Tag: wydawnictwo marginesy

  • „W Szwecji pisarze kryminałów są celebrytami. Mogłem reklamować piwo albo samochody”. Jens Lapidus dla smakksiazki.pl

    Prawnik, pisarz, celebryta. Doskonale ubrany, profesjonalny do granic możliwości. Bez fochów i dąsów, co rodzimym pisarzom zdarza się za często. W naszej rozmowie zastanawia się nad problemem uchodźców, nad fenomenem szwedzkich kryminałów, a także, nad niesprawiedliwością na świecie. W Polsce do tej pory ukazały się: „Szybki cash”, „Zimna stal”, „Życie deluxe”, „Vip room” oraz „Sztokholm delete”.

     

    Praca prawnika jest dobrą inspiracją do pisania książek o przestępstwach, gangach, przemocy?

    Zdecydowanie tak. Dzięki mojej pracy mam tak naprawdę research za darmo. Mógłbym nawet posunąć się do stwierdzenia, że nie byłbym pisarzem, gdyby nie moja praca.

    Do pewnego momentu pisanie było pasją, bo przeważała praca prawnika. Teraz te proporcje się odwróciły i większość czasu zajmuje Panu pisanie?

    Gdyby mnie Pan zapytał trzy lata temu, to powiedziałbym, że jestem prawnikiem, a w wolnym czasie piszę książki. Wyglądało to tak, że kładłem dzieci spać i wtedy pisałem przez kilka godzin. Moje pierwsze trzy książki napisałem nocą. Kiedy urodziło się moje trzecie dziecko, to rzeczywiście, proporcje się odwróciły. Zacząłem zmniejszać liczbę godzin, które przepracowywałem jako prawnik, natomiast piszę znacznie więcej. „Vip room” oraz „Sztokholm delete” pisałem już za dnia. Doszedłem po prostu do wniosku, że nie jestem w stanie być Supermanem.

    Co składa się na dobrą historię?

    To jest niesamowicie trudne pytanie. Nie mam sprawdzonego przepisu, bo gdybym go miał, to pisałbym pewnie jedną książkę miesięcznie. Myślę, że chodzi o uniwersalne wartości, które pojawiają się już od dramatów greckich, poprzez Szekspira, Dostojewskiego, Tołstoja, aż po współczesną literaturę. Chodzi o to, żeby przedstawić wartości postaci oraz konflikt, jaki przezywa nasz główny bohater. Trzeba go sobie jednak najpierw dobrze wyobrazić.

    Nawiązując do fabuły „Vip roomu” oraz „Sztokholm delete” proszę powiedzieć, jaki wpływ na to kim jesteśmy, ma to, skąd pochodzimy?

    Wpływ na nas ma przede wszystkim środowisko, w którym się wychowujemy, rodzice oraz uwarunkowania ekonomiczne. Teraz w Europie gorącym tematem są uchodźcy i niektórzy z nas zastanawiają się, czy ci, którzy do nas przybywają, pochodzą z kultury, która jest przystosowana do naszej. Sądzę jednak, że najważniejsze są przekazywane nam wartości. Tutaj nie chodzi o DNA, o rasę, tylko o czynniki, które miały na nas wpływ w trakcie wychowania.

    W świecie, który Pan tworzy w swoich książkach, część bohaterów jest w ogóle zapomniana, a część ma nieograniczone wręcz możliwości. Zabrzmi to może górnolotnie, ale czy jest na świecie coś takiego jak sprawiedliwość? Pytam Pana jako prawnika i pisarza.

    Ciężko powiedzieć. Z prawniczego punktu widzenia sprawiedliwość wygląda tak, że próbuje się zastosować karę do powagi przestępstwa, ale zdarzają się też sytuacje, w których przestępstwa nie da się udowodnić. Wiemy, że ktoś popełnił zbrodnię, ale nie jesteśmy w stanie tego dowieść. Wtedy jest to bardzo niesprawiedliwe. Jeśli chodzi zaś o społeczeństwo, to nie, nie mamy sprawiedliwości., bo ciągle zmagamy się między sprawiedliwością, a wolnością. Z jednej strony, chcielibyśmy, żeby każdemu przysługiwała taka sama ilość pieniędzy, ale z drugiej strony, to też nie będzie sprawiedliwe. Ostatnio obserwujemy powiększanie się grona osób, które są bardzo bogate. W Szwecji jest dużo ludzi zamożnych, ale ci, o których mówię, są ultrabogaci. Nie płacą podatków, albo znajdują sposoby, żeby płacić ich jak najmniej. To jest według mnie bardzo niesprawiedliwe.

     

    Wierzy Pan w istnienie fenomenu szwedzkiej powieści kryminalnej? Kto jest teraz najlepszym szwedzkim autorem, Pan, Mons Kallentoft, może Stefan Ahnhem?

