Tuż przed świętami udzielałem wywiadu Marcinowi Ryszce z internetowego radia Weszło.fm. I po raz kolejny próbowałem niezgrabnie wyjaśnić, dlaczego martwi mnie niskie czytelnictwo. Odpowiedź na to pytanie mam w głowie. Kiedy o tym myślę, wszystko wydaje mi się jasne. Ale kiedy tylko zaczynam o tym mówić, zaczynam się plątać i mam wrażenie, że udaje mi się wypowiedzieć tylko połowę tego, o co mi chodzi. W najlepszym razie.
Generalnie daleko jestem do jakiegoś fetyszyzowania czytelnictwa. Jasne. Czytanie rozwija. Zwiększa słownictwo, ćwiczy koncentracje, zdolności analityczne, stajemy się dzięki niemu bardziej empatyczni. Wreszcie, książki to ciągle jeden z najbardziej efektywnych sposobów przekazywania wiedzy, jaki do tej pory wymyślił człowiek. Słowem, czytanie czyni nas lepszymi. Ale to nie jest powód, dla którego ilekroć czytam statystyki Biblioteki Narodowej (6 na 10 dorosłych Polaków w poprzednim roku nie przeczytało dosłownie NIC) po plecach przechodzi mi dreszcz niepokoju. Bo to też nie jest tak, że każdy kto czyta z automatu staje się kimś mądrym. Każdy z nas zna w końcu co najmniej jednego oczytanego idiotę. Książki są szansą na to, żeby stać się kimś lepszym. Nie każdy z niej skorzysta.

Powód mojego niepokoju jest inny. Głęboko wierzę, że literatura jest fundamentem tego, w jaki sposób opowiadamy, tłumaczymy sobie otaczający nas świat. I jeśli nie będziemy czytali, nie będziemy potrafili rozmawiać o tym, co nas otacza. Zabraknie nam po prostu języka w gębie. Nie będziemy w stanie stworzyć ani zrozumieć żadnej bardziej skomplikowanej opowieści, a świat staje się właśnie z roku na rok bardziej skomplikowany!
Ale to nie będzie kolejny felieton o tym, jak jest źle. To będzie tekst o, górnolotnie rzecz mówiąc (ale kiedy być górnolotnym, jeśli nie pod koniec roku?!) mojej wewnętrznej misji, pisarskim obowiązku. Bo od pewnego czasu towarzyszy mi poczucie, że muszę coś zrobić, żeby było choć odrobinkę lepiej. Droga do większego czytelnictwa w Polsce będzie długa, będzie trudna i będzie skomplikowana. Nie ma jednego spektakularnego rozwiązania. Jest tysiące niewielkich kroków, które trzeba wykonać. Jeden z nich musimy wykonać my – pisarze. A konkretnie, powinniśmy spróbować wyjść do ludzi. Pokazać im, że czytanie może być czymś fajnym, interesującym. Że może być alternatywą dla gier komputerowych czy netflixa.
Osobiście ucieszyłem się, kiedy Szczepan Twardoch został najpierw ambasadorem Mercedesa, a potem twarzą banku Raiffasen. Nie dlatego, że, jak powiedział znajomy pisarz, skoro przyszli do niego, to może kiedyś przyjdą też do nas, ale dlatego, że skoro pojawił się w telewizji, to może ktoś nieczytający sięgnie kiedyś po jego książki. Tak z ciekawości, o co takie wielkie halo, że aż go do reklamy biorą. Ale też wielką radość w swoim czasie sprawił mi Robert Ziębiński, zapraszając mnie do sesji modowej do „Playboy’a”. Mnie i jeszcze kilku innych pisarzy. Znowu, nie dlatego, że moim marzeniem było trafić na rozkładówki magazynu dla panów, ale dlatego, że Robert zaproponował coś nowego i świeżego. Powiedział czytelnikom „Playboy’a” – patrzcie, tutaj są panowie pisarze. Mnie się wydali na tyle interesujący, że wsadziłem ich w drogie ciuchy i obfotografowałem. I co wy na to?


