Tag: Felieton Wojciecha Chmielarza

  • „Nakręcony”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od kiedy smakksiazki.pl poinformował, że sprzedaliśmy prawa do ekranizacji „Cieni” jestem nieustannie zasypywany pytaniami na ten temat. Kiedy odpowiadam, czytelnicy dziwią się, że wydaję się mało entuzjastycznie nastawiony do tego projektu

    No więc to nie jest do końca tak. Zdaję sobie sprawę, że ekranizacja „Cieni”, ekranizacja dowolnej mojej książki zresztą, to dla mnie gigantyczna szansa. Zyskać mogę właściwie na każdym polu. Wiadomo, że to po pierwsze prestiż, po drugie większa sprzedaż, po trzecie rozgłos, po czwarte pieniądze. Ale też to nie pierwsza rozmowa o przeniesieniu jakiejś mojej powieści na ekrany i nie pierwsze moje zetknięcie się ze światem filmu. I już trochę wiem, jak to działa. Dlatego, kiedy odebrałem pierwszy telefon w tej sprawie, zamiast skakać do góry z radości, tylko pokręciłem głową i westchnąłem ciężko. Na spotkanie poszedłem raczej z grzeczności, nie spodziewając się niczego dobrego.

    www.unsplash.com/Denise Jans

    W przeszłości najbliższa trafieniu do kin była „Farma Lalek”. Właściwie do dziś dnia zastanawiam się, co tam poszło nie tak. Był wybrany reżyser. Była obsada. Był bardzo dobry scenariusz (nie byłem jego współautorem, więc mogę chwalić bez poczucia obciachu). Wreszcie, i to jest chyba najdziwniejsze, była przyznana dotacja z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. I właśnie w tym momencie producent zdecydował, że nie skieruje projektu do realizacji. Ta sytuacja była dla mnie wielką nauczką. I teraz wiem, że z ekranizacji można się cieszyć dopiero, kiedy człowiek zasiądzie wygodnie w kinowym fotelu i czeka na rozpoczęcie seansu. A i wtedy należy zachować pewną ostrożność. Miałem też okazję pracować przy kilku scenariuszach seriali kryminalnych. Żaden z nich nie trafił do realizacji. O szczegółach niespecjalnie chcę i wypada opowiadać, ale po wycofaniu się z ostatniej takiej historii postanowiłem nigdy więcej w nic takiego się nie mieszać i skupić się na pisaniu kolejnych książek. Ale jak stare przysłowie mówi „nigdy nie mów nigdy”.

    Co się stało, że zmieniłem zdanie? Producent. Nie mogę jeszcze ujawniać, kto to będzie, ale trafiłem do człowieka, który naprawdę mocno wierzy w ten projekt. Który wie, czego chce i wie, jak to osiągnąć. Przede wszystkim, jest strasznie konkretny. Zarysował przede mną jasny plan tego, co trzeba zrobić i kiedy. A potem zadał pytanie, czy chcę w tym uczestniczyć. A ja się zgodziłem. I tak po raz kolejny wszedłem do rzeki, do której obiecałem sobie się nie zbliżać.

    www.unsplash.com/Connor Limbocker

    Zdaję więc sobie sprawę, że jesteśmy zaledwie na początku bardzo długiej i krętej drogi. I będzie w jej trakcie milion momentów, kiedy istnieje ryzyko, że się spektakularnie wywrócimy. Stąd też takie moje, a nie inne zachowanie na spotkaniach autorskich. Opowiadanie teraz niestworzonych historii, zastanawianie się nad ewentualną obsadą aktorską, byłoby po prostu mało poważne. Ale jedno mogę Państwu powiedzieć: „Cienie” trafiły w naprawdę dobre ręce. Czeka nas mnóstwo pracy, rozbieranie tej książki na poszczególne elementy, a potem układanie jej na nowo, ale zajmą się tym ludzie, którzy naprawdę wierzą w tę historię. I w to, że może powstać z tego naprawdę fajne kino. Czego sobie i państwu życzę.

    Wojciech Chmielarz

  • „Państwo redaktorstwo”, kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Co pewien czas docierają mnie plotki o tym, czy tamtym pisarzu, polskim czy zagranicznym, że odmawia współpracy z redaktorami. Ma być tak, jak on chce albo wcale. Zawsze podnoszę wtedy brwi w wyrazie zaskoczenia, bo wydaje mi się, że pisarz może sobie tylko w ten sposób zaszkodzić.

    Żeby była jasność – relacja pisarz – redaktor, potrafi być skomplikowana. Pełno w niej kłótni, ciągnących się przez dziesiątki maili sporów, mniejszych i większych pretensji o niezrozumienie tekstu oraz czepialstwo. Przynajmniej ze strony autora (bo tylko taką stronę znam). Ale tylko podczas redakcji tekstu. Bo kiedy dostaję do ręki gotową książkę, czuję tylko głęboką wdzięczność. Zawsze jednak miałem tę obawę, że nie wyraziłem jej wystarczająco. W związku z tym potraktujcie Państwo ten felieton, jako podziękowanie dla wszystkich redaktorów, z jakimi miałem okazje przez te lata pracować. Bo dobry redaktor to skarb i potrafi bardzo pomóc książce. Mam na to trzy dowody.

    Pierwszym redaktorem, z którym pracowałem był Tomasz Zając w wydawnictwie „Czarne”. Przyznam szczerze, narobił się przy „Podpalaczu”. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy otworzyłem zredagowany przez niego tekst, uderzyła mnie fala czerwieni. Skreśleń, poprawek, pytań, uwag. Słowem, tekst wyglądał, jak dyktando ucznia, który nigdy nie miał styczności z językiem polskim, po sprawdzeniu przez nauczyciela. W „Podpalaczu” miałem zresztą kilka swoich ulubionych fragmentów. Takich, które wydawały mi się szczególnie literacko udane. Mówiły coś ważnego o bohaterach, naszej rzeczywistości, ludziach. Wszystkie, ale to dosłownie wszystkie zostały skreślone z jednym dopiskiem – za długie. I wiecie, co? Redaktor miał rację. One były za długie. Powieść traciła przez nie swój rytm. Nie pasowały stylistycznie do reszty tekstu. I koniec końców, nie były też tak odkrywcze. Przy kolejnych powieściach Tomasz Zając nie musiał się już tak napracować (przynajmniej tak to ja pamiętam, może on ma inne zdanie na ten temat). Solidnie odrobiłem lekcję, którą mi przekazał.

