Tag: Felieton Wojciecha Chmielarza

  • „Czy serial wiernie odda książkę? Nie”. Kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Może się to Państwu wydać dziwne, ale wcale nie skakałem z radości, kiedy dowiedziałem się, że znalazł się producent chętny do ekranizacji „Żmijowiska”. Aż za dobrze wiem, jak niepewne są takie projekty.

    Na przestrzeni lat pracowałem przy kilku projektach telewizyjnych i filmowych. Żaden z nich nie wszedł w fazę realizacji. Posypały się na różnych etapach i z różnych powodów. Dużo się po drodze nauczyłem, spotkałem kilkoro fajnych ludzi, ale generalnie doszedłem do wniosku, że wielki i mały ekran nie są dla mnie. Dobrze się czuję przy pisaniu książek. Zresztą, tym i tylko tym zawsze się chciałem zajmować. Dlatego informację, że znalazł się chętny do ekranizacji „Żmijowiska” przyjąłem z pewną ambiwalencją. Z jednej strony, fajnie. To zawsze miła wiadomość. Z drugiej, cholera wie, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Tymczasem kończy się kwiecień. Minął niecały rok od premiery „Żmijowiska” i już mamy scenariusz (którego jestem współautorem), obsadę (Paweł Domagała, Daveena Reeves-Ciara, Agnieszka Żulewska, Cezary Pazura, żeby wymienić tylko kilku aktorów) i jesteśmy po pierwszych zdjęciach. Całość reżyseruje (jakby komuś ta informacja umknęła – Łukasz Palkowski). Powiem krótko – to tempo w branży filmowej po prostu niespotykane.

    Plan serialu „Żmijowisko”, fot: Jarosław Sosiński/Canal+

    Jak to się w ogóle udało? Znaleźli się właściwi ludzie na właściwym miejscu. I w przypadku Canal+ i producenta, czyli Aurum Films. Aurum to ludzie odpowiedzialni między innymi za wielokrotnie nagradzaną „Ostatnią rodzinę”, a którzy równolegle ze „Żmijowiskiem” robią (również zresztą dla Canal+) serialową adaptację „Króla” Szczepana Twardocha. Czy trzeba mówić więcej? Dla mnie współpraca z Aurum była jak współpraca z idealnym redaktorem. Czyli nienawidziłem ich gorąco w trakcie, ale kiedy już mogę ocenić efekt naszej pracy, jestem im cholernie wdzięczny za wszystkie uwagi, czepianie się drobiazgów, wielogodzinne wałkowanie scenariuszy, telefony i maile.

    To oni mnie też skontaktowali z Daną Łukasińską, która jest współautorką scenariusza do serialowego „Żmijowiska”. I która jest właściwie bohaterką tego felietonu. Pisanie adaptacji zaproponowano mi na bardzo wczesnym etapie. Zgodziłem się dość chętnie. Głównie dlatego, że chciałem trzymać rękę na pulsie. Z bliska obserwować jak rozwija się produkcja. Ale wiedziałem też, że sam tego nie udźwignę. Zdawałem sobie sprawę, że brakuje mi wiedzy, wyczucia, umiejętności. Poprosiłem więc o pomoc. Tak poznałem Danę. Pisząc krótko, bez niej to wszystko by się nie udało. Zebrała wszystko w całość, chwyciła w scenariuszowe szczypce, odpowiednio dopasowało do telewizyjnej formuły, zaproponowała zmiany, rzucała pomysłami, znosiła moje uwagi i długie rozmowy, gdzie przerzucaliśmy się nawzajem pomysłami, w którą stronę poprowadzić tę historię i jak dostosować to, co w książce do wymogów małego ekranu. Powieściowe „Żmijowisko” jest moje. Scenariusz natomiast jest naszym wspólnym dziełem.

    I tak jest ze wszystkim. Ten serial powstaje na podstawie książki, którą napisałem, ale będzie wspólnym dziełem grupy wielu osób. Z których każda dołoży coś od siebie, przefiltruje tę historię przez własną wrażliwości i doświadczenia, i każda zrobi wszystko, żeby efekt końcowy był jak najlepszy. I tak powinno być. Jeśli więc jesteście Państwo ciekawi, czy telewizyjne „Żmijowisko” będzie w stu procentach wierną adaptacją książkowego pierwowzoru, to powiem szczerze, że nie. Ale jestem głęboko przekonany i póki co wszystko na wskazuje, że będzie za to znakomitym serialem. A o to od początku chodziło.

    Wojciech Chmielarz

  • „Być jak Paul Sheldon”, marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jest taki fragment z „Misery” Stephena Kinga, który zapadła mi w pamięć. To jedna z początkowych scen, kiedy główny bohater, pisarz Paul Sheldon, kończy swoją najnowszą powieść „Szybkie samochody”

    Żeby to uczcić, jak przy każdej swojej poprzedniej książce, Paul Sheldon otwiera butelkę szampana. „Misery” czytałem dość dawno temu, nie mam też jej pod ręka, więc proszę mi wybaczyć, ale nie jestem w stanie powiedzieć, jakiej ten szampan był marki. Myślę jednak, że spokojnie możemy założyć, że nie było to „Igristoje”, ale coś z górnej półki. Ta scena zapadła mi w pamięć, bo była w niej jakaś taka godność. Wyrażała satysfakcję z zakończonej pracy. Ten gest picia szampana jest czymś lepszym niż kropka na końcu zdania, niż słowo „Koniec” wystukane na klawiaturze. To pokazanie sobie i całemu wszechświatowi, że coś zrobiłem i zrobiłem to dobrze. Ale przede wszystkim, jest cholernie seksowna. Oto Paul Sheldon. Oto pisarz, który wie, jak świętować sukces. A ja co? Właśnie skończyłem pisać najnowszą powieść i leżę na kanapie z laptopem na brzuchu, kompletnie wyczerpany i nie mam pojęcia, co ze sobą zrobić.

