Tag: Felieton Wojciecha Chmielarza

  • „Biblioteczne przygody”, sierpniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Odwiedziłem ich dziesiątki, a jednak wchodząc do każdej kolejnej czuje dreszczyk emocji. Zastanawiam się, co tam znajdę. Jakie książki odkryję, na jakich autorów trafię. Jaka przygoda na mnie czeka podczas wędrówki między półkami. I nie ważne, czy placówka jest duża, czy mała. O czym piszę? O bibliotekach oczywiście.

    Też tak Państwo macie? Dla mnie biblioteki to miejsca szczególne. Nie policzę godzin, ile spędziłem buszując wśród półek, odnajdując ulubionych autorów lub takich zupełnie nowych. Szukając, sprawdzając, często błądząc i równocześnie odkrywając bogactwa świata literatury.

    Najważniejsze biblioteki w moim życiu? Pierwsza to ta, w której pracowała moja babcia. Wcześniej była polonistką w szkole podstawowej. Odeszła na emeryturę, ale długo na niej nie wytrzymała. Zatrudniła się jako bibliotekarka w placówce w… szpitalu. A ja tam regularnie spędzałem długie godziny po pierwszych klasach podstawówki, czekając aż odbiorą mnie rodzice. Buszowałem wtedy wśród starych, rozsypujących się książeczek o małpce Fiki Miki i Koziołku Matołku, wierszy Tuwima, Brzechwy, bajek i baśni. To tam po raz pierwszy miałem w dłoni książki Ludluma z tymi fantastycznymi okładkami wydawnictwa Amber, pełnymi wybuchów, płonących helikopterów, półnagich kobiet w bikini i umięśnionych facetów z wielkimi karabinami, które wypluwały z siebie strugi pocisków. Tam też zafascynowała mnie powieść cykl „Kraby” Guy’a N. Smitha. Żeby była jasność, również z powodu okładki (nie wiedziałem jeszcze, że nie tak powinno się oceniać książki 😉 ). No i komiksy. „Tytus, Romek i Atomek”, „Kajko i Kokosz”, „Jonka, Jonek i Kleks”, cała polska klasyka, którą przeczytałem po kilka razy. Do tego „Thorgal”, ale i pierwsze wydania w Polsce przygód Spidermana, Batmana, Supermana z wydawnictwa TM-Semic. Filię odwiedzali głównie pacjenci. Panowie w pidżamach i kapciach na nogach, panie w szlafrokach. Czasami wymykałem się na spacery. Krążyłem po oddziałach, zaglądając, jak każdy ciekawski dzieciak, do każdej otwartej sali. Z jakiegoś powodu, nikt mnie nie przeganiał. Do dziś pamiętam tamten ostry zapach środków odkażających. Jeśli zastanawiacie się Państwo, skąd niechęć Mortki do szpitali – to wynika ona właśnie z tego wspomnienia. Chociaż sam szpitali się nie boję.

    www.unsplash.com/chuttersnap

    Ta druga, czyli Miejska Biblioteka Publiczna w Gliwicach na ulicy Kościuszki, główna placówka w mieście. Przebierałem nogami, żeby móc się do niej zapisać. Chodziło mi oczywiście o tę część dla dorosłych, bo książki dla dzieci dość wcześnie przestały mnie interesować. Kiedy dostałem wreszcie kartę biblioteczną, traktowałem ją jak największy skarb. Co pamiętam najlepiej? Dwie rzeczy. Najpierw całe półtora regału (sic!) wypełnione fantastyką (szybko zresztą większość przeczytałem). Kolorowe grzbiety, nieznani autorzy, twórcy z polski i zagranicy. Potem, półka na której leżały nowości. Kilka, kilkanaście pozycji prosto z księgarni. Młodszych czytelników smakksiazki.pl może to zaskakiwać, ale tak to kiedyś wyglądało. Biblioteki były niedoinwestowane. Nowych pozycji było jak na lekarstwo. Przeważały zakupy jeszcze z lat osiemdziesiątych. Na Kościuszki obserwowałem, jak ten stan się powoli zmienia.