    Karolina Macios zajmowała się redakcją „Cieni”. Napisała do mnie po przeczytaniu tekstu. Pogratulowała. Stwierdziła, że bardzo udany i dodała kilka miłych dla autora komplementów. A na koniec zadała jedno pytanie: Dlaczego Mortka nie zrobił pewnej rzeczy? Prychnąłem wtedy pod nosem. Rozgrzałem palce, szykując się do napisania jej długiego, lekko kpiącego maila, w której wytłumaczę jej meandry fabuły, motywacje postaci i dodam kilka wtrętów na temat sztuki pisania kryminałów w ogólności. Ale dłonie zamarły mi nad klawiaturą, bo zdałem sobie sprawę, że odpowiedź na pytanie Karoliny brzmi: bo gdyby Mortka zrobił tę rzecz, książka skończyłaby się po jakichś pięćdziesięciu stronach. Reszta dnia to było kilkanaście wysyłanych w tę i z powrotem maili i gorączkowe rozmowy telefoniczne, podczas których przerzucaliśmy się pomysłami, jak to naprawić. Udało się. Błąd na szczęście nie był aż tak poważny, jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Niemniej gdyby został w tekście, skutkowałby potężną dziurą logiczną. Jedną z tych, których czytelnicy mogliby mi nie wybaczyć.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Spotkanie w wydawnictwie Marginesy. Po raz pierwszy, może drugi opowiadam o pomyśle na swoją nową powieść. Ma być o trzydziestolatkach spędzających wakacje w agroturystyce gdzieś pośrodku niczego, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, o zaginionym dziecku. Od tego czasu minął blisko rok. „Żmijowisko” jest już gotowe i za niedługo trafi do księgarni. Prawdopodobnie jest to najlepsza moja książka. Wtedy, wychodząc z tego spotkania, nie byłem jeszcze pewien tego pomysłu. Dużo myśli mi się kłębiło w głowie. Czułem potencjał, ale jeszcze nie wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Po powrocie znalazłem na skrzynce maila od redaktora Adama Pluszki, który napisał jedną rzecz, jedno krótkie pytanie, jeden mały pomysł, drobny element. Ale to było właśnie coś, czego potrzebowałem. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Chaos zastąpił porządek.

    Opisuję te trzy historie, żeby pokazać, że redaktorzy to nie tylko ludzie, który poprawiają przecinki i błędy ortograficzne. Ich rola w pisaniu książek jest znacznie większa. Pokazują autorowi jego silne i słabe strony, wyszukują błędy fabularne, pomagają na różnych etapach pracy. Dlatego, kiedy skończycie Państwo kolejną powieść, zerknijcie w stopkę, kto był jej redaktorem. Jako mały dowód szacunku dla ich ciężkiej, ważnej i mało zauważanej pracy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Mój pierwszy raz”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pierwsza wizyta na zagranicznych targach książki. Pierwsza w charakterze autora. Udział w panelu, dyżury autorskie. Moja wizyta w Paryżu trochę była przygodą, trochę powrotem do przeszłości

    Przed wyjazdem do stolicy Francji mówiono mi kilka razy, że odbywają się tam najpiękniejsze targi książki w Europie. Jestem gotów się z tym zgodzić. Zorganizowano je w halach Porte de Versailles, miejscu przyjemnym, dobrze skomunikowanym i przestronnym. Powierzchnia wystawowa jest naprawdę ogromna. Główne aleje między stoiskami są bardzo szerokie. Ale i tak w godzinach szczytu potrafią się porządnie zakorkować. Bo tutaj dochodzimy do kolejnej kwestii – widownia. Na targach pojawiłem się w piątek późnym popołudniem. Wtedy było w miarę spokojnie. Mogłem spokojnie się przejść z jednego końca na drugi, pooglądać, zorientować się w topografii hali. W sobotę było już ciężko. Przejście około dwustu metrów od stoiska mojego wystawcy Agullo Editions do stoiska polskiego potrafiło mi zająć kilkanaście minut. Kolejki do najpoczytniejszych autorów potrafiły się ciągnąć, ciągnąć, a potem zawijać kilkukrotnie niczym wąż. Obok stali ochroniarze pilnując, żeby nikt się nie przepychał. Jasne, nie jest to nic, czego byśmy nie widzieli już w Polsce w Krakowie czy Warszawie (być może za wyjątkiem ochroniarzy). Ale i tak robiło wrażenie. Szczególnie zaimponowali mi fani mało w Polsce znanej autorki belgijskiej Amelie Nothomb. Stali grzecznie godzinami i w piątek, i w sobotę. Ale podobno ta pisarska cieszy się w krajach francuskojęzycznych ogromnym powodzeniem. Łącznie targi odwiedziło około 3000 twórców.

    Paryż, fot: www.unsplash.com/Anthony DELANOIX

    W Paryżu widać też było pieniądze. Takie, których na żadnych targach w Polsce chyba nigdy nie zobaczymy. Państwa arabskie: Arabia Saudyjska, Katar, Zjednoczone Arabskie (miasto Szardża było zresztą gościem specjalnym targów) wynajęły łącznie chyba z połowę ogromnej przecież hali. Szkoda, że w gruncie rzeczy niewiele się tam działo, a i sami Francuzi rzadko tam zachodzili. Czasami miałem wrażenie, że mieszkańcy tych krajów zrobili sobie własne, osobne targi dla samych siebie. Zupełnie inaczej wyglądało to na stoisku urządzonym wspólnie przez kilka krajów afrykańskich. Pomimo tego, że znajdowało się na końcu terenu, nieustannie przewalały się przez nie tabuny ludzi. Każda dyskusja, każde spotkanie z autorem mogło liczyć na sporą widownię. Była tam autentyczna i ogromna energia. A Polska? Na ogólnym tle stoisko wypadło bardzo przyzwoicie. Skromne, ale w niezłym miejscu i z kilkoma ciekawymi wydarzeniami. Szczególnie atrakcje kierowane do dzieci cieszyły się sporym zainteresowaniem. Do tego dość duży wybór książek polskich autorów. I tych przetłumaczonych już na francuski i tych w naszym języku. No i na koniec jeszcze jeden obrazek. Swoje stoisko miała również firma Sony, która promowała tam konsolę do gier Playstation 4. Pierwsze zdziwienie – fakt, że ktoś z firmy uznał, że powinni tam być. Drugie zdziwienie, to forma. Konsola była tylko jedna. Całą resztą powierzchni zajmowały książki z ilustracjami do gier (tzw. artbooki).