    Rozglądam się wokół. Niby wino stoi w lodówce. Mógłbym je otworzyć, powtórzyć gest Sheldona, ale jest trochę po dwunastej w południe. Głupio pić tak wcześnie i do tego w samotności. W domu oprócz mnie jest tylko pies. Nie mam do kogo otworzyć ust, żeby się pochwalić. Przez chwilę rozważam wykonanie telefonu do wydawcy, żeby podzielić się z kimś tę wspaniałą wiadomością, ale koniec końców wydaje mi się, że to zbyt desperacki gest kogoś. Zamiast tego wysyłam po prostu wiadomość na messengerze. Potem wstaję z kanapy. Wykonuję kilka prostych ćwiczeń, żeby się trochę rozruszać i dalej myślę o tym, jak mogę uczcić swoje dzisiejsze osiągnięcie.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Bo mam potrzebę je uczcić! Domagam sie od siebie, żeby zrobić coś spektakularnego! A równocześnie – nie ma we mnie żadnej radości. Czasami na spotkaniach autorskich, na kursach pisania moi czytelnicy, kursanci mówią, że skończyć powieść to musi być niesamowite uczucie. Uśmiecham się, kiwam głową, ale prawdy im nie zdradzam. A ta jest taka, że zamiast satysfakcji jest pustka. Czasami niezrozumienie. Tak jak teraz. Wracam do komputera, patrzę na napis „Koniec” i nie wierzę. Nie rozumiem, jak to możliwe. Kilka miesięcy pracy, ślęczenie na tekstem, bycia z postaciami, wstukiwania literek i to już? Po wszystkim? Skończyliśmy? Podamy sobie ręce i rozejdziemy się każde w swoja stronę jak para zmęczonych sobą kochanków? Tak, moja potrzeba uczczenia zakończenia pisania to nic więcej, jak chęć udowodnienia samemu sobie, że to już koniec.

    Ale to nie jest koniec. Taka prawda. To może połowa pracy. Przede mną jeszcze autorska redakcja. Wiem, że będę musiał dopisać co najmniej dwie duże sceny. A przede wszystkim sporo się nakombinować nad tym, gdzie je zmieścić. Potem czeka mnie praca z wydawnictwem. Boksowanie się z tekstem i redaktorem równocześnie. Walka podczas której można się poczuć jak Cesarstwo Niemieckie podczas I Wojny Światowej. Bo tutaj nie będzie żadnych blitzkiregów, ale długotrwałe, wyczerpującego siedzenie w okopach i pilnowanie własnych pozycji. Tak, wiem co pisałem w jednym ze swoich poprzednich tekstów – redaktor jest moim przyjacielem. Bo tak jest. Zawsze ich będę chwalił i szczerze opowiadał, ile dobrego zrobili dla moich książek. Ale nie oszukujmy się, podczas samej pracy nad książką, nie wiem, czy jest ktoś, kogo bardziej nienawidzę (nota bene, taka to specyfika tego zawodu, im lepszy redaktor, tym większą pisarz powinien darzyć go niechęcią, tylko redaktorzy którzy traktują tekst po łepkach, tacy, którzy nie przykładają się do swojej pracy, cieszą się sympatią autorów w czasie pracy nad książką).

    Ale też żaden inny moment nie nadaje się bardziej do powiedzenia, że skończyłem, niż właśnie te. Redakcja to proces długotrwały, płynny. Niby już skończyliśmy, ale potem zawsze coś wypływa. Coś się poprawia na szybko. No i jeszcze korekta. Kolejne poprawienia błędów, cyzelowanie tekstu. A potem nie wiadomo kiedy książka wędruje do drukarni. Ale w tym momencie powiedzieć, że skończyłem, byłoby głupio. Wtedy jestem już zmęczony tekstem. Mam go dość. Poza tym ostatnie tygodnie pracy to czynności typowo techniczne. Poprawianie literówek, przecinków, ortografii. Nie ma w tym tego żaru właściwego pisaniu, nie ma tej magii.

    No to skończyłem pisać kolejną książkę. To moment właściwy, żeby to powiedzieć, chociaż to też oczywista nieprawda. Stoję w pustym mieszkaniu, zastanawiam się, co zrobić, żeby samemu wreszcie uwierzyć, że to zrobiłem. A potem sięgam po komputer, otwieram czysty plik i zaczynam pisać ten felieton.

    Wojciech Chmielarz

  • „Czytelnictwo – jak przez Ministerstwo (nie) jest promowane. Lutowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W połowie lutego Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło wyniki programu „Promocja czytelnictwa”. Od razu pojawiły się głosy krytyczne, bo dofinansowania nie dostał chociażby Festiwal Conrada czy Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Ale moim zdaniem są poważniejsze powody do zmartwienia.

    Oczywiście „Conrada” jest żal. To w końcu najważniejsza chyba impreza literacka w Polsce. Licząca się do tego w Europie. Taka, na którą chętnie przyjeżdżają gwiazdy światowego formatu. Ale też nie mam wątpliwości, że ze wsparciem ministerstwa lub nie, festiwal sobie poradzi. Znajdą się inni sponsorzy. Swoje być może dołożą czytelnicy, bo przykład Europejskiego Centrum Solidarności pokazuje, że jest to możliwe. Na pewno nie będzie łatwo. Być może będzie skromniej. Ale festiwal sobie poradzi. Podobnie z Literackim Sopotem. Zresztą, odejście od dofinansowania dużych imprez literackich być może nawet, zaryzykuję taką tezę miałoby jakiś sens, gdyby zamiast tego stała za tym jakaś głębsza myśl. Ja jednak niestety takiej nie widzę.

     

    Literacki Sopot, fot: smakksiazki.pl

    Osobiście mnie boli, że dotacji nie dostały takie imprezy jak Festiwal Literacki Góry Literatury, Festiwal MiedziankaFest czy Festiwal im. Zygmunta Haupta w Gorlicach. Wszystkie trzy prezentują bardzo wysoki poziom. Mają już swoją markę. I przede wszystkim, odbywają się nie w wielkich miastach, ale w często zaniedbanych kulturalnie miasteczkach. Wydaje mi się, że jest coś niesamowicie pozytywnego i ważnego w tym, że do takich miejscowości jak Gorlice, Miedzianka czy Nowa Ruda przyjeżdżają najważniejsze nazwiska polskiej literatury. I mogą tam liczyć na wspaniałą publiczność. Dzieją się przy tym jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, następuje aktywizacja i integracja lokalnej społeczności. Widziałem to na własne oczy. Mieszkańcy, organizatorzy, wolontariusze – wszyscy są niewiarygodnie (i słusznie) dumni z tego, co udało im się osiągnąć. Wkładają w organizację festiwalu ogromną ilość pracy i robią wszystko, żeby kolejna edycja była jeszcze lepsza od poprzednich. Po drugie, w Polsce powoli wykształca się pewna moda na jeżdżenie na letnie festiwale literackie (Góry Literatury i MiedziankaFest). Pojawiła się publiczność, która lubi swój urlop spędzać jeżdżąc po Polsce za ulubionymi autorami. To zjawisko, które należałoby wspierać i promować. Ministerstwo ma jednak inne plany. Jakie? Tego nie wiem.

