Tag: Felieton Wojciecha Chmielarza

  • „Pomożecie? Pomożemy? Rzecz o znikających księgarniach”, czyli styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Niedawno pojechałem na spotkanie autorskie do pewnego miasteczka. Było miło. Przyszło sporo czytelników. Rozmawialiśmy sobie, odpowiadałem na pytania. Wydaje mi się, że poszło całkiem nieźle. Po wszystkim jedna z pań zapytała mnie, czy może przywiozłem może swoje książki na sprzedaż, bo ona chętnie by jedną kupiła. Zgodnie z prawdą powiedziałem, że nie robię takich rzeczy. Trochę dlatego, że nie mam do tego głowy. Nie chce mi się też po prostu rozkładać całego straganu, wydawać paragonów, resztę, a potem jeszcze rozliczać się ze sprzedanych książek. Przede wszystkim jednak, jeżdżę po Polsce, żeby spotkać się ze swoimi czytelnikami, a nie po to, żeby wcisnąć im kolejny egzemplarz. Nie mam natomiast nic przeciwko, jeśli na spotkaniu pojawi się przedstawiciel lokalnej księgarni. Wydaje mi się to zresztą bardzo dobrym rozwiązaniem. Czytelniczka pokiwała ze zrozumieniem głową. A potem powiedziała, że u nich byłoby o to trudno, bo w mieście nie ma ani jednej księgarni.

    Przyznam szczerze, że mnie zatkało. Miasteczko, które odwiedziłem nie było co prawda żadną wielką metropolią. Liczyło sobie około dwadziestu tysięcy mieszkańców, ale fakt, że nie było w nim księgarni jednak mnie zszokował. A potem zacząłem szperać i poznałem liczby. Ostatnie dane pochodzą co prawda z 2019 roku (podaję je za dziennikiem „Rzeczpospolita”), ale myślę, że dobrze oddają również obecny stan. W roku 2009 w Polsce działało około siedem tysięcy księgarni. Przez dziesięć lat ich liczba spadła poniżej czterech tysięcy. Innymi słowy, w przeciągu dekady w Polsce zniknęła co druga.

    Nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich godzin, które spędziłem w różnych księgarniach. W tych mniejszych, tych większych. Specjalistyczny i ogólnych. Akademickich, geograficznych, dziecięcych, językowych i komiksowych. Ale pewnie były ich setki, tysiące. Możliwość wędrowania wzdłuż półek, sięgania po kolejne tytuły, oglądania okładek, czytania opisów, przewracania kartek to przyjemność sama w sobie. A jeśli do tego dodamy rozmowę ze znającym się na swojej pracy księgarzem, to znaleźliśmy miejsce niemalże idealne. Są takie miejsca w Polsce. Z głowy mogę wymienić „Smak słowa” w Sopocie, „Sztukę wyboru” z Gdańska, „Tajne komplety” i Księgarnię Hiszpańską „Elite” we Wrocławiu czy „Big Book Cafe” i księgarnie wydawnictwa Czarne z Warszawy.

    www.unsplash.com/Ugur Akdemir

    Skąd się wziął ten spadek? Powodów oczywiście jest wiele. Wśród nich zmieniające się zachowania zakupowe Polaków, spadek czytelnictwa czy inwazja centrów handlowych. Pytanie, czy coś z tym spróbujemy zrobić? Oczywiście, zawsze można stwierdzić, że wolny rynek zdecydował i tyle. Pozostaje wtedy wzruszyć ramionami i może rzucić jeszcze tę zgraną uwagę na temat mitycznej „niewidzialnej ręki”. Ja jednak z takim postawieniem sprawy się nie zgadzam. Jeśli uważamy, że literatura ma jakąś wartość, że jest nam z różnych powodów (także ekonomicznych przecież!) potrzebna i uznajemy, że należy ją wspierać, to powinniśmy zdać sobie sprawę, że księgarnie są ważnym elementem tego kulturalnego ekosystemu. Do cholery jasnej, jak możemy oczekiwać, że poprawią się wskaźniki czytelnictwa w Polsce skoro ludzie w małych miasteczkach (bo jestem pewien, że to przeze mnie odwiedzane nie jest wyjątkiem) nie mają nawet szans kupić książki? I od razu też powiem, że moim zdaniem księgarnie internetowe nie poprawią sytuacji. Sam jestem ich użytkownikiem, mam zresztą swój ulubiony sklep, ale to jednak coś innego. W Internecie nie spotkamy się z żywym człowiekiem, księgarzem, który czasami pomoże, a czasami zaskoczy, a co najwyżej z bezdusznym marketingowym algorytmem. Nie ma w tym magii. Poza tym, nie mam tutaj twardych danych, raczej intuicję, odpada element impulsywnych zakupów. Do księgarni internetowej przychodzę, żeby kupić konkretną rzecz. Nie buszuję w jej zbiorach, nie sprawdzam, co jest, a czego nie ma. Robię zakupy i wracam na Facebooka. Za to nie raz i nie dwa się zdarzyło, że z tradycyjnej księgarni wyszedłem z naręczem książek, których wcale nie planowałem zakupić. No i wreszcie ostatni element. Tradycyjna księgarnia to konkretny sklep w konkretnym miejscu ze sklepową witryną. Żywy dowód na to, że książki istnieją i są obecne w miejskiej przestrzeni.

    Jak można pomóc księgarniom? Istnieje kilka narzędzi. Po pierwsze, samorządy mogą obniżyć czynsze takim lokalom. To rozwiązanie najprostsze i najszybsze. Ale o ograniczonej skuteczności. Możemy także przyjrzeć się sprawie nie od strony kosztów, ale strony dochodów. I tutaj też pojawiają się pewne propozycje. Możemy sobie wyobrazić na przykład, że szkoły hurtowo kupują podręczniki w lokalnych księgarniach. Tak samo robią biblioteki. Zamiast zamawiać bezpośrednio u wydawcy czy dystrybutora, pieniądze zostawiają u miejscowego księgarza. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to się wiąże z kosztami. Takie podręczniki i książki będą wtedy po prostu droższe. Więcej płacić będą rodzice, biblioteki zamówią mniej pozycji do swoich zbiorów. Ale zyskamy przecież coś w zamian. Dobrze funkcjonującą księgarnię. Tylko tyle. Aż tyle. Może warto się nad tym zastanowić i jednak coś zrobić, zanim z miast i miasteczek w całej Polsce zniknie kolejnych kilkaset księgarni.

    Wojciech Chmielarz

  • „Książki zdychają w ciszy”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Dzisiaj będzie mało oryginalnie, bo 31 grudnia, ostatni dzień 2019 roku, więc małe literacko-rynkowe-czytelnicze podsumowanie tego, co było i pewnie kilka słów na temat tego, na co czekam w roku 2020. A na koniec gorzka refleksja, bo to także część tej konwencji.