    Sam czułem się tam, jakbym się cofnął w czasie o kilka lat i znowu znalazł się na początku pisarskiej kariery. Siedziałem grzecznie na dyżurach autorskich i tęsknie spoglądałem w mijającym mnie tłum próbując wyłowić z niego chociaż jedną osobę, która byłaby zainteresowana moimi książkami. Okej… W ogólny rozrachunku nie było tak źle. Kilkanaście książek podpisałem, udzieliłem dwóch wywiadów, wziąłem udział w bardzo ciekawym panelu z autorami z Węgier i Rosji. Umówiliśmy się też wstępnie na trasę promocyjną przy okazji promocji francuskiego wydania „Farmy Lalek”. Było więc mniej więcej to, czego się spodziewałem. Normalna, mozolna ciężka praca i budowanie krok po kroku własnej popularności. Ale widziałem różnicę w porównaniu z chociażby ostatnimi targami w Warszawie, po których autentycznie bolał mnie nadgarstek. Oczywiście, takich autorów jak ja, było wielu. Przechadzając się po hali targowej bezbłędnie ich rozpoznawałem. Lekko znudzone twarze, na których odmalowywała się nadzieja, kiedy tylko nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. A potem wracało na nie znudzenie, kiedy uśmiałem się przepraszająco i szedłem dalej. Tak naprawdę, to miałem ochotę ich przytulić i powiedzieć, że wiem, co czują.

    Zakończę małą sensacją, którą żyły targi w momencie, kiedy tam przyjechałem. W czwartek odwiedził je prezydent Emanuel Macron. Odmówił jednak wizyty u gościa honorowego targów. Stwierdził, że jest wielkim miłośnikiem literatury z tamtego kraju, ale z powodu zachowania się tamtejszych władz musi zbojkotować stoisko. Tym krajem była Rosja.

    Wojciech Chmielarz

  • „Polski kryminał w ślepej uliczce”, lutowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Umówmy się, to są wszystko przesłanki. Zebrało się kilka rzeczy, myśli po głowie, własnych obserwacji i całkiem prawdopodobne, że mocno się mylę. Ba! Chciałbym się mylić i mam nadzieję, że ktoś mi to zaraz udowodni. Ale powiem krótko – dobry czas dla polskiego kryminału właśnie się kończy. Zaczyna się kryzys.

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie plebiscyt na najlepszą książkę 2017 lubimyczytac.pl., a później tekst Bartosza Szczygielskiego, który zresztą pojawił się na tych samych łamach. Zacznijmy od plebiscytu. Oczywiście, rozumiem wszystkie wątpliwości, które wyrażają czytelnicy. Jak to, czy da się wybrać najlepszą książkę w drodze głosowania. Ale zostawmy to na boku. Plebiscyt lubimyczytac.pl ma jedną podstawową zaletę – jasne zasady. O nominacji decyduje popularność danej książki w serwisie. Im więcej czytelników, tym większa szansa na jej zdobycie. W kategorii „Kryminał, sensacja, thiller” na dwadzieścia tytułów, mamy tylko trzy książki polskich autorów. Trzy na dwadzieścia! Dla porównania w kategoriach „Literatura fantastyczna” oraz „Science fiction” wygląda to dużo lepiej. Kolejno osiem i siedem powieści z Polski. I jasne. To tylko plebiscyt. I oczywiście, to może być kwestia gorszego roku, bo przecież w poprzedniej edycji wyglądało to dużo lepiej. Ale wpisało się to jakoś mocno w moje niewesołe od pewnego czasu przemyślenia na temat kondycji gatunku w Polsce.

    W wywiadach często pyta się mnie, czy istnieje coś takiego, jak polska szkoła kryminału. Odpowiadam szczerze, że według mnie „nie”. A przynajmniej ja jej nie widzę. Kiedyś, jeszcze parę lat temu, naszą specyfiką, było skupienie się na historii, tworzenie powieści w stylu retro, ale to już minęło. I jak miałem zastrzeżenie do tej mody, to nie mam wątpliwości, że to było coś naszego i własnego. Że takiemu Krajewskiemu i Wrońskiemu udało się wypracować własny, spójny język do tego, żeby opowiedzieć kilka ciekawych rzeczy o naszej historii. Teraz natomiast nie jestem w stanie wskazać jednego elementu, który wyróżniałby twórczość autorów znad Wisły od twórców z innych krajów. Coś, co sprawiłoby, że można by stawiać przy książkach kolejnych autorów pieczęć z napisem „polska jakość”, podobną do tej, jaką wypracowali sobie Skandynawowie.

    www.unsplash.com/Evan Kirby

    Od dawna też czekam na polską powieść kryminalną, która mnie szczerze zaskoczy i zachwyci. Taką, którą będziemy sobie (my nawzajem, ludzie z branży) polecać. Którą przeczytam, odłożę z poczuciem zazdrości i pomyślę, że nie wiedziałem, że tak też można pisać. W ostatnim czasie najbliżej tego była Anna Kańtoch z „Wiarą”, ale to ciągle nie było to. Bardzo ciekawy był „Król” Szczepana Twardocha, ale w tym przypadku nikt nie miał odwagi przyznać, że jest to powieść gatunkowa. Ale jako opowieść gangsterska „Król” się bronił właśnie najlepiej. Dzięki temu, że zaatakował ten wyeksploatowany temat z zupełnie innej strony, był świeży, intrygujący.