    Nie wiem również w jaki sposób można promować literaturę, totalnie przy tym olewając literaturę gatunkową i komiks. Dotacji nie dostała żadna impreza związana z fantastyką, kryminałem czy horrorem. Żadna! Na wsparcie nie mogą liczyć festiwale kryminału, czy to takie, który miałby się odbyć w większym mieście, czy te z mniejszych ośrodków. Odpadły takie uznane konwenty fantastyczne jak Falkon i Pyrkon. Tymczasem, jak to napisał u siebie na Facebooku Marcin Zwierzchowski (publikujący min. w Nowej Fantastyce, Tygodniku Polityka) są to dla wielu młodych ludzi wydarzenia wręcz formacyjne. Dają możliwość odnalezienia, jak to określa publicysta – „swojego plemienia”. A ja się z nim absolutnie zgadzam. To właśnie na takich fanowskich imprezach można znaleźć podobnych nam miłośników gatunku. To tam poznamy swoich ulubionych pisarzy. Weźmiemy udział w prelekcjach, spotkaniach, warsztatach. I wreszcie, co najważniejsze – to najczęściej są imprezy, które powstają oddolnie. W oparciu o kluby fantastyki, czytelników kryminałów, środowiska fanowskie albo po prostu są dziełem garstki zapaleńców, którym kiedyś wpadł do głowy szalony pomysł. Jeśli gdzieś promować literaturę, czytelnictwo to właśnie tam! To ci ludzie wiedzą, czego pragną czytelnicy. Są na bieżąco z kulturalnymi zjawiskami, trendami i na bieżąco na nie reagują. Dają czytelnikom to, czego ci oczekują i pozwalają zdobyć nowych. Tymczasem Ministerstwo z jakiegoś powodu postanowiło nie zauważyć ich ciężkiej pracy.

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    Kto w takim razie dostał dotację? 180 tysięcy złotych przypadnie Fundacji Augusta hr. Cieszkowskiego na produkcję programu telewizyjnego „Kronos”. Nawet zakładając, że audycja jest wartościowa, to niech mi ktoś wytłumaczy w jaki sposób program typu gadającej głowy (na czarnym tle), emitowany na antenie niszowej TVP Kultura miałby promować czytelnictwo. To dla mnie przykład skrajny, ale dużo jest w wynikach konkursu inicjatyw, które z założenia są kierowane do bardzo ograniczonego grona osób. Do specjalistów w danych dziedzinach. Czytelników już zaangażowanych. Wręcz wyrafinowanych. Pewnie tym wszystkim działaniom przydałoby się ministerialne wsparcie, ale czy koniecznie z programu, który ma promować czytelnictwo!? W obecnej sytuacji trzeba zachęcać ludzi, żeby w ogóle wzięli książkę do ręki, a nie przekonywać ich zapoznania się z twórczością awangardowych poetów czy mało znanych, trudnych pisarzy.

    A na koniec odrobina optymizmu. W ramach programu spore kwoty wyłożono na promocję czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży. Nawet biorąc pod uwagę, że przynajmniej część tych projektów budzi moje poważne wątpliwości, to widać w tym jakąś głębszą myśl. Mam nadzieję, że przyniesie do pozytywne skutki. No i drugi powód do optymizmu – jest jeszcze czas na złożenie odwołania. Co prawda pula pieniędzy jest dużo mniejsza, ale jest szansa, że Ministerstwo naprawi część swoich błędów.

    Wojciech Chmielarz

  • „Krok w stronę czytelnika”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Tuż przed świętami udzielałem wywiadu Marcinowi Ryszce z internetowego radia Weszło.fm. I po raz kolejny próbowałem niezgrabnie wyjaśnić, dlaczego martwi mnie niskie czytelnictwo. Odpowiedź na to pytanie mam w głowie. Kiedy o tym myślę, wszystko wydaje mi się jasne. Ale kiedy tylko zaczynam o tym mówić, zaczynam się plątać i mam wrażenie, że udaje mi się wypowiedzieć tylko połowę tego, o co mi chodzi. W najlepszym razie.

    Generalnie daleko jestem do jakiegoś fetyszyzowania czytelnictwa. Jasne. Czytanie rozwija. Zwiększa słownictwo, ćwiczy koncentracje, zdolności analityczne, stajemy się dzięki niemu bardziej empatyczni. Wreszcie, książki to ciągle jeden z najbardziej efektywnych sposobów przekazywania wiedzy, jaki do tej pory wymyślił człowiek. Słowem, czytanie czyni nas lepszymi. Ale to nie jest powód, dla którego ilekroć czytam statystyki Biblioteki Narodowej (6 na 10 dorosłych Polaków w poprzednim roku nie przeczytało dosłownie NIC) po plecach przechodzi mi dreszcz niepokoju. Bo to też nie jest tak, że każdy kto czyta z automatu staje się kimś mądrym. Każdy z nas zna w końcu co najmniej jednego oczytanego idiotę. Książki są szansą na to, żeby stać się kimś lepszym. Nie każdy z niej skorzysta.

    www.usnplash.com/Jessica Ruscello

    Powód mojego niepokoju jest inny. Głęboko wierzę, że literatura jest fundamentem tego, w jaki sposób opowiadamy, tłumaczymy sobie otaczający nas świat. I jeśli nie będziemy czytali, nie będziemy potrafili rozmawiać o tym, co nas otacza. Zabraknie nam po prostu języka w gębie. Nie będziemy w stanie stworzyć ani zrozumieć żadnej bardziej skomplikowanej opowieści, a świat staje się właśnie z roku na rok bardziej skomplikowany!