    Zacznę z grubej rury. Najlepszym polskim kryminałem, jaki przeczytałem w roku 2019 jest „Około północy” Mariusza Czubaja. Koniec i kropka. To przede wszystkim książka napisana z niewiarygodną miłością. Do gatunku, jazzu, legendy lat sześćdziesiątych, trudnej polskiej historii i samej literatury wreszcie. Strasznie mi przykro, że tak niewiele o tej powieści się mówiło w zeszłym roku. Mam wrażenie, że nie udało się jej przebić. Nie rozmawia się o niej, nie pojawia się na grupach czytelniczych, nie widziałem jej na listach bestsellerów. A szkoda, bo to naprawdę wielka rzecz. Najlepsza powieść Czubaja i jedna z najlepszych, jakie przeczytałem w tym roku.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Krzysztof Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Ale w ogóle ten rok był moim zdaniem bardzo dobry dla polskiego kryminału. Pojawiło się sporo dobrych tytułów. Bo najpierw wrażenie na mnie zrobił Bartosz Szczygielski ze swoim „Sercem”, potem Jędrzej Pasierski z „Roztopami”. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć po tych dwóch pozycjach, a pojawił się „Szwindel” Jakuba Ćwieka. No i potem wielki come back (jeśli można tak to nazwać) Jakuba Szamałka z technothrillerami „Cokolwiek wybierzesz” i „Kimkolwiek jesteś”. Gdzieś tam jeszcze pojawił się Jacek Galiński z rewelacyjnym debiutem „Kółko się pani urwało”. A jestem pewien, że to nie wszystkie wartościowe tytuły, które pojawiły się w tym roku. Ale o tym później.

    Najlepsza rzecz z zagranicy to „Granica” Dona Winslowa. Ogromna powieść w każdym tego słowa znaczeniu. Bo i 900 stron, i temat, i dziesiątki wątków oraz bohaterów. Literacka mozaika, która opowiada o amerykańskiej wojnie z narkotykami oraz jej bohaterach. Są tam i agenci DEA, i policjanci, i meksykańscy bossowie, i dilerzy, i narkomani i wreszcie, przypadkowe ofiary. Wszystko się elegancko przeplata i tworzy przerażający obraz świata oplecionego narkotykowymi mackami. Naprawdę mocna powieść. Jedna z tych, które na długo pozostają w pamięci.

    No to teraz o planach czytelniczych na nadchodzący rok. Bardzo czekam na nowy kryminał Jakuba Ćwieka. Przy okazji opowiedział mi mniej więcej, o czym mam być i naprawdę już przebieram nóżkami, żeby dostać go w swoje ręce. Na początku roku nową powieść wydaje wspomniany wcześniej Bartosz Szczygielski. Jestem cholernie ciekaw, jak poradzi sobie bez Gabriela Bysia. Może być ciekawie. Przede wszystkim jednak, i tutaj pojawia się ta gorzka refleksja, spróbuję nadrobić zaległości z 2019 roku. Bo mam ich sporo. Znana każdemu czytelnikowi „kupka wstydu” rośnie z każdym miesiącem. Leży na niej „Pokuta” Anny Kańtoch (książka, na którą przecież czekałem!), „Wiatraki” Krzysztofa Zajasa, „Mara” Kuźmińskich czy „Golem” Marka Krajewskiego. A są jeszcze autorzy zagraniczni. Pomimo idiotycznego nazwiska bohatera chciałbym przeczytać chociaż jedną powieść Chrisa Cartera. Czeka na mnie „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” i zaległe powieści Roberta Harrisa i „Wiedźmie drzewo” Tany French. A to tylko pierwsze przykłady z brzegu i tylko kryminały!

    Przez długi czas kiedy myślałem o tej rosnącej z tygodnia na tydzień liście, czułem wstyd. Ale niedawno przeczytałem wpis Roberta Małeckiego, w którym chwali się, że rzucił pracę i został zawodowym pisarzem (powodzenia, stary!) i gdzieś tam między linijkami dodał, że w przeciągu trzech lat od debiutu wydał sześć książek… Sześć książek. Przez trzy lata. To dwie książki rocznie. Równocześnie łącząc to z pracą zawodową i pewnie jakimś normalnym, rodzinnym życiem. Kiedy to przeczytałem, ten wstyd, o którym wspominałem przed chwilą, zniknął. Bo zrozumiałem jedno – w Polsce wydaje się po prostu za dużo książek.

    Bo, żeby nie było, dwie ostatnie książki Roberta są na mojej liście. Tak „Wada”, jak i świeżutka jeszcze „Zadra”. I Robert jest do cholery jasnej całkiem dobrym pisarzem. Ale gdzieś rośnie we mnie przekonanie, że tych książek (podobnie jak dwóch ostatnich tomów o losach Marka Benera) po prostu nie przeczytam. Będą sobie leżeć na półce, a ja, kiedy będę ją mijać, za każdym razem będę sobie powtarzać w myślach, że już zaraz, ale tym razem już naprawdę na pewno, po nie sięgnę i przeczytam. Ale koniec końców, pewnego szarego, smutnego dnia zapakuje je w sklepową torbą i zaniosę do biblioteki. Tym razem będę sobie powtarzał kłamstwo, że kiedyś je z tej biblioteki wypożyczę i już naprawdę przeczytam. Ale tego też nie zrobię. A szkoda, bo „Wada” podobno jest lepsza od chwalonej także przeze mnie „Skazy”.

    Oczywiście to nie jest tylko przypadek Małeckiego. Nie raz, i nie dwa, powtarzałem, że rośnie presja ze strony wydawców na autorów, żeby dostarczać więcej, szybciej i najlepiej grube. Wpływ na jakość to ma, jaki ma. O tym też już pisałem parę razy. Ale zaryzykuję jeszcze jedną tezę, jaki ma wpływ ta nadprodukcja na polską literaturę. Otóż ludzie może i te książki kupują, ale czy faktycznie je czytają?

    Robert Małecki, fot: Łukasz Piecyk

    Ale Małecki jeszcze ma nieźle. Zdążył sobie wyrobić nazwisko, jakąś markę, grono czytelników. A co mają powiedzieć debiutanci? Na mojej półce leży „Marsz w mrok” Miłosza Fryzła. Przeczytałem pierwszych trzydzieści stron i zaczyna się całkiem nieźle. Potem musiałem niestety odłożyć, bo praca goniła i od tej pory książka leży. Nie wiem, czy ktokolwiek o niej poza mną słyszał ( i tymi 27 osobami, które dały jej ocenę na lubimyczytac.pl). Wydano ją, książka przeszła bez echa i zniknęła. Podobnie „Niszcz, powiedziała” Piotra Rogoży. Tutaj jest już trochę lepiej, ocen „aż” ponad sześćdziesiąt. A to tylko dwa debiuty (w przypadku Rogoży debiut podwójny), które akurat tak się złożyło, że wpadły mi w ręce. I czekają na swoją kolej. Może się nawet doczekają.