    Beata Stasińska, była szefowa wydawnictwa WAB, kobieta, która ma niewiarygodne zasługi dla polskiej literatury w ogólności, a polskiego kryminału w szczególności (czy ten cały boom nie zaczął się przecież od Mrocznej Serii?), napisała na Facebooku, że ciągle nie doczekaliśmy się polskiego Mankella i Rankina. Nie uważam, żeby to było właściwe postawienie problemu. Prawdziwym kłopotem jest to, że nie mamy nikogo, kogo można by postawić obok tej dwójki. Nie jako ich nasz krajowy odpowiednik, ale jako równorzędny partner, który równie dużo wniósł do gatunku. Potencjał, żeby stać się kimś takim miał Zygmunt Miłoszewski. I może, jeśli kiedyś wróci do kryminału, uda mu się to osiągnąć.

    Podsumowuję sobie w głowie te wszystkie wątki i nie potrafię się pozbyć wrażenia, że polski kryminał trochę znalazł się w ślepej uliczce. Jasne, ciągle ukazują się kolejne książki. Co więcej, często są to dobre lub bardzo dobre powieści. Ale osobiście nie widzę postępu. Czegoś nowego, ekscytującego, ważnego. Być może plebiscyt lubimyczytac.pl, te nieszczęsne trzy pozycje na dwadzieścia, to dowód na to, że zaczynają to dostrzegać również czytelnicy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Betatesterzy”, styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Betatesterzy, osobiście wydaje mi się, że to dość wulgarne określenie. Osobiście wolę sformułowanie – pierwsi czytelnicy, ale już mniejsza z tym. Chodzi mi o te szalenie istotne w procesie powstania książki osoby, które jako pierwsze dostają często surową, niezgrabną wersję dzieła i poświęcają swój czas, żeby je przeczytać, a potem wysłać autorowi swoje uwagi. Dzięki czemu Wy państwo dostajecie dzieło dojrzalsze, pozbawione największych błędów i po prostu lepsze. Mam wrażenie, że za mało się mówi o tych ludziach w dyskusjach o książkach. Dlatego poświęcam im swój dzisiejszy felieton. I napiszę, dlaczego nie korzystam z ich pomocy.

    Z mojej perspektywy betatesterzy popełniają jeden, zasadniczy i dyskredytujący ich błąd. Uważają, że naprawdę interesuje mnie ich opinia na temat mojej książki. Żeby była jasność. Rozumiem, skąd się bierze to nieporozumienie. Zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej wynika ono z mojej, jako autora, winy. Piszę do kogoś. Proszę o przeczytanie mojej nowej powieści. Zaznaczam, że to pierwsza wersja i, fakt, mój błąd, proszę również o przesłanie uwag na jej temat. Każdy mógłby się pomylić i wziąć to na poważnie. Tymczasem w moim przypadku jest to pewien zwrot grzecznościowy. Coś jak „nie przejmuj się, możesz wejść w butach”, „nie martw, sam to wszystko posprzątam”, „nie, nie musisz odwiedzać mnie w szpitalu” i tym podobne rzeczy, które mówimy, spodziewając się, że osoba, do której się zwracamy zachowa się dokładnie na odwrót. I będziemy cholernie zaskoczeni, kiedy zrobi dokładnie to, o co ją prosimy.

    Tymczasem moje oczekiwania odnośnie betatesterów są krótkie i dość, zawsze miałem wrażenie, oczywiste. Betatesterzy mają mi po prostu napisać, jaką wspaniałą powieść napisałem. Koniec, kropka. Nawet nie muszą jej czytać. Wystarczy, że przekartkują, żeby mniej więcej kojarzyć postacie, kiedy zadam im jakieś pytania na temat treści. Powód takiego zachowania? Prosty. Okres zaraz po skończeniu powieści w moim przypadku jest czasem największej niepewności co do jakości mojej pracy. Nie wiem, czy to co napisałem, jest po prostu dobre. Czy trzyma poziom? Ma sens? Budzi emocje? To są wszystko pytania, na które nie znam odpowiedzi. Może się to wydać Państwu małe i płytkie, ale nie chcę w tym momencie dobrych rad i wskazywania błędów, które popełniłem, ale poklepania mnie po plecach. Powiedzenia, że wszystko jest w porządku. Doskonale to w swoim czasie zrozumiała Marta Guzowska, której w trybie awaryjnym wysłałem „Zombiego” ze stwierdzeniem, że „Nie jestem pewien, czy działa”. Odpowiedziała szybko. Odpowiedziała krótko. To nie jest dokładny cytat, ale jego sens brzmiał właśnie tak: bardzo dobre, działa. To było dokładnie to, czego wtedy potrzebowałem. Nawet jeśli Marta nie przeczytała książki (naprawdę miała mało czasu) to i tak zrobiła kupę dobrej roboty.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Może moja nastawienia do betatesterów wynika z jednego podstawowego faktu – zawsze trafiłem na znakomitych redaktorów. W związku z tym wiem, że etap znęcania się nad tekstem, wskazywania mi wszystkich jego niedoskonałości, pokazywania paluchem błędów logicznych i faktograficznych mnie nie ominie. Czekają mnie tygodnie ciężkiej pracy, sprawdzania niemal wszystkiego punkt po punkcie, upewniania się, że nigdzie nie ma najmniejszej nawet pomyłki. Chociaż te i tak potrafią się prześlizgnąć przez najgęstsze sito.

    Nie wykluczam też, tym razem pisząc już zupełnie poważnie, że robię to źle. Mój kolega Michał Cholewa, znakomity autor science fiction, wysyłał mi fragmenty swoich powieści rozdział po rozdziale i na bieżąco nanosił te zmiany, które uznał za słuszne. Ja nikomu nie pokazuję nie ukończonych książek. Zbyt dużo może się zmienić w trakcie samego pisania, żebym się na to odważył. Dopiero kiedy całość jest skończona i po mojej autorskiej redakcji, jestem gotów się nią podzielić. Ale w tym momencie nie ma już czasu na noszenie innych zmian niż redakcyjne. Styl pracy Michała jest inny. Jest lepiej zorganizowany. Ma to wszystko bardziej przemyślane niż ja. Ma czas i chęć wsłuchać się w ten wielogłos porad na temat swoich powieści. Dodatkowo, mam wrażenie, że mnie betatesterzy rozpraszają. Za dużo czasu spędzałem odpowiadając na kolejne uwagi, tłumacząc moje zamiary, wyjaśniając kolejne fabularne zawiłości, zamiast po prostu siąść przy biurku i robić swoje.

