Tag: wydawnictwo marginesy

  • Zapasowy, czyli „Ten drugi”. Fragment książki księcia Harrego

    Niezależnie od przyczyn moja pamięć jest jaka jest, robi to, co robi, gromadzi i przechowuje to, co uważa za stosowne, i tyle samo prawdy jest w tym, co pamiętam i jak pamiętam, ile w tak zwanych obiektywnych faktach. Rzeczy takie jak chronologia czy przyczyna i skutek to często tylko baśnie, które opowiadamy sobie o przeszłości. „Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Kiedy nie tak dawno odkryłem ten cytat na BrainyQuote.com, poraził mnie on jak grom. Pomyślałem: kim, do kurzej maci, jest Faulkner? I w jaki sposób jest spokrewniony z nami, Windsorami?


    A zatem: Balmoral. Kiedy zamknę oczy, widzę główne wejście, dzielone okna od frontu, szeroki portyk i trzy nakrapiane szaro-czarne granitowe schody prowadzące do masywnych drzwi wejściowych z dębu w kolorze whisky, często podparte przez ciężki kamień do curlingu i obsługiwane przez lokaja w czerwonej kurtce, a w środku – przestronny hol z białą kamienną podłogą i szarymi płytkami w kształcie gwiazd, ogromny kominek z piękną obudową z rzeźbionego ciemnego drewna, z boku wejście do czegoś w rodzaju pomieszczenia gospodarczego, a po lewej stronie, koło wysokich okien, uchwyty na wędki, laski spacerowe, gumowe wodery i ciężkie nieprzemakalne ubrania – masa nieprzemakalnych ubrań, bo lato, często mokre i zimne w całej Szkocji, było jeszcze bardziej dokuczliwe w tym zakątku godnym Syberii – a dalej jasnobrązowe drewniane drzwi prowadzące do korytarza ze szkarłatnym dywanem i ścianami wyłożonymi kremowymi tapetami ze wzorem ze złotego zamszu, wypukłym jak alfabet Braille’a, a jeszcze dalej liczne pokoje wzdłuż korytarza, każdy o określonym przeznaczeniu, jak siedzenie czy czytanie, oglądanie telewizji czy jedzenie podwieczorku, i jeden specjalny pokój dla paziów, z których wielu kochałem jak zbzikowanych wujków, i wreszcie główna komnata zamku, zbudowana w dziewiętnastym wieku, niemal dokładnie w miejscu wcześniejszego zamku datowanego na czternasty wiek, w odstępie kilku pokoleń od innego księcia Harry’ego, który został wygnany, a potem wrócił i zniszczył wszystko i wszystkich naokoło. Mój daleki krewny. Moja bratnia dusza, jak twierdzą niektórzy. A na pewno mój imiennik. Urodzonego 15 września 1984 roku, na chrzcie nazwano mnie: Henry Charles Albert David of Wales. Ale od samego początku wszyscy wołali na mnie Harry.

    W samym środku tej głównej komnaty znajdowała się wielka klatka schodowa. Obszerna, widowiskowa, rzadko używana. Kiedy babcia udawała się do swojej sypialni na drugim piętrze, z pieskami corgi drepczącymi za nią krok w krok, wolała korzystać z windy. Pieski też.

    Niedaleko windy babci, za szkarłatnymi dwuskrzydłowymi drzwiami i kawałkiem zielonej tartanowej podłogi, znajdowała się mała klatka schodowa z ciężką żelazną poręczą; prowadziła na drugie piętro, gdzie stał posąg królowej Wiktorii. Zawsze kłaniałem się jej, gdy przechodziłem.

    Wasza Królewska Mość!” Willy tak samo. Tak nam kazano, ale robiłbym to i bez nakazu. Byłem zafascynowany „babką Europy”, nie tylko dlatego, że babcia bardzo ją lubiła, a tata z początku chciał mnie nazwać imieniem jej męża (mama mu zabroniła). Ojciec Wiktorii, Edward, książę Kentu i Strathearn, był podobno sadystą, którego podniecał widok żołnierzy chłostanych batem, a jej ukochany mąż Albert zmarł na jej oczach. Do tego podczas swojego długiego, samotnego panowania przeżyła osiem zamachów na swoje życie, ośmiokrotnie do niej strzelało siedmiu różnych poddanych. Ani jedna kula nie trafiła w cel. Nic nie było w stanie powalić Wiktorii.

    Za posągiem Wiktorii sprawy się komplikowały. Drzwi upodobniały się do siebie, pokoje nakładały. Łatwo było się zgubić. Gdy otworzyło się nie te drzwi co trzeba, można się było natknąć na tatę, któremu lokaj akurat pomaga się ubrać. Albo gorzej, na tatę stojącego na głowie. Ćwiczenia te, zalecone przez fizjoterapeutę, były jedynym skutecznym lekarstwem na ciągły ból szyi i pleców taty. Przeważnie na skutek zadawnionych kontuzji z gry w polo. Ćwiczył codziennie, w samych bokserkach, oparty o drzwi lub zwisając z drążka jak prawdziwy akrobata. Wystarczyło dotknąć klamki małym palcem, żeby usłyszeć jego błagania z drugiej strony drzwi:

    Nie! Nie! Nie otwieraj! Na Boga, proszę, nie otwieraj!

    W Balmoral było pięćdziesiąt sypialni, z których jedną przeznaczono dla mnie i Willy’ego. Dorośli nazywali ją pokojem dziecinnym. Willy zajmował większą jej część, z podwójnym łóżkiem, sporą umywalką, szafką z lustrzanymi drzwiami, pięknym oknem z widokiem na dziedziniec z fontanną i brązowym posągiem łani. Moja część pokoju była znacznie mniejsza, z mniejszą ilością wygód. Nigdy nie pytałem, dlaczego. Nie dbałem o to. Ale też nie musiałem pytać. O dwa lata starszy Willy był Następcą, a ja – Zastępcą.

    Nie chodziło tylko o to, że tak nazywały nas tabloidy – choć z całą pewnością to robiły. To był również skrót, którego często używali tata, mama i dziadek. A nawet babcia. Następca i Zastępca – nie łączyło się to z żadnym osądem, ale też nie pozostawiało wątpliwości. Byłem cieniem, podpórką, planem B. Zostałem sprowadzony na świat na wypadek, gdyby Willy’emu coś się stało. Moim zadaniem było zapewnić wsparcie, odwrócić uwagę, przyjąć na siebie cios, a w razie potrzeby – dostarczyć części zamiennych. Może nerki. Krwi. Odrobiny szpiku kostnego. Wszystko to dokładnie wyjaśniono mi na początku drogi przez życie i metodycznie rozwijano później. W wieku dwudziestu lat po raz pierwszy usłyszałem o tym, co tata rzekomo powiedział do mamy w dniu moich narodzin:

    Cudownie! Dałaś mi Następcę i Zastępcę. Moja praca jest skończona.

    Żart. Zapewne. Z drugiej strony kilka minut po wygłoszeniu tej perły dowcipu tata podobno poszedł spotkać się ze swoją kochanką. No i tak. Czasem najczystszą prawdę mówi się w żartach.

    Nie bolało mnie to. Co to, to nie. Sukcesja była jak pogoda albo ruchy planet, albo kolejność pór roku. Po co się przejmować rzeczami tak niezmiennymi? Po co brać do siebie los wyryty w kamieniu? Bycie Windsorem wiązało się z rozpoznaniem, które z prawd miały ponadczasowy charakter, a następnie usunięciem ich z pola uwagi. Z uwewnętrznieniem podstawowych parametrów własnej tożsamości, instynktowna wiedza o tym, kim się jest, co zawsze wynikało z tego, kim się nie jest.

    Nie byłem babcią.
    Nie byłem tatą.
    Nie byłem Willym.
    Byłem trzeci w kolejności dziedziczenia, za nimi.
    Każdy chłopiec i każda dziewczynka, przynajmniej raz w życiu, wyobrażają sobie, że są księciem czy księżniczką. Dlatego też, Zastępca czy nie, nie było tak źle faktycznie być 
    księciem. Więcej – z przekonaniem wspierać 
    tych, których się kochało. Czyż nie na tym polega honor? Miłość? Jak w kłanianiu się Wiktorii, kiedy się przechodziło?

  • 4, 10, 11. Felieton Wojciecha Chmielarza

    Piszę ten felieton w dniu premiery „Długiej nocy” (tak jest, premierowy wieczór spędzam na walce z felietonem dla naszego kochanego Adama, cudne jest to życie pisarza 🙂 ) i myślę sobie o trzech cyfrach: cztery, dziesięć i jedenaście.