    Problem nie dotyczy tylko kryminału. Podobnie jest w literaturze obyczajowej. Niemniej, skutek jest ten sam. Mówiąc krótko – książki zdychają. Brzydko, w ciszy, przygniecione kurzem na półkach lub zalegające w magazynach hurtowni. Nigdy nie czytane. Zgrzytam zębami, bo jestem pisarzem. Wiem, ile trzeba dać z siebie, żeby napisać dobrą książkę. Wiem, jakie to trudne i ile to kosztuje. I zadaję sobie pytanie, po co to robić, skoro istnieje duża szansa, że nikt mojej powieści nie zauważy? Powiecie Państwo, że tak było zawsze. Owszem. Ale nie aż tak. Jestem pewien, że gdybym debiutował teraz z „Podpalaczem”, to nigdy bym się nie przebił. Zrezygnowałbym z pisania po drugiej, góra trzeciej pozycji, bo po co pisać, skoro mój kryminał zostanie zaraz przygnieciona lawiną innych? Naprawdę, żal mi obecnych debiutantów. Żeby zaistnieć, będą musieli wypruwać sobie żyły i wypluwać powieść za powieścią.

    Powiedzą Państwo, że to nie mój problem. Że ja, tak jak Małecki, mam już nazwisko, mam markę, nie grozi mi, że moje książki przejdą niezauważone przez czytelników. Ale Szanowni Państwo, jeśli spotkało to Mariusza Czubaja z jego najlepszą powieścią, to czemu nie miałoby spotkać i mnie?

    Wojciech Chmielarz

  • „Kraj bez Playboya”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Wiadomość, że polska edycja „Playboy’a” zwija żagle była dla mnie sporym zaskoczeniem. Chociaż nie powinna być. Trendy na rynku prasy drukowanej są, jakie są. Jeśli inni kończą działalność, a właściwie każdy tytuł walczy o byt, to czemu nie miałoby to spotkać „Playboy’a”?

    Moje związki z „Playboy’em” nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie. Niemniej, opublikowałem tam dwa teksty. Rzutem na taśmę (w przedostatnim numerze) ukazał się tam wywiad ze mną. Ba! Znalazłem się nawet na sesji zdjęciowej (w ubraniu, żeby uprzedzić komentarze). W sumie, zawodowo wycisnąłem z tego tytułu niemal wszystko, co się dało. Ale jednak wiadomość o rychłym końcu „Playboy’a” w Polsce wywołała we mnie pewien smutek. Z dwóch podstawowych przyczyn. Po pierwsze, jak zwracało uwagę wielu dziennikarzy, których znam i szanuję, był to jeden z niewielu na rynków magazynów, gdzie dało się opublikować duży i poważny tekst na tematy kulturalne i literackie. Odnoszę wrażenie, że nawet tzw. „tygodniki opinii” mają teraz z tym problem. Druga rzecz, to obserwacja bardziej ogólnej natury. Trendy na rynku prasy papierowej od lat są niezmienne. Spada sprzedaż, nakłady i przychody poszczególnych tytułów. Mowa tu o miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach, tytułach lifestylowych, hobbystycznych, politycznych. Nie ma segmentu, który nie musiałby się z tym zmagać. Bronią się zaledwie pojedyncze tytuły, ale wszyscy wiedzą, że jest to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Miarą tego upadku jest inna wiadomość z ostatnich dni, kiedy koncern Agora poinformował, że przychody spółki ze sprzedaży popcornu w należącej do niego sieci kin Helion przewyższają przychody ze sprzedaży „Gazety Wyborczej”. Oczywiście, że do przychodów, które generuje dziennik, należy też dodać przychody z reklam publikowanych na jego łamy. Ale nawet jakby dodać obie te sumy (sprzedaż i reklamy) to okazuje się, że Agora więcej zarabia na samej sprzedaży biletów w Heliosie. A mówimy przecież nie o byle jakiej tam gazetce, ale ciągle jednym z największych i najważniejszych tytułów prasowych w Polsce!

    www.unsplash.com/Max Letek

    Nie jest wielką tajemnicą, że kiedyś wiązałem swoje plany życiowe z dziennikarstwem właśnie. Co więcej, miała to być właśnie prasa papierowa. Widziałem siebie jako poważnego pana redaktora, który pisze poważne teksty, a potem może je sobie przeczytać następnego dnia w wydaniu porannej gazety. Moje życie z różnych powodów potoczyło się inaczej, w sumie lepiej, ale i tak robi mi się trochę smutno na myśl, że to moje nastoletnie marzenie nigdy się nie spełni. Ale upadek prasy papierowej martwi mnie z jeszcze jednego powodu. Na papierze czyta się jednak inaczej i tutaj mogę się podzielić dowodem anegdotycznym z mojego własnego życia. Przez lata byłem wiernym czytelnikiem magazynu „Książki”. Pędziłem do kiosku, kiedy tylko ukazywał się kolejny numer i czytałem właściwie od deski do deski. W pewnym momencie kupiłem jednak internetową prenumeratę „Gazety Wyborczej” i dostałem również dostęp do artykułów z „Książek”. Przestałem je więc kupować i, jak się niedawno zorientowałem, także je czytać. Nie do końca wiem, dlaczego. Jakby czegoś mi brakowało. Papier powodował jakiś przymus czytania. Leżąca na stole gazeta nieustannie o sobie przypominała, a z czasem potrafiła nawet stać się wyrzutem sumienia. Nigdy nie miałem takich uczuć w stosunku do treści z Internetu. Artykuły, które chciałem przeczytać najpierw znikały w odmętach sieci, a potem z mojej pamięci. Prasa papierowa ma też swój ciężar. Wspominał o tym Cezary Łazarewicz, który w jednym z wywiadów powiedział, że kiedy pisał dla Wirtualnej Polski jego teksty były znacznie częściej czytane i komentowane przez tysiące ludzi, ale nic z tego nie wynikało. Publikacje „na papierze”, chociaż miały mniejszą widownię, przynosiły znacznie bardziej konstruktywny odzew czytelników i potrafiły realnie coś zmienić.