    No i na koniec, żeby była jasność. Pisanie to czynność cholernie indywidualna. To, że mi jakiś jej element nie pasuje, nie oznacza, że innym autorom nie jest on potrzebny. Dlatego, drodzy betatesterzy – dziękuję Wam bardzo za wszystkie świetne powieści, które zawdzięczamy waszej pracy. Nie jest wykluczone, że za książkę lub dwie, będą do was wydzwaniał błagając o pomoc wykraczającą poza klepanie po plecach.

    Wojciech Chmielarz

  • „Osiem lat z Mortką”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Tematem tego felietonu miało być podsumowanie mijającego roku. Ale niechcący wyszło mi podsumowanie ostatnich ośmiu lat. Lat, które spędziłem z komisarzem Jakubem Mortką

    Mortka „urodził” niemal równe osiem lat temu, gdzieś na przełomie 2009/2010 roku. Trudno mi podać dokładną datę. Myśl o napisaniu kryminału chodziła za mną od dłuższego czasu. Rozważałem różne pomysły, motywy, możliwe wątki. A także kilku bohaterów. O większości już zapomniałem. Pamiętam, że przez chwilę zastanawiałem się nad dziennikarzem. Szczęśliwie skończyło się tak, jak się skończyło – na zwykłym, szarym komisarzu z komendy stołecznej.

    Podpalacz” powstał w ekspresowym tempie, którego nie udało mi się już powtórzyć przy okazji żadnej z innych moich książek. To było totalne zatopienie się w fabule, pisanie w każdej możliwej chwili. A potem redakcja. Bardzo bolesna. Opowiadałem o tym wielokrotnie, ale miałem w „Podpalaczu” kilka swoich ulubionych scen, dialogów, opisów. Uważałem, że są ważne, że stoją literacko wysoko i pokazują coś ważnego. Wszystkie, ale to dosłownie wszystkie zostały skreślone przez redaktora z dopiskiem – zbyt długie. I faktycznie – były zbyt długie. Do dziś uważam, że dopiero podczas redakcji „Podpalacza” tak naprawdę nauczyłem się pisać.

    Następna była „Farma lalek”. Napisana z dużymi obawami, bo wszyscy powtarzali, że druga część jest zawsze najtrudniejsza. No to nie była. Pisało mi się ją niewiarygodnie łatwo i przyjemnie. Fabuła w ogóle nie stawiała żadnych oporów. Słowa same wyskakiwały spod klawiatury. A potem z tego powodu aż do premiery towarzyszyły mi spore obawy. Byłem pewien, że coś zawaliłem. Czegoś nie zauważyłem. Coś musiało pójść nie tak. Ale nic się takiego nie stało. „Farma lalek” okazała się sporym sukcesem. Dobre recenzje. Zakup praw filmowych (ostatecznie nic z tego nie wyszło). Zadowolenie czytelników.

    I wtedy poczułem się zbyt pewnie, co odchorowałem przy „Przejęciu”. Znowu, dokładnie pamiętam ten moment. Mniej więcej połowa książki. Termin oddania całości już na tyle blisko, że powinienem zacząć się sprężać. Nagle dopadła mnie ta przerażająca świadomość, że przecież to co piszę, nie ma żadnego sensu. Że postacie, które wymyśliłem zachowują się jak laleczki w teatrze, a nie prawdziwi ludzie. Że totalnie nie przewidziałem tego, że oni też powinni reagować na wydarzenia w powieści, a nie grzecznie czekać aż ich Mortka po kolei przyjdzie przesłuchać. Słowem – wszystko się posypało. Naprawienie tego kosztowało mnie kilka nieprzespanych nocy, a potem tygodnie żmudnej pracy, kiedy mozolnie łatałem fabułę i próbowałem uratować to, co jeszcze było do uratowania. Pod koniec poczułem się wyczerpany i tak, zdradzony przez swoich bohaterów. To też był powód, dla którego na rok zostawiłem Mortkę w spokoju. Bo trzech książkach obaj mieliśmy siebie serdecznie dość.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Osiedle marzeń” było jak powtórne spotkanie z bliskim przyjacielem, z którym jednak rozstaliśmy się w gniewie. Byliśmy dla siebie uprzejmi, wspominaliśmy ze śmiechem dawne chwile, ale jednak zachowywaliśmy wobec siebie zdrową rezerwę. Obaj niepewni, czy jeszcze się na siebie złościmy, czy już nie. Książce to wyszło mam wrażenie na dobre. „Osiedle marzeń” pisałem najbardziej świadomie. Dokładnie wiedziałem, co chciałem osiągnąć, jakimi środkami. Na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. Nie było już tutaj ani tego natchnienia z „Podpalacza” ani zaskakującej łatwości pisania z „Farmy Lalek”, ale solidna, czasami nawet nudnawa, praca. Ale podobało mi się to. Poczułem, że poznałem Mortkę na nowo. Odkryłem jego inne strony, których jeszcze nie znałem. A przy okazji, bardzo rozwinąłem się jako autor.

    I wreszcie „Cienie”, które towarzyszyły mi przez cały miniony rok. Najpierw podczas pisania, potem podczas redakcji i rozmów z pierwszymi czytelnikami. Cholera, patrząc wstecz, nie sądziłem, że to wszystko się tak skończy. I dla mnie, i dla moich bohaterów. Wątek Kochana miał potoczyć się w zupełnie inną stronę i zupełnie inaczej zakończyć. Podobnie z Borzestowskim, Grudą, Suchą i innymi bohaterami. Wreszcie Mortką. Nie wierzyłem, że zrobi to, co zrobi. Zaskoczył mnie? W dużym stopniu. Ale też wspominając każdą z tych książek, przypominając sobie najważniejsze sceny (najważniejsze z perspektywy czasu, wtedy je za takie nie uważałem), widzę, że to musiało się tak skończyć. Konsekwentnie prowadziłem tę historię i sam tego nie wiedząc krok po kroku zbliżałem się w stronę „Cieni”.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Chcę od razu Państwa uspokoić. Na pewno jeszcze spotkamy się z Mortką. Będę o nim pisał tak długo, jak tylko przychodzić mi będą do głowy dobre historie. Ale nie wiem, kiedy pojawi się kolejna książka. „Cienie” wiele zmieniły. Po opisanych tam wydarzeniach, Mortka nie będzie już tym samym człowiekiem, co do tej pory. Upartym warszawskim gliną, który towarzyszył mi przez ostatnie osiem lat. A ja jeszcze nie wiem, w kogo się zmienił.