    Zaczniemy od tej pierwszej. Cztery. Tyle lat minęło od publikacji „Cieni”, czyli poprzedniego, piątego tomu cyklu o komisarzu Jakubie Mortce. Przez ten czas sporo się w moim pisarskim życiu zmieniło. Z autora, który był kojarzony przez miłośników gatunku, ale to też nie zawsze, stałem się kimś, kto jest wymieniany wśród grona najpopularniejszych pisarzy w Polsce. I jestem nieustannie autentycznie zaskoczony, kiedy dowiaduję się, ile ludzi zna i czyta moje książki. Na spotkaniach autorskich opowiadam, że przełomem w mojej karierze było „Żmijowisko”. Ale to nie jest do końca prawda. Bo zaczęło się już przy „Cieniach”. Tą książką z jakiegoś powodu zainteresowali się i dziennikarze, i krytycy, i blogerzy, i czytelnicy wreszcie, a to oni są najważniejsi. To wtedy pojawiła się moja duża sylwetka w „Książkach”. Nie zliczę, ile dostałem wtedy na Facebooku wiadomości typu: właśnie się o panu dowiedziałem/dowiedziałam, czy „Cienie” można czytać bez znajomości poprzednich części cyklu.

    Uważam zresztą nieskromnie, że „Cienie” to cholernie udana pozycja. Z dobrą intrygą, ciekawie poprowadzoną akcją i wreszcie zaskakującym zakończeniem. I to między innymi z tego powodu tak długo zwlekałem z napisaniem kolejnej powieści o Mortce. Bo chciałem, żeby przynajmniej dorównywała ona „Cieniom” właśnie. Cztery lata myślałem o tej książce. Cztery lata boksowałem się z różnymi pomysłami na temat tego, jak ma ona wyglądać. Po czterech latach wreszcie stwierdziłem, że tak, mam coś, czym chciałbym się z Państwem podzielić.

    Dziesięć. Tyle lat mija od mojego debiutu. I spokojnie, świętować będę dopiero w listopadzie, bo też w listopadzie ukazał się „Podpalacz”. Czyli pierwsza powieść o Jakubie Mortce właśnie. Dokładnie pamiętam, jak wymyślałem tę postać. Jak początkowo niespecjalnie za nim przepadałem, bo uważałem, że tak trzeba. Bo jeśli się lubi swojego bohatera, to za bardzo mu się idzie w fabule na rękę. A książka jest wtedy ciekawa, kiedy główna postać ma nieustannie rzucane kłody pod nogi. Teraz jestem o dziesięć lat starszy i mam nadzieję, że dziesięć lat mądrzejszy. Rozumiem, że nie ma nic złego w sympatii dla moich bohaterów. Przynajmniej tak długo, jak potrafię im przyłożyć kijem po plecach. A w „Długiej nocy” Mortka dostaje ostre cięgi.

    Jedenaście. Tyle lat minęło pomiędzy akcją „Cieni”, a „Długą nocą”. Ta pierwsza toczyła się w grudniu 2010 roku. Ta druga w listopadzie 2021. To było jedno z największych wyzwań związanych z tą powieścią. Bo jedenaście lat to szmat czasu. Zdawałem sobie sprawę, że Mortka musiał się zmienić. Być może stał się nawet zupełnie innym człowiekiem. I powinienem to jakoś zawrzeć i pokazać w „Długiej nocy”. Ale równocześnie czytelnicy powinni w nim zobaczyć tę samą postać, którą zdążyli poznać i polubić. Męczyłem się z tym sporo, ale chyba mi się udało. Mortka wydaje mi się być spokojniejszy. Bardziej wyluzowany i zdecydowanie bardziej pewny siebie. Z większym dystansem do świata, który go otacza. Ale równocześnie to ciągle ten sam skoncentrowany na pracy gliniarz, który po prostu nie potrafi odpuścić, jeśli trafi na trop. Bo nie potrafi się uwolnić od tego poczucia obowiązku, które jest jego największą zaletą i największym przekleństwem. Jest też, nie ukrywam, o jedenaście lat starszy. Co akurat mi przyniosło pewną ulgę. Ponieważ w „Podpalaczu” i kolejnych częściach cyklu ma trochę ponad trzydzieści lat. Ja pisząc debiutancką książkę miałem dwadzieścia sześć, więc ktoś kto przekroczył trzy dychy wydawał mi się strasznie dojrzały i doświadczony. Oczywiście, nie miałem racji. W tym roku brakuje mi dwóch lat do czterdziestki. I myśl, że Mortka miałby być młodszy ode mnie, trochę mnie uwierała.

    No cóż. Już nie jest. I niech tak zostanie!

    I na koniec, te jedenaście lat Mortka spędził na misji do Europolu w Hadze, stolicy Holandii. Jest to więc moja trzecia powieść z rzędu (po „Długu honorowym” i „Królowej głodu”) z wątkiem niderlandzkim. Wygląda to tak, jakbym się strasznie tym Holendrom podlizywał, a oni nawet moich książek nie tłumaczą na swój język! Tym razem jednak wynika to z… pomyłki. Początkowo chciałem, żeby Mortka te jedenaście lat spędził w Lyonie. Pił francuskie wino, zajadał sery i popijał je dobrym winem. Dopiero podczas researchu jeden z moich rozmówców uświadomił mi, że w Lyonie znajduje się nie siedziba Europolu, ale Interpolu, który jest trochę inną agencją. A Europol mieści się w Hadze właśnie.

    Dlatego obiecuję – w mojej kolejnej książce – żadnych Holendrów! No, chyba, że zaczną mnie wreszcie tłumaczyć!

    Wojciech Chmielarz

  • Przedpremierowy fragment „Długiej nocy” Wojciecha Chmielarza

    Wysiadł z samochodu, przeszedł przez podjazd i otworzył bramę od garażu. Siłował się chwilę z blaszanymi skrzydłami. Rozchylił je najmocniej, jak tylko się dało, co nie było łatwe. Garaż, podobnie jak cały dom, wybudowano w latach osiemdziesiątych, kiedy trudno było o materiały budowlane, a poza tym ludzie spodzie- wali się, że największym samochodem, jaki będą musieli tam zmieścić, będzie duży fiat. On zaś miał potężnego terenowego range rovera. Wjechanie nim do garażu zawsze wymagało dużej ostrożności i maksymalnej uwagi. Wrócił do wozu, uruchomił silnik, delikatnie nacisnął pedał gazu i auto powoli potoczyło się do przodu. Trzymał się jak najbliżej prawej strony, żeby móc potem swobodnie wysiąść.

    Kurwa… – zaklął pod nosem, kiedy usłyszał, jak bok wozu zaczyna trzeć o ścianę. Odbił natychmiast w lewo, a potem zahamował. Przez chwilę tylko siedział, kurczowo zaciskając dłonie na kierownicy i zgrzytając zębami. Wreszcie wrzucił bieg, puścił sprzęgło i wjechał do końca. Przedni zderzak niemal stykał się ze ścianą.

    Wyskoczył z auta, żeby sprawdzić rozmiar szkody. Od przednich drzwi przez tylne biegł szeroki na kilkanaście centymetrów pas licznych rys. Przejechał po nich palcami i skrzywił się. Zdarł lakier do gołej blachy. Metal też się uszkodził. Już wcześniej wóz nie wyglądał dobrze, ale teraz to była tragedia.

    Wyprostował się i dwa razy uderzył pięścią o dach samochodu. – Co?! Zarysował pan?! – usłyszał za sobą głos.

    Odwrócił się błyskawicznie. Jego prawa ręka sama powędrowała do schowanego za paskiem na plecach pistoletu. Nie żeby go wyjąć. Raczej po to, by upewnić się, że ciągle tam jest, ukryty za połami kurtki.

    Na drodze, na wysokości ogrodzenia, stał jego sąsiad. Sześćdziesięcioletni okrągły facet w kaszkiecie na głowie. Obok niego z nosem przy ziemi dreptał pies, brzydki, nieforemny kundelek.

    Zarysowałem – potwierdził niechętnie.
    – Bardzo?
    – Zaszpachluje się, panie Witoldzie.

     

    Sąsiad wychylał się to w jedną, to w drugą stronę, niemal stawał na palcach, żeby samemu ocenić rozmiar szkody. Z tej odległości jednak było to praktycznie niemożliwe. Sprawiał więc wrażenie lekko rozczarowanego.

    Taki duży samochód, a garaż malutki. Niepotrzebnie pan tam wjeżdżał – odezwał się. – Ja to bym trzymał taki wóz na dworze. Może jakąś wiatę wybudował, żeby go przed deszczem chronić. Placu na podwórku pan przecież ma dość. – Koniecznie chciał się podzielić dobrą radą.

    Może tak zrobię.

    No, ale nieszczęście już się zdarzyło, nie? Mądry Polak po szkodzie, nie?

    Tak mówią.

    Sąsiad podjął jeszcze jedną próbę sprawdzenia, jak bardzo uszkodzony jest samochód. Znowu nieudaną. Pożegnał się więc krótko i poszedł dalej. Mężczyzna poczekał, aż tamten zniknie, i dopiero wtedy puścił rękojeść pistoletu. Potem pospieszenie zamknął bramę garażu i udał się do domu.