    Oczywiście, dostrzegam też ironię sytuacji, bo czytacie Państwo ten tekst w internecie właśnie. Na ekranach komputerów czy komórek. I raz jeszcze powtórzę, trendy są jakie są i jakoś nie widać szans, żeby się odwróciły. Ale śmierć polskiego „Playboy’a” wydaje mi się jednak kamieniem milowym. Szkoda tego tytułu. Szkoda polskiego rynku prasy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kwestia imienia”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Chris Carter zyskał w Polsce sporą popularność. Czytałem wiele pozytywnych recenzji na temat jego powieści, czytelnicy na internetowych forach albo się zachwycają, albo przynajmniej mocno chwalą. Nawet mój gospodarz na tej stronie jest miłośnikiem tego pisarza. Co do mnie, to na mojej półce lezy kilka powieści Cartera. Lubię być z gatunkiem na bieżąco, ale żadnej jeszcze nie przeczytałem. Dlaczego? Niedawno się nad tym zastanawiałem i w końcu do mnie dotarło – chodzi o imię i nazwisko głównego bohatera

    Robert Hunter – tak właśnie nazywa się bohater Cartera. Dzielny policjant walczący ze złem na ulicach Los Angeles. Przepraszam Państwa bardzo, być może te powieści faktycznie są bardzo dobre, ale ja już na tym etapie nie jestem ich w stanie traktować poważnie. Robert Hunter. Robert Łowca. Już słyszę jego lekko zachrypnięty (oczywiście), szorstki (jeszcze bardziej oczywiście), ociekający testosteronem (oczywista oczywistość) głos w głowie – Nazywam się Robert Łowca i poluję na przestępców.

    Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Kurczę, naprawdę nie dało się wymyślić mniej pretensjonalnego imienia i nazwiska?

    Ale i tak na mojej prywatnej liście najgorszych imion i nazwisk bohaterów kryminałów Robert Łowca zajmuje dopiero zaszczytne drugie miejsce. Na pierwszym od wielu lat znajduje się detektyw londyńskiej policji z cyklu Tony’ego Parsonsa Max Wolfe (dla niepoznaki z „e” na końcu). Max, kurczę, Wolfe. Maksymalny Wilk. Nie jestem w stanie traktować poważnie kogoś, kto tak nazwał główną postać swojego cyklu. Samego bohatera zresztą też nie. Dlatego z tą serią pożegnałem się dość szybko.

    Mam problem z obsadą trzeciego miejsca, chociaż mam kilka typów. Jednym z nich jest Harry Hole. Żeby była jasność, bardzo cenię pisarstwo Jo Nesbo i jego powieści. Ale imię i nazwisko głównego bohatera? Trochę przesadzone. Po pierwsze imię. Harry. A więc angielskie, a nie norweskie. Niemniej, występuje w Norwegii. Jednak ma swoje potoczne znaczenie. „Harry” to przymiotnik oznaczający coś bez smaku lub nawet wulgarnego. Wynikało to z faktu, że imię to nadawali swoim dzieciom głównie przedstawiciele klasy robotniczej. Hole to dziura. Przyjrzyjmy się teraz naszemu bohaterowi, który jest policjantem, jego prywatne życie to jedna ogromna emocjonalna katastrofa, a wewnętrzną pustkę próbuje wypełnić alkoholem. Nesbo nazwał nadał mu imię i nazwisko, które de facto oznacza „wulgarną dziurę”. Jak dla mnie, trochę przegiął. Rozumiem, że nomen omen i tak dalej, ale co za dużo, to niezdrowo.

    Jest też bohater pani J.K. Rowling. Cormoran Strike? Świetnie imię dla postaci z Harry’ego Pottera, beznadziejne dla powieściowego detektywa. Cormoran (imię giganta z kornwalijskich legend, kojarzący się z francuską nazwą kormorana, nota bene, nie znalazłem nikogo o takim imieniu na facebooku) Strike. Kormoran Uderzenie. Uderzenie Kormorana? Nawet nie jestem pewien, jak to powinienem przetłumaczyć. Co zaskakujące, pani Rowling wymyśliła sobie całkiem fajny i wpadający w ucho pseudonim Robert Galbraith. Dlaczego nie mogła pójść za ciosem i stworzyć coś równie prostego dla swojego bohatera? To już pozostanie tajemnicą.

    Na tym tle John Rebus z powieści Iana Rankina wypada dość zwyczajnie. Ale też jest dziwaczny i niepotrzebnie znaczący. Jestem policjantem, rozwiązuje kryminalne łamigłówki, a nazywam się Rebus. Czemu nie krzyżówka? Albo jeszcze lepiej – Jolka lub Sudoku? Rankina w pewnym sensie tłumaczy, że debiutował w latach osiemdziesiątych. I w tamtym czasie to faktycznie mogło być coś nowego, ciekawego i świeżego. No i przede wszystkim – Rebus jednak nie gryzie w zęby tak mocno jak Max Wolfe.

    Ale żeby nie było, są też pozytywne przykład. Całkiem sobie nieźle z nazywaniem swoich bohaterów radzą polscy autorzy. Mistrzem dla mnie jest tutaj (co powtarzałem wielokrotnie) Mariusz Czubaj z Rudolfem Heinzem. Tak. Na pierwszy rzut ucha/oka brzmi dziwacznie, ale równocześnie całkiem nieźle. Za to kiedy zdamy sobie sprawę, że główny bohater pochodzi ze Śląska, cała ta dziwność znika. Rudolf Heinz wywodzi się po prostu z niemieckiej mniejszości (nawet jeśli się już z nią nie identyfikuje). Co więcej, jeśli już to wiemy, to możemy też sobie wyobrazić, jak wyglądało życie jego rodziny w okresie PRLu i jaki to miało wpływ na życie Rudolfa. Pisząc krótko, w tym imieniu i nazwisku zawarta jest cała historia tej postaci. Absolutne mistrzostwo.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Niezły jest Teodor Szacki. Nietypowe imię, po którymi następuje bardzo zwyczaje nazwisko. Fajne połączenie. Nieprzesadzone, prawdopodobne, a zapadające w pamięć. Podobnym tropem poszła Katarzyna Bonda tworząc Saszę Załuską. W trochę innej lidze grają twórcy kryminałów retro, ale i oni potrafią. Eberhard Mock Marka Krajewskiego czy Zyga Maciejewski Marcina Wrońskiego są blisko mistrzostwa świata.

    A co do mnie, to uważam, że mam literackie dwie pięty achillesowe. Wymyślam takie sobie tytuły swoich książek i takie sobie imiona i nazwiska bohaterów. Ale przy całym tym autokrytycyzmie uważam, że Jakubowi Mortce czy Dawidowi Wolskiemu jednak daleko do Maxa Auuuu! Wolfe’a.

    Wojciech Chmielarz

  • „Zagadka kasztanów”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Mało jest drzew, które są tak ważne, jak kasztanowce. W maju wyczekujemy aż zakwitną, bo przecież inaczej nie ma mowy o maturze. Ale prawdziwy szał na nie nadchodzi jesienią

    Wiele napisano i powiedziano o fenomenie zbieraniu grzybów w Polsce. Jesienią lasy szczelnie wypełniają się ludźmi w każdym możliwym wieku, każdej płci, których łączy wzrok wbity w ziemię wiklinowy (najczęściej) koszyk i scyzoryk w kieszeni. W tajemnicy trzymają najlepsze tereny zbierackie, zazdrośnie zerkają do koszyków konkurentów, chętnie opowiadają o tym, jakie to niegdyś znaleźli borowiki, rydze czy kanie.

