. Dlatego, kiedy zadzwonił do mnie Adam Szaja i zaproponował, żebyśmy wspólnie przeprowadzili serię wywiadów ze znanymi pisarzami, nie zastanawiałem się długo nad odpowiedzią. Pomysł jest prosty – on dziennikarz, ja autor. Bierzemy na warsztat innych twórców i ich maglujemy. Adam i ja mamy inne perspektywy, inną wrażliwość, inne doświadczenia, ale jeśli połączymy siły, to może wyjść coś świeżego i ciekawego.

    A zaczynamy już niedługo i to od mocnego uderzenia. Bierzemy się za Zygmunta Miłoszewskiego i jego najnowszą powieść „Kwestia ceny”, której premiera zbliża się szybkimi krokami. Już zacieram ręce i zaczynam wymyślać najbardziej złośliwe pytania, jakie tylko mi przyjdą do głowy. Będzie się działo!

    Wojciech Chmielarz

  • „Kilka dni przed premierą”, felieton Wojciecha Chmielarza

     

    No to za parę dni, 6 maja, ukazuje się „Wyrwa” czyli moja nowa powieść. Trudno nawet powiedzieć, że trafi na księgarskie półki, bo przecież większość księgarń jest zamknięta albo działa na pół gwizdka.

    To nie była łatwa decyzja. Telefon pod koniec marca, z jednej strony ja, z drugiej wydawnictwo i długa rozmowa na temat tego, czy „Wyrwę” wydawać w maju tak jak planowaliśmy, czy nie. Argumentów przeciw było mnóstwo. Pandemia, zamknięte księgarnie i centra handlowe, odwołane Warszawskie Targi Książki, Międzynarodowy Festiwal Kryminału i wszystkie możliwe spotkania autorskie, rosnąca z każdym dniem niepewność. Argumenty za były właściwie dwa. Po pierwsze, czytelnicy czekają. Po drugie, nie wiadomo, co będzie później. Może będzie lepiej, może będzie gorzej.

    No i wydaję „Wyrwę” w tym dziwnym okresie. Z niepokojem odliczam dni do premiery, zastanawiając się, ilu czytelników ta książka w ogóle zainteresuje. I przede wszystkim, jak do nich dotrzeć. Jeszcze niedawno to było w teorii przynajmniej proste. Powieść trzeba było wydrukować, rozesłać do hurtowni, wykupić miejsca na stoiskach w księgarni, najlepiej tuż przy wejściu, żeby rzucała się w oczy. Ktoś przechodził, sięgał, czytał opis, jeśli mu się spodobało, to wędrował do kasy. A teraz, jak dotrzeć do tych czytelników? Wykupić reklamy pomiędzy serialami na netflixie? Oczywiście, jest ta grupa, która śledzi moje poczynania, czyta wiadomości na facebooku, interesuje się gatunkiem, czyta felietony na smakksiazki.pl. Oni o „Wyrwie” już wiedzą, czekają na nią i zapewne kupią. Ale co z resztą?

    Zdaję sobie też sprawę, że napisałem w pewien sposób książkę historyczną. Powieść, której bohaterowie swobodnie jeżdżą po Polsce, spotykają się, rozmawiają, nie noszą maseczek. A ich problemy, także te finansowe, są przecież niczym wobec problemów, z którymi musimy zmierzyć się już dzisiaj. Jest więc „Wyrwa” pocztówką ze starego świata. Świata, do którego nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wrócimy. Przyznam szczerze, że lekko nieprzyjemne to uczucie. Jeszcze dwa miesiące temu „Wyrwa” opisywała naszą rzeczywistość za oknem. Dzisiaj to opowieść z dawnego świata.