    Wreszcie numer trzy. Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Słynny BUW. Jedno z pierwszych miejsc, które odwiedziłem po przeprowadzce do Warszawy. Nie z własnej woli, żeby nie było. Po prostu mieliśmy tam obowiązkowe szkolenia dla studentów. Ale chętnie tam wracałem. I z powodu księgozbioru i z powodu faktu, że mieli tam ogólnodostępny internet. Ale, znowu ciekawostka dla młodszych czytelników, nie wi-fi, ale z kabla. Trzeba było przynieść swój komputer i się podpiąć. Zawsze trzeba było czekać w dość sporej kolejce (chyba, że się przychodziło nieprzyzwoicie wcześnie lub nieprzyzwoicie późno). Do dziś zastanawiam się, gdzie spędziłem więcej czasu – w BUWie, czy na piwie w Harendzie, która znajduje się tuż obok mojego wydziału. Chyba jednak w tym pierwszym. Chociaż w Harendzie zostawiłem na pewno więcej pieniędzy (a także laptop, który jednak udało się odzyskać, i kowbojski kapelusz, który jednak zaginął). BUW to klasa sama w sobie. Jedna z najpiękniejszych bibliotek w Polsce. I wspaniały księgozbiór, nie tylko naukowy. Zazdroszczę każdemu studentowi, który po raz pierwszy przekracza jej progi.

    Dzisiaj najczęściej chodzę do małej osiedlowej biblioteki na Ursynowie. Bardzo przyjemne placówka. Sporo książek, ciągły napływ nowości. Pracujące tam panie za każdym razem informują mnie, jakim powodzeniem cieszą się moje książki. Najwięcej jednak radości sprawia mi obserwowanie mojej córki, kiedy razem odwiedzamy znajdującą się tuż obok placówkę dla dzieci. Jak biega wśród półek, wyciąga z nich kolejne pozycje. I rozpoczyna własną, wielką przygodę.

    Wojciech Chmielarz

  • „Prawda dziwniejsza od fikcji, fikcja prawdziwsza od prawdy”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza.

    Fargo” braci Coen to już klasyka kina. Jak może Państwo pamiętają, film zaczyna się od planszy z napisem informującym, że został oparty na prawdziwych wydarzeniach i „Ze względu na żądania tych, którzy przeżyli zmieniono imiona i nazwiska postaci. Z szacunku dla tych, którzy zginęli, cała reszta jest opowiedziana dokładnie tak, jak się wydarzyła”. To oczywiście kłamstwo i czysta ściema. Od początku do końca scenariusz wymyślili bracia Coen. Dlaczego zdecydowali się więc umieścić wspomniany napis na początku swojego dzieła? Odpowiedź jest prosta i zawiera się w jednym słowie – wiarygodność.

    Sam zmagam się z tym zagadnieniem jako autor. Jak pisać, żeby czytelnicy uwierzyli w opowiedzianą przeze mnie historię? Jak sprawić, żeby od pierwszej chwili zawiesili Państwo niewiarę i nie odwiesili jej do ostatniej strony? Bo jeśli nie uda mi się tego zrobić, to cała książka leży. Po prostu. Coenowie też zdawali sobie z tego sprawę. I z faktu, że opowiadana przez nich historia opiera się na serii pomyłek, zbiegów okoliczności, nieszczęśliwych przypadków. Bardzo łatwo ją zakwestionować. Dlatego zdecydowali się na swoje małe oszustwo. Bo przecież prawda musi być wiarygodna, czyż nie?