    W środku nikogo nie było. Nie kłopocząc się zdejmowaniem butów, przeszedł przez przedsionek do salonu. Wyjął z barku butelkę wódki i nalał alkoholu do szklanki. Wypił jednym łykiem i znowu nalał. Najpierw gorzały, potem soku jabłkowego. Z takim drinkiem usiadł na skórzanej kanapie. Skrzywił się, kiedy lufa pistoletu wbiła mu się w lędźwie. Wyciągnął broń i położył na stoliku o szklanym blacie, przez który widział ułożone starannie na półeczce pod spodem kolorowe czasopisma. Sięgnął po pilota. Natychmiast przeszedł na kanał TVN24. Przez chwilę oglądał obrazki z kolejnej demonstracji kobiet, które ze świeczkami w rękach wędrowały w stronę budynku Trybunału Konstytucyjnego. Drażniły go ich pełne wulgaryzmów transparenty, nawet jeśli skrywały się za ośmioma gwiazdkami, i pełen egzaltacji głos komentatorów w studiu. Dlatego wyłączył dźwięk. Oglądał przez blisko kwadrans, czekając na inne wiadomości, ale nic się nie zmieniło. Poskakał przez chwilę po kanałach informacyjnych, jednak wszędzie leciało to samo. Zdenerwowany wyłączył telewizor. Jego wzrok przez chwilę błądził po pokoju, aż zatrzymał się na leżącym przed nim pistolecie.

    Popełnił błąd. Powinien pozwolić tej dziewczynie uciec. Tak po prostu. Niechby sobie poleciała, gdzie chce. Co najgorszego mogło go wtedy spotkać? Nie mówiła przecież po polsku. Nawet jakby ktoś go zatrzymał, to wytłumaczyłby, że doszło do nieporozumienia. Tak, chciał skorzystać z jej usług, tak, to wstyd, ale facet czasami musi, nie, nie wie, co ją zdenerwowało. Po prostu wyskoczyła z jego samochodu. Nic z tego nie rozumie. Zresztą wątpliwe, żeby ktokolwiek się tym zainteresował. Ot, zwykła przestraszona dziwka, która nie potrafi wyjaśnić, o co jej właściwie chodzi. Zamiast tego stracił nad sobą panowanie. Próbował ją zatrzymać. Szarpali się. Uderzył ją kilka razy. Udało się jej wyskoczyć z samochodu. Sięgnął więc po pistolet i strzelił. Dopiero wtedy zobaczył stojący nieopodal radiowóz. To go otrzeźwiło. Zamknął drzwi od strony pasażera i natychmiast uciekł ze stacji benzynowej.

    Próbował teraz przeanalizować to, co się stało. Dziewczyna pobiegła do policjantów. Strzelał do niej. Niemożliwe, żeby nie usłyszeli tego huku. Po prostu musieli zwrócić na niego uwagę.

    Do tego na jej twarzy widać było ślady pobicia. Teraz nie miało już znaczenia to, że po polsku znała może ze dwa słowa. Na pewno zajmą się tą sprawą i będę próbowali dowiedzieć się, co się dokładnie wydarzyło. A ta dziewczyna była u niego w domu. Prędzej czy później po prostu ich do niego przyprowadzi. Przyjadą tutaj i to będzie koniec.

  • Przedpremierowy fragment „Wilkołaka” Wojciecha Chmielarza

    Wrócili do kancelarii. Minęli bezbarwną recepcjonistkę i weszli do gabinetu. Kalęcki właśnie coś przeglądał na swoim telefonie. Na ich widok odłożył komórkę.

    Już wszystko w porządku. Mój brat jednak znajdzie czas, żeby zająć się pańską sprawą – powiedziała Ania, siadając z powrotem za biurkiem.

    Tak – potwierdził Dawid. – Jednak udało mi się… Damy radę. Słucham, co tym razem wywinęła ta łobuziara Ewelina.

    Kalęcki zmarszczył brwi, a adwokatka posłała detektywowi oburzone spojrzenie. Dawid był pewien, że gdyby tylko mogła, kopnęłaby go w kostkę.

    Pan nie zna sprawy? – zapytał mężczyzna.
    – Siostra nie zdążyła mi opowiedzieć.

    – No cóż… – Kalęcki chrząknął i poprawił się na krześle. – W skrócie chodzi o to, że pani Baliczka posiada pewne kompromitujące materiały i bardzo zależy mi na tym, żeby je odzyskać.

    Wolski zerknął na mężczyznę i zauważył obrączkę ślubną na serdecznym palcu. Już wszystko rozumiał.
    – Czyli Ewelina pana przeleciała, nagrała to lub zrobiła fotki w trakcie i teraz grozi, że pokaże je pańskiej żonie?

    Kalęcki zrobił wielkie oczy i gwałtownie poczerwieniał.

    Co takiego?! Nie! Nic z tych rzeczy! Chryste Panie, za kogo mnie pan uważa?!

    Eee… Co… Eee… Nie. Nie miałem nic złego na myśli, ale powiedział pan o kompromitujących materiałach i…

    Chodzi o dane klientów! – Anna włączyła się ostro w rozmowę. – Dane klientów, Dawid. Pan Kalęcki prowadzi firmę księgową.

    Wolski zagryzł wargę, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: a skąd miałem wiedzieć?

    Przepraszam – wybąkał. – Czy możecie mi w takim razie wyjaśnić, o co chodzi?

    Pan Kalęcki… – zaczęła siostra.

    Ja to opowiem – przerwał jej zmęczonym głosem mężczyzna. – Prowadzę firmę księgową, która równocześnie zajmuje się archiwizacją dokumentów naszych klientów. Mamy ich umowy o prace, listy płac, umowy z kontrahentami, różne wewnętrzne korespondencje. W sumie cały ten papier i korespondencja produkowana w firmach trafia w pewnym momencie do nas. My to archiwizujemy i trzymamy tak długo, jak trzeba.

    Wolski udawał zainteresowanie. U niego za całe archiwum robił sejf zamontowany w rogu mieszkania – wrzucał tam każdą kartkę, która mogłaby mu być kiedyś potrzebna.

    Co z tym wspólnego ma pani Baliczka? – zapytał.

    No cóż… Pani Ewelina Baliczka zaczęła pracować u nas kilka miesięcy temu.

    Jako archiwistka? – zdziwił się Wolski.

    Jako moja asystentka – sprostował Kalęcki, a Wolski zdziwił się jeszcze bardziej. Znał Ewelinę. Jego zdaniem nie nada- wała się do żadnej pracy, a do pracy asystentki prezesa zarządu szczególnie.

    Zatrudnił ją pan? Naprawdę? Ewelinę?

    Kalęcki ścisnął mocniej trzymany w dłoni telefon.

    Potrzebowałem kogoś do pomocy na cito, a ona miała dobre CV.

    CV, w którym nie było pewnie ani słowa prawdy, pomyślał Wolski, ale zachował to dla siebie. Po co dodatkowo pogrążać przedsiębiorcę.

    I co się później wydarzyło? – zapytał.

    Zwolniłem ją po półtora miesiąca – odpowiedział szybko Kalęcki.

    Nie sprawdziła się?
    – To mało powiedziane. Jej stosunek do pracy był taki jak… – Do byłego męża? A właściwie obecnego… chyba. Nie do końca wiem, jak teraz to u nich wygląda. Kalęcki spojrzał na niego pytająco i Wolski poczuł się w obowiązku wyjaśnić.

    – Ciągnęła od niego kasę, nie dawała nic w zamian i szukała tylko okazji, żeby go wyruchać do czysta.

    Ku pewnemu zaskoczeniu detektywa przedsiębiorca pokiwał ze zrozumieniem głową.
    – Tak. To dobrze opisuje jej zachowanie. Nie wypełniała swoich obowiązków, była bardzo roszczeniowa, źle się z nią współpracowało. Myślę, że wszyscy w firmie odetchnęli z ulgą, kiedy wreszcie się jej pozbyłem. Muszę przyznać
    , że był to największy błąd, jaki popełniłem w mojej biznesowej karierze.

    A te kompromitujące materiały?

    Kalęcki westchnął ciężko, po czym posłał pytające spojrzenie adwokatce.

    Dawid jest nie tylko moim bratem, ale też człowiekiem, któremu może pan ufać. Naprawdę wierzę, że pomoże w pana sprawie. Przedsiębiorca nie wydawał się do końca przekonany, jednak chyba uznał, że stoi pod ścianą i nie ma innego wyjścia, jak opowiedzieć całą historię.

    Tak jak wspominałem, w pewnym momencie trafiają do nas wszystkie dokumenty naszych klientów. Dwa tygodnie po zwolnieniu pani Baliczka skontaktowała się ze mną i poinformowała mnie, że jest w posiadaniu kopii elektronicznych tychże. I jeśli jej nie zapłacimy za ich zwrot, opublikuje je w internecie.

    To są jakieś tajne dokumenty?


    Kalęcki pokręcił przecząco głową.


    – Nie tajne. Nie ma też w nich żadnych dowodów na brudne interesy, przestępstwa i inne takie. Ale jeśli by się pojawiły w internecie, dla mojej firmy byłby to koniec. To są dane poufne, tajemnice handlowe, dane osobiste, numery kont bankowych, wyciągi, informacje objęte RODO i inne takie. Buduję tę firmę od dwudziestu lat. Zatrudniamy obecnie blisko trzydzieści osób i stoimy mocno na nogach. Bierzemy udział w przetargach na obsługę rachunkową i obiegu dokumentów w dużych, poważnych firmach. To jest dla nas ogromna szansa. Ale jeśli Ewelina zrealizuje swoją groźbę, jeśli się to wyda, jesteśmy skończeni. Nikt nam już nie zaufa. Nigdy. Nie w dobie, kiedy taką wagę przywiązuje się do ochrony danych osobowych. A jeśli dojdą do tego jeszcze kary umowne, zbankrutujemy w ciągu kwartału.