    Wszystko to sprawia, że odczuwam niepokój zamiast zwyczajowej ekscytacji. Na jakimś poziomie to taki zwykły strach dotyczący spraw bytowych. Taki, który towarzyszy przecież teraz milionom Polaków. Jestem zawodowym pisarzem, utrzymuję się ze sprzedaży książek, więc stawką dla mnie jest tutaj po prostu zawartość mojego portfela, a więc i, koniec końców, żołądka. Ale jest też inny poziom. Nazwałbym go artystycznym, literackim. Uważam, że „Wyrwa” mi się udała. Nasz gospodarz, Adam Szaja, twierdzi, że ta powieść jest lepsza nawet od „Żmijowiska”. Nie potrafię opisać tego bardziej subtelnymi słowami, nie znajdę tutaj żadnej wyszukanej metafory, więc napiszę tak zwyczajnie – będzie mi po prostu smutno, jeśli ta powieść zaginie gdzieś w tym pandemicznym szaleństwie. Oczywiście, rozumiem, że w ogólnym zbiorze rzeczy strasznych i niewdzięcznych, których właśnie jesteśmy świadkami, jedna zapomniana powieść znaczy niewiele, a moje myśli są teraz mocno samolubne, ale nic na to nie poradzę.

    Tak czy siak, „Wyrwa” powędruje do Państwa szóstego maja. Pomimo wszystko, pomimo wszystkich moich obaw i wątpliwości, dalej uważam, że to dobra decyzja. Także dlatego, że po prostu chciałem się już podzielić z Państwem tą historią, dowiedzieć się, jak na nią zareagujecie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłej lektury!

    Wojciech Chmielarz

  • „Felieton pesymistyczny” Wojciecha Chmielarza

    Dobrze. Ustalmy to sobie na początku – po tyłku dostaniemy wszyscy. Niektórzy bardziej, niektórzy mniej, ale wszyscy odczujemy (oby tylko!) w swoich portfelach to, co się dzieje. Jest mnóstwo branż, które potrzebują teraz pomocy. Gastronomiczna, eventowa, hotelarska czy salony urody. Jeśli jednak czytacie Państwo ten felieton, to oznacza, że interesuje Państwa działka literacka. Wobec tego spróbuję teraz Państwu opowiedzieć, co się w branży dzieje i jakie to będzie miało skutki

    Zacznę od ważnej uwagi na samym początku, cokolwiek napiszę teraz, nie napiszę myśląc o sobie. Jeśli Państwo obserwujecie trochę moją literacką karierę, to wiecie, że przeżywałem bardzo dobry okres. Książki się dobrze sprzedają (na czele oczywiście ze „Żmijowiskiem”), doczekałem się ekranizacji, kolejne powieści ukazują się we Francji, zwiedziłem kawał Polski jeżdżąc na spotkania autorskie. Wszystko to sprawia, że z pewnym spokojem mogę patrzeć w najbliższą przyszłość. Mam ten cudowny komfort, że, mówiąc kolokwialnie, wiem, z czego będę płacić w przyszłości rachunki. Wielu moich kolegów i koleżanek po fachu tego komfortu po prostu nie ma.

    Wielokrotnie mówiłem na spotkania autorskich, że da się w Polsce żyć z bycia pisarzem, ale ciężko jest żyć z pisania. Życie z bycia pisarzem polega na tym, że z racji tego, że uprawiamy ten zawód, a nie inny, dostajemy różne fuchy do wykonania. To są jakieś teksty do napisania, warsztaty pisarskie do poprowadzenia i przede wszystkim – spotkania autorskie. Jak Państwo się domyślają, te dwie ostatnie aktywności gwałtownie się skończyły (sam jeszcze 11 marca rano potwierdzałem wyjazd do Łomży, żeby odwołać go tego samego dnia w południe). Nie wiadomo, kiedy powrócą. Odwołane zostały już przecież Warszawskie Targi Książki czy Międzynarodowy Festiwal Kryminału (obie decyzje bardzo słuszne!). Nagle w kalendarzach pisarzy i pisarek powstała wielka dziura, a to oznacza brak przychodów. Dla wielu literatów to będzie bardzo ciężki czas. I co najgorsze, to chyba właśnie im najtrudniej teraz pomóc. Kupowanie książek niewiele daje, bo po pierwsze z ceny okładkowej do twórcy trafia ułamek kwoty, a po drugie rozliczanie następuje w cyklach półrocznych bądź rocznych. A pomoc potrzebna jest tu i teraz. Dlatego Stowarzyszenie Unia Literacka ogłosiło zbiórkę funduszy na rzecz pisarzy i pisarek. Znajduje się pod tym adresem (klik). Z tych pieniędzy SUL będzie wypłacał zapomogi najbardziej potrzebującym. Jeśli ktoś z czytających te słowa chciałby dorzucić chociażby złotówkę, będę bardzo wdzięczny.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    Kolejnym ogniwem łańcucha są wydawcy. Tutaj dochodzą już mnie głosy o zawieszeniu premier i przełożeniu ich z wiosny na jesień. Możemy się tylko domyślać, jak to wpłynie na przepływy finansowe i jak bardzo dostaną po kieszeni. Szczególnie tutaj obawiam się o małe wydawnictwa, które często przecież wydają bardzo ciekawą prozę, ale które od lat utrzymywały się na progu rentowności. One mogą tego ciosu nie przetrwać. Ale myślę, że nawet najwięksi z obawą patrzą w przyszłość. Znowu, książki to nigdy nie był wielki biznes. To nie jest tak, że wydawcy spali na workach z kasą i teraz mogą z tych zaskórniaków skorzystać w ciężkich czasach. W najlepszym razie czeka nas mocno odchudzony kalendarz wydawniczy. W realistycznym, powinniśmy się szykować na kilka spektakularnych upadków. O pesymistycznym nawet boję się myśleć. Pewnym ratunkiem mogą być tutaj ebooki i audiobooki, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby te formy sprzedaży książki zastąpiły powstałą lukę. To zawsze był mały wycinek branżowego tortu. Ale mam nadzieję, że będę się tutaj mylił.