    Ale to nie będzie kolejny felieton o tym, jak jest źle. To będzie tekst o, górnolotnie rzecz mówiąc (ale kiedy być górnolotnym, jeśli nie pod koniec roku?!) mojej wewnętrznej misji, pisarskim obowiązku. Bo od pewnego czasu towarzyszy mi poczucie, że muszę coś zrobić, żeby było choć odrobinkę lepiej. Droga do większego czytelnictwa w Polsce będzie długa, będzie trudna i będzie skomplikowana. Nie ma jednego spektakularnego rozwiązania. Jest tysiące niewielkich kroków, które trzeba wykonać. Jeden z nich musimy wykonać my – pisarze. A konkretnie, powinniśmy spróbować wyjść do ludzi. Pokazać im, że czytanie może być czymś fajnym, interesującym. Że może być alternatywą dla gier komputerowych czy netflixa.

    Osobiście ucieszyłem się, kiedy Szczepan Twardoch został najpierw ambasadorem Mercedesa, a potem twarzą banku Raiffasen. Nie dlatego, że, jak powiedział znajomy pisarz, skoro przyszli do niego, to może kiedyś przyjdą też do nas, ale dlatego, że skoro pojawił się w telewizji, to może ktoś nieczytający sięgnie kiedyś po jego książki. Tak z ciekawości, o co takie wielkie halo, że aż go do reklamy biorą. Ale też wielką radość w swoim czasie sprawił mi Robert Ziębiński, zapraszając mnie do sesji modowej do „Playboy’a”. Mnie i jeszcze kilku innych pisarzy. Znowu, nie dlatego, że moim marzeniem było trafić na rozkładówki magazynu dla panów, ale dlatego, że Robert zaproponował coś nowego i świeżego. Powiedział czytelnikom „Playboy’a” – patrzcie, tutaj są panowie pisarze. Mnie się wydali na tyle interesujący, że wsadziłem ich w drogie ciuchy i obfotografowałem. I co wy na to?

    www.unsplash.com/Les Anderson

    Wreszcie literacki stand-up w „Big Book Cafe”, gdzie opowiadałem o „Lalce” Bolesława Prusa. Do występu na tej imprezie przekonała mnie tak naprawdę idea stojąca za tym cyklem. Pomysł, że o literaturze, nawet tej poważnej, można próbować rozmawiać w sposób lekki, luźny i zabawny. Bez napinania się i intelektualizowania (na które też jest miejsce, ale może w innych okolicznościach).

    I znowu mam wrażenie, że to co w mojej głowie było czytelne i jasne, teraz się trochę rozlazło i straciło na ostrości. Sens jest taki, także my pisarze powinniśmy wykonać pewien wysiłek i spróbować wyjść do tych ludzi, którzy czytają niewiele lub prawie wcale. Zachęcić ich. Pokazać, że warto może sięgnąć po książkę.

    A może Państwo mają jakieś pomysły, jak to zrobić?

    Wojciech Chmielarz

  • „Zabij swoich ukochanych”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Strasznie nie lubię tej niemądrej metafory mówiącej, że pisarza zaskoczyli bohaterowie. Albo że wyrwali się nam spod kontroli. Bo nasze postacie to twory, które żyją tylko i wyłącznie w naszej głowie. Możemy z nimi robić, co tylko chcemy. Ale co mam powiedzieć, jeśli faktycznie zrobili coś, czego nie przewidziałem?

    Pisarze lubią opowiadać o sobie niestworzone historie. Można to sprawdzić sięgając po biografie dowolnego literata. Co najmniej połowa z nich będzie się opierała na dekonstruowaniu mitów, które narosły wokół danego twórcy, który to twórca sam zresztą brał czynny udział w ich tworzeniu. Ale życiorysy to tylko jeden temat. Drugim są opowieści o tym, jak wygląda nasza praca. Niewielu z nas ma odwagę powiedzieć, że w gruncie rzeczy, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent naszego czasu to nudne siedzenie przy biurku i klepanie w klawisze. Z przerwą na drugie śniadanie o jedenastej i herbatę z ciastkiem o czternastej. No, ale to się kiepsko sprzedaje. Dlatego wielu pisarzy podejmuje próby, żeby uczynić ten obrazek trochę bardziej romantycznym. Żeby bardziej wpisywał się wyobrażenia pisarza, który czeka aż na niego spłynie natchnienie i który tworzy tylko i wyłącznie popijając ulubioną kawę przy ulubionym stoliku w ulubionej paryskiej kawiarni.

    Jedną z najmniej lubianych przeze mnie takich opowieści, jest ta niemądra metafora mówiąca o tym, że pisarza zaskoczyli jego właśni bohaterowie. Że wyrwali mu się spod kontroli, zrobili coś, czego nigdy nie zaplanował. Powiedzmy sobie jasno – nasze postacie żyją tylko w naszych głowach. Zrobią dokładnie to, co im każemy. Nic więcej, ale też nic mniej. Jesteśmy za nie jako twórcy w pełni odpowiedzialni. ale też, to nie jest do końca prawda.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Faktycznie, coś się dzieje podczas pisania z samymi bohaterami i fabułą. Nie chcę powiedzieć, że wyrywa się nam spod kontroli. Może lepiej stwierdzić, że w pewien sposób ożywa. Zmienia się w naszych głowach i sama pokazuje najlepsze kierunki swojego rozwoju. Przerabiałem to już kilka razy. Ostatnio ledwo kilka dni temu. Piszę kolejny thriller psychologiczny. Przelewam na papier historię, która chodziła za mną od kilku lat, a którą układałem już sobie w głowie tyle razy, że byłem absolutnie pewien, że nic się tutaj nie zmieni. Krótko mówiąc, wiedziałem, kto zabił, jak, kogo i dlaczego. Trzeba to było tylko obudować w słowa. Ale pisanie powieści właściwie od samego początku nie szło mi tak sprawnie, jak planowałem. Zwalałem to na wiele rzeczy. Zmęczenie. Liczne wyjazdy na spotkania autorskie, które są bardzo przyjemne, ale wytrącają człowieka z pisarskiego rytmu. Przeziębienie. Nadchodzącą jesień. I teraz dociera do mnie, że się myliłem. To sama historia stawiała mi opór. Próbowała powiedzieć, że nie wszystko jeszcze przemyślałem. Że są inne, lepsze fabularne rozwiązania, które najpierw powinienem wziąć pod uwagę. Nie rozumiałem tego. Parłem uparcie do przodu. Boksowałem. Pięściami upychałem na kolejnych stronach dialogi, sceny, bohaterów. Aż w końcu zmęczony i zdenerwowany, odważyłem się ich posłuchać. I nagle wszystko mi się ułożyło. Opór zniknął. Fakt, musiałem trochę pozmieniać. Zdarzało mi się to już przy wcześniejszych książkach, więc sam proces jest mi znajomy, ale teraz po raz pierwszy zmienię sprawcę zbrodni. Co w sposób oczywisty mocno wpłynie na zakończenie, ale dzięki temu będzie bardziej spójne. Mniej zaskakujące, ale jak pisałem na tych łamach miesiąc temu, uważam, że od szokującego twistu ważniejsza jest sensowna fabuła.