    Dawid pomyślał, że takie zagranie było typowe dla Eweliny. Ciekawe, czy zaplanowała wcześniej ten numer, czy zrobiła to spontanicznie.

    Niech jej pan w takim razie zapłaci – stwierdził. – Wiem, że to dziwnie brzmi, ale to najlepszy i najszybszy sposób na załatwienie całej tej historii. Do sądu z tym nie pójdziecie. Na policję też nie, bo wtedy sprawa się wyda. Pozostaje więc tylko to. Zapłaci pan, weźmie od niej nośnik z danymi i problem z głowy. A na przyszłość proszę lepiej sprawdzać osoby, które pan zatrudnia.

    Już jej zapłaciłem – odpowiedział Kalęcki. – Niechętnie. Budziło to mój wewnętrzny sprzeciw, ale pańska siostra mnie przekonała. Mówiąc zresztą dokładnie to samo, co teraz pan.

    Adwokatka potwierdziła słowa przedsiębiorcy. Pomiędzy jej palcami tańczył szary długopis. Bawiła się nim bezwiednie i dopiero po tym zachowaniu Wolski zorientował się, jak bardzo jest zdenerwowana pomimo kamiennej twarzy. Ręce zawsze ją zdradzały, nie potrafiła nad nimi zapanować. Domyślał się, co naopowiadała Kalęckiemu – że bez trudu rozwiążą jego problem, że właściwie nie musi się nim przejmować, a ona wszystkim się zajmie. Tymczasem sytuacja całkowicie wymknęła się jej spod kontroli. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. Jemu także przez chwilę wydawało się, że jest w stanie zapanować nad Eweliną. Skończyło się, jak się skończyło. Wyruchała go tak jak i męża.

    Co się potem wydarzyło? – zapytał.

    Po około dwóch tygodniach wróciła do pana Kalęckiego – odezwała się Anka. – Podobno „znalazła” kolejne nośniki danych. Znów zażądała pieniędzy.

    I co?

    Znowu zapłaciliśmy – powiedział niechętnie Kalęcki. – Żeby kupić trochę czasu. Przyznam szczerze, miałem taką głupią, naiwną nadzieję, że trzeciego razu nie będzie.

  • „Drelich: prosto w splot” – fragment najnowszej książki Jakuba Ćwieka

    Najstraszniejsze zdanie, jakie Milena kiedykolwiek przeczytała, zaczynało się od „kochanie” i składało z czterech słów. Ich autorem był jej mąż, Zygmunt Wójcik. Dwa dni wcześniej wyjechał służbowo i miał wrócić w sobotę. Ostatnio często jeździł i bardzo dużo pracował w domu, ale wreszcie zaplanował sobie urlop. Obiecał, że zaczną go z kopyta i w niedzielę zrobią sobie dzień rodziny. Pójdą z dziećmi na jakiś film, zjedzą na mieście, może wybiorą się na długi spacer albo nawet wyjadą za miasto. A potem tradycyjnie do wesołego miasteczka.

    Niedługo dzieci zapomną, jak wyglądam” powiedział ostatnio jej matce, choć Milena wątpiła, by to w ogóle było możliwe.

    Złożone z czterech słów straszne zdanie Zygmunt Wójcik wysłał do żony wraz ze zdjęciem na WhatsAppie o godzinie piątej czterdzieści pięć, ona jednak odczytała je dopiero czterdzieści minut później, już po porannych ćwiczeniach i szybkim prysznicu. Dwa miesiące wcześniej obejrzała dokument o skutkach uzależnienia od internetu oraz smartfonów i przysięgła sobie solennie, że oduczy się rozpoczynania dnia od Instagrama czy Facebooka. Świat był w stanie poczekać z wiadomościami, zanim Milena Wójcik się ogarnie i zasiądzie do śniadania.

    Tak też zrobiła tego dnia. Krzątając się po kuchni, nuciła refren jakiejś piosenki, kilka taktów, które chodziły za nią od wczoraj, choć nie potrafiła ich zidentyfikować. Towarzyszył jej pies, wiekowy, schorowany czarny labrador wabiący się Murzyn. Liczył, że załapie się na michę, i stał teraz na środku kuchni, między wyspą a zmywarką, tarasując przejście. Często tak robił, a gdy Milena się spieszyła, potrafiła na niego fuknąć albo wręcz trącić nogą. Tego dnia pogładziła go po łbie i poczęstowała smakołykiem w kształcie kostki ze słoiczka przy lodówce.

    Z przygotowanym jedzeniem usiadła przy stole w jadalni, jak zawsze bokiem do przeszklonej ściany wychodzącej na taras i ogród, i dopiero wtedy z kieszeni szortów wyjęła telefon. Trzymała go w lewej ręce, prawą wznosząc łyżeczkę owsianki na mleku z truskawkami, gdy urządzenie rozpoznało jej twarz, odblokowało ekran i poinformowało, że na WhatsAppie ma jedną nową wiadomość.

    Usłyszała dochodzące z góry klaskanie bosych stóp o płytki, a potem mocne uderzenie we włącznik światła – to przebudziła się sześcioletnia Wanesa. Kilka sekund później zabrzmiała piosenka otwierająca z Fineasza i Ferba, co znaczyło, że czteroletni synek Bartuś również wstał i jak zwykle, korzystając z nieobecności taty, od razu włączył telewizor w sypialni rodziców.

    Milena wiedziała, że powinna przypomnieć Wanesie o kapciach. Oboje byli przeziębieni, dlatego zostali w domu. Wiedziała też, że powinna wejść na górę i kazać synowi najpierw ubrać się w przygotowane na krzesełku ciuchy, a potem dopilnować, by faktycznie to zrobił.

    Za chwilę, postanowiła. Jeszcze przez pięć, może dziesięć minut miała czas dla siebie. Mogła w spokoju zjeść owsiankę, pobuszować w internecie, zobaczyć kilka ulubionych profili, stron. Pośmiać się z memów, które nie powinny już jej, prawie czterdziestoletniej baby, śmieszyć, a jednak śmieszyły czasem aż za bardzo. Ale najpierw wiadomość.

    Kliknęła w powiadomienie, spojrzała na zdanie, a gdy zdjęcie się doczytało, zamarła. Poczuła, jak krew odchodzi jej z twarzy, zabiera ze sobą całe ciepło, paraliżuje każdy mięsień. Lodowaty chłód rozchodził się po ciele, rozgałęział jak kwiaty mrozu na szybach w styczniową noc i pełzł w stronę dekoltu, w stronę serca.

    Wzdrygnęła się, gdy po kręgosłupie przeszedł jej impuls nie tyle bólu, co ostrzeżenia przed nim. Jakby coś ostrym szponem przejechało od potylicy w dół pleców. Kilka razy w życiu już to czuła, ale nigdy nie potrafiła nazwać tego zjawiska, nie potrafiła go wytłumaczyć, ani się z nim oswoić. Dziś poczuła to mocno, wyraźnie jak jeszcze nigdy.

    Szumiało jej w uszach. Z oddali słyszała pełen pretensji krzyk Bartusia, brzdęk uderzającej o blat łyżeczki, mlaskanie Murzyna zlizującego z apetytem odrobinę owsianki, która spadła na podłogę.

    Na zdjęciu, print screenie zrobionym z jej niedawnej messengerowej konwersacji, dobrze zbudowany mężczyzna stał na śródziemnomorskiej plaży. Był mokry, jakby dopiero wyszedł z wody. Miał na sobie tylko kąpielówki w pionowe czerwono-czarne paski i okulary przeciwsłoneczne typu Aviator ze szkłami o niebieskim poblasku. Lewą dłonią przeczesywał włosy, w prawej trzymał papierową paczkę z churros obtoczonymi w cynamonie i cukrze. Szczerzył się w głupkowatym uśmiechu wyrośniętego dziecka.

    Milena znała to zdjęcie bardzo dobrze. Wiedziała też, co w konwersacji, z której je wyrwano, znajdowało się powyżej i poniżej. Samo zdjęcie, w gruncie rzeczy niewinną fotkę znad morza, można by przecież jeszcze jakoś wytłumaczyć, nazwać wygłupem ze znajomym, może nawet omyłkową wrzutką, ale już rozmowy, fotografie i filmiki, które ona sama kręciła w łazience, czując się przy tym chcianą jak chyba nigdy wcześniej – nie, tego wyjaśnić już się nie dało.

    Kochanie, kto to jest?” – zapytał w swojej wiadomości Zygmunt. Pomimo tego że z pewnością znał odpowiedź. Aż za dobrze.

    A może nie?