    No i wreszcie księgarnie. Szczególnie te małe, niezależne. Które utrzymywały się bardziej z serwowanej tam kawy i kanapek niż sprzedaży książek. Przestój nawet miesięczny może sprawić, że po zakończeniu pandemii nie będziemy mogli wrócić do swoich ulubionych miejsc. Bo ich po prostu już nie będzie. Jeśli takie miejsca Państwo posiadacie, wejdźcie koniecznie na ich strony internetowe czy facebookowe. Bardzo często pojawiają się tam ciekawe akcje promocyjne i sprzedażowe. Warto z nich skorzystać, jeśli tylko mamy na to wolne środki.

    Państwo na pewno już zauważyli, że nie wspomniałem jeszcze o hurtowniach, sieci dystrybucji czy wielkich sieciach księgarskich. Wynika to z tego, że po prostu najmniej wiem o ich problemach. Jeśli ktoś ma jakieś informacje, to bardzo chętnie przeczytam o nich w komentarzach.

    Ten felieton powinien się kończyć jakimś optymistycznym akcentem, ale, proszę mi wybaczyć, żadnego nie potrafię wymyślić. Cokolwiek byśmy nie zrobili w najbliższym okresie, ile książek nie kupili, ebooków, audiobooków czy w księgarniach stacjonarnych, czeka nas potężne trzęsienie ziemi. Branża kulturalna ma to do siebie, że jako pierwsza dostaje w czasie kryzysu i jako ostatnia z niego wychodzi. W ciężkich chwilach nie zrezygnujecie przecież Państwo z zakupu bochenka chleba czy ubrania dla dziecka. Ale z książki już tak. Piszę o tym bez żalu i pretensji. Po prostu tak było w przeszłości i tak będzie i tym razem.

    Wojciech Chmielarz

  • „Będzie słuchane” – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zacznę od największej słabości tego tekstu, którym jest moim zdaniem brak liczb. Pomimo prowadzonych poszukiwań, nie udało mi się znaleźć żadnego sensownego raportu, który przedstawiałby kształt i wartość rynku audiobooków w Polsce. Mam jednak wrażenie, jako tego rynku w pewnym sensie aktywny uczestnik, że dzieje się na nim bardzo, ale to bardzo dużo.