    Często opowiadam o „Fargo” na zajęciach pisarskich, kiedy omawiamy problem zawieszenia niewiary i kupienia czytelnika. I tłumaczę, że przykład „Fargo” udowadnia, że pisarz musi panować nad swoją wyobraźnią. Bo jeśli za bardzo jej popuścimy, czytelnik nam po prostu nie uwierzy. Stracimy go. Dlatego trzeba ją wziąć mocno w karby. Nieustannie pilnować. Przycinać skrzydła, jeśli to konieczne. Strzec realiów. Hamować się, żeby nie odlecieć. Takie właśnie rady daję swoim kursantom. A potem dodaję, że rzeczywistość jak na złość nieustannie śmieje się nam pisarzom w twarz. I podsuwa wydarzenia przerażające, malownicze, okrutne i tak niewiarygodne, że gdybym kiedykolwiek o nich napisał, czytelnicy tylko pokręciliby z niedowierzaniem głowami i odłożyli książkę na półkę, jako kompletnie oderwaną od rzeczywistości.

    www.unsplash.com/Jilbert Ebrahimi

    Przykłady? Proszę bardzo. Sprytny oszust, który wmówił arystokratycznej rodzinie z Francji, że jest tajnym agentem, który ma ich chronić przed masońskim spiskiem na ich życie i przez dziesięć lat żył ich kosztem, równocześnie zmieniając ich życie w piekło. Papuga, która swoimi „zeznaniami” doprowadziła do skazania żony za zabójstwo męża (powtarzała ostatnie powiedziane przez niego słowa, które nota bene brzmiały – Nie strzelaj kurwa). Niewiarygodna sprawa brutalnego mordu na Iwonie Cygan ze Szczucina, gdzie przez dwadzieścia lat sprawca był kryty przez miejscowych policjantów i gdzie prawdopodobnie zabito jeszcze dwóch świadków, którzy chcieli opowiedzieć o tym, co się naprawdę stało. Sprawa jest ciągle badana przez śledczych i być może doczekamy, że sprawiedliwości stanie się w końcu zadość. Archibald McCafferty z Australii, który zrozpaczony po przypadkowej śmierci małego syna, namówiła grupkę nastolatków do zabicia siódemki nieznajomych. Wierzył, że to przywróci życie jego dziecku. Grupa została powstrzymana po dokonaniu trzech morderstw. W więzieniu zabił kolejną osobę. Ale po latach został wypuszczony i od kilkunastu lat mieszka spokojnie w Szkocji. Każda z tych historii wydaje mi się na tyle niewiarygodna, że miałbym duży kłopot, żeby umieścić je w powieści. Ale każda z nich się wydarzyła się naprawdę.

    Głęboko wierzę w to, że fikcja potrafi być prawdziwsza od rzeczywistości. W tym sensie, że mając swobodę w kształtowaniu losów bohaterów, ich życia, zdarzeń mam możliwość uwypuklenia pewnych cech, problemów, fenomenów społecznych, które najlepiej oddają ducha czasów, w których żyjemy. Pewną prawdą o nas i o naszych pragnieniach. Właśnie to staram się robić w swoich powieściach. Tak samo jak Coenowie w swoich filmach. I tak samo jak oni w „Fargo” kusi mnie czasami, żeby pójść na skróty. Ja jednak nigdy tego nie zrobię. Coenowie długo kluczyli wokół swojego kłamstewka. Raz twierdzili, że film jest wzorowany na prawdziwych wydarzeniach, potem się tego wypierali. Potem przyznawali, że niektóre jego elementy odpowiadają prawdzie, chociaż w innych wcześniejszych wywiadach mówili, że nie słyszeli o tych historiach przed nakręceniem filmów. Ten taniec trwa chyba do dzisiaj. Ja nie byłbym w stanie tak tego ciągnąć. Pękłbym dużo szybciej. Uwierzcie Państwo lub nie, ale kiepsko mi idzie zmyślanie.

    Wojciech Chmielarz

  • „Polskie media mają generalnie literaturę w dupie”. Felieton Wojciecha Chmielarza.