    Rzeczywiście, jest fala szwedzkich kryminałów. Możemy zaobserwować spory ruch w tym obszarze w ostatnich ośmiu, dziewięciu latach. Zaczęło się od Stiega Larssona, który otworzył drzwi, a później przyszli jego naśladowcy. Uważam, że ja częściowo należę do tego środowiska, a częściowo nie. Owszem, jestem jestem Szwedem i tworzę szwedzkie kryminały, ale nie do końca w stylu szwedzkich kryminałów. Zawsze styl tych powieści jest taki sam. Od morderstwa, przez dochodzenie, aż do rozwiązania sprawy, z jakąś tam jeszcze historyczną fabułą w tle. Ja natomiast chcę pisać i piszę inaczej. Trzeba zadać sobie też inne pytanie. Jak to możliwe, że z krajów skandynawskich, które są bardzo bezpieczne, na przykład w Szwecji od czterdziestu lat nie zwiększyła się liczba popełnianych morderstw, wychodzi tyle literatury o zabijaniu. Pyta mnie Pan kto jest najlepszy? Oczywiście, że ja (śmiech).

    Na koniec chciałbym odejść od tematyki książek, a przenieść się w świat reklamy. W środowisku krąży informacja, że dostał Pan propozycję reklamową od jednego z producentów samochodów, ale ją Pan odrzucił. Czy to jest prawda? Pojawiały się inne propozycje?

    Czy to prawda? Nie, nie sądzę…no dobrze, tak. W Szwecji część pisarzy kryminałów traktowana jest jak celebryci, więc moja twarz jest dość znana. Miałem więc propozycje od producenta samochodów, ale też od producenta piwa czy od firmy, która zajmuje się pokerem, ale odmówiłem wszystkim. Chociaż nie, nie wszystkim. Byłem twarzą Microsoftu w Szwecji, który akurat wprowadzał na rynek nowy pakiet biurowy. Ja na co dzień pracuję na tych produktach, piszę na nich swoje książki, więc było to dla mnie naturalne, że mogą powiedzieć: „zobaczcie, to jest coś, czego ja rzeczywiście używam”.

    Zdjęcia: Anna-Lena Ahlström 

  • „Wzięłam urlop, napisałam książkę, zaczęłam wysyłać ją do wydawców. Odpisało dziesięciu”.

    Naga, zakrwawiona dziewczynka wchodzi w biały dzień do banku w centrum Sztokholmu i wychodzi z kilkoma milionami koron. Niemożliwe? Przeczytajcie więc kryminał Jenny Rogneby. Rozmawiamy o debiucie literackim, sprzedaży praw do ekranizacji i hazardzie.

    Przede wszystkim chciałbym zacząć od gratulacji, bo Twoje książki zostaną wydane w USA. To szczyt marzeń?

    Dziękuję. Cieszę się, że moje książki ukażą się w tak wielu krajach. Podpisałam już umowy w Europie, w Azji oraz z Australią, więc oczywiście to radość, że trafią także do amerykańskich czytelników. Nie mogę doczekać się tej premiery.

    (C)Mikael ErikssonDo tej pory w Polsce ukazała się Twoja pierwsza książka „Leona. Kości zostały rzucone”. Z perspektywy czasu uważasz swój debiut za udany? I co w ogóle zdecydowało, że zaczęłaś pisać?

    Inspiracją do pisania kryminałów stała się dla mnie praca w wydziale śledczym sztokholmskiej policji. Wymyśliłam wtedy dość nietypową bohaterkę, Leonę, i czułam, że muszę o niej napisać. Wzięłam urlop, wyjechałam za granicę (bo nie chciałam, żeby mnie coś rozpraszało) i napisałam pierwszą książkę z serii. Po powrocie do Szwecji wróciłam do pracy i wysłałam tekst do kilku wydawców. W moim kraju nie jest łatwo znaleźć wydawcę, a już szczególnie dla kryminału, ponieważ mamy bardzo wielu utalentowanych autorów, którzy zajmują się tym gatunkiem, a do wydawnictw trafiają rocznie tysiące propozycji. Mogłam tylko czekać i trzymać kciuki. Byłam zaskoczona, gdy otrzymałam pozytywne odpowiedzi od dziesięciu z nich. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że napisałam rzecz, która może okazać się sukcesem wydawniczym.

    Pomysł na stworzenie postaci policjantki, która jest w zmowie z przestępcą, uważam za „efekt wow”. Czytasz i myślisz: to jest coś, nowe spojrzenie na powieść kryminalną. Jak powstawała postać Leony Lindberg?