    Dlatego z dużym niepokojem, ale i ciekawością, czekam na nadejście 2018 roku i Państwa reakcje na „Cienie”. Chciałbym móc o nich z Państwem porozmawiać. Dowiedzieć się, jak wy to wszystko odbieracie. I chciałem wam też podziękować, że czytaliście moje książki, pytaliście, co się wydarzy dalej, przychodziliście na spotkania autorskie. Gdyby nie to, „Cienie” nigdy by nie powstały.

    Ale to nie wszystko. Łamię swoją zasadę jedna książka na rok. Na maj zaplanowana jest kolejna premiera. Tym razem opowieść spoza jakiegokolwiek cyklu. Trochę thiller, trochę powieść obyczajowa. Mroczna, straszna, ale także miejscami mocno liryczna. O miłości, rodzinie i tysiącu błędów, które popełniamy każdego dnia. Pisanie jej jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Nigdy nie wnikałem tak głęboko w psychikę swoich bohaterów. Nigdy nie bolało to aż tak bardzo. Odpowiedź na pytanie, czy efekt będzie wart wysiłku, pozostawię już czytelnikom.

    A ponieważ to już ostatni felieton w 2017, czas na życzenia. Te moim zwyczajem będą proste. Życzę Państwo zdrowia i Wszystkiego Najlepszego! A także, kilku dobrych książek do przeczytania w czasie nadchodzących dwunastu miesięcy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Jak reagować na negatywne recenzje”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Do napisania tego felietonu skłonił mnie wpis na facebooku jednego z nowszych (bo nie młodszych) autorów kryminału, który właśnie przeczytał pierwszą negatywną recenzję własnej książki. A przynajmniej wydaje mi się, że była to pierwsza, bo jego reakcja była… dziwna

    Negatywna recenzja to nigdy nic przyjemnego. Serio. Parę w swoim życiu dostałem, to wiem. Dlatego też w pewien sposób rozumiem tego pisarza, który postanowił jakoś zareagować na mało pochlebny wpis na lubimyczytac.pl anonimowego czytelnika. Przy czym, żeby była jasność – nie był to wpis wulgarny ani nieuprzejmy, chociaż na pewno mocno krytyczny. Autor odniósł się do niego z lekceważeniem. Zasugerował, że jeśli czytelnikowi jego książka się nie podobała, to sam jest sobie winien, bo z każdej lektury wyciągamy tyle, ile sami potrafimy. Czy jakoś podobnie. Pojawiło się również przypuszczenie, że ów czytelnik, to ktoś ze znajomych autora, który jednak nie miał odwagi do tego, żeby powiedzieć mu tę negatywną opinię twarzą w twarz.

    A potem zaczęło się robić jeszcze lepiej! Bo do pocieszanie się naszego autora rzucili się jego Facebookowi znajomi. W tym inni młodzi (stażem) autorzy, blogerzy, a także, co mnie zaskoczyło, dość poważne w czytelniczym światku persony. Dużo było poklepywania po plecach, utwierdzania autora w przekonaniu, że jego książka jest świetna i wyjątkowa, powtarzania, że nasz czytelnik się nie zna i nie rozumie. I tak się ta radosna spirala nakręcała, a ja, obserwując to z dystansu, czułem coraz większe zażenowanie. A potem stwierdziłem, że postaram się przekuć to zażenowanie w coś pozytywnego i napiszę niniejszy felieton.

    Photo by Corey Blaz on Unsplash

    Drodzy, młodzi (stażem) autorzy. Nie ma chyba problemu, w momencie kiedy mówimy o recenzjach zamieszczanych w prasie papierowej. Tutaj każdy się raczej cieszy, że jednak o nim napisali, a jak to już mniejsza z tym. Nikt więc nie pisze gniewnego maila do redakcji. A przynajmniej ja o takiej sytuacji nie słyszałem. Problem pojawia się przy portalach społecznościowych i blogosferze, gdzie etykieta jest mniej formalna i wszystkim wydaje się, że można trochę więcej. Jak więc reagować na negatywne recenzje? Krótka odpowiedź brzmi – nie reagować. Nie ma nic smutniejszego niż autor, który próbuje przekonać wszystkich dookoła, że jego dzieło jest wyjątkowe i wspaniałe. Nie ma nic bardziej krępującego niż autor tłumaczący czytelnikowi, że jak to mu się nie podobało, skoro podobało. Bierzemy negatywną recenzję na klatę, zaciskamy zęby i jedziemy dalej. Nawet jeśli przy okazji dostaliśmy niską ocenę na lubimyczytać, która znacząco zaniża nam średnią. Jeśli tego nie potraficie, to pozostają dwa wyjścia. Albo wycofać się z tego interesu, albo, jak poradził mi pewien Bardzo Znany Pisarz – w ogóle nie czytamy recenzji na swój temat. Oba wyjścia są skrajne, ale to jedyne rozwiązania. I ja naprawdę rozumiem, że to boli. I naprawdę rozumiem, że, proszę mi Państwo wybaczyć, czasami ten czytelnik nie ma racji. Bo faktycznie nie pojął, nie zrozumiał, coś mu umknęło, ma za małe oczytanie, żeby docenić i tak dalej, i tym podobne. Ale nie zmienia to faktu, że najlepiej jest milczeć. Chyba, że już koniecznie, ale to już koniecznie, chcecie się odezwać. Wtedy uśmiech na twarz, tę prawdziwą i tę wirtualną, dziękujecie za poświęcony czas i przepraszacie, że się nie spodobało. Wyrażacie też nadzieję, że czytelnik jednak sięgnie po kolejną książkę i tym razem z pozytywnymi odczuciami. Bo też ten nasz czytelnik faktycznie poświęcił kilka godzin ze swojego życia na przeczytanie naszej książki. A potem zadał sobie jeszcze trud, żeby coś o niej napisać. Wypadałoby to tak po ludzku uszanować i zamiast od razu sugerować, że są tu jakieś niejasne intencje, a potem szukać wsparcia u znajomych, jednak przez chwilę zastanowić się, czy on nie ma racji. I przynajmniej spróbować wyciągnąć z tej całej sytuacji coś, co pozwoli nam być lepszym pisarzem. Do tego przecież wszyscy dążymy i tego wszyscy chcemy.