    Umówmy się na początek, że nie piszę tego felietonu, żeby się skarżyć. Parę wywiadów w swoim życiu udzieliłem. Byłem zapraszany do audycji radiowych. Telewizję też mi się kilka razy udało odwiedzić. Co prawda poszedłem do niszowych programów, emitowanych o dziwnej porze, ale zdarzyło się. Pod tym względem, jak się państwo przekonacie, mam lepiej niż większość polskich pisarzy. Ten tekst jest o czymś zupełnie innym

    Na początku maja ukazał się we Francji „Podpalacz” pod pięknym tytułem „Pyromane”. Wydało go rozwijające dopiero skrzydła wydawnictwo Agullo Editions które kilka dni temu obchodziło pierwsze urodziny. W przeciągu półtora miesiąca o mojej książce napisały już Le Monde, Le Canard enchaîné, Le Nouvel Observateur, a ostatnio L’Express. Podsumowując, nad Sekwaną miejsce dla debiutującego na tamtejszym rynku autora z dalekiej Polski znalazły najważniejsze tamtejsze tytuły. W Polsce dla odmiany „Podpalacza” z prasy krajowej zauważył tylko Piotr Kofta ze Wprost. Moja historia to tylko anegdota. Ale anegdota, która mam wrażenie jakoś tłumaczy, dlaczego czyta dziewięciu na dziesięciu Francuzów, a w Polsce mniej niż połowa ludności.

    Mniej więcej raz do roku, przy okazji publikacji badań Biblioteki Narodowej, możecie Państwo natknąć się na teksty o tym, jak czytanie jest ważne. Jak rozwija, poszerza horyzonty, wzbogaca słownictwo, uwrażliwia i tak dalej, i tym podobne. I jaka to wielka szkoda, że nasze statystyki czytelnictwa są tak niskie, jak wszyscy na tym tracimy, my ludzie, ale i polska gospodarka i co z tym można zrobić. Czasami temat wraca przy innej okazji. A to wspomni o tym minister kultury, a to jakaś mądra głowa powie coś w telewizji. Pogadają, ponarzekają i zgodzą się, że jest źle. Ale tak szybciutko, króciutko, bo już czekają kolejne materiały do emisji. Bo smutna prawda jest taka, że literaturę polskie media mają generalnie w dupie. Chcecie państwo dowodów? W ogólnodostępnych telewizjach programów o książkach prawie nie ma. Po prostu. To może się o nich mówi w innych segmentach? No też nie za bardzo. Przeglądałem materiały z ostatnich dni z telewizji śniadaniowych. Można się z nich dowiedzieć, „Co zrobić, żeby pośladki nie cierpiały na amnezję” i o tym, że „Beata Kozidrak posprzątała kuchnię życia”. Jest też materiał o „Festiwalu obrzucania się ciastem” i o „Lęku separacyjnym u psów”. Literaturze poświęcono kilka minut informując o nowej książce Pauli Hawking. Dobre i to, chociaż jestem pewien, że pojawiło się parę innych książek lżejszych i cięższych, o których warto by poinformować widzów. Redakcje uznały inaczej. Prasa papierowa? Doskonale podsumował to jeden ze znajomych krytyków, który stwierdził, że dziesięć lat temu pisał recenzje. Pięć lat temu skróty recenzji. A teraz publikuje aforyzmy na temat książek. I tak właśnie jest. Szczęściarzem może nazwać się pisarz, który dostał kilkuzdaniową wzmiankę o swojej powieści. Tylko naprawdę największe nazwiska mogą liczyć na prawdziwy tekst na kilka tysięcy znaków. Ale to też nie zawsze. Żeby nie było, nie oskarżam dziennikarzy. Ci są najmniej winni. Większość chętnie pisałaby więcej na tematy ogólnoliterackie. Problem polega na tym, że nie dostają na to miejsca lub czasu. Żeby uzupełnić obraz, jeszcze jakoś nieźle literatura trzyma się w radio. Szczególnie publicznym. Internet daje radę, chociaż o problemach z blogerami książkowymi pisał na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja dorzucę jeszcze jedną uwagę – blogi i portale literackie docierają prawie wyłącznie do tych, którzy już czytają. Ułatwiają integracje środowiska, rozmowy, dyskusje, co jest oczywiście cenne i ważne, ale nie odgrywają wielkiej roli w popularyzacji czytania. To nie jest żadna krytyka, ale suche stwierdzenie faktu i dotyczy, niestety, także smakksiazki.pl.