    Uczepiła się tej myśli. Wbiła weń hybrydowymi paznokciami, wgryzła równiutkimi, bialutkimi zębami za kilkadziesiąt tysięcy. Może nie wie? Może dostał od kogoś tylko to jedno zdjęcie i teraz po prostu zarzuca przynętę? Bo tamten ktoś zażądał pieniędzy za więcej, a Zygmunt Wójcik nie lubił sięgać do kieszeni, skoro mógł mieć coś za darmo. Jeśli tak, była gotowa zapłacić temu komuś każdą cenę, byleby mąż nigdy się nie dowiedział. Każdą. Każdą, kurwa, cenę!

    Nigdy mnie nie uderzył, uświadomiła sobie nagle. Słowa te zabrzmiały w jej głowie wypowiedziane głosem Mileny, ale obce, nienaturalne, jakby z syntezatora mowy. Nigdy mnie nie uderzył.

    To prawda, nigdy. Nawet rzadko kiedy krzyczał. Był niczym pazur sunący po jej kręgosłupie.

    Kochanie, kto to jest?”.

    Wpatrywała się w tę wiadomość, a chaos myśli w głowie powoli cichł, niczym muchy krążące nad truchłem, które poderwały się nagle, by znów wrócić na miejsce. Bo, czuła to coraz mocniej, Zygmunt nie zarzucał przynęty. On wiedział już wszystko. Jakimś cudem, mimo iż od razu i starannie wszystko kasowała, zdobył całą tę rozmowę i wiedział…

    Nigdy mnie nie uderzył – szepnęła. – Nigdy.

    Nie miała pojęcia, jak długo siedziała w tej pozycji, ale gdy wreszcie się ocknęła i uniosła głowę, zobaczyła, że Wanesa stoi przy schodach i z uwagą jej się przygląda. Śliczna mała blondyneczka o zadartym nosku i dużych, jasnych oczach, teraz pełnych niepokoju.

    Milena spróbowała się uśmiechnąć.

    Załóż kapcie, skarbie – poprosiła cicho, tym samym głosem, który słyszała we wnętrzu głowy. Jej własny syntezator mowy.

    Telefon w ręce zawibrował. Aż podskoczyła ze strachu, ale nie krzyknęła ani nie upuściła aparatu. Spojrzała na ekran. Kolejna wiadomość od Zygmunta. Musiał zobaczyć, że odczytała poprzednią.

    Będę w południe. Nie szykuj obiadu”.

  • „Wierteł z gabinetu prędko się nie pozbędziemy”.

    Tytuł to słowa Marcina Krufczyka, stomatologa. Właśnie w jego gabinecie w Gliwicach porozmawialiśmy o książce „Bolesna historia stomatologii”. Co się zmieniło na przestrzeni lat? Co przyszłe pokolenia będą wytykały palcami współczesnym dentystom? Czym najlepiej znieczulić zęba, i czy dzisiejsze metody mają coś wspólnego z z tymi stosowanymi wiele lat temu? Sporo ciekawostek, dramatycznych historii, ale też całkiem pokaźny zastrzyk wiedzy. Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Marginesy, a przetłumaczyła ją Zofia Szachnowska – Olesiejuk.

  • „Dla mnie to zaszczyt być cenzurowanym, bo nie byłem nawet w PRL-u”. Rozmowa z Chrisem Niedenthalem

    13 grudnia 1981 roku został wprowadzony w Polsce stan wojenny. W drugim dniu jego trwania Chris Niedenthal zrobił jedno ze swoich najsłynniejszych, a prawdopodobnie najsłynniejsze zdjęcie. Przed warszawskim kinem Moskwa, na którym reklamowano film Coppoli „Czas apokalipsy” stał wóz opancerzony, pewnie je kojarzycie, jest też na okładce książki Niedenthala „Zawód fotograf. Ciąg dalszy nastąpił”. Na rozmowę o fotografiach i o książce spotkaliśmy się w miejscu, gdzie kiedyś stało kino Moskwa, a ostały się po nim dwa kamienne lwy, które zresztą również widać na słynnym zdjęciu. Porozmawialiśmy o cenzurze, braku zaufania Lecha Wałęsy do Niedenthala, sprzęcie fotoreportera, ale też o czasach najnowszych, w których autor książki znów wyszedł na ulicę.

  • O owocach Duriana, klasie biznes i odciąganiu pokarmu, czyli odpowiedź na recenzję Jakuba Ćwieka

    Zakładam, że skoro trafiliście na ten tekst, to doskonale znacie tło całej dyskusji, lub przynajmniej przeczytaliście opinię Jakuba Ćwieka o moich „Wymazanych z pamięci” (klik), więc od razu przechodzę do meritum. Pozwolę sobie przy tym obrać formę listu otwartego, gdyż poniższe słowa mają dla mnie spory ładunek emocjonalny.

    Kuba, przede wszystkim dziękuję Ci za tak wnikliwą analizę mojej książki. Zawsze śmieszą mnie wydawane w połowie roku sądy, że dana książka jest najlepszą wydaną w tym roku, najlepszym debiutem itd., jakby autor tych słów nie zamierzał do końca roku nic więcej nie czytać. Niemniej doświadczenie wyniesione z poprzednich książek pozwala mi ukuć tezę, że Twoja recenzja będzie najciekawszą i najobszerniejszą, jaka ukaże się na temat „Wymazanych z pamięci”. Dzięki za poświęcony czas i zaangażowanie. To dla mnie wiele znaczy.

    Dziękuję za wiele miłych słów, docenienie warsztatu, pomysłu na fabułę i budowania ekspozycji. Żeby jednak nie było za słodko, muszę zacząć od czegoś, co najbardziej mnie uderzyło w Twojej opinii. Poświęciłeś „Wymazanym z pamięci” blisko 19 tysięcy znaków ze spacjami, a nawet słowem nie zająknąłeś się o tym, co w książce najważniejsze. Piszesz o lotnisku, siedzeniach w samolocie, dziennikarzach, zupełnie zapominając o sercu tej historii. Jak słusznie zauważył nasz gospodarz Adam Szaja w swoim Smacznym Przeglądzie Tygodnia, „Wymazani…” są książką o rodzinie. Włożyłem całe serce, by oddać emocje przeżywane przez bohaterów, pokazać ich rozterki, rozchwianie emocjonalne, wyrzuty sumienia, gdy nie potrafią cieszyć się z odzyskanych dzieci. Książka jest opakowana jako kryminał, nie mam więc pretensji, gdy czytelnicy skupiają się na wątku wyjaśnienia zagadki, ale dla mnie jest on tłem. Książkę przeczytałem wiele razy, a cały czas czuję dreszcze na wspomnienie sceny, w której Karolina pierwszy raz spotyka swoją odnalezioną córeczkę, a ta zamiast wpaść jej w objęcia, zerka na panią psycholog. Odniosę się trochę niechronologicznie do Twoich zarzutów, ale być może właśnie dlatego zakończenie nie spełniło Twoich oczekiwań. Dla mnie bowiem historia kończy się, gdy Karolina podejmuje taką, a nie inną decyzję, Marlena robi to, co robi z synem, a Paweł z bratem (wybaczcie te ogóły, ale nie mogę zdradzić więcej). Ostatni rozdział i epilog są dla mnie jedynie domknięciem fabuły, a nie wisienką na torcie.

     

    Wracając do zarzutów… Piszesz o błędzie w opisie loży na lotnisku w Kuala Lumpur, podpierając się opisem ze strony internetowej tegoż. Nie bez powodu akcję moich książek osadzam w Trójmieście lub Bydgoszczy. Opisuję miejsca doskonale mi znane, by jak najrzadziej wspierać się informacjami z Internetu. Tak też było w przypadku lotniska w Kuala Lumpur. Sam na nim nie byłem, ale moja żona spędziła tam sporo godzin, a opis loży sporządziłem na podstawie jej opisu. Jest to ogromne lotnisko, ma kilka mniejszych saloników, do których mają wstęp osoby z droższymi biletami, więc może w Internecie znalazłeś jakąś inną niż tą, do której trafiła ona (oraz Marlena). Chciałem nawet wkleić zdjęcie, ale niestety nigdzie takowego nie znalazłem. Na osłodę dołączam zdjęcie ciastek z owoców Duriana kupionych właśnie na tym lotnisku. Nie polecam. 😉

    fot: Piotr Borlik

    Jeśli chodzi o kwestię zamiany miejsc w samolocie, to scena ta w pierwotnej wersji była znacznie dłuższa. Marlena przytaczała w głowie jedną z zasad wywierania wpływu wg. Roberta Cialdiniego, wspominała w myślach nawet przykład z jego książki, gdy w ramach eksperymentu student podchodził do kolejki oczekującej na ksero i prosił, by go wpuścili, podając bezsensowny argument, że musi zrobić ksero. Jeśli wierzyć literaturze, ludzie rzeczywiście ustępowali mu miejsca. Przed oddaniem tekstu do wydawnictwa czytam go kilkakrotnie, ten fragment wypadł chyba w drugim czytaniu, gdy uznałem, że niepotrzebnie wydłuża scenę, odbiera jej dynamizm, poza tym Marlena nie jest odpowiednią osobą do cytowania tego typu eksperymentów (od tego był Artur Kamiński w trylogii „Boskiej proporcji”, gdzie miało to uzasadnienie w jego wiedzy i wykonywanej profesji). Ta zasada była wystarczająca, by wpłynąć na pasażera, ale za jej pomocą nie byłoby już tak łatwo wymusić zmianę lotu. Zapewne masz rację, że siedzące z tyłu dziecko nie byłoby w stanie kopać fotela, ale z pewnością mogło uprzykrzyć podróż – coś takiego powinienem był wyłapać podczas jednego z czytań.