    Chciałam napisać historię o policjantce, która nie postępuje zgodnie z zasadami oczekiwanymi tradycyjnie od kobiety, matki czy pracownika policji. Leona zawsze próbowała wieść idealne, spokojne życie u boku męża i dwójki dzieci, ma świetną pracę. Ale kiedy to wszystko osiągnęła, ogarnęły ją wątpliwości. “Czy naprawdę jestem tym, kim chcę być, może po prostu tylko nauczono mnie, że takie zadania powinnam realizować?”. Czuje się jak robot, który codziennie wykonuje te same czynności. Myślę, że wielu ludzi ma podobne odczucia. Leona nie jest w stanie dłużej tego znosić. Szuka jakiegoś wyjścia. A ponieważ ma też dość mroczną przeszłość, nie potrafi określić tego, co czuje. To wszystko powoduje, że wybiera zupełnie nową drogę życiową, dość niebezpieczną. Ale zainteresowała mnie także możliwość napisania kilku rozdziałów z perspektywy siedmiolatki, dziewczynki, która w biały dzień wchodzi do banku w Sztokholmie i wychodzi z majątkiem. I sytuacja, gdy spotyka się z Leoną, która prowadzi śledztwo w tej sprawie.

    Pojawił się już temat ekranizacji Twoich książek?

    Dostałam propozycje od wielu producentów, zarówno ze Szwecji, jak i z całej Europy, a także ze Stanów Zjednoczonych. Ostatecznie prawa zostały już sprzedane Johnowi Lesherowi, producentowi z Los Angeles, który ma na koncie wielkiego Oscarowego tryumfatora ostatnich lat – film “Birdman”. To on także wyprodukował “Furię”, w której zagrał Brad Pitt i “Pakt z diabłem” z Johnnym Deppem. W przypadku “Leony” planowana jest współpraca z niemiecką firma producencką DCM. Bardzo mnie to cieszy. To ciekawe, że właśnie ci producenci czytając moją książkę mogli wyobrazić sobie sceny, które ja wymyśliłam podczas pisania.

    f9937553afb0a9eadce6d709090c465f_fullZdradź proszę, o czym jest Twoja druga książka, która już ukazała się w Szwecji, jakie są dalsze losy Leony?

    W tej książce Leona musi sprostać kolejnym wyzwaniom i wplątuje się w różne skomplikowane sytuacje. Druga książka rozpoczyna się sceną, w której pewien człowiek wysadza się w powietrze przed siedzibą parlamentu w Sztokholmie. Nikt nie wie, kim jest ten mężczyzna, czy należy do jakiejś organizacji terrorystycznej. Udaje mu się przeżyć, choć jest ciężko ranny, a Leona ma go przesłuchiwać w szpitalu. A ponieważ sama ma różne problemy, które poznaliśmy już w pierwszym tomie, działa w sposób drastyczny i dość zaskakujący – ale to akurat w jej przypadku nie powinno dziwić.

    Sądzisz, że mogłabyś umieścić całą fabułę kryminału na bliskiej Ci Malcie?

    Niektóre wydarzenia z pierwszego tomu dzieją się na Malcie, choć głównie akcja toczy się w Sztokholmie, gdzie Leona pracuje i mieszka. Ale jej marzeniem jest inne życie, więc czytelnicy, którzy poznają kolejne książki z serii, będą mogli się przekonać, czy w końcu uda jej się osiedlić w innym kraju.

    Leona oprócz zaangażowania w przestępstwo, ma też olbrzymi problem z hazardem, przegrywa praktycznie wszystkie pieniądze, łącznie z tymi przeznaczonymi na operację syna. Według Ciebie hazard jest poważnym problemem w Szwecji, na świecie?

    W Szwecji hazard jest zakazany, jest tylko jedna firma kontrolowana przez rząd, „Svenska Spel”, która zajmuje się grami hazardowymi. Prowadzone są działania uświadamiające, ale wciąż zdarzają się ludzie, którzy wpadają w ten nałóg. Leona, która jest hazardzistką, traci mnóstwo pieniędzy, pogrąża siebie i rodzinę w długach – a to dość często zdarza się wśród osób z takim uzależnieniem. Problem polega na tym, że Malta, czyli kraj, w którym Leona chciałaby zamieszkać, jest hazardową mekką. Zobaczymy, jak sobie z tym poradzi, o ile w ogóle uda jej się tam dotrzeć.

    Zdjęcia: Mikael Eriksson, Wydawnictwo Marginesy

  • „Nie mam nic do ukrycia”, biografia Wandy Chotomskiej już jesienią.

    Na „Pięciopsiaczkach” czy „Tadku Niejadku” wychowali się dzisiejsi dorośli. Co wiedzą o Wandzie Chotomskiej?  Sama mówi, że „woli pisać dla dzieci niż dorosłych, bo z dorosłych już niczego nie będzie”.