    www.unsplash.com/Philip Strong

    I teraz pojawia się pytanie typu, co było pierwsze – jajko czy kura. Czy media nie poświęcają literaturze miejsca, bo odbiorców to nie interesuje, czy odbiorców to nie interesuje, bo media nie poświęcają literaturze miejsca? Osobiście uważam, że właśnie ten brak uwagi odpowiada częściowo za niskie wskaźniki czytelnictwa. Od święta media tłuką wszystkim dookoła do głów, że czytanie jest ważne, ale w codziennym życiu pokazują, że jest dokładnie odwrotnie. Że nikogo książki nie obchodzą. Nie warto o nich pisać. Nie warto o nich rozmawiać. Nikomu nie przyjdzie go głowy, żeby zapytać goszczącego w studiu polityka o to, co ostatnio czytał albo co sądzi o najnowszej powieści Żulczyka. Najlepiej pominąć milczeniem, a cenny czas antenowy poświęcić gafom letniej mody męskiej. A do tematu czytelnictwa, a raczej jego braku, wrócimy, kiedy Biblioteka Narodowa opublikuje kolejny raport.

    Wojciech Chmielarz

  • „Spotkanie po roku”. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Napisanie książki to w moim przypadku około roczna praca. Ale to niedokładna miara. Pewne pomysły pojawiają się wcześniej. Zostają w głowie. Zbierają się wspomnienia. Przeczytane książki. Odbyte rozmowy. To wszystko rośnie, nawarstwia się, żeby nagle eksplodować fabułą

    To jest ten najprzyjemniejszy moment. Pełen ekscytacji. Kiedy pomysły pojawiają się jeden za drugim. Widzę wtedy całe sekwencje pełnych napięcia scen. Słyszę dialogi, które aż kipią od emocji. Galerię żywych postaci, które walczą ze swoimi grzechami, namiętnościami, słabościami. I najczęściej im ulegają. A potem przychodzi to, czego żaden pisarz nie lubi – moment, w którym trzeba wziąć się do roboty. Okazuje się, że tych wymarzonych scen starczy może na 1/3 powieści. Mozolnie wymyślam to co pomiędzy nimi. Rozpisuję plan. Robię notatki. A przede wszystkim – poprawiam, poprawiam i poprawiam. Okazuje się, że postacie mają inne motywacje, niż początkowo zakładałem. Inaczej się więc zachowują. Wobec tego należy po raz kolejny wszystko pozmieniać. Ze świadomością, że podczas pisania, tych długich, spędzonych w samotności godzinach stukania w klawisze, i tak wszystko się jeszcze mniej lub bardziej wywróci.

    Kolejny krok, to oczywiście redakcja. Podejrzewam, że każdy pisarz odwleka ten moment tak długo jak może. Uwielbiam redaktorów, z którymi pracuję. Wiele dobrego wnoszą do mojej pracy. Podnoszą moje książki o poziom wyżej. Nieustannie powtarzam, że mam wielki dług wdzięczności wobec Tomka Zająca (książki od „Podpalacza” do „Osiedla Marzeń”) i Magdaleny Kędzierskiej-Zaporowskiej („Zombie”). Co nie zmienia faktu, że w czasie samej redakcji darzę ich głęboką i szczerą nienawiścią. To ludzie, którzy czepiają się wszystkiego. Wynajdują dziury w fabule. Zadają kłopotliwe pytania. Zaglądają pod każdy kamień. Niszczą, rozwalają, skleją na nowo. To długi i męczący proces. Czytamy wspólnie daną powieść po kilka razy. Wysyłamy sobie setki maili. Rozmawiamy, dyskutujemy, wreszcie się kłócimy. Myślę, że i oni, i ja mamy dosyć książki, nad którą pracujemy. A potem na deser – korekta. Czyli jeszcze jedna lektura. Jeszcze jedno (lub dwa) sprawdzenie czy wszystko jest ok. Wreszcie upragniony koniec. Powieść jest oddana. Drukowana. Ląduje w księgarniach.