    Podobnym zajęciem jest polowanie na kasztany. Wygląda to zresztą niemalże identycznie, chociaż areną zmagań są tutaj miejskie podwórka, a nie las. Gromady ludzi krążą wokół wysokich drzew, wyszukując w trawie brązowych kulek. Dodatkowy dreszczyk emocji zapewnia konieczność unikania psich kup (w lesie rzadko jednak spotykanych). O ile jednak grzybobranie jest nieźle w literaturze polskiej opisane, to zbieranie kasztanów jest fenomenem całkowicie pisarsko zignorowanym. I to pomimo tego, że zajmują się nim nie tylko dzieci, ale też osoby całkiem dorosłe. Kobiety i mężczyźni. Jest to zajęcie całkowicie demokratyczne.

    W zbieraniu kasztanów fascynuje mnie to, że jest to czynność absolutnie bezsensowna. Grzybobranie przynosi jednak jakieś wymierne korzyści. Te wszystkie jajecznice z kurkami, suszone grzyby, słoiki wypełnione marynowanymi podgrzybkami. W przypadku kasztanów wmawiamy sobie, że zbieramy je dla dzieci, żeby potem robić z nich kasztanowe ludziki (nota bene, właśnie ukazał się kryminał pod takim tytułem autorstwa Sorena Sveistrupa, po 200 stronach mogę powiedzieć, że całkiem udany), ale bądźmy szczerzy – najczęściej przynosimy do domu worek pełen jesiennych zbiorów, zostawiamy go w przedpokoju, żeby wyrzucić po dwóch miesiącach. A równocześnie ludzie naprawdę się angażują w to zajęcie. W tym ja. Dość powiedzieć, że pewnego dnia poważnie uszkodziłem sobie prawą nogę schodząc z kasztanowca, na który wspiąłem się, żeby trochę potrząsnąć gałęziami w wiadomym celu. Powiem tylko, że miałem wtedy dużo więcej lat niż wypadało (dużo więcej!).

    www.unsplash.com/Waldemar Brandt

    Piszę o tym wszystkim, bo fenomen zbierania kasztanów zauważyłem dopiero w tym roku. To znaczy, wcześniej wiedziałem, że ludzie zbierają kasztany. Ale nie docierało chyba do mnie w pełni jak powszechna, demokratyczna i popularna jest to czynność. Jak wielką niektórzy do niej przywiązują wagę. I to sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, jakich jeszcze fenomenów w otaczającym mnie świecie nie zauważyłem lub ich nie doceniam. W pewnym momencie pogodziłem się, że nie nadążam już za rozwojem technologii. Zatrzymałem się gdzieś na poziomie facebooka. Ledwo ogarniam, o co chodzi z instagramem. Nigdy nie korzystałem ze snapchata i już totalnie nie rozumiem tiktoka. Dodajmy jeszcze do tego wszystkie youtube’owe mody, za którymi po prostu nie nadążam. Są też poważniejsze przykłady. Dopiero niedawno dowiedziałem się o modzie na podcasty. I znowu. Wiedziałem, że coś takiego jak podcasty istnieje. Wiedziałem, że przygotowują je i amatorzy, i poważne redakcje. Ale dopiero kilka dni temu uświadomiono mi jaki jest zasięg tego zjawiska. A mówimy tutaj tylko i wyłącznie o tym, co się dzieje w świecie wirtualnym! Co z tym, co wydarza się poza siecią?

    Wszystko to mnie martwi. Pisarz, szczególnie twórca dziejących się współcześnie kryminałów, powinien jednak trzymać rękę na pulsie. Orientować się w tym, co jest teraz na topie. I tym właśnie będę zajmował przez jesień. Odetchnę po promocji „Rany”, a później spróbuję przynajmniej trochę nadgonić za współczesnością. Będę obserwował, będę się uczył, będę starał się zrozumieć. Zobaczymy, gdzie mnie to poszukiwania zaprowadzą. Czego się dowiem o otaczającym mnie świecie. Jeśli mają Państwo jakieś sugestie, czemu powinienem się przyjrzeć – proszę wrzucać w komentarzach lub wysłać mi wiadomość na facebooku.

    Zanim jednak się tym wszystkim zajmę, pójdę najpierw pozbierać trochę kasztanów.

    Wojciech Chmielarz

  • „Writers block”, felieton Wojciecha Chmielarza

    Pisanie felietonu w szczycie ostatniej sierpniowej fali upałów nie jest łatwym zadaniem. Pot ze mnie spływa, ciężko mi się oddycha, a równocześnie w głowie mam pustkę. A pokusa, żeby zadzwonić do smakksiazki.pl i powiedzieć mu, że sorry, ale tym razem z tekstu nici jest coraz większa.

    Cała ta sytuacja naprowadza mnie na pomysł napisania tekstu na temat, który przeraża każdego pisarza. Mowa o twórczej blokadzie, o czymś co anglosasi nazywają „writers block”. Państwo znają ten obrazek z telewizji i kinowych ekranów. Pisarz lub pisarka siedzący godzinami przy biurku, z rękoma zawieszonymi nad klawiaturą i wpatrujący się niemo w pusty ekran komputera. Albo wyrzucający do kosza jedną za drugą zmiętą kartkę papieru. Popkulturowo najsłynniejszym chyba przykładem blokady twórczej jest Jack Torrance z „Lśnienia” Stephena Kinga. Aspirujący pisarz, który wyjeżdża spędzić zimę w odciętym od świata hotelu i gdzie ma nadzieję skończyć swoją wielką powieść. A potem spędza całe dnie stukając na maszynie jedno i to samo zdanie: All work no play makes Jack a dull boy. Możemy zastanawiać się, czy to być może przez blokadę Jack poddał się wpływom demonicznego hotelu, a może było odwrotnie – to hotel sprowadził na bohatera twórczą niemoc.