    Wiem, że nie wypunktowałeś wszystkich uwag, a tylko podałeś przykłady, niemniej chciałem pokazać, jak łatwo pomylić się i wyciągnąć nieprawidłowe wnioski. Cieszy mnie, że nie tylko ja zwracam uwagę na takie drobnostki. Jak dziś pamiętam moje oburzenie, gdy czytając „Pokutę” Anny Kańtoch, natknąłem się na scenę, w której żona jednego z bohaterów podczas rozmowy piecze ciasto. Biorąc pod uwagę czas tej rozmowy, w jakieś piętnaście minut przygotowała ona składniki, zmieszała je i upiekła ciasto. Można by pomyśleć, że czepiamy się tematów nam bliskich, bo Ty lubisz podróżować, a ja gotować, ale podobnie nie mogłem przeboleć, gdy w „Cokolwiek wybierzesz” Jakuba Szamałka szefowa głównej bohaterki odciągała pokarm z piersi i cały proces zajął jej dosłownie chwilę. Obie książki czytałem jakiś rok temu, a sceny te utkwiły mi w pamięci; mam nadzieję, że za rok nie będziesz kojarzył „Wymazanych z pamięci” tylko ze względu na lotnisko i fotele w klasie premium.

    Przejdźmy jednak do najpoważniejszego zarzutu – mediów. Tu muszę przyznać Ci rację. Zawsze gdy czytam książki lub oglądam filmy, mam problem z przełożeniem tego aspektu na rzeczywistość. Czasem dziennikarze koczują przed domem bohaterów, czasem nikogo to nie obchodzi. Zgadzam się, że najważniejsza jest konsekwencja, czego tu być może mi zabrakło. W przypadku „Wymazanych…” chciałem bowiem, żeby media odegrały pewną rolę: scena w mieszkaniu rodziców Arka i postać dziennikarki (znowu sorry, że nie wchodzę w szczegóły). Być może to był błąd, być może lepiej byłoby zignorować temat mediów, niektórych by to zabolało, ale nikt by nie mógł zarzucić mi niekonsekwencji, a tak rzeczywiście taki zarzut ma uzasadnienie. To trochę tak jak ze współczesnymi horrorami, gdzie bohaterom musi zepsuć się komórka lub muszą wyjechać gdzieś, gdzie nie ma zasięgu, by nie mogli wezwać pomocy. Jest to uproszczenie, na które wszyscy się godzimy. Po trylogii „Boskiej proporcji” zdecydowałem, że nie chcę opisywać policyjnych śledztw. Nie zrobię tego tak dokładnie jak Robert Małecki w serii o komisarzu Grossie. Zawsze pójdę na pewne uproszczenia, puszczenie oka do czytelnika, by zamiast na szczegółach śledztwa skupiać się na psychologii i bardziej atrakcyjnych dla mnie tematach. Nie lubię mediów, nie znam się na nich, więc pewnie w przyszłości będę je ignorował. Nie wiem, czy ten argument Cię przekona, ale uważam, że nagonka medialna mogłaby przesłonić najważniejszy problem bohaterów. Ważniejsze od tego, co na zewnątrz, było dla mnie skupienie się na tym, co dzieje się wewnątrz postaci – emocje głównych bohaterów, decyzje, które podejmują, i wreszcie tytułowe wymazanie dzieci z pamięci.

    Tyle w temacie odpierania zarzutów. Raz jeszcze dziękuję Ci za poświęcony czas. Widzę, że inaczej patrzymy na książki, inne rzeczy są dla nas istotne, a inne ignorujemy. Aż korci mnie, by spróbować wspólnej oceny wybranej przez czytelników książki. Nie jest to nic odkrywczego, ale dawno nie widziałem, by ktoś zrobił to naprawdę dobrze. Niezależnie od tego, czy ta inicjatywa rozrośnie się do sporego projektu, czy na tym zakończymy, oczywiście jestem gotowy do współpracy i wzajemnej pomocy.

    Jak wiesz, nie byłem entuzjastą pomysłu, by autorzy oceniali innych autorów. Nasz eksperyment pokazał, że można, ale wciąż boję się, że może to przybrać formę wzajemnej promocji lub walki na noże. Nie wiem, czy to zasługa tej akcji, ale gdzieś mignęło mi, że Krzysztof Bochus i Tomasz Duszyński krzyżowo recenzują swoje najnowsze książki. Chyba więc zasiałeś wirusa – oby przybrał on zdrową formę, a nie zmutował w towarzystwo wzajemnej adoracji.

    Piotr Borlik

  • Wymazani z rzeczywistości, czyli kilka słów o „Wymazanych z pamięci” Piotra Borlika

    Krótkie wprowadzenie w sytuację. Jakiś czas temu, Wojtek Chmielarz napisał felieton o tym czy pisarzom wypada pisać recenzje książek innych polskich pisarzy (klik). Wynikła z tego dyskusja, w którą zaangażował się między innymi pisarz Piotr Borlik (klik) i ja (klik). No i w ostatnim akapicie swojej odpowiedzi na słowa Piotra zaproponowałem mu napisanie wzajemnie recenzji swoich książek. Piotr podjął wyzwanie (klik), w rzeczowy sposób punktując mój „Szwindel” (jeszcze raz dzięki). Ja spośród wskazanych przez Piotra tytułów zdecydowałem się na jego najnowszą publikację „Wymazani z pamięci”. Jeżeli chcecie być na bieżąco, jestem pewien, że Adam zadbał już tutaj o odpowiednie linki. Kto chce niech czyta.

    A teraz nie przedłużając, bo i tak będzie długo, zapraszam do recenzji. Zaczynam, dla wejścia w klimat, od krótkiego przedstawienia fabularnego punktu wyjścia:

    Pewnego dnia w Gdańsku odnajduje się nagle szesnastka dzieci przez lata uważana za zaginione. Są w różnym wieku, różni ich też czas jak długo pozostawały poza domem. Nie sprawiają wrażenia maltretowanych, głodzonych czy w inny sposób wykorzystywanych. Przeciwnie, w większości zachowują się jakby ostatnie lata spędzili w całkiem niezłych warunkach. Tym co ich łączy, prócz ujawnienia się w tym samym miejscu i czasie, jest lęk przed ciemnością i niezdolność do przypomnienia sobie jakichkolwiek wydarzeń z czasu, gdy byli na liście poszukiwanych.

    Owo cudowne odnalezienie stanowi punkt wyjścia do opowieści prowadzonej od tego momentu przeplatającymi się trzema wątkami. Ich bohaterami są członkowie rodzin zaginionych dzieci: Karolina, matka małej Patrycji, która rozpacz przemieniła w prywatną krucjatę przeciwko krzywdzicielom dzieci, Arek, chłopak, któremu przed laty zaginął młodszy brat Paweł, i który nigdy nie wyzbył się przekonania, że jest za to odpowiedzialny oraz Marlena, ustawiona materialnie businesswoman, która pracoholizmem próbuje zaleczyć dziurę po synu Kamilu porwanym przez swojego byłego męża. Każde z tej trójki będzie próbowało na swój sposób dojść do wyjaśnienia co się właściwie stało tak przed laty, jak i teraz. No i rzecz jasna kto za tym stoi.

    Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

    Pomysł, nie ukrywam, intrygujący i już u samej swojej podstawy nietuzinkowy. Podkreślę fakty, które może nie wybrzmiały właściwie, a warte są wyróżnienia: po pierwsze oś fabuły nie opiera się na morderstwie, co wciąż w polskim kryminale stanowi pewną interesującą odmianę. Po drugie pojawiające się w książce dzieci nie noszą znamion wykorzystywania. Pisałem już kilkakrotnie o tym, że bardzo mnie niepokoi z jaką lekkością pisarze dziś wplatają wątki z drastycznymi, obrzydliwymi krzywdami dokonywanymi na dzieciach. A tu Piotr postanowił nas w swojej opowieści poprowadzić w zupełnie inną stronę i to również mam za bardzo interesujące, i to nawet jeśli budowanie przez niego samych dziecięcych bohaterów mnie nie przekonało.

    Tempo powieści jest bardzo dobre, a idea fabularnego warkocza splatanego z osobnych śledztw trójki bohaterów połączonych celem to bardzo ciekawy sposób prowadzenia fabuły. Widać, że autor przemyślał sobie kwestię, które wskazówki podać kiedy i z której perspektywy i miał też świadomość, gdzie chciałby zakończyć wątek danego bohatera, tak by ten wybrzmiał tak w ramach pojedynczej fabularnej nitki, jak i w kontekście głównej opowieści.

    W kwestii dorosłych bohaterów autor postawił na proste szablony gatunkowe, ale w większości całkiem mu się to sprawdza. Interesujące jest otwierające książkę wprowadzenie Karoliny i jej adwokata, całkiem sprawne wprowadzenie Arka i, by nie spoilerować specjalnie, osób z jego otoczenia. Problemy pojawiają się dopiero w wątku Marleny, ale do niego przejdę za chwilę, bo teraz chcę podkreślić: W tej książce jest naprawdę wiele fajnych elementów. Miejcie to w pamięci, zanim przejdziecie w tej recenzji dalej.