    I co się dzieje?

    O tym właśnie chciałem napisać w tym felietonie. Bo nie dzieje się nic. Jest jakaś data premiery. Ale też niewiele ona znaczy i z roku na rok staje się coraz bardziej umowna. Wiadomo, że w niektórych księgarniach książka potrafi być kilka dni wcześniej. Po paru dniach zaczynają się pojawiać recenzje. W moim przypadku mogę jeszcze liczyć na kilka wiadomości na profilu na facebooku lub oceny na lubimyczytac.pl. I tyle. Po dwunastu miesiącach pracy jestem w tym samym miejscu, w którym byłem rok wcześniej – siedzący przy biurku z pustą kartką papieru przed sobą. I teraz pytanie, gdzie w tym wszystkim czytelnik?

    www.unsplash.com/Jason Yu

    Zastanawiam się, czy pisarz to nie ten zawód twórczy, gdzie autor jest najbardziej oderwany od swoich odbiorców. To oczywiście wynika z samej natury tego zajęcia. Zarówno pisanie, jak i czytanie to zajęcia wybitnie indywidualne. Wymagające skupienia. Spokoju. Pewnej alienacji. Twórca nie ma szans, żeby zobaczyć reakcję odbiorców. Czytelnik rzadko kiedy może przekazać pisarzowi swoje uczucia w trakcie lektury. Brakuje tej bezpośredniej relacji. Tego, co aktor ma występując przed widownią w teatrze, muzyk podczas koncertu czy malarz podczas wernisażu.

    Znowu wychodzi na to, że się skarżę. Tymczasem piszę ten felieton z optymistycznym nastawieniem. Bo jest maj (chociaż dość paskudny), a maj to ten miesiąc, kiedy właśnie mam jedną z najlepszych okazji w roku, żeby spotkać się czytelnikami. Najpierw na Warszawskich Targach Książki (gdzie zresztą po raz pierwszy będzie można kupić „Zombiego”), a później na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Cały ten przydługi wstęp miał uzasadniać, jak bardzo mnie to cieszy. Spotkania na linii pisarz – odbiorca, to ten moment, kiedy dwa doświadczenia indywidualne (pisanie i czytanie) mają szansę zmienić się w doświadczenie zespołowe. Wreszcie mogę poznać ludzi, którzy sięgają po moje książki. I to nie via zimny ekran komputera, ale osobiście, oko w oko. Chwilę porozmawiać. Wymienić uwagi. Często zaskakujące, świeże i niezwykłe. Których w innych okolicznościach nigdy bym nie poznał. Spojrzeć na to co napisałem z odmiennej perspektywy. Usłyszeć o ulubionych scenach, dialogach, bohaterach. Rozwiać wątpliwości lub zasiać nowe (bo to też się zdarza) Albo po prostu – poznać ludzi. Pamiętam czytelnika, który dopytywał się, dlaczego bohaterowie moich książek (i polskich kryminałów w ogóle) mają takie dziwne nazwiska. Przyznam, że nie potrafiłem znaleźć satysfakcjonującej odpowiedzi. Innego, z którym wdałem się w interesującą pogawędkę o komiksowych nowościach. Panią, której co roku we Wrocławiu podpisuję swoją kolejną książką, którą ona potem daje córce w prezencie. I wielu, wielu innych.

    Zazwyczaj to wszystko trwa góra kilka minut. W sprzyjających warunkach. Podpis na książce. Wymiana kilka słów. Uśmiech. Czasami zdjęcie i uścisk dłoni. Życzenia powodzenia. Nie wiem, co te spotkania znaczą dla czytelników, ale wiem, co znaczą dla mnie.

    Że warto było poświęcić te dwanaście miesięcy.

    Wojciech Chmielarz