    Twórcza niemoc jest czymś, co spotkało znacznie lepszych pisarzy ode mnie (żeby była jasność, całkiem jest ich sporo). Zmagał się z nim F. Scott Fitzgerald, Franz Kafka, Lew Tołstoj czy Joseph Conrad, żeby wymienić tylko prawdziwych tytanów literatury. Osobnymi przypadkami są takie postacie jak J.D. Salinger czy Harper Lee, którzy napisali kilka pozycji, odcisnęli swoje piętno na literaturze, a potem zamilkli na dekady. Wikipedia (zapomnijmy na chwilę, że niekoniecznie jest to wiarygodne źródło informacji, a przypomnijmy sobie, że piszę ten tekst w pośpiechu i w sierpniowym upale) podpowiada mi, że twórcza niemoc została po raz pierwszy opisana profesjonalnie przez psychoanalityka Edmunda Berglera w 1947. I od tego czasu poświęcono jej sporo badań.

    www.unsplash.com/Florian Klauer

    Jakie są więc przyczyny blokady pisarskiej? Wygląda na to, że ilu pisarzy, tyle blokad. Ale najpopularniejszymi powodami są stres, perfekcjonizm, obawa przed krytyką, goniące terminy, ale także zmieniająca się gwałtownie kondycja życiowa (problemy finansowe, rozwód, śmierć kogoś bliskiego, problemy psychiczne, depresja i inne). Jest to też napięcie związane z tym, czy oddajemy czytelnikom książkę równie dobrą jak nasze poprzednie prace. Strach przed obniżeniem lotów bywa paraliżujący. Towarzyszy temu również wytłumaczenie czysto biologiczne, które może wydawać się banalne, chociaż mnie uwodzi trochę swoją prostotą oraz logiką. W sytuacji stresu główne procesy decyzyjne rozgrywają się w układzie limbicznym, a nie w korze mózgowej. I tutaj wyjaśnimy sobie jedno. Układ limbiczny to taki pierwotny narząd, zakopany głęboko w naszym mózgu, który na wszystkie dylematy ma dwie odpowiedzi – walcz albo uciekaj. Z kolei kora odpowiedzialna jest za myślenie twórcze. Czyli im bardziej pisarz zestresowany, tym staje się mniej kreatywny (co od razu falsyfikuje popularną tezę, że „artysta głodny jest o wiele bardziej płodny”).

    Są oczywiście tacy pisarze, który twierdzą, że blokada twórcza ich nie dotyczy. Jednym z nich był William Faulkner, który twierdził, że pisze tylko wtedy, kiedy ma natchnienie. A potem dodawał, że na szczęście u niego natchnienie pojawia się codziennie o dziewiątej rano, kiedy siada przy maszynie. Podobnie uważał Jack London. Patrick Rothfuss, autor powieści fantasty, twierdzi z kolei, że całe to gadanie o blokadzie to nic więcej jak robienie przez pisarzy wokół siebie zamieszania, próba pokazania, razem z opowieściami o muzie i natchnieniu, jacy to wyjątkowi niby jesteśmy.

    www.unsplash.com/Andrew Seaman

    A co ze mną? Nigdy nie zdarzyło mi się cierpieć na twórczą niemoc. Niemniej, rozumiem strach, jaki może być związany z wypuszczeniem kolejnej książki. Przeżywałem to kilka tygodni temu, kiedy wielkimi krokami zbliżała się premiera „Rany”. Wiedziałem, że po „Żmijowisku” moja sytuacja zupełnie się zmieniła. Przy cyklu o Mortce, „Wampirze” i „Zombim”, nawet biorąc pod uwagę, że były to na przykład moja piąta, szósta czy siódma książka, dla czytelników zawsze byłem przyjemną niespodzianką. Kimś, kogo dopiero poznają i kto przyjemnie ich zaskoczył. Jasne, nie zawsze. Była grupa, rosnąca z każdą powieścią, wiernych czytelników, którzy mi towarzyszyli i kibicowali (dzięki wielkie za to!), ale tak naprawdę szersza publiczność mnie nie znała. Zmieniło się to po „Żmijowisku” właśnie. Nagle okazało się, że czytelnik ma wobec mnie pewne oczekiwania. A ja nie miałem pojęcia, czy jestem w stanie je spełnić.

    Rana” jest już na księgarskich półkach. Możecie Państwo po nią sięgnąć. A wcześniej przeczytać recenzje. Niektóre są dobre, inne złe, ale generalnie jest, mam wrażenie, nieźle. Ale wracając do tematu tego felietonu – jak ja sobie radzę z twórczą niemocą? Po prostu siadam i piszę. Żeby się rozruszać. Żeby zacząć. Żeby napisać kilka słów, kilka zdań, akapitów, które potem pewnie wywalę, ale które sprawią, że coś zrobię. Ruszę do przodu. Pisać, pisać, pisać. Chociażby felieton na temat blokady pisarskiej na ponad pięć tysięcy znaków.

    Wojciech Chmielarz

  • „Ulubiony pisarz, o którym ciągle zapominam”. Lipcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Są wakacje, a więc okres, kiedy teoretycznie jest trochę luźniej (nie jest) i można nadrobić z lekturami (co pomimo wszystko staram się robić).

    Jest to kolejny dowód na siłę wpojonych nam w dzieciństwie nawyków, ale już w czerwcu, jak zresztą co roku, cieszyłem się na nadchodzące szybkimi krokami wakacje. Cieszyłem się pomimo tego, że zdawałem sobie sprawę, że czasu na odpoczynek będę miał niewiele. W jakiś niewiarygodny sposób udało mi się jednak tę świadomość zepchnąć w ciemny kąt mojego umysłu i zupełnie nie brać tego pod uwagę, kiedy robiłem czytelnicze plany na wakacyjne miesiące. A potem boleśnie rozbiły się one o realia. Większość lipca spędziłem w samochodzie jeżdżąc z północy na południe i ze wschodu na zachód. Poznałem mnóstwo fascynujących ludzi, odbyłem świetne spotkania, byłem w górach i nad morzem. O pewnych rzeczach wkrótce zresztą napiszę. Do tego promocja nadchodzącej „Rany”, a więc spotkania, wywiady, gorączkowa wymiana maili z wydawnictwem, ustalanie terminu kolejnych spotkań autorskich (o których będę wkrótce informował). Czasu na czytanie było w tym wszystkim niewiele. I cholernie mnie to zabolało, bo pewnie jak wielu innych czytelników, przez cały rok pracowicie buduję swoją prywatną kupkę wstydu – zbiór książek i komiksów, których nie dałem rady przeczytać w przeciągu ostatnich dziesięciu miesięcy. Są tam i reportaże, i kryminały, i literatura piękna. Mijam je każdego dnia i zawsze odwracam wzrok, jakbym się bał, że wszystkie te książki zaraz zaczną robić mi wyrzuty. Niestety, z tej kupki w lipcu dałem radę zmierzyć się tylko z jedną pozycją. Z „Olimpem” Dana Simmonsa. I cholera, nie żałuję.

    www.unsplash.com/Kimberly Farmer

    Bo to jest tak, że Dan Simmons to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenianych współczesnych pisarzy. Do tego stopnia, że nawet kiedy mnie, jego zapalonego przecież fana, pytają o ulubionego pisarza, to bąkam coś o Flanaganie, albo zwracam się w stronę klasyki i wspominam Chandlera, a dopiero po jakimś czasie, zazwyczaj wtedy kiedy rozmowa dotyczy już czegoś innego, przypominam sobie o Simmonsie. A przecież uwielbiam jego książki! Kupuję każdą, która tylko pojawia się w księgarni. W oczekiwaniu na „Olimp” bombardowałem wydawnictwo Mag wściekłymi mailami domagając się, żeby wreszcie tę powieść wydali (nie żałuję, należało się im. Przekładali datę premiery chyba pięć razy. I to nie o kilka dni, ale kilka miesięcy!). Ale jednak o Simmonsie trochę zapominam. Może dlatego, że pisze on powieści, które są po prostu ogromne. „Olimp” ma prawie tysiąc stron. I to nie w żaden sposób napompowanych, jak to się czasami na rynku zdarza. Format książki jest większy niż w przypadku większości pozycji. Druk normalny, marginesy zaskakująco małe. Powiem szczerze, grubość tej powieści trochę mnie onieśmielała. I dlatego tyle czekała na swoją kolej.