    Bo teraz zmuszony jestem zwrócić uwagę na kluczowy problem „Wymazanych z pamięci”. Oto bowiem stawiam tezę, że autor skupiony na swojej historii mocno zaniedbał wiarygodne przedstawienie świata. Wynikiem tego zawieszenie niewiary bardzo szybko idzie w drzazgi.

    I teraz musimy się umówić na konkretną rzecz, by uniknąć nieporozumienia. Problem, o którym mówię czyli kłopoty z uwiarygodnieniem świata, w mniejszym lub większym stopniu dotyczy każdego z wątków, ale nie chciałbym, by ta recenzja zmieniła się bezsensowne wypunktowywanie. Nie o to przecież chodzi. Zamiast tego postaram się zatem unaocznić problemy skupiając się na jednym z wątków, by lepiej zobrazować ich naturę i jednocześnie uniknąć daleko idących spoilerów, dobrze?

    Mówiąc konkretniej, odniosę się szczególnie do fragmentów ekspozycji businesswoman Marleny. Na jej przykładzie wskażę dwa wybrane, bo znajdujące się akurat blisko siebie przykłady źle zrobionego reaserchu oraz jeden błąd fabularny. I tak mam świadomość, że dla większości odbiorców te dwa i większość innych zaniedbań reaserchowych z książki nie będzie miała znaczenia. Błąd jednak, choć to początkowo pozornie szczegół, w kontekście dalszej fabuły powinien być bardzo brzemienny w skutki. A zupełnie nie jest.

    Przejdźmy zatem do meritum. Naszych głównych bohaterów poznajemy w ich w „naturalnych środowiskach”. Prowadząca swoją krucjatę Karolina krąży wokół placów zabaw, student Arek trudną sprawę jaka spadła mu na barki opija w barze, a kobieta interesu Marlena zmaga się z problemami wielkiej firmy na lotnisku w Kuala Lumpur.

    Na ile dobrze wnioskuję – mogę się mylić, bo tu wchodzi kwestia interpretacji – przedstawiając nam Marlenę, autor stawia sobie za cel zwrócenie uwagi na następujące fakty:

    1. Marlena jest kobietą sukcesu. Stanowczą, profesjonalną pracoholiczką, co wynika po części z chęci ucieczki w pracę po osobistej tragedii.

    2. Marlena bardzo dużo podróżuje, doskonale zna lotniskowy ekosystem i zasady panujące w portach lotniczych.

    3. Marlena jest wymagająca wybredna, momentami aż po snobizm.

    4. Marlena zawsze stawia na swoim, jest zaradna, cwana i na tym etapie wydarzeń, mocno skupiona na sobie.

    Borlik zna zasady budowania ekspozycji więc wie, że zamiast wyłożyć to wszystko wprost, lepiej to czytelnikowi pokazać. I z początku robi to bardzo sprawnie. Świetnie działa zobrazowanie kolejki do kontroli bezpieczeństwa, obserwacji ludzi przy poszczególnych stanowiskach, kalkulacji gdzie najbardziej opłaca się stanąć. Widać, że autor niejednokrotnie stał w takiej kolejce i tu kupuję tę scenę w całości. Jest dla mnie jasne, że ktoś taki jak Marlena postępowałby właśnie tak.

    Problem pojawia się, gdy do zobrazowania innej postawy autorowi zaczyna brakować własnego doświadczenia. I tu kłania się kolejna scena czyli czas jaki Marlena spędza przed lotem w saloniku VIP na lotnisku w Kuala Lumpur. Zakładam, że Piotr Borlik, podobnie jak ja, nigdy w tym saloniku nie był, ale ponieważ wskazał dość konkretne miejsce, a przy okazji przedstawił opisem obraz rozjeżdżający się z moją wiedzą na temat tego konkretnego lotniska, sprawdziłem. I powiem tak: rozumiem, że celem sceny było pokazanie iż Marlena ma wysokie standardy. Ale ten prawdziwy salonik – w przeciwieństwie do opisanego – raczej by sobie z nimi poradził. Opisanie saloniku, który ma w necie swoją stronę z galerią zdjęć, aktualizowane menu itd. nie powinno być problemem.

    Pojawia się zatem zgrzyt. Autor chciał nam powiedzieć tą sceną coś konkretnego o bohaterce, ale dla uważnego czytelnika przekaz zginie rozbijając się o łatwo weryfikowalną rzeczywistość. Bo jeśli autor chciał mieć inny salonik, pasujący pod opis to czemu wybrał akurat to lotnisko? Przecież samo to skąd Marlena leci nie ma fabularnego znaczenia. Podobny do opisanego jest natomiast chociażby w Pensylwanii – w tym byłem – skąd bohaterka też wracałaby do Warszawy około dwunastu godzin. Dlaczego konkretnie Kuala Lumpur skoro potem nie trzymamy się realiów?

    Podobnie jest z zaprezentowanym przez autora opisem sprawnego wymyku zastosowanego przez Marlenę, próbującą uporać się w samolocie z problemem kopiącego jej w tył fotela dzieciaka. Według książki, bohaterka demonstruje swój spryt i zaradność przekonując innego pasażera, że muszą się zamienić, bo ona musi trzymać jedną nogę wyprostowaną ze względu na problemy z kolanem. Musi ją trzymać prosto, a więc wyciągnąć wzdłuż alejki. Problem w tym, że jak się dowiadujemy, Marlena leci na dwunastogodzinym dystansie dużym samolotem linii Qatar Airways. Kopanie w siedzenia i zmiana miejsc to problemy i rozwiązania klasy ekonomicznej, które w klasie biznes, zwłaszcza tak luksusowych linii zwyczajnie nie mogłyby mieć miejsca. Tam fotele są wzmocnione, z dużo większymi odstępami, a siedzenia skonstruowane tak, by móc swobodnie wyprostować nogi. Często nawet by przyjąć w fotelu pozycję półleżącą. Jeśli ktoś nie ma możliwości sprawdzenia tego detalu osobiście – a zapewniam, że często się da, zależy od lotu i obsługi – sieć pełna jest zdjęć i filmików prezentujących jak to w tych samolotach tej linii wygląda.

    I znowu, zabieg ekspozycyjny mający nam pokazać ważną cechę charakteru bohaterki rozbija się o banalny fact check. A przecież gdyby autor chciał mieć swoją scenę wystarczyło zrobić tak, że Marlena potrzebuje pilnie zmienić lot i przez to decyduje się bohatersko na lecenie lotem wcześniejszym, gdzie miejsce jest niestety tylko pojedyncze, w economy. I już wszystko działa. Jeden akapit zmienia wszystko.

    I zanim ktoś mi to wytknie – wiem, że książek nie czyta się z telefonem w ręce i nie googla się ich co drugie zdanie. Nie zrobiłem tego, po prostu dużo latam i lubię lotniska, więc mam tu po prostu inaczej zawieszoną niewiarę. Sprawdzam dopiero gdy coś mi mocno zgrzyta. Zdaję sobie również sprawę, że większość czytelników nigdy nie będzie na lotnisku w Kauala Lumpur, nigdy nie poleci klasą biznes i ma w zasadzie gdzieś jak naprawdę wyglądają takie miejsca i co się tam da zrobić, a czego nie. Podobnie jak wiele osób nie wie też pewnie, że Marlena nie musiałaby czekać do końca lotu by skontaktować się z policją, bo usługi telefoniczne są co prawda drogie, ale już dawno dostępne, także dla pasażerów. Wiem to wszystko.

    Podniesione przykłady służą jednak wyciągnięciu konkretnego wniosku: realizując swoje założenia fabularne autor albo opiera się na własnych doświadczeniach – i wtedy wychodzi – albo na intuicji i przekonaniu, którego potem w żaden sposób nie weryfikuje. I wtedy pojawiają się zgrzyty. I dobrze, kiedy tylko zgrzyty dla takich czepiaczy jak ja. Gorzej, a niestety i taki przypadek ma tu miejsce, gdy pojawia się bardzo poważna dziura fabularna.

    Prawdziwy duży problem – jeden z kilku w tej książce, ale tylko ten mogę przedstawić bez większych spoilerów – objawia się niepozornie zaraz na następnej stronie, po scenie z zamianą foteli. Oto bowiem z takich czy innych powodów Marlena nie odbiera telefonu od policji, więc o tym, że w Gdańsku odnaleziono szesnaścioro dzieci porwanych przez laty dowiaduje się… ze znajdującego się na pokładzie samolotu najnowszego wydania NY Timesa. I już pomijam, że w związku z tym sypie się troszkę linia czasowa wątków, bo sprawy ze świata pojawiają się w Timesie zwykle z minimum dniem opóźnienia ze względu na chociażby różnice czasu. Ale z tego da się jeszcze jakoś wybrnąć, to wciąż czepiactwo. Ale artykuł o tej sprawie w NY TIMESIE mówi nam czytelnikom jedną bardzo ważną rzecz: Sprawa jest tak głośna, mocna i ważna, że dotarła aż za ocean. Na oficjalnej stronie gazety są, jak sprawdziłem, spisy treści poszczególnych wydań przynajmniej do roku wstecz. Wystarczy więc sprawdzić jakiego kalibru i rodzaju treści z Polski trafiają do tej gazety. Skoro więc sprawa poszła w NYT, to w Polsce wybuchła medialna bomba o sile rażenia co najmniej kilkudziesięciu Mam Madzi! Czyli Marlena, jako bezpośrednio zamieszana, lecąc do Polski wleci w sam środek multimedialnego piekła.