    Jest takie powiedzenie wśród amerykańskich scenarzystów, że żeby napisać dobrą opowieść trzeba zabić to, co najbardziej się kocha. Mowa tutaj oczywiście o pomysłach, a nie o realnych ludziach. Czasami twórcy są tak przywiązani do scen, postaci, fabularnych zwrotów akcji, że nie zauważają, kiedy zaczynają one szkodzić samej opowieści. Ona wtedy najczęściej protestuje. Buntuje się. Można ten jej opór złamać. A można jej wysłuchać.

    www.unsplash.com/Jamie Taylor

    Niestety, nie każdy pisarz to potrafi. W ostatnim roku przeczytałem kilka książek, których autorom zabrakło tej umiejętności. Albo odwagi, żeby pójść za swoimi bohaterami. Sam nie wiem. W każdym razie czuło się, że fabuła w połowie się boleśnie łamie. Że postacie chcą i powinny zrobić jedno, ale twórca każe im iść zupełnie inną ścieżką. Tą, którą miał zapisaną w planie powieści. I w pewny sposób ich rozumiem. Kiedy mi się to wydarzyło po raz pierwszy, byłem przerażony. Teraz z utęsknieniem oczekuję tego momentu. Bo wiem, że pomysły, które się wtedy pojawiają są najlepsze. Jest w tym jakaś twórcza magia. Iskra, która rozjaśnia szczyptą romantyzmu te nudne dni przepełnione stukaniem w klawisze.

    Wojciech Chmielarz

  • „Jak przestałem kochać twisty”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Kryminał jako gatunek zmaga się z kilkoma schorzeniami. Przesadna pogoń autorów za spektakularnym twistem jest chyba najpoważniejszym z nich wszystkich.

    Zacznijmy od tego, żeby wytłumaczyć sobie, czym ten twist jest. W skrócie, to nieoczekiwany zwrot akcji lub niespodziewane zakończenie, które do góry nogami wywraca całą fabułę powieści. Dokładnie tak, jak w absolutnie klasycznej powieści, jaką jest „Zabójstwo Rogera Ackroyda” Agathy Christie. Finał jest taki, że po jego poznaniu właściwie chcemy przeczytać całą powieść od początku, żeby zobaczyć, czy wszystkie wątki naprawdę tak ładnie się zgadzają. Co więcej, pomimo wielu lat od premiery „Zabójstwo…” ciągle się broni. Mam wrażenie, że odrobinę się zestarzało w sferze języka, ale strukturalnie to ciągle majstersztyk, któremu mało kto potrafi dorównać. Inny przykład? „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn. Fantastyczny zwrot akcji w połowie książki, który wywraca historię do góry nogami. Z mniej znanych autorów, świetny twist wyszedł Johanowi Theorinowi w „Świętym Psycholu”.

    Dobry twist to skarb. Przyzna to każdy autor kryminałów. Zostawia on czytelnika z szeroko otwartymi ustami, zdumionego, że dał się aż tak zrobić w konia, a przy tym jednak literacko usatysfakcjonowanego. Bo po to też czytamy kryminały – żeby dać się autorowi oszukać. Problem pojawia się w chwili, kiedy autor szuka tego niespodziewanego zwrotu akcji na siłę. A takich książek, mam wrażenie, że jest coraz więcej.

    www.unsplash.com/Alfons Morales

    Ostatnio tak miałem z dwoma dość głośnymi tytułami. Czytało się w miarę łatwo, umiarkowanie przyjemnie, ale mniej więcej potrafię zrozumieć, skąd się bierze ich popularność. Wraz z kolejnymi stronami pojawiały się kolejne fabularne zgrzyty. Trochę kręciłem nosem, ale ciągle miałem nadzieję, że autorzy to jakoś naprostują. A potem następował twist, a ja za każdym razem zdębiałem. Ale nie ze zdumienia. Ze złości. Bo za każdym razem nie miały one żadnego sensu. Oba nie rozwiązywały żadnych fabularnych problemów, ale tworzyły gigantyczne logiczne dziury. Miałem wrażenie, że twórcy nawet nie próbowali ich załatać. Miał być zwrot akcji, to jest, proszę bardzo, czekam na oklaski. Tylko ja osobiście poczułem się jako czytelnik obrażony. Cholera, czytałem w swoim życiu książki lepsze i gorsze. Czytałem nawet takie zupełnie złe. Ale za każdym razem czułem, że pisarz się mniej lub bardziej starał. Nawet jeśli mu nie wychodziło, to przynajmniej . Nie tym razem. Tym razem autorzy pokazali, że mają mnie w swoich czterech literach. O co dokładnie chodziło? Nie opowiem, bo nie chcę zdradzać nazwisk twórców, ale generalnie były to zwroty akcji w typie kopniaka w jaja. O co dokładnie chodzi? Proszę sobie wyobrazić, że zapraszacie mnie na obiad. Przychodzę. Jemy rosół, potem schabowego. Rozmawiamy sobie o literaturze i o innych rzeczach. Jest bardzo miło i sympatycznie. W momencie, kiedy na stole pojawia się ciasto i kawa, podrywam się na równe nogi, wywracam stół, kopię gospodarza w krocze i wychodzę. Czy byłoby to zaskakujące? Niewątpliwie. Czy miałoby jakikolwiek sens? Żadnego. A jednak takie książki nie tylko są wydawane, ale co więcej – świetnie się sprzedają.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donell

    Zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę bezsensowny twist wystarcza, żeby zastąpić postacie, fabułę, dialogi, opisy, słowem wszystko? Mam nadzieję, że nie. Ale ciągle mnie to dręczy. Mam wrażenie, że gatunek podąża w ślepą uliczkę. Że ta pogoń za twistem będzie nas wszystkich drogo kosztować. A przecież – nie zawsze o to chodzi. Jednym z najciekawszych kryminałów, jakie niedawno czytałem było „Miasto Glin” Karin Slaughter. Intryga była tam solidna, ale szału nie robiła. Za to opis Atlanty lat siedemdziesiątych! Opowieści o pierwszych policjantkach, które walczyły o szacunek swoich kolegów! Kawał wspaniałej, fascynującej literatury. „Łaska” i „Wiara” Anny Kańtoch. Nieustannie chwalę obie te powieści i nie mogę doczekać się „Pokuty”. Ale w przypadku pierwszej z nich dość szybko domyśliłem się, kto jest sprawcą. W przypadku drugiej nie, ale też rozwiązanie intrygi nie było aż tak rewelacyjne. Ale to nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Liczyła się sama opowieść, jej intensywność, nastrój, język. Wspaniałe są te książki. Podobnie ze „Skazą” Roberta Małeckiego. To co buduje siłę tej powieści to bohaterowie drugoplanowi i ponury obraz dnia codziennego gliniarza z prowincji.

    Chcę państwu chyba powiedzieć, że kryminał jest wspaniałym, bogatym gatunkiem, który ma o wiele więcej do zaoferowania niż kopniak w krocze z zaskoczenia. Wystarczy tylko trochę poszukać.

    Wojciech Chmielarz

  • Bohater literacki jako produkt, sierpniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Adam Szaja, prowadzący smakksiazki.pl, opowiadał mi anegdotę o Chrisie Carterze. Pisarz zastanawiał się nad porzuceniem swojego bohatera i napisaniem zupełnie innej książki. Na to jego agent powiedział mu, żeby tego nie robił. Bo skoro czytelnicy chcą czytać o Robercie Hunterze, to Carter ma pisać o Robercie Hunterze. I tyle…

    Po usłyszeniu tej historii, poczułem się mocno zmieszany. Z jednej strony, nie mam żadnych wątpliwości na temat tego, jaki gatunek uprawiam. Kryminał to literatura jednak głównie rozrywkowa. Mamy dostarczyć powieść, przy której miło Państwo spędzą dwa lub trzy wieczory, a potem odłożą z satysfakcją na półkę. A lubimy te piosenki, które już znamy, prawda? Dlatego chętniej sięgniemy po książki z bohaterami, o których już czytaliśmy i których zdążyliśmy mniej lub bardziej polubić. Stąd ta popularność cykli. Wysyp bohaterów, którym towarzyszymy latami. Takich jak Kurt Wallander, Lis Salander, Harry Hole, Patrick Kenzo i Angela Gennero, Jack Reacher, Teodor Szacki czy, a niech będzie, napiszę to – Jakub Mortka. Tego chcą czytelnicy, a więc tego chcą też wydawcy. Stąd też ta rozmowa, którą odbył ze swoim agentem Chris Carter. W sumie wszyscy powinni być zadowoleni, prawda? Otóż, nie do końca.

    Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Bo to przywiązania się do jednego bohatera ma też złe strony. Przekonał się o tym już u zarania tworzenia się nowożytnego kryminału jeden z jego ojców, twórca postaci Sherlocka Holmesa, Arthur Conan Doyle. Po kilku latach pisania o przygodach tego najsławniejszego detektywa w dziejach, postanowił go uśmiercić, żeby zająć się, jak to sam określił „poważniejszymi rzeczami”. Reakcja czytelników była zdumiewająca. Zarzucili pisarza listami, często niecenzuralnymi, zawierającymi obelgi i groźby. Do tego doszły naciski ze strony wydawcy. A wreszcie fakt, że kolejne książki autora nie cieszyły się aż taką popularnością, sprawił, że Doyle po kilku latach wrócił do Holmesa. I publikował już grzecznie kolejne opowiadania o ekscentrycznym detektywie właściwie do końca swojego życia.

    Oczywiście, czasy się zmieniły. Nie wątpię, że śmierć żadnego z bohaterów współczesnego kryminału, nie wywoła już takiej reakcji, z jaką spotkał się Doyle (chociaż Jack Reacher ma ten potencjał). Ale w tej historii ważniejsze jest pytanie, dlaczego Doyle w ogóle chciał zrezygnować z Holmesa. A czuł się wypalony. Uważał, że stworzona przez niego postać odciąga go od tworzenia lepszych, bardziej wartościowych opowieści. I prawda jest taka, że każdy z nas coś takiego przeżywa.

    Napisałem pięć powieści o komisarzu Jakubie Mortce. I nie raz, nie dwa, czułem jak ten bohater mnie ogranicza. Pewnych rzeczy nie mogłem o nim napisać. Pewne historie, które mam w głowie, do niego nie pasowały. Co więcej, czułem, że pisząc o nim, ryzykuję to, że przestanę się rozwijać jako pisarz. Będę w kółko opowiadał jedną i tą samą historię, złożoną z tych samych elementów. Nie chciałem tego. Stąd się wziął cykl gliwicki. Stąd się wzięło „Żmijowisko”. To były wyzwania, które rzucałem samemu sobie. Zmuszałem siebie samego do pracy. Chciałem rozruszać ten mój pisarski mózg, spróbować kombinować w inny sposób. I wiecie Państwo, co jest najlepsze? Najbardziej na tym skorzystał Mortka. Bo kiedy wracałem do niego po każdej przerwie, czułem pewną świeżość. Dostrzegałem fabularne możliwości, których nie dostrzegłbym, gdybym pisał jedną książką z komisarzem po drugiej. Wpadałem na nowe, nieoczywiste pomysły. Rozwijałem się.

    Wojciech Chmielarz, Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Jest jeszcze jeden aspekt. Głęboko wierzę, że w literaturze, nawet tej kryminalnej, nie chodzi tylko o pieniądze. Że twórca jest winien czytelnikom pewną szczerość. Że ma obowiązek opowiadać te historie, która naprawdę go pasjonują. Które budzą w nim uczucia, zajmują jego wyobraźnię. Tylko próbując nowych rzeczy, możemy pchnąć gatunek do przodu. Czasami może się nie uda. Czasami coś nie wyjdzie. Ale trzeba próbować. Bo tylko wtedy dajemy z siebie to, co najlepsze. Spłacamy ten dług, który zaciągamy u Państwa, kiedy sięgacie po nasze książki. I nie chodzi o to, że krytykuję pisarzy, którzy tworzą cykle. Krytykuję tylko tych, którzy nie są w tym szczerzy. Którzy nie próbują i nie walczą o to, żeby dać z siebie wszystko.