    Ale było warto. Dan Simmons ma w swoim dorobku horrory, a zwykłemu czytelnikowi jest pewnie najlepiej znany z niedawno zekranizowanego jako serial „Terroru”. Ale swoje mistrzostwo pokazuje, jako autor powieści science fiction. To książki niesamowicie oryginalne i po prostu oszałamiające. Weźmy jako przykład „Olimp” właśnie (który notabene jest drugą części dylogii, którą zapoczątkował „Ilion”). Próba opisania fabuły tej sagi jest z góry skazana na niepowodzenie. Ale spróbuję, żeby dać Państwu jakieś pojęcie o pisarstwie Simmonsa. Mamy więc greckich herosów, którzy oblegają Troję. Wydarzenia przebiegają w zgodzie z opisem zawartym w eposie Homera, ale szybko się orientujemy, że oblężenie odbywa się nie w przeszłości, ale w przeszłości albo w jakimś dziwnym miejscu poza czasem. A greccy bogowie (bo oni też się pojawiają) dysponują niesamowicie zaawansowaną technologią. Równocześnie grupa robotów (chociaż Simmons używa określenia morowce), z których dwójka specjalizuje się w analizie pism Prousta i Szekspira wyrusza na wyprawę na Marsa. Tymczasem Ziemię zamieszkują ludzie, ale pozbawieni swojej historii, umiejętności czytania i całkowicie uzależnieni od tajemniczej technologii. Są rozleniwieni i ogłupieni. Żeby było jeszcze zabawniej, ich ulubioną rozrywką jest obserwowanie za pomocą urządzeń zwanych „całunami” oblężenia Troi. Nagle kilku z nich wyrusza w szaloną wyprawę, która zmieni dosłownie wszystko. I te wątki się ze sobą mieszają, przeszłość z przyszłością, antyk z futuryzmem, mity z nauką, Homer z Szekspirem tworząc coś po prostu niewiarygodnego i wspaniałego. A przecież to nie pierwsza tego typu książka Simmonsa. Podobny efekt osiągnął przecież w „Hyperionie”, o którym też mógłbym opowiadać godzinami!

     

    Także do czytania Simmonsa zachęcam. Na początku proponuję sięgnąć po trochę bardziej hmm… zwyczajny, ale ciągle wspaniały „Terror”. Przede wszystkim publikuję jednak ten felieton, żeby samemu sobie wbić wreszcie do głowy, że Dan Simmons jest obecnie moim ulubionym pisarzem. I sięgnąć wreszcie po „Letnią noc”, która była podobo jedną z inspiracji dla twórców „Stranger Things”. Już nie mogę się doczekać.

    Wojciech Chmielarz

  • „Książki, których nigdy nie napiszę”. Czerwcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W trakcie ostatniej edycji Big Book Festival miałem przyjemność wraz z Anną Dziewit-Meller i Tomaszem Michniewiczem brać udział w dyskusji pod przewrotnym tytułem: Czego to ja nie napiszę. Pomysł był prosty – niech każdy z nas podzieli się opowieściami o książkach, którymi może i chciałby się zająć, ale nigdy tego nie zrobi. Zaskoczyło mnie, że w pewnym momencie wszyscy przyznaliśmy, że naszą twórczość blokuje jedna i ta sama rzecz.

    Możemy to różnie nazywać. Pułapką rynkowych oczekiwań albo szufladką, do której wpadliśmy i z której nie za bardzo mamy jak się teraz wydostać. Do tej pory myślałem, że głównie ja mam takie problemy. Autor powieści gatunkowych. Twórca kryminałów. Dobrze to obrazują moje przygody z „Królową Głodu”. Podejrzewam, że większość z Państwa nie zna tej pozycji. I nic dziwnego. Napisałem ją chyba w 2013. Kilka razy pojawiała się w ramach akcji bookrage’a (obecnie artrage) jako ebook. Audiobook jest dostępny w Storytel. I to tyle. Książka nigdy nie ukazała się w papierze. Nie wiem, czy kiedykolwiek do tego dojdzie. I wcale nie dlatego, że nie byłoby wydawcy chętnego, żeby tę pozycję opublikować.

    Problem z „Królową Głodu” polega na tym, że jest to powieść fantastyczna. Zupełnie nie przystająca do mojego dotychczasowego dorobku. Napisałem ją w momencie, kiedy jeszcze wiązałem jakieś nadzieje z tym gatunkiem. I do dzisiaj jednym z moich twórczych marzeń jest powrót do tych bohaterów, do tego świata i napiszę kolejny tom tej opowieści. A teraz wytłumaczę Państwu, dlaczego to jest mało prawdopodobne.

    Napisanie każdej mojej książki zajmuje mi około roku. To nie tylko samo pisanie, ale także planowanie powieści, zbieranie materiałów, potem redakcja i korekta. To pierwsza kwestia. A teraz kwestia druga, zbiór miłośników fantastyki i zbiór czytelników kryminałów pokrywają się tylko nieznacznie. Co to dla mnie oznacza, jako autor kojarzonego z kryminałem właśnie? Że na napisanie drugiej części „Królowej Głodu” musiałbym poświęcić co najmniej rok pracy, a przy tym wchodziłbym na zupełnie nowy dla mnie rynek. Znowu musiałbym przedstawiać się czytelnikom. Znowu musiałbym próbować do nich dotrzeć, próbować przekonać ich, że moje pisanie jakąkolwiek wartość. W sumie, zaczynałbym swoją pracę niemal od zera, nie mając żadnej gwarancji sukcesu. Ale co gorsza, istnieje spore prawdopodobieństwo, że mógłbym stracić przynajmniej część swoich dotychczasowych czytelników.

    www.unsplash.com/Jonathan Richard

    Te refleksje i wątpliwości towarzyszyły mi od kilku lat. Rozważam wszystkie za i przeciw za każdym razem, kiedy wraca do mnie myśl, żeby napisać kontynuację „Królowej…”. I żeby była jasność. Uwielbiam kryminał jako gatunek. To wspaniała literacka szuflada, w której jest wiele miejsca i wiele możliwości opowiedzenia fascynujących historii. Ale równocześnie to szuflada, z której nie tak łatwo się wydostać.