    fot: www.unsplash.com/Aaron Burden

    Być może życie napisało happy end do tego felietonu. Wszedłem na stronę facebookową tego autora i szukałem opisywanej przeze mnie dyskusji. Nie znalazłem jej. Czyżby pisarz jednak zreflektował się, że zrobił coś nieeleganckiego i skasował ją? Mam szczerą nadzieją, że tak. Po to w końcu wydajemy te książki, żeby inni mogli je przeczytać i powiedzieć, co o nich myślą. A że czasami myślą nie najlepiej. No cóż – ryzyko zawodowe.

    Wojciech Chmielarz

  • „Stało się wreszcie to”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Stało się wreszcie to, co się stać musiało. Moda na kryminał przyniosła konkretne owoce i dorobiliśmy się kilku mocnych festiwali. A najlepsze, w przeciwieństwie do samego gatunku, jeszcze przed nami. I tak, będzie to pierwszy mój prawdziwie entuzjastyczny felieton

    Jednego zawsze zazdrościłem autorom i fanom fantastyki – konwentów. Jest ich co najmniej kilkadziesiąt. Od takich zupełnie małych, organizowanych przez grupkę zapaleńców w miejscowej szkole, poprzez średnie, ale z tradycjami, aż po wielkie, profesjonalnie przygotowane imprezy, jak słynny już poznański Pyrkon, rodzący się Warsaw Comic Con czy kolejne edycje Polconów (ciągle jednak fanowskie). Na polu kryminału przez lata była posucha. Mieliśmy tylko Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu. Wreszcie można głośno powiedzieć, że ten stan się zmienił.

    W tej chwili oprócz kilku mniejszych wydarzeń mamy w Polsce cztery ważne imprezy. Rok festiwalowy zaczyna się od Kryminalnej Piły wymyślonej i organizowanej przez Leszka Koźmińskiego z Wyższej Szkoły Policji w Pile oraz przez Miejskie Centrum Kultury w Pile. Leszek Koźmiński (razem z Pawłem Leśniewskim) to w ogóle cisi bohaterowie polskiego kryminału. Trzeba by kiedyś zrobić jakąś zrzutę i ufundować im specjalną nagrodę za to, co zrobili dla gatunku. Na Kryminalną Piłę zaproszono mnie raz. Było strasznie fajnie. W ogóle mam wrażenie, że ze względu na współpracę z Wyższą Szkołą Policji ten festiwal jest najbardziej lubiany przez autorów właśnie. Obawiam się tylko o jego rozwój. Piła to ludnościowo niewielkie miasto, więc organizatorom może być trudno rozwinąć skrzydła. Natomiast coraz większego znaczenia nabiera przyznawana przez Kryminalną nagroda dla Najlepszego Kryminału Miejskiego.

    Kolejny jest Międzynarodowy Festiwal Kryminału we Wrocławiu. Czyli legenda. Najbardziej prestiżowy, z najciekawszym programem, największą ilością gości no i co tu dużo ukrywać – z Nagrodą Wielkiego Kalibru, marzeniem każdego autora kryminału. Rozwój gatunku w Polsce nieodłącznie związany jest z tym wydarzeniem. Jeśli chcecie się Państwo dowiedzieć, kogo warto czytać, co nowego się pojawiło, na co zwrócić uwagę, trzeba się wybrać do Wrocławia. Irek Grin wraz z całą ekipą rok do roku przygotowują dla pisarzy i czytelników prawdziwe święto.

    Potem mamy wakacyjną przerwę a na jesień czas na dwa wydarzenia, za które nieustannie trzymam kciuki. Pierwszym jest Poznański Festiwal Kryminału Granda. Impreza młoda. W tym roku odbyła się zaledwie trzecia edycja, ale z roku na rok jest coraz ciekawiej. Do polskich autorów dołączyli goście zagraniczni. Największe jednak wrażenie na mnie robią tłumy na spotkaniach. Przez cały dzień na sali zasiada co najmniej ponad setka osób. Jeszcze trochę krąży w okolicy. Jest więc dobrze, ale mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Granda musi popracować trochę nad „wychowaniem” sobie publiczności. Nie chodzi mi tutaj oczywiście o tłumaczenie uczestnikom, żeby nie śmiecili i nie gadali na spotkaniach, ale o przyzwyczajenie ich do tego, że impreza odbywa się co roku i warto na nią przychodzić. To niestety robota na lata. Jest potencjał, żeby zrobić z Grandy naprawdę wielkie wydarzenie. Pyrkon pokazał, że w stolicy Wielkopolski jest na takie rzeczy zapotrzebowanie.

    Festiwal Granda w Poznaniu, fot: smakksiazki.pl

    Wreszcie, ostatnia kalendarzowa czyli trójmiejska Afera Kryminalna. Wydarzenie o tyle ciekawe, że powstał całkowicie oddolnie. Najpierw czytelnicy zawiązali Oliwski Klub Kryminału, a potem z tego wykiełkował sam festiwal. Czyli impreza mocno fanowska, która w tym roku zrobiła mocny krok do przodu, zapraszając Stephana Anhema i Johana Theorina. Szczególnie fajne jest to, że Afera odwiedza też mniejsze ośrodki w okolicy Trójmiasta, takie jak Rumia czy Wejherowo.

    Mamy więc już w tej chwili cztery mocne festiwale. Jeden bardziej fachowy (Kryminalna Piła), jeden dojrzały i prestiżowy (MFK) i dwa, które mają ogromny potencjał, żeby zgromadzić na organizowanych przez siebie wydarzeniach tysiące fanów gatunku. Trzymam kciuki, żeby to się udało i naprawdę głęboko wierzę, że najlepsze dopiero przed nami. Trochę w kontrze do samej kondycji gatunku, ale to akurat temat na inny felieton.

