Tag: Playboy

  • „Kraj bez Playboya”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Wiadomość, że polska edycja „Playboy’a” zwija żagle była dla mnie sporym zaskoczeniem. Chociaż nie powinna być. Trendy na rynku prasy drukowanej są, jakie są. Jeśli inni kończą działalność, a właściwie każdy tytuł walczy o byt, to czemu nie miałoby to spotkać „Playboy’a”?

    Moje związki z „Playboy’em” nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie. Niemniej, opublikowałem tam dwa teksty. Rzutem na taśmę (w przedostatnim numerze) ukazał się tam wywiad ze mną. Ba! Znalazłem się nawet na sesji zdjęciowej (w ubraniu, żeby uprzedzić komentarze). W sumie, zawodowo wycisnąłem z tego tytułu niemal wszystko, co się dało. Ale jednak wiadomość o rychłym końcu „Playboy’a” w Polsce wywołała we mnie pewien smutek. Z dwóch podstawowych przyczyn. Po pierwsze, jak zwracało uwagę wielu dziennikarzy, których znam i szanuję, był to jeden z niewielu na rynków magazynów, gdzie dało się opublikować duży i poważny tekst na tematy kulturalne i literackie. Odnoszę wrażenie, że nawet tzw. „tygodniki opinii” mają teraz z tym problem. Druga rzecz, to obserwacja bardziej ogólnej natury. Trendy na rynku prasy papierowej od lat są niezmienne. Spada sprzedaż, nakłady i przychody poszczególnych tytułów. Mowa tu o miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach, tytułach lifestylowych, hobbystycznych, politycznych. Nie ma segmentu, który nie musiałby się z tym zmagać. Bronią się zaledwie pojedyncze tytuły, ale wszyscy wiedzą, że jest to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Miarą tego upadku jest inna wiadomość z ostatnich dni, kiedy koncern Agora poinformował, że przychody spółki ze sprzedaży popcornu w należącej do niego sieci kin Helion przewyższają przychody ze sprzedaży „Gazety Wyborczej”. Oczywiście, że do przychodów, które generuje dziennik, należy też dodać przychody z reklam publikowanych na jego łamy. Ale nawet jakby dodać obie te sumy (sprzedaż i reklamy) to okazuje się, że Agora więcej zarabia na samej sprzedaży biletów w Heliosie. A mówimy przecież nie o byle jakiej tam gazetce, ale ciągle jednym z największych i najważniejszych tytułów prasowych w Polsce!

    www.unsplash.com/Max Letek

    Nie jest wielką tajemnicą, że kiedyś wiązałem swoje plany życiowe z dziennikarstwem właśnie. Co więcej, miała to być właśnie prasa papierowa. Widziałem siebie jako poważnego pana redaktora, który pisze poważne teksty, a potem może je sobie przeczytać następnego dnia w wydaniu porannej gazety. Moje życie z różnych powodów potoczyło się inaczej, w sumie lepiej, ale i tak robi mi się trochę smutno na myśl, że to moje nastoletnie marzenie nigdy się nie spełni. Ale upadek prasy papierowej martwi mnie z jeszcze jednego powodu. Na papierze czyta się jednak inaczej i tutaj mogę się podzielić dowodem anegdotycznym z mojego własnego życia. Przez lata byłem wiernym czytelnikiem magazynu „Książki”. Pędziłem do kiosku, kiedy tylko ukazywał się kolejny numer i czytałem właściwie od deski do deski. W pewnym momencie kupiłem jednak internetową prenumeratę „Gazety Wyborczej” i dostałem również dostęp do artykułów z „Książek”. Przestałem je więc kupować i, jak się niedawno zorientowałem, także je czytać. Nie do końca wiem, dlaczego. Jakby czegoś mi brakowało. Papier powodował jakiś przymus czytania. Leżąca na stole gazeta nieustannie o sobie przypominała, a z czasem potrafiła nawet stać się wyrzutem sumienia. Nigdy nie miałem takich uczuć w stosunku do treści z Internetu. Artykuły, które chciałem przeczytać najpierw znikały w odmętach sieci, a potem z mojej pamięci. Prasa papierowa ma też swój ciężar. Wspominał o tym Cezary Łazarewicz, który w jednym z wywiadów powiedział, że kiedy pisał dla Wirtualnej Polski jego teksty były znacznie częściej czytane i komentowane przez tysiące ludzi, ale nic z tego nie wynikało. Publikacje „na papierze”, chociaż miały mniejszą widownię, przynosiły znacznie bardziej konstruktywny odzew czytelników i potrafiły realnie coś zmienić.