    Dlatego, gdybym znalazł się na miejscu Cartera, gdyby mój agent (jeśli w końcu jakiegoś się dorobię), powiedział mi, że czytelnicy chcą Mortkę, więc mam pisać o Mortce, to wzruszyłbym tylko ramionami i odpowiedział, że czytelnicy muszą poczekać. Bo za bardzo ich szanuję, żeby dać im książkę, którą napisałem tylko dla pieniędzy.

    Wojciech Chmielarz

  • Dlaczego warto czytać Conrada? Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Według mnie „Jądro ciemności” Josepha Conrada to najważniejsza książka napisana kiedykolwiek przez polskiego autora. Koniec i kropka

    Przed kilkoma dniami brałem udział we wrocławskich „Zakazanych Lekturach”, gdzie razem z Magdą Haydel i Irkiem Grinem przez czterdzieści pięć minut rozmawialiśmy o „Jądrze ciemności”. Pretekstem, jak w przypadku wszystkich powieści w tym cyklu, było wykreślenie Conrada z listy lektur. Uważam to osobiście za wielki błąd. „Jądro ciemności” jest bowiem uważane powszechnie za arcydzieło światowej literatury. Ale ok. Jest wiele pozycji, które zasługują na takie miano, które jednak brzydko się postarzały. Trudno się je czyta. Są nudne. Być może niekoniecznie trzeba katować nimi szkolną młodzież. Z Conradem jest jednak inaczej. Ciągle czyta się go znakomicie. Co więcej, w przeciwieństwie do wielu innych arcydzieł, jest to książka wciąż żywa. Budzi emocje. Rozmawia się o niej. Odwołuje. Szuka się w niej klucza do zrozumienia współczesności. A często również się z nią kłóci. Magda Haydel, tłumaczka „Jądra Ciemności”, powiedziała, że jest to pierwsze, wielkie dzieło literackie XX wieku. I to pomimo tego, że powstało w ostatnim roku wieku XIX. I ma, cholera, rację.

    Jądro ciemności” powstało na bazie przeżyć samego Conrada, który przez pół roku pływał parowcem w Wolnym Państwie Kongo. Wbrew nazwie, była to prywatna posiadłość króla Leopolda II, ówczesnego monarchy Belgii. Leopold II wprowadził tam niezwykle brutalne, nawet na tle tego, co się działo w innych koloniach, rządy. Ich symbolem stały się obcięte ręce tubylców, których karano w ten sposób za niedostarczenie wystarczającej ilości kauczuku. Szacuje się, że na skutek rabunkowej gospodarki, zginęło co najmniej kilka milionów osób. Niektórzy autorzy mówią nawet o dwudziestu dwóch milionach. Pisał o tym wyczerpująco w „Duchu króla Leopolda” Adam Hochschild. Sytuacja w Kongu jest też ważnym wątkiem opowieści reporterskiej „Wytępić całe to bydło” Svena Lindqvista. Tytuł to zresztą cytat z Conrada. Do tamtych wydarzeń nawiązuje też Mario Vargas Llosa w „Marzeniu Celta”. Wydarzenia z Kongo, to jedno z największych, jeśli nie największe, zapomniane ludobójstwo. Czasami mam wrażenie, że działania Belgów w Kongu, były zapowiedzią tego, co miał przynieść Europie XX wiek.

    Józef Korzeniowski, fot: wikipedia

    Geniusz „Jądra ciemności” polega jednak na tym, że jest to opowieść uniwersalna. Będąca dziecięciem swojego wieku, a równocześnie przekraczająca narzucone przez swoje czasy granice. Magda Haydel w posłowiu do „Jądra Ciemności” pisze o oskarżeniach Conrada o rasizm czy o zarzutach o przedmiotowe traktowanie kobiet. Nie wiem, jak było z samym Conradem, nie mam jednak wątpliwości, że sam Marlowe, główny bohater i narrator (upraszczając sprawę), rasistą jest. W jego świecie nie ma też miejsca dla płci przeciwnej, która ma być trzymana w błogiej nieświadomości na temat tego, jak naprawdę wygląda świat. Równocześnie jest to jednak opowieść pełna współczucia na Innego i wściekłości, gniewu na temat tego, co biali ludzie robią w koloniach. Conrad zrywał współczesnym z twarzy maskę hipokryzji i kazał im patrzeć wprost na własne grzechy. I tak jest właściwie do dzisiaj. „Jądro ciemności” nieustannie zadaje nam jedno i to samo pytanie, co się naprawdę kryje pod tymi wszystkimi wielkimi słowami o wolności, miłosierdziu, miłości i… wyliczankę właściwie ciągnąć można by w nieskończoność w zależności od kontekstu czasowego. Dowodem na to jest chociażby „Czas Apokalipsy” Francisa Forda Coppoli. Coppola znalazł klucz do opowiedzenia o amerykańskim doświadczeniu w Wietnamie, właśnie w powieści Conrada.

    Nieustannie też zaskakuje mnie, jak bardzo ta książka jest żywa w popkulturze. To nie tylko wspominany film Coppoli, ale także chociażby „Spec Ops: the line”. Świetna, chociaż niedoceniana, gra komputerowa, której linia fabularna opiera się właśnie na „Jądrze…”. Albo dwa ostatnie filmy o King Kongu, gdzie twórcy na różne sposoby i w różnych celach odwołują się do Conrada. Co oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze, wierzą, że ta opowieść jest ciągle atrakcyjna dla współczesnych widzów. A po drugie, wiedzą, że widzowie będą w stanie te odwołania odnaleźć i zrozumieć.

    I chyba teraz dochodzimy do powodu mojego oburzenia z powodu skreślenia Conrada z listy lektur. Sami w ten sposób wytrącamy sobie z rąk narzędzia do rozmowy ze światem. „Jądro ciemności”, ale też inne powieści, opowiadania Conrada, mogłyby być pomostem łączącym naszą literaturę, z literaturą światową. Nie staną się nimi. Na nasze wyraźne życzenie. Amerykańskie czy angielski dzieciaki będą wiedziały, dlaczego marynarze w „King Kongu” Petera Jacksona czytają „Jądro ciemności”. Polskie nie. Szkoda.

    Wojciech Chmielarz

  • „Lektury wakacyjne”, czerwcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W piątek rozpoczęły się wakacje. A jak wakacje, to wakacyjne wyjazdy. A jak wyjazdy to również wakacyjne lektury.

    Tak. To będzie jeden z tych lżejszych felietonów. Taki bardziej urlopowy. Taki, który mam nadzieję, wszystkich nas wprowadzi w dobry nastrój. Otóż są dwa podstawowe podejścia do kwestii wakacyjnych lektur. Pierwsze zakłada, że skoro mamy już urlop, wolną głowę, czas na skupienie, to jest odpowiednia pora, żeby nadrobić te Naprawdę Ważne Pozycje. Takie jak „4321” Paula Austera, cykl „Patrick Melrose” Edwarda St. Aubyna, „Homo Deus” Yuavala Noah Harariego, „Nieczułość” Martyny Bundy. Albo może z okazji Bookera sięgnąć wreszcie po tę Tokarczuk lub wziąć na plażę coś o Holokauście? Według drugiego, skoro już doczekaliśmy się tego urlopu, to odpoczywamy. Ma być miło i przyjemnie. A więc nowy Ćwiek, nowy King, nowy Chmielarz (mam nadzieję 😉). No i ciekawe, co napisała ta Nosowska i może sprawdzimy Guzowską. Nie zamierzam rozstrzygać, które podejście jest lepsze. Oba mają swoje plusy i minusy. Ale co najważniejsze, wszystko to kwestia osobista. Wypadkowa wakacyjnych planów i przedwakacyjnego zmęczenia.

    Osobiście, preferuję podejście mieszane. Na mojej półce na wakacje czekają Orhan Pamuk z „Nazywam się czerwień” oraz „Bieguni” Olgi Tokarczuk (tak, jestem jednym z tych czytelników, których skusił Booker). Oprócz tego w planach mam parę pozycji, z którymi chce się zapoznać w ramach przygotowywania się do napisania następnej książki. Państwo pozwolą, że nie będę się dzielić tytułami, żeby nie zdradzać na tym etapie zbyt wiele. Chciałbym jeszcze przeczytać „Komedę” Magdaleny Grzebałkowskiej, „Poświatę” Micheala Chabona i „Wyniosłe wieże” Lawrence Wrighta. Z lżejszych rzeczy, ciągnie mnie do „Mayday” Grzegorza Brudnika, „Outsidera” Stephena Kinga, „Dam ci wszystko” Dolores Redondo. Chciałbym też nadrobić lekturę cyklu military s-f Michała Cholewy. Uff… Robi się z tego niezła lista. Nie wiem, czy dam radę zrealizować te plany. Szczególnie, że ostatnią pozycję z zeszłorocznej listy wakacyjnej skończyłem czytać w połowie maja tego roku. No, ale zawsze twierdziłem, że warto stawiać sobie ambitne cele.

    Kolejna kwestia to pakowanie. I tutaj powiem szczerze, ebooki zabiły dużą część magii wybierania wakacyjnych lektury. Podłączamy czytnik do komputera, ładujemy tę setkę nowy pozycji i jedziemy. A wcześniej? Państwo to pamiętają, prawda? Wybieranie lektur na wakacje było czynnością na pograniczu sztuki, technologii i planowania godnego Napoleona. Bo trzeba było zabrać ubrania, kostium kąpielowy, kosmetyki, olejki, całe to niezbędne urlopowe tałatajstwo, a do tego dorzucić jeszcze książki. I jak to zrobić? Wiadomo, że możemy wziąć dwie, góra trzy pozycje. Co wybrać? Trzy średnie? A może dwie chude i jedną grubą? Każdy, kto nie ma czytnika doskonale rozumie ten problem. Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy rozwiązali go w sposób prosty – na wakacje biorą wydania kieszonkowe. Kosztują niewiele (w stosunku do miejscowej pensji), można je kupić wszędzie, a po zakończonej lekturze po prostu zostawić bez żalu w pociągu czy na plaży. U nas ten format się z wielu powodów nie przyjął.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    Osobiście, największe dylematy przeżywałem wybierając się na wyprawy w dzikie góry Ukrainy, Rumunii i w Pireneje. Mieliśmy wędrować po nich z plecakami. Ponieważ z infrastrukturą turystyczną bywa tam różnie (szczególnie na Ukrainie), to liczyliśmy się z tym, że każdy z nas będzie musiał nosić ze sobą około trzy litry wody. Do tego namiot, śpiwory, ubrania, kuchenka turystyczna, jedzenie. A ja nie miałem jeszcze wtedy czytnika, a książki mają tę wadę, że ważą. Największy sprawdzian mojej miłości do literatury – perspektywa noszenia dodatkowego pół kilograma przez kilkadziesiąt kilometrów na wysokości od półtora do dwóch tysiąca metrów. Ostatecznie rozwiązaliśmy to tak, że wspólnie wybraliśmy książki i każdy z uczestników wyprawy niósł jedną. Potem się nimi wymienialiśmy. Uczucie, kiedy po całym dniu wędrówki, przy świetle latarki w rozłożonym gdzieś na górskiej polanie namiocie, przerzucamy kolejne strony – bezcenne.

    Inne wspomnienie? Obóz językowy w Wielkiej Brytanii, gdzie nadspodziewanie szybko skończyły mi się przywiezione z Polski książki. Na szczęście odkryłem miejscowy antykwariat, gdzie „Lśnienie” Kinga kosztowało bodajże funta. Bałtycka plaża, gdzie zgłębiałem tajemnice teorii strun, z której niestety zapamiętałem tylko autora książki – Lee Smolin. Czy wreszcie mały hotelik w Beskidzie Sądeckim, gdzie w malutkiej biblioteczce odkryłem „Dziewczynę z pociągu” (rozczarowanie) i „Szamo”, czyli wspomnienia bramkarza Grzegorza Szamotulskiego (całkiem ciekawe). I tak, nie są to opowieści jakoś szczególnie pasjonujące, ale wiecie Państwo, jakoś miło mi się robi, kiedy je sobie przypominam. To chyba magia tych wakacyjnych lektur. Zostają z nami na naprawdę długo.

    A jak u Państwa? Macie własne wakacyjno- książkowe wspomnienia, którymi chcecie się podzielić?

    Wojciech Chmielarz