Niezależnie od przyczyn moja pamięć jest jaka jest, robi to, co robi, gromadzi i przechowuje to, co uważa za stosowne, i tyle samo prawdy jest w tym, co pamiętam i jak pamiętam, ile w tak zwanych obiektywnych faktach. Rzeczy takie jak chronologia czy przyczyna i skutek to często tylko baśnie, które opowiadamy sobie o przeszłości. „Przeszłość nigdy nie umiera. Nie jest nawet przeszłością”. Kiedy nie tak dawno odkryłem ten cytat na BrainyQuote.com, poraził mnie on jak grom. Pomyślałem: kim, do kurzej maci, jest Faulkner? I w jaki sposób jest spokrewniony z nami, Windsorami?
A zatem: Balmoral. Kiedy zamknę oczy, widzę główne wejście, dzielone okna od frontu, szeroki portyk i trzy nakrapiane szaro-czarne granitowe schody prowadzące do masywnych drzwi wejściowych z dębu w kolorze whisky, często podparte przez ciężki kamień do curlingu i obsługiwane przez lokaja w czerwonej kurtce, a w środku – przestronny hol z białą kamienną podłogą i szarymi płytkami w kształcie gwiazd, ogromny kominek z piękną obudową z rzeźbionego ciemnego drewna, z boku wejście do czegoś w rodzaju pomieszczenia gospodarczego, a po lewej stronie, koło wysokich okien, uchwyty na wędki, laski spacerowe, gumowe wodery i ciężkie nieprzemakalne ubrania – masa nieprzemakalnych ubrań, bo lato, często mokre i zimne w całej Szkocji, było jeszcze bardziej dokuczliwe w tym zakątku godnym Syberii – a dalej jasnobrązowe drewniane drzwi prowadzące do korytarza ze szkarłatnym dywanem i ścianami wyłożonymi kremowymi tapetami ze wzorem ze złotego zamszu, wypukłym jak alfabet Braille’a, a jeszcze dalej liczne pokoje wzdłuż korytarza, każdy o określonym przeznaczeniu, jak siedzenie czy czytanie, oglądanie telewizji czy jedzenie podwieczorku, i jeden specjalny pokój dla paziów, z których wielu kochałem jak zbzikowanych wujków, i wreszcie główna komnata zamku, zbudowana w dziewiętnastym wieku, niemal dokładnie w miejscu wcześniejszego zamku datowanego na czternasty wiek, w odstępie kilku pokoleń od innego księcia Harry’ego, który został wygnany, a potem wrócił i zniszczył wszystko i wszystkich naokoło. Mój daleki krewny. Moja bratnia dusza, jak twierdzą niektórzy. A na pewno mój imiennik. Urodzonego 15 września 1984 roku, na chrzcie nazwano mnie: Henry Charles Albert David of Wales. Ale od samego początku wszyscy wołali na mnie Harry.








Przejdźmy jednak do najpoważniejszego zarzutu – mediów. Tu muszę przyznać Ci rację. Zawsze gdy czytam książki lub oglądam filmy, mam problem z przełożeniem tego aspektu na rzeczywistość. Czasem dziennikarze koczują przed domem bohaterów, czasem nikogo to nie obchodzi. Zgadzam się, że najważniejsza jest konsekwencja, czego tu być może mi zabrakło. W przypadku „Wymazanych…” chciałem bowiem, żeby media odegrały pewną rolę: scena w mieszkaniu rodziców Arka i postać dziennikarki (znowu sorry, że nie wchodzę w szczegóły). Być może to był błąd, być może lepiej byłoby zignorować temat mediów, niektórych by to zabolało, ale nikt by nie mógł zarzucić mi niekonsekwencji, a tak rzeczywiście taki zarzut ma uzasadnienie. To trochę tak jak ze współczesnymi horrorami, gdzie bohaterom musi zepsuć się komórka lub muszą wyjechać gdzieś, gdzie nie ma zasięgu, by nie mogli wezwać pomocy. Jest to uproszczenie, na które wszyscy się godzimy. Po trylogii „Boskiej proporcji” zdecydowałem, że nie chcę opisywać policyjnych śledztw. Nie zrobię tego tak dokładnie jak Robert Małecki w serii o komisarzu Grossie. Zawsze pójdę na pewne uproszczenia, puszczenie oka do czytelnika, by zamiast na szczegółach śledztwa skupiać się na psychologii i bardziej atrakcyjnych dla mnie tematach. Nie lubię mediów, nie znam się na nich, więc pewnie w przyszłości będę je ignorował. Nie wiem, czy ten argument Cię przekona, ale uważam, że nagonka medialna mogłaby przesłonić najważniejszy problem bohaterów. Ważniejsze od tego, co na zewnątrz, było dla mnie skupienie się na tym, co dzieje się wewnątrz postaci – emocje głównych bohaterów, decyzje, które podejmują, i wreszcie tytułowe wymazanie dzieci z pamięci.