    Wojciech Chmielarz

  • „Przeminęło z lajkiem”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pisarze w social mediach są z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze po to, żeby sprzedawać więcej książek. Po drugie, żeby połechtać swoje ego. Dobrze, żeby ten drugi cel nie przysłaniał pierwszego.

    Nie jestem wielkim specjalistą od social mediów. Właściwie to nie jestem żadnym specjalistą. Podziwiam ludzi, którzy potrafią to ogarniać. Takich, jak chociażby obecny na tych łamach Jakub Ćwiek. Ja raczej mozolnie przebijam się przez plątaniny linków, morza gifów i kamieniołom kontentu, próbując jako tako nawiązać i zbudować relację ze swoimi czytelnikami, a może przy okazji zdobyć kilku nowych. Częściej popełniam błędy niż odnoszę sukcesy. Sprawdzam, co interesuje odbiorców, a co ich nudzi. Wychodzi jak wychodzi. Na facebooku mam około 2 tys. fanów. Na Instagramie ledwie 200, ale tam zacząłem się bawić dopiero niedawno. Kiedy opowiedziałem o tych liczbach Jakobe Mansztajnowi (połówka Make life harder), widziałem malujące się na jego twarzy zmieszanie, kiedy szukał sposobu, żeby powiedzieć mi w delikatny sposób, że te liczby są oględnie rzecz ujmując – mało imponujące. Niepotrzebnie. Wiedziałem o tym. Pewnie potrafiłbym nawet w dość łatwy sposób podbić liczbę lajków. Wystarczyłoby zamieścić parę zdjęć słodkich kotków z „motywacyjnymi” sentencjami, napisać kilka ostrych tyrad politycznych, w których atakowałbym jednych lub drugich (albo obu naraz), a może spróbować pójść w skandal i w wulgarno-satyryczny sposób skrytykować jedną z głośniejszych książkowych premier tego roku. A może inaczej, sprzedać parę rodzinnych historyjek. Przecież opowieści o tym, co słodkiego wyczyniało moje dzieciaki albo co zniszczył pies, zasługują ma parę lajeczków, co nie?

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Niektórzy tak robią. Nie oceniam. Działam w tych social mediach i próbuję w ten sposób sprzedać kilka książek więcej. Ale bez przesady. Informuję więc czytelników o planach literackich, spotkaniach, datach premiery, podtrzymuję zainteresowanie. Słowem, staram się, żeby kiedy w księgarni zobaczą powieść z nazwiskiem Chmielarz na okładkę, zatrzymali się na chwilę i zastanowili, czy jej nie kupić. Równocześnie toczę sam ze sobą nieustające negocjacje na temat tego, co mogę ujawnić o swoim życiu, a czego nie wypada. Social media to w ogóle zdradliwe środowisko. Łatwo się w nim poczuć ważnym. Like’i uruchomiają ośrodek przyjemności w organizmie, jakby naprawdę miały jakieś realne znaczenie. Chcemy ich więcej, i więcej, więc łatwo przekraczamy kolejne granice, żeby zdobyć jeszcze większą widownię. Łatwo o większą lub mniejszą wpadkę. W Polsce nie mają one tak wielkiego znaczenia, jak na Zachodzie. Tam jeden nieostrożny tweet potrafi zniszczyć karierę i niemalże życie (jak to opisuje Jon Ronson we „#Wstydźsię!”). Ja jestem ostrożny. Jak najmniej informacji osobistych. Polityka rzadko. Tylko wtedy, kiedy na sto procent jestem przekonany do słuszności danej sprawy. Żadnych opowieści o dzieciach, szanuję ich prawo do prywatności. Sporo o książkach, bo w końcu jestem pisarzem. Trochę zasłyszanych anegdotek. Nie wiem, czy to dobra strategia obecności w social mediach. Wiem za to, że kiedy spojrzę na swój profil za rok, dwa czy pięć, nie będę się musiał wstydzić niczego, co tam znajdę. Jak zaobserwowałem, stosuję jedną z dwóch głównych strategii obecności w sieciach społecznościowych. Ta bezpieczniejsza. Druga, bardziej ryzykowna, zakłada pójście w kontrowersje. Wyraźne i mocne przekazanie pokazanie swojego zdania na dowolny temat. Czasami w sposób szczery, bo coś nas faktycznie wkurza, czasami po to, żeby tylko zrobić wokół siebie szum. Są pisarze, które potrafią na tym sporo wygrać. Kojarzę też kilku, którzy na tym równie wiele przegrali. Nie chcę tutaj rzucać nazwiskami. Jest po prostu paru autorów, którzy musieliby się mocno napracować, żebym sięgnął po ich książki po tym, kiedy zobaczyłem, jak się zachowują w sieci. Niby powinno się oddzielać autora od dzieła, ale czasami złe wrażenie jest na tyle silne, że trudno się przemóc.

    www.unsplash.com/Rami Al-zayat

    Żeby też nie było do końca cynicznie, kontakt z czytelnikami, jaki nawiązałem na facebooku, sprawia mi cholerną przyjemność. Dobrze jest wiedzieć, że moje książki do kogoś trafiają. Że ludziom podobają się one na tyle, że chce im się poświęcić te kilka minut, żeby mi o tym napisać. Świetna sprawa. Ale też mam wrażenie jest zapotrzebowanie na naszą obecność w sieci. Czytelnicy chcą mieć możliwość wirtualnego przynajmniej spotkania się z ulubionym autorem. Poznania go odrobinę bliżej i bardziej. Sam długo broniłem się przed oficjalną i pisarską obecnością w social mediach. Złamałem się w końcu, ale żałuję, że zrobiłem to tak późno. Facebook i Instagram powoli stają się obowiązkowymi pisarskimi narzędziami, na równi z edytorem tekstu. Szczerze rzecz mówiąc, nie wiem, co na ten temat sądzić. Z jednej strony, fajnie by było wrócić do tych prostych czasów, kiedy wystarczyło po prostu pisać książki. Z drugiej, nigdy pisarze nie mieli szansy tak łatwo i tak szybko nawiązać bezpośredniego kontaktu z czytelnikami. Zastanowię się, nad tą kwestią. A jak już coś wymyślę, to możecie być Państwo pewni, że przeczytacie o tym na moim profilu.

    Wojciech Chmielarz