    Z jedną z najbardziej znanych polskich pisarek rozmawia dziennikarka Radia Kraków, Barbara Gawryluk. Będzie to pierwsza, kompletna biografia Wandy Chotomskiej, która ukaże się na polskim rynku. To jest tak naprawdę opowieść Wandy o sobie samej, ja tylko zadaję pytania”, podkreśla Barbara Gawryluk. Wanda Chotomska stawiana jest w jednym rzędzie z Janem Brzechwą i Julianem Tuwimem. W kilkuset stronicowej książce nie zabraknie też zdjęć, rysunków, a także rozmów ze znajomymi pisarki. Głos zabiorą Bohdan Butenko, Grzegorz Kasdepke, Joanna Papuzińska, a także wiele innych postaci ze świata literatury.

    Biografia ukaże się jesienią nakładem Wydawnictwa Marginesy.

  • Pilne! Stefan Ahnhem na Targach Książki w Katowicach.

    Fantastyczna wiadomość dla fanów szwedzkich kryminałów. Jak udało mi się właśnie dowiedzieć, Stefan Ahnhem na 99% będzie gościem Targów Książki w Katowicach, które odbędą się na przełomie września i października w Międzynarodowym Centrum Kongresowym. 

    Do tej pory w Polsce ukazała się jedna książka szwedzkiego autora. „Ofiara bez twarzy” to początek serii o przygodach policjanta Fabiana Riska. Pod koniec sierpnia planowana jest premiera „Dziewiątego grobu”, którego smakksiazki.pl będzie patronem medialnym. Stefan Ahnhem zanim zaczął pisać książki, również pisał, z tym, że scenariusze filmowe. Spod jego ręki wyszły scenariusze do najpopularniejszych szwedzkich seriali kryminalnych, m.in. o Kurcie Wallanderze, na podstawie książek Henninga Mankella.

    zdjęcie: Wydawnictwo Marginesy

  • „Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii”. Jaume Cabre w rozmowie ze smakksiazki.pl

     

    Kataloński pisarz opowiada o tym, co dla niego ważne, czyli o swojej małej ojczyźnie, muzyce i literaturze. Mówi, że wena do niego nie zagląda, a także wyjaśnia, co znajduje się na okładce polskiego wydania „Cienia eunucha”. Przeczytajcie wywiad z Jaume Cabre, a potem sięgnijcie po jego książki. Wszystkie. Warto. 

     

    Pochodzę z Górnego Śląska, gdzie część środowisk, podobnie jak w Katalonii dąży nie tyle do niepodległości, co do autonomii. Widzi Pan więcej punktów stycznych?

    Katalonia nie jest wyjątkiem. Wiele narodów wybiło się na niepodległość. Parę przykładów, tylko z Europy, z XX wieku: Norwegia, Estonia, Łotwa, Litwa, Chorwacja, Słowenia, Czarnogóra, Kosowo, Macedonia, Czechy, Słowacja itd… A co dopiero, gdybyśmy wzięli pod uwagę resztę świata! Wszystkie narody mają prawo decydować o swoim losie. Stany Zjednoczone nie istniałyby, gdyby nie wypowiedziały posłuszeństwa Koronie Brytyjskiej. Wszystkie kraje latynoskie decydują o sobie dlatego, że postanowiły uniezależnić się od Hiszpanii…

    Bardzo utożsamia się Pan Katalonią, regionem, kulturą, językiem. Widzi Pan jakąś realnie dającą się przewidzieć datę, kiedy Katalonia wyniesie się na niepodległość? 

    Kiedy? Nie mam pojęcia. Oby jak najszybciej. Wiele osób nad tym pracuje. Nie da się przewidzieć konkretnej daty.

    W jednym z wywiadów powiedział Pan, że „czytelnik jest inteligentny, czytelnik jest ciekawy, czytelnik szuka zaczepki”. Przy każdej kolejnej książce coraz trudniej czytelnika „zaczepić”?

    Coraz trudniej. Ale się nie poddaję…

    Zrzut ekranu 2016-06-15 o 10.04.51

    W Pana książkach bardzo dużą rolę, żeby nie powiedzieć wiodącą rolę odgrywa muzyka. Czego Jaume Cabré słucha na co dzień?

    Słucham bardzo dużo i bardzo różnej muzyki. Teraz na przykład, zastanawiając się nad Pańskimi pytaniami, słuchałem sonaty na skrzypce i fortepian Brahmsa (pierwszej), w wykonaniu skrzypaczki Kai Danczowskiej i pianistki Mai Nosowskiej. Coś niesamowitego. Znakomite solistki!

    W swoich książkach porusza Pan trudne tematy. Korupcja sądowa („Jaśnie Pan”), niezdolność do wybaczania („Głosy Pamano”). Trudno znaleźć tematy do swoich książek, czy tylko się Pan rozgląda i wyłapuje to, co akurat mu pasuje do koncepcji?

    I jedno, i drugie: obserwuję rzeczywistość i wsłuchuję się w siebie, czy poczuję wewnętrzny przymus, czy dany temat osobiście mnie porusza. A przede wszystkim muszę znaleźć postać, która mi pozwoli rozwinąć opowieść. Kieszenie moich postaci zazwyczaj pełne są gotowych historii czy ich skrawków, a na dodatek z własnej i nieprzymuszonej woli przyprowadzają mi w prezencie swoich znajomych, i znów każdy z nich ma w zanadrzu swoją opowieść… To ciężka praca. Natomiast całkowicie obce jest mi coś takiego jak natchnienie, inspiracja… Nie znam tej damy; ona do mnie nie zagląda.