    Byłem naprawdę zaskoczony, kiedy podobnymi refleksjami dotyczącej swojej twórczości podzielili się Tomasz Michniewicz, autor książek podróżniczych i reportaży, a także Anna Dziewit-Meller, pisarka, która jednak po tematach trochę skacze i wydawało mi się, że jej problem nie dotyczy. Tymczasem wszyscy czuliśmy, że rynek, czytelnicy mają wobec nas pewne gatunkowe oczekiwania. A pójście wbrew tym oczekiwaniom, jest jednak sporym ryzykiem.

    Są oczywiści e pisarze, którzy to ryzyko podjęli i im się opłaciło. Przychodzą mi do głowy nazwiska Łukasza Orbitowskiego, Jakuba Małeckiego i Szczepana Twardocha. Wszyscy zaczynali do szeroko pojętej fantastyki, żeby pójść potem w stronę prozy realistycznej. Wszyscy odnieśli sukces. Pamiętam też o Annie Kańtoch, która przez lata pisała fantastykę, żeby wejść w kryminał. I o Jakubie Ćwieku, który przeszedł tę samą drogę. No i jest jeszcze osobny przykład Zygmunta Miłoszewskiego, który porzucił kryminał, żeby napisać „Jak zawsze”, powieść, której gatunkowo po prostu nie da się przyporządkować.

    I tak im bardziej się nad tymi wszystkimi historiami zastanawiam, myślę sobie, że te wszystkie moja obawy nie są aż tak mocno uzasadnione. Być może największa szufladka znajduje się po prostu w mojej głowie. I zamiast hamletyzować i dzielić włos na czworo, lepiej zabrałbym się po prostu się za kontynuację „Królowej Głodu”.

    Ale wcześniej napiszę jednak kilka kryminałów.

    Wojciech Chmielarz

  • „Trochę inne kryminały”, majowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Słyszałem kiedyś opinię, że obecnie najciekawsze rzeczy w kryminale dzieją się w komiksie. Z przyczyn oczywistych nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić, jednak ta opinia zainspirowała mnie do zrobienia takiego super subiektywnego przeglądu kryminalnych historii komiksowych, które zrobiły na mnie wrażenie w ostatnich latach.

    Zacznę od trzech klasyków. Pierwszy to „Strażnicy” Alana Moore’a i Davida Gibbonsa. Tytuł, który w komiksie zrobił małą rewolucję totalnie demitologizując świat superbohaterów. Ale na pewnym poziomie to również historia kryminalna, która nota bene zaczyna się od jednej z najlepszych, najbardziej ikonicznych scen zabójstwa, jakie kiedykolwiek powstały. A że HBO za niedługo ma przedstawić serial, który będzie nawiązywał do tego tytułu, to warto sobie „Strażników” odświeżyć.

    Za drugi tytuł również odpowiada Alan Moore. Tym razem w parze z rysownikiem Eddiem Campbellem. Chodzi o „Prosto z piekła”. I niech tutaj Państwa nie zniechęca nienajlepszy film z Johny Deppem pod tym samym tytułem. To co prawda adaptacji pracy Moore’a, ale dość luźna. Sam zaś komiks to potężne dzieło i chyba najlepsza rzecz na temat Kuby Rozpruwacza, która kiedykolwiek powstała. A na pewno najlepsza, jaką ja widziałem/czytałem. Olśniewająca.

    Trzeci tytuł to dzieło duetu Jeph Loeb i Tim Sale, a ma tytuł „Długie Haloween”. To już klasyczna opowieść o Batmanie, z czasów kiedy jego najgroźniejszym przeciwnikiem nie był wcale Joker i spółka, ale mafia z Gotham. Loeb nawiązał tutaj do początków Człowieka Nietoperza. Teraz kojarzymy go jako czającego się w cieniu osiłka, który problemy rozwiązuje pięściami i kopniakami, ale kiedyś były to opowieści detektywistyczne. I tylko detektyw nosił dziwny kostium. W „Długim Haloween” Batman, żeby dowiedzieć się kto zabija najgroźniejszych przestępców w Gotham, bardziej będzie musiał pracować mózgiem niż mięśniami.

    A z rzeczy nowszych to zawsze warto śledzić co proponuje duet Ed Brubacker (scenariusz) i Sean Philips (rysunki). Są autorami m.in. całkiem fajnego i mrocznego „Zaćmienia”, a także serii „Criminal”, która właśnie debiutuje na polskim rynku. To zbiór niepowiązanych ze sobą kryminalnych historii. Pierwszą część „Tchórz” czytałem kilka lat temu w oryginale i zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jestem ciekaw, co panowie zaproponują w kolejnych tomach.

    Kolejny tytuł wart polecenia to „Odrodzenie”. Tym razem to połączenie horroru i kryminału. Mamy małe miasteczko na amerykańskiej prowincji, w którym zmarli nagle powracają do życia. Ale nie, proszę się nie martwić, nie zmieniają się w żądne krwi zombie. Żyją i funkcjonują normalnie (przynajmniej do czasu), ale ich pojawienie się sprowadza sporo zamieszania. Z tym wszystkim zmaga się miejscowa policjantka, która równocześnie próbuje odkryć, kto zamordował jej siostrę. Rzecz w tym, że siostra również wróciła do życia i wcale nie jest zainteresowana rozwikłaniem tej zagadki własnej śmierci.

    www.unsplash.com/Miika Laaksonen

    Natomiast ostatnio zachwycam się serią „Grass Kings”. To mocno liryczna, poetycka opowieść, o społeczności wyrzutków, którzy stworzyli swoje własne królestwo, własne prawa i starają się trzymać z dala od normalnego życia. Zajmują się tylko własnymi sprawami i tego samego oczekują od innych. Wszystko się jednak zmienia, kiedy pojawia się podejrzenie, że jeden z tych romantycznych wyrzutków jest tak naprawdę seryjnym zabójcą, a całe królestwo zostało zbudowane na tajemnicach jego mieszkańców. Powiem tak, oprócz tego, że „Grass Kings” mają całkiem intrygujący scenariusz, to chyba najładniej narysowany komiks, jaki kiedykolwiek trzymałem w rękach. Po prostu prawdziwe dzieło sztuki.

    I wreszcie na koniec seria, która w ostatnich latach zrobiła na mnie największe wrażenie. „Skalp”, gdzie za scenariusz odpowiada Jason Aaron. Gęsta, mroczna i brutalna kryminalna saga, której akcja dzieje w indiańskim rezerwacie. Jakakolwiek, skrótowa próba opisania fabuły jest skazana na niepowodzenie. Za dużo się tu dzieje, zbyt wiele wątków, konfliktów, postaci, ale całość jest po prostu oszałamiająca. „Skalp” to pięć całkiem grubych tomów, ale jeśli kiedykolwiek wpadnie wam w ręce, to nie wahajcie się ani chwili. Naprawdę warto. Szczególnie, że coraz głośniej mówi się o planowanej ekranizacji.

    Wojciech Chmielarz