    W skrócie, myśl przyznaję mało odkrywcza, popularność audiobooków, ale także podcastów rośnie. Widzę to u siebie, patrząc w raporty na temat sprzedaży moich książek (Państwo wybaczą, ale nie mogę, związany umowami, podzielić się danymi), widzę rozmawiając z czytelnikami, których coraz większa liczba moje książki zna właśnie z wersji audio. Widzę wreszcie półki w marketach zastawione sprzętem do nagrywania podcastów.

    www.unsplash.com/Malte Wingen

    Jestem w stanie tę rosnącą popularność zrozumieć. Tradycyjnym tzw. medium towarzyszącym, czyli medium, które jak to się mówi popularnie ma grać w tle, jest radio. Tylko, że radio słuchacza takiego jak ja (a nie jestem na pewno jedyny) zawodzi. Coraz mniej w nim zwyczajnie ciekawych audycji. Mam wrażenie, że najpopularniejsze stacje radiowe przez większość czasu antenowego zajmują się jednym i tym samym, próbują nas nakłonić, żebyśmy wysłali smsa i wzięli udział w tym cholernym konkursie, w którym mamy wygrać górę pieniędzy lub nowy samochód. Ten ciąg namów i obietnic, że wystarczy tylko jeden sms, żeby cieszyć się spływającymi na konto tysiącami złotych przerywany jest tylko wiadomościami i wywiadami z politykami, którzy jak to politycy, rzadko mówią coś nowego i ciekawego, a koncentrują się na kolejnej rundzie nudnej i przewidywalnej partyjnej nawalanki. No i do tego muzyka, która jest taka sama i idealnie sformatowana pod gust niby przeciętnego Polaka. Oczywiście, są radiostacje, które próbują zaistnieć inaczej. Proponują ciekawsze, bardziej ambitne lub przynajmniej trochę inne treści, ale z nimi jest ten problem, że trudno się je odbiera poza wielkimi miastami. Nic dziwnego, że coraz częściej Polacy sięgają po podcasty na interesujące ich tematy, które do tego mają tę zaletę, że są dostępne wtedy, kiedy chcemy, i audiobooki.

    Na rynku audiobooków zaczęło się zresztą w ostatnich latach bardzo dużo dziać. Zaczęła chyba audioteka.pl, która wystartowała ze swoimi superprodukcjami. Jeśli ktoś nie słuchał, to serdecznie zachęcam. Najlepsi polscy aktorzy, efekty dźwiękowe, muzyczne, wszystko w najwyższej jakości. Sama przyjemność słuchania. Jakoś w podobnym momencie pojawił się na polskim rynku storytel.pl i mocno zamieszał. Najpierw modelem abonamentowym, a potem ofertą, kiedy zaczęli wrzucać do swojego katalogu własne oryginalne produkcje. Tym samym tropem zdaje się iść EmpikGo, który już zrobił serial audio „Chaos” na podstawie popularnej książki „Szczury Wrocławia” Roberta J. Szmidta. A żadna z tych firm nie zamierza na tym poprzestać. Każda szuka nowych treści i nowych sposób na zainteresowanie klienta.

    Audiobooki i literackie słuchowiska stają się więc czymś modnym. Co ciekawe, jak pokazują dane z zagranicy, sięgają po nie przede wszystkim ludzie młodzi, dla których słuchanie staje się naturalnym i dominującym sposobem kontaktu z literaturą. Nie jestem z tych, którzy załamują w tym momencie ręce i twierdzą, że audiobook to nie prawdziwa książka. Jakiekolwiek wartościowanie tych dwóch czynności wydaje mi się pozbawione sensu. Oczywiście, słuchanie to nie czytanie. Pracują inne części mózgu. Istotny jest także wpływ lektora, który czytając w ten lub tamten sposób, niejako narzuca interpretację książki. Niemniej, audiobooki mają jedną kolosalną zaletę – można ich słuchać w tych momentach, kiedy po prostu nie możemy czytać – podczas jazdy samochodem, biegania, ćwiczeń czy gotowania obiadu. Audiobooki są dla mnie więc dodatkowym kanałem kontaktu z literaturą, który nie tyle konkuruje, co współistnieje z tradycyjnym czytelnictwem.

    Ten wzrost popularności audiobooków jest też dla mnie źródłem nadziei, bo pokazuje, że pomimo wszystko, ludzie mają potrzebę kontaktu z dobrą opowieścią i tego kontaktu po prostu szukają. I patrząc na to, co się dzieje, nie zdziwię się, jeśli w najbliższym czasie kilku najciekawszych literacko książek raczej będziemy wysłuchiwać niż je czytać.

    Wojciech Chmielarz