    W Polsce właśnie ukazał się „Cienia Eunucha”, w którym przedstawia Pan człowieka, który ma problemy z kobietami, z napisaniem książki, z działalnością w opozycji, z pogodzeniem się z historią. Czytelnik powinien Miquelowi Gensanie współczuć?

    Nie sądzę. Wystarczy okazać mu nieco empatii, spróbować go zrozumieć. Na to liczę. Wielu z nas, nie wyłączając moich czytelników, przeszło w życiu niejedną traumę, czy to z powodów politycznych, społecznych czy osobistych, ale przecież nie użalamy się nad sobą: jest jeszcze tyle do zrobienia, że szkoda czasu na rozpamiętywanie trudnych chwil.

    Historia domu, w którym obecnie znajduje się restauracja, do której zaproszony jest Miguel, to wytwór Pana wyobraźni, czy takie przekształcenie rzeczywiście miało miejsce?

    Zainspirowała mnie opowieść kogoś, kto sam przeżył podobne doświadczenie – dom rodzinny zamieniony w restaurację. Opisany w powieści dom położony jest w odległości pięciu minut spacerkiem od mojego obecnego mieszkania. Zresztą czytelnik może go sobie dokładnie obejrzeć, bo wydawcy umieścili reprodukcję zdjęcia na okładce. Tylko że ten prawdziwy nazywa się dom Torrella, a nie Gensana… Ale to tylko punkt wyjścia powieści. Cała reszta opisanych w niej wydarzeń jest zmyślona i tylko inkrustowana moim własnym doświadczeniem oraz przeżyciami przyjaciół i znajomych.

    Przez część krytyków, to właśnie „Cień eunucha” jest uznawana za Pana najlepszą książkę. Zgada się Pan z tym?

    Ja sam nie mogę dzielić swoich powieści na „lepsze” i „gorsze”. Każda z nich kosztowała mnie wiele trudu i każda ma prawo wieść żywot spokojny, nie stresując się tym, że oto autor umieścił ją w jakimś rankingu. Oczywiście wiem, że jedni czytelnicy wolą tę powieść, a inni zakochują się w tamtej… I dobrze. Nic mi do czytelniczych preferencji. Nie mam prawa się wtrącać.

    Jak we wszystkich książkach, tutaj też nie brakuje historii. Kiwa Pan niejako palcem wobec młodszych pokoleń, mówiąc: pamiętajcie, co stało się za dyktatury Franco? Trzeba o tym przypominać?

    To bardzo ważne, żebyśmy nie tracili pamięci o przeszłości. Nie tylko ważne; to kwestia zasadnicza. Jako jednostki i jako społeczeństwo musimy znać naszą historię i umieć wyciągać z niej wnioski. I przede wszystkim unikać banalizacji wszystkich tych tragicznych wydarzeń, skutków wojny, dyktatury i konfliktów. Wojna i powojenne represje pozostawiają blizny; zmuszają do refleksji całe społeczeństwo i każdego człowieka – w jakich okolicznościach powstały te rany, na czym polegają i dlaczego nie wolno o nich zapomnieć.

    W innym z wywiadów powiedział Pan, że w Polsce czuje się jak w domu. Co się Panu najbardziej w Polsce podoba? 

    Długo by wymieniać: zaczynając od ludzi, bardzo gościnnych, przynajmniej tych, których poznałem, zainteresowanych kulturą. Podoba mi się krajobraz. Kiedy się jedzie pociągiem, można docenić, jaka Polska jest piękna. Mówię na podstawie fragmentarycznych obserwacji, a to tylko kropla w morzut! Byłem zaledwie na południu, w Krakowie i okolicach, w Warszawie i nad Bałtykiem – w Gdyni, Gdańsku i w Sopocie. Niewiele, prawda? Myślę o waszej historii, o trudnych przejściach, kiedy Polska praktycznie przestała istnieć, o machinacjach potężnych sąsiadów… Ale przetrwaliście. A w tych dziedzinach, które są mi najbliższe, takich jak sztuka, muzyka czy literatura, naprawdę macie się czym pochwalić. Tu ludzie się znają na kulturze w ogóle, a na literaturze w szczególności.

    Muszę też przyznać, że między innymi dlatego tak dobrze się czuję w Polsce, że spotkało mnie tu życzliwe przyjęcie przez czytelników, ich zainteresowanie i szacunek. Jestem im za to bardzo wdzięczny.

    Co w wolnych chwilach (o ile takie są) czyta Jaume Cabré? 