    Oczywiście, dostrzegam też ironię sytuacji, bo czytacie Państwo ten tekst w internecie właśnie. Na ekranach komputerów czy komórek. I raz jeszcze powtórzę, trendy są jakie są i jakoś nie widać szans, żeby się odwróciły. Ale śmierć polskiego „Playboy’a” wydaje mi się jednak kamieniem milowym. Szkoda tego tytułu. Szkoda polskiego rynku prasy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Krok w stronę czytelnika”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Tuż przed świętami udzielałem wywiadu Marcinowi Ryszce z internetowego radia Weszło.fm. I po raz kolejny próbowałem niezgrabnie wyjaśnić, dlaczego martwi mnie niskie czytelnictwo. Odpowiedź na to pytanie mam w głowie. Kiedy o tym myślę, wszystko wydaje mi się jasne. Ale kiedy tylko zaczynam o tym mówić, zaczynam się plątać i mam wrażenie, że udaje mi się wypowiedzieć tylko połowę tego, o co mi chodzi. W najlepszym razie.

    Generalnie daleko jestem do jakiegoś fetyszyzowania czytelnictwa. Jasne. Czytanie rozwija. Zwiększa słownictwo, ćwiczy koncentracje, zdolności analityczne, stajemy się dzięki niemu bardziej empatyczni. Wreszcie, książki to ciągle jeden z najbardziej efektywnych sposobów przekazywania wiedzy, jaki do tej pory wymyślił człowiek. Słowem, czytanie czyni nas lepszymi. Ale to nie jest powód, dla którego ilekroć czytam statystyki Biblioteki Narodowej (6 na 10 dorosłych Polaków w poprzednim roku nie przeczytało dosłownie NIC) po plecach przechodzi mi dreszcz niepokoju. Bo to też nie jest tak, że każdy kto czyta z automatu staje się kimś mądrym. Każdy z nas zna w końcu co najmniej jednego oczytanego idiotę. Książki są szansą na to, żeby stać się kimś lepszym. Nie każdy z niej skorzysta.

    www.usnplash.com/Jessica Ruscello

    Powód mojego niepokoju jest inny. Głęboko wierzę, że literatura jest fundamentem tego, w jaki sposób opowiadamy, tłumaczymy sobie otaczający nas świat. I jeśli nie będziemy czytali, nie będziemy potrafili rozmawiać o tym, co nas otacza. Zabraknie nam po prostu języka w gębie. Nie będziemy w stanie stworzyć ani zrozumieć żadnej bardziej skomplikowanej opowieści, a świat staje się właśnie z roku na rok bardziej skomplikowany!

    Ale to nie będzie kolejny felieton o tym, jak jest źle. To będzie tekst o, górnolotnie rzecz mówiąc (ale kiedy być górnolotnym, jeśli nie pod koniec roku?!) mojej wewnętrznej misji, pisarskim obowiązku. Bo od pewnego czasu towarzyszy mi poczucie, że muszę coś zrobić, żeby było choć odrobinkę lepiej. Droga do większego czytelnictwa w Polsce będzie długa, będzie trudna i będzie skomplikowana. Nie ma jednego spektakularnego rozwiązania. Jest tysiące niewielkich kroków, które trzeba wykonać. Jeden z nich musimy wykonać my – pisarze. A konkretnie, powinniśmy spróbować wyjść do ludzi. Pokazać im, że czytanie może być czymś fajnym, interesującym. Że może być alternatywą dla gier komputerowych czy netflixa.

    Osobiście ucieszyłem się, kiedy Szczepan Twardoch został najpierw ambasadorem Mercedesa, a potem twarzą banku Raiffasen. Nie dlatego, że, jak powiedział znajomy pisarz, skoro przyszli do niego, to może kiedyś przyjdą też do nas, ale dlatego, że skoro pojawił się w telewizji, to może ktoś nieczytający sięgnie kiedyś po jego książki. Tak z ciekawości, o co takie wielkie halo, że aż go do reklamy biorą. Ale też wielką radość w swoim czasie sprawił mi Robert Ziębiński, zapraszając mnie do sesji modowej do „Playboy’a”. Mnie i jeszcze kilku innych pisarzy. Znowu, nie dlatego, że moim marzeniem było trafić na rozkładówki magazynu dla panów, ale dlatego, że Robert zaproponował coś nowego i świeżego. Powiedział czytelnikom „Playboy’a” – patrzcie, tutaj są panowie pisarze. Mnie się wydali na tyle interesujący, że wsadziłem ich w drogie ciuchy i obfotografowałem. I co wy na to?

    www.unsplash.com/Les Anderson

    Wreszcie literacki stand-up w „Big Book Cafe”, gdzie opowiadałem o „Lalce” Bolesława Prusa. Do występu na tej imprezie przekonała mnie tak naprawdę idea stojąca za tym cyklem. Pomysł, że o literaturze, nawet tej poważnej, można próbować rozmawiać w sposób lekki, luźny i zabawny. Bez napinania się i intelektualizowania (na które też jest miejsce, ale może w innych okolicznościach).

    I znowu mam wrażenie, że to co w mojej głowie było czytelne i jasne, teraz się trochę rozlazło i straciło na ostrości. Sens jest taki, także my pisarze powinniśmy wykonać pewien wysiłek i spróbować wyjść do tych ludzi, którzy czytają niewiele lub prawie wcale. Zachęcić ich. Pokazać, że warto może sięgnąć po książkę.

    A może Państwo mają jakieś pomysły, jak to zrobić?

    Wojciech Chmielarz