    Tymczasem co się okazuje? W książce w ogóle niemal w ogóle nie ma takiego zjawiska! Żadne media, żadni reporterzy nie czyhają pod miejscem, gdzie przywieziono dzieciaki, rodzice nie są natychmiast prześwietleni prasowo, nikt nie pilnuje każdego ich ruchu. Autor tłumaczy to tym, że policja nie chce, by sprawa wyszła na jaw. Ale wyszła, do cholery! Pisał o tym New York Times! To nie jest już coś, wiemy o tym dobrze, co można teraz zatrzymać czy choćby spowolnić. Taki temat to żer dla mediów na co najmniej kilka dni bardzo dużych newsów i miesiące mniejszych. A w przypadku niektórych tytułów pokarm nawet na tygodnie stron tytułowych! By pokazać jak taki mechanizm działa odwołam się do niedawnej sytuacji z własnego doświadczenia – ostatnio napisałem, że w filmie o Komendzie zniesławiono pewnego policjanta używając jego nazwiska w kontekście bardzo złej postaci. Efekt po dobie? Artykuły w większości czołowych serwisów internetowych, szeregu liczących się tytułach prasowych, na Kozaczku czy Superaku, kilka audycji w radio, wątki na kilkunastu grupach i przeszło sto bezpośrednich zapytań w temacie. Kilka godzin zajęło dziennikarzom zdobycie mojego numeru. Ze trzy więcej, żeby zdobyć prywatną komórkę rzeczonego policjanta! No a przecież mówimy tu o nieporównywalnej skali newsów. A pamiętacie jeszcze jak długo cała Polska żyła wspomnianą już sosnowiecką dzieciobójczynią? Ile się naprodukowano newsów, artykułów, analiz, konferencji, sesji foto etc? A to wciąż nie ta skala. Bo powtórzę: O sprawie cudownie odnalezionych dzieciaków napisał, z miejsca, od ręki New York Times!

    W książce natomiast jakiekolwiek motywy z prasą i mediami pojawiają się raptem dwa, oba późno, oba są niemrawe i kompletnie oderwane od tego jak się takie rzeczy dzieją. A i wpływ mają potem raptem na jeden wątek i to też nie w kontekście przedstawionego świata, a osobistego dramatu postaci. Zupełnie jakby sprawa szesnastki cudownie i nagle odnalezionych dzieci, które nic nie pamiętają, mało kogo w Polsce obeszła. W Polsce, która od jak dawna śledzi każdy krok takiego Tomka Komendy?

    Ktoś powie, że to przecież również drobiazg, bo nie to się w książce liczy. Znaczenie ma fabuła. Ale to nie do końca tak i już wyjaśniam dlaczego.

    Nie chcąc wchodzić w fabularne szczegóły, dość ogólnie powiem, że ta naturalna konsekwencja podjętych przez autora decyzji czyli obecność dziennikarzy, reporterów i paparazzi sprawiłaby, że cała późniejsza fabuła zasadniczo nie mogłaby się wydarzyć w przedstawionym kształcie.

    www.unsplash.com/Matt Chesin

    Bohaterowie nie mogliby spokojnie podróżować, co robią, podejmować wielu kontrowersyjnych – i czasem niezrozumiałych – decyzji, jak na przykład pozostawiania cudownie odnalezionych dzieci z opiekunką bez szeroko komentowanych konsekwencji. Rodzice innych cudownie odnalezionych dzieci nie byliby anonimowi, i tym samym skorzy do w gruncie rzeczy intymnych rozmów z obcymi, bojąc się, że rozmawiają z prasą. A to wszystko są sceny, które w tej książce czysto i bez komplikacji pchają akcję do przodu. Ale to przecież nie koniec. Służby porządkowe, chcąc się w temacie wykazać i czując, że wszyscy patrzą im na ręce, podejmowałyby szereg działań mniej lub bardziej pozorowanych na rzecz zapewnienia dzieciom opieki, udzielenia wsparcia, pilnowania rodziców. A jeśli nie, to też byłyby tego efekty.

    Co więcej, media wpływają na social media, więc natychmiast ruszyłyby śledztwa internetowe, prasowe, podcasty analizujące sprawę dogłębniej niż wydarzenia na jakże przecież odległej w każdym względzie przełęczy Diatłowa. Pojawiliby się wszyscy Rutkowscy tego świata licząc na sławę. Wynikiem tego jeden z kluczowych zwrotów fabularnych – pewien przeoczony z początku dowód – na pewno wypłynąłby dużo wcześniej i to właśnie medialnie, więc z poważnymi implikacjami dla bohaterów. Bo, to trzeba wiedzieć, niektóre tytuły naprawdę potrafią płacić za ekskluzywne materiały całkiem nieźle.

    Pominięcie naturalnej reakcji współczesnego świata na tej skali newsa sprawia, że nie sposób traktować tej opowieści jako wiarygodnej. I tym samym z każdą kolejną stroną drugiej połowy książki widać wyraźnie, że zachowania bohaterów są coraz mniej zgodne z wzorcem zachowania prawdziwych ludzi w trudnej sytuacji, a coraz bardziej przypominają ruchy pionków i figur na szachownicy. Nadal możemy być zainteresowani wynikiem rozgrywki, ale wiemy już, że to tylko gra. Nawet zbita figura to tylko figura, zbitych pionków nikomu nie jest tak naprawdę żal.

    I ja naprawdę rozumiem, że autor kładł tu nacisk przede wszystkim na fabularne dzianie się i pchanie wydarzeń do przodu. Że najważniejsza była dla niego historia. Rozumiem i w jakimś stopniu przyjmuję to jako wyznacznik stylu. To zresztą jest bardzo trudne zadanie pisarskie, by należycie wyważyć proporcje, nie przegadać rzeczy i utrzymać dzianie się, ale jednocześnie zachować wiarygodność i efekt realizmu. Zdarza mi się samemu źle to wyważyć, co słusznie wypunktował mi Piotr przy „Szwidndlu”. Ale mimo wszystko musimy, my pisarze, przykładać się mocno do znalezienia tego złotego środka. Tu, w przypadku tej powieści, Piotr Borlik jest od niego bardzo daleko.

    I jeszcze jedno zastrzeżenie, dość zaskakujące w kontekście poprzedniego akapitu: Jak na książkę zbudowaną na historii, podporządkowanej jej całkowicie, finał książki jest napisany na chybcika i strasznie po łebkach, a wyjaśnienia najbardziej intrygujących kwestii, wskazówek, bardzo mnie uwierają swoją banalności. W kwestiach najbardziej mnie interesujących, intrygujących i tych z najlepiej zbudowanym napięciem poczułem się zwyczajnie zbyty. Ale też warto podkreślić, że moje rozczarowanie bierze się także, a być może przede wszystkim z tego, że to napięcie było momentami naprawdę fajnie nabudowane. A i część tych skrótowych wyjaśnień byłaby ok, gdyby dano im odpowiednio wybrzmieć.

    I już na koniec zupełnie, całkowicie szczerze, bez kurtuazji: zamierzam poczytać więcej Borlika. To bowiem co przeczytałem, w połączeniu z opisami innych jego książek i lektury wywiadów z nim, daje mi obraz autora poszukującego opowieści wokół siebie, a nie w słupkach pomiaru trendów. Widzę, że autor zna zasady pisania, konstrukcji fabularnej, zna też sporo sztuczek. Kilku muszę się przyjrzeć uważniej pod kątem własnego pisania, za co już teraz dziękuję.

    Dziękuję również Piotrowi za podjęcie tego wyzwania – wzajemnego zrecenzowania swoich książek. Uważam, że zarówno przeczytanie jego recenzji, jak i pisanie tej, dały mi sporo do myślenia. Chciałbym też, by za takimi publicznymi merytorycznymi recenzjami pokazującymi, że jesteśmy wobec siebie fair i nie stanowimy towarzystwa wzajemnej adoracji kryjącej się nawzajem przed czytelnikami szła także czasem deklaracja wsparcia.

    Każdy z nas ma swoje pisarskie dobre i słabsze strony. Te pierwsze należy pielęgnować, drugie rozwijać korzystając ze wsparcia tych, co potrafią. Więc tu już, Piotrze, apel do Ciebie: Jeśli dostrzegłeś w moim pisaniu coś, co może się okazać dla Ciebie pomocne w przyszłości, pozostańmy w kontakcie, a chętnie pomogę. Ze swojej strony pozwolę sobie poprosić i Ciebie o podobną gotowość w drugą stronę.

    Jakub Ćwiek