    Z wiekiem każda czynność zajmuje mi coraz więcej czasu. Jednak mimo to nie przestaję czytać. Najczęściej wracam do swoich ulubionych wierszy. Czytam też najrozmaitsze powieści. I eseje, jeśli zaintryguje mnie temat. Słucham muzyki, co też jest rodzajem lektury… Tyle że brak mi cierpliwości. Kiedy byłem młodszy, nie odkładałem książki, nawet jeśli wydawała się nudna… Teraz jest inaczej; jestem niecierpliwy, czuję upływ czasu!

    Czytając czyjąś książkę, pomyślał Pan chociaż raz: „o, szkoda, że nie ja to wymyśliłem”?

    O tak, nie raz i nie dwa. Ale z natury nie jestem zawistnikiem (a przynajmniej się staram), więc natychmiast odwracam sytuację i myślę sobie „świetny pomysł, wspaniale, że ktoś na to wpadł!”. A przede wszystkim czuję się szczęśliwy, kiedy trafi mi się książka, od której nie mogę się oderwać i żałuję, że kiedyś musi się skończyć.

    Tłumaczyła Anna Sawicka

  • „Alkohol i anonimowość tworzą twórczą kombinację”. Peter Swanson opowiada o swojej książce „Czasem warto zabić”, o współpracy z Agnieszka Holland, a także…przeczytajcie zresztą sami.

    ndripdeg940g8occ0c80co8okk0k84o

    Jakie tajemnice można zdradzić kobiecie poznanej w lotniskowym barze? Okazuje się, że te najgłębiej skrywane. Jeśli do tego dodać alkohol i wielogodzinny lot samolotem, to może z tego powstać plan zabójstwa niewiernej żony. Czy to tylko słowa? A może słowa przerodzą się w czyny? Przeczytajcie „Czasem warto zabić”, ale zanim to zrobicie, serwuję Wam wywiad z autorem. 

    Agnieszka Holland, polska reżyserka nominowana do Oscara, twórczyni tak znakomitych filmów jak „Całkowite zaćmienie”, „Europa, Europa” czy „W ciemności” zainteresowała się Pana książką i planuje jej przeniesienie na ekran. Czy jest Pan zadowolony z pomysłu ekranizacji? Czy planuje Pan współpracę przy scenariuszu?

    Jestem zachwycony, że Agnieszka Holland podpisała umowę na reżyserię „Czasem warto zabić”. Scenariusz już powstał (bez mojego udziału) i jest świetny! Trzymam kciuki za realizację tych planów.

    Agnieszka Holland uważa, że postać Lily to wspaniała rola dla utalentowanej aktorki – czy pokusiłby się Pan o wskazanie jakiegoś pomysłu na obsadę? Może ma Pan już kogoś na uwadze?

    Mam wiele pomysłów na rolę Lily. Czołówkę zajmują Alicia Vikander, Rooney Mara, Amanda Seyfried, Jessica Chastain.

    Agnieszkę Holland najbardziej zaintrygowała w Pana książce postać głównej bohaterki. „To ofiara? Psychopatka? Mścicielka?” Kim jest Lily?

    Zgadzam się z Agnieszką. Lily jest zarówno główną bohaterką książki, jak i największą jej tajemnicą. Spośród wszystkich postaci, które kiedykolwiek stworzyłem, najbardziej lubię Lily. To zabójczyni, ale nie jest żądną krwi morderczynią. Wiedzie spokojne życie i jest dość pragmatyczna.

    Ale jedyną rzeczą, którą na pewno można powiedzieć o Lily, to to, że jest bezlitosna. Nie jest ona typową kobiecą postacią, nie waha się przed zemstą za to, czego doświadczyła w życiu. Dlaczego taka właśnie jest?

    To, co czyni ją wyjątkową, to jej praktyczne podejście do życia. Nie jest okrutna i nie czuje potrzeby zabijania. Po prostu śmierć nie robi na niej wrażenia. Pozbycie się człowieka to dla niej jak zabicie natrętnej muchy. Jeśli musi to zrobić, zwyczajnie to robi.

    czasem-warto-zabic-b-iext33900189Życie Teda zmienia się całkowicie na skutek niespodziewanego spotkania na lotnisku. Czy to spotkanie to kwestia przeznaczenia czy przypadku?

    Chyba i jedno, i drugie, o czym czytelnik ma szansę przekonać się podczas lektury. Choć ja wolę myśleć, że to czysty przypadek. Swoją drogą ta myśl mnie nurtuje. Jak bardzo może zmienić się czyjeś życie w zależności od tego, który bar na lotnisku wybierzemy. Znacznie częściej stajemy się ofiarami przypadku niż przeznaczenia.

    Rozmowa z nieznajomym może być świetnym źródłem inspiracji dla pisarza. Czy kiedykolwiek zdarzyło się Panu wyznać swoje tajemnice obcej osobie spotkanej w samolocie lub w pociągu? A może ktoś przypadkowo poznany opowiedział Panu swoje życie?

    W rozmowach z nieznajomymi jestem dość nieśmiały. W samolocie najczęściej mam słuchawki na uszach. Ale za to w barach odbyłem kilka ciekawych rozmów. Alkohol i anonimowość tworzą twórczą kombinację.

    W jaki sposób powstał pomysł na tę książkę? Gdzie znajduje Pan inspirację do pisania?

    W młodości przyjaciel moich rodziców opowiedział mi o kobiecie, która zdradziła mu wszystkie swoje mroczne tajemnice podczas lotu samolotem. Ta historia zapadła mi w pamięć i w końcu stała się podstawą do napisania powieści. Zacząłem się zastanawiać nad sytuacją, gdy nieznajomy zdradza drugiej osobie nie że kogoś zamordował, ale że dopiero planuje zbrodnię. I co by się stało, gdyby ta przypadkowo spotkana osoba uznała to za dobry pomysł. Takie właśnie scenariusze mnie inspirują. Zadaję sobie pytanie: „Co by się stało, gdyby…”, a potem tych pytań pojawia się coraz więcej. Jeśli odpowiedzi są ciekawe, to wtedy wiem, że już mam pomysł na książkę.

    Czyje książki Pan czyta i kto Pana inspiruje?

    Najczęściej czytam thrillery – takich współczesnych autorów jak Sophie Hannah, Stephen King, Megan Abbott , ale też innych – żeby tylko wymienić kilku: Patricię Highsmith, Ruth Rendell, Eda McBaina. Szukając inspiracji wracam często do Johna D. MacDonalda. To mój ulubiony autor thrillerów, napisał około 100 powieści w latach 1950–1980. 

    Słyszałem też, że zrealizował Pan ciekawy pomysł polegający na pisaniu sonetów inspirowanych filmami Alfreda Hitchcocka. Co takiego ciekawego znalazł Pan w jego filmach, że stały się inspiracją do pisania poezji?

    Alfred Hitchcock to mój ulubiony reżyser. Po pierwsze jest mistrzem rzemiosła filmowego, po drugie fascynują mnie tematy, którymi się zajmował. Myślę o jego filmach tak często, że postanowiłem podjąć wyzwanie i napisać o nich. Zacząłem pisać sonety i nie mogłem przestać, aż powstał wiersz dla każdego z 53 jego filmów. Świetnie się przy tym bawiłem!

    Powiedział Pan kiedyś w jednym z wywiadów, że „paradoksalnie, osoba, która z największym prawdopodobieństwem może nas zabić to ta, która siedzi naprzeciw przy śniadaniu”. Dlaczego tak się dzieje?

    Nie jestem pewny, czy to się sprawdza w życiu, ale ten pomysł przemawia do mnie jako autora thrillerów. Boimy się obcych, ludzi, których nie znamy, ale czy nie powinniśmy obawiać się właśnie tych, których znamy najlepiej? Wydaje mi się to ciekawsze: morderstwo w domowym zaciszu.

    zdjęcie główne: freeimages.com/Andrew Peat

    zdjęcie autora oraz okładka: Wydawnictwo Marginesy.

  • „Tove Jansson skrywa przed mną jeszcze wiele tajemnic”. Justyna Czechowska, tłumaczka twórczości autorki „Muminków”, opowiada o… Zresztą, przeczytajcie.

    listy-tove-jansson-b-iext32295072Zna Tove Jansson bardzo dobrze, chociaż nigdy się nie spotkały. Tłumaczka twórczości pisarki znanej przede wszystkim z „Muminków”, opowiada o tym jaka była Tove Jansson, co sprawiło jej najwięcej problemów przy tłumaczeniu, a także o tym, dlaczego chciałaby żyć jak pisarka, którą tłumaczy. Przed państwem Justyna Czechowska.

     

    Jak w ogóle doszło do tego, że przetłumaczyłaś „Listy Tove Jansson”?

    Ja twórczością dla dorosłych Tove Janson zajmuję się już od dłuższego czasu. Początkowo przetłumaczyłam „Wiadomość”, opowiadania Tove, które ukazały się rok temu. Już wtedy wiedziałam, że w przygotowaniu są „Listy…” redagowane i wybrane przez wielką znawczynię twórczości Tove Janson, Boel Westin oraz wieloletnią redaktorkę TJ z Finlandii, Helen Svensson. Obie panie przygotowały wybór listów TJ, które ukazały się w Szwecji i Finlandii jesienią 2014, który to rok był jubileuszem urodzin TJ. Już wtedy wiedziałam, że „Listy…” muszą się ukazać też w Polsce.

    Tłumacząc tę znakomitą autorkę, polubiłaś ją?

    Ja zawsze się zżywam z autorką, albo z bohaterką książek, które tłumacze. Zazwyczaj są to kobiety,tak wychodzi, a TJ jest mi o tyle bliska, że jest to taka osoba, która przeżyła cały XX wiek, w niezwykle ciekawy sposób wykorzystała całe swoje doświadczenie życiowe w swojej twórczości. I to zarówno w twórczości dla dzieci, czyli w „Muminkach”, ale też dla dorosłych. To jak TJ żyła, niezwykle przekładało się na to, jak ja bardzo chciałabym żyć. Ona była niezwykle pracowitą osobą, więc fakt tłumaczenia o tej pracowitości, napędzał też moją pracę. To jest fantastyczne.

    Tłumaczenie „Listów…” Tove Jansson było zadaniem trudnym?

    Sprawiało mi to ogromną przyjemność, ale też wymagało poszukiwań. Takich ciekawych poszukiwań. Ja Skandynawią zajmuję się nie od dziś, szczególnie Szwecją, a tymczasem duże wyzwanie postawiła mi Finlandia. TJ zapoznała mnie z tym krajem, szczególnie z Helsinkami, Zatoką Fińską. Generalnie, TJ jako malarka i pisarka jest mi już dobrze znana. Duża czytałam, dużo rozmawiałam z osobami, które ją znały. Duży kłopot sprawiło mi natomiast to, że w twórczości TJ pojawia się bardzo dużo wody, bardzo dużo morza, wysp, takiego krajobrazu nadmorskiego. U niej wciąż pływają statki, łódki, kanadyjki i parowce i ta terminologia z tym związana jest mi mało znana. Wychowałam się w zupełnie innym kraju i wychowałam się w polszczyźnie, która jednak nie ma tak wyrobionej terminologii nadmorskiej jak kraje skandynawskie. Właśnie to jest ta rzecz, która sprawiała mi wiele problemów i wymagała wielu poszukiwań. Kolejną rzeczą, której musiałam się uczyć od podstaw było to, że w polszczyźnie bardzo mocna istnieje II Wojna Światowa. Tymczasem bardzo dużą część „Listów…”, stanowią listy do przyjaciółki TJ, która w 1941 roku musiała jako Żydówka opuścić Helsinki i wyjechała do Nowego Jorku. Przez cały okres wojny, TJ pisała do niej poruszające i dokumentujące listy, opisujące codzienność w Finlandii. To była dla mnie nowość, że ten kraj był tak mocno okupowany, zdziesiątkowany, biedny. To było wyzwanie dla polszczyzny, której musiałam użyć.

    Tove Jansson ma jeszcze przed Tobą jakieś tajemnice?

    Myślę, że tak, jak każdy człowiek. Nigdy nie poznałam jej osobiście, nasze życia nie zbiegły się za bardzo, nie byłam jeszcze na jej grobie. „Listy…” odkrywają dużą część TJ, ja ją poznałam z trochę innej strony niż w tej twórczości, którą wcześniej tłumaczyłam. Znam ją z jej listów, obrazów, filmów. To chyba dobrze, że zostały jeszcze jakieś tajemnice.

  • Dlaczego niedźwiedzie nie jedzą pingwinów? Rozmówka z Mikołajem Golachowskim, autorem książki „Czochrałem Antarktycznego słonia”.

    Unknown-8Bada życie zwierząt od ponad dwudziestu lat. Łosie, jenoty, lisy, słonie morskie, to jego przyjaciele, którymi fascynacji nie ukrywa. Jeśli planujecie wybrać się na Antarktykę, to tylko z nim. Zna ją lepiej niż warszawskie Łazienki. Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum Mikołaja Golachowskiego.

     

    Wszyscy powinniśmy nauczyć się raz na zawsze, że niedźwiedzie nie jedzą pingwinów? 

    To jest bardzo często powtarzające się nieporozumienie, a media pełne są obrazków niedźwiedzi w towarzystwie pingwinów. Jeżeli chciałbym, żeby chociaż jedną rzecz zapamiętano z mojej książki, to właśnie to, że niedźwiedzie i pingwiny mieszkają na dwóch końcach świata.

    A gdybyś mógł wybrać trzy rzeczy, które czytelnicy powinni zapamiętać?

    Że przyroda jest od nas silniejsza i należy jej się bezwzględny szacunek, a to nie zawsze jest oczywiste, kiedy mieszkamy w Polsce, kiedy jesteśmy w jakimś oswojonym parku. Natomiast trzecia rzecz…to fakt, że przyroda jest od nas niezależna. To znaczy, że niezależnie od tego, kto tym rządzi, pantofelek będzie się zawsze rozmnażał poprzez podział. To jest jeden z powodów, dla których zostałem biologiem, ponieważ biologia oferuje nam znajomość niezależnej, autonomicznej rzeczywistości.

    Golachowski_055

     

    Jak powstawała ta książka? Pisałeś ją gdzie popadnie?

    Pisałem ją wszędzie. W międzyczasie urodziła mi się córka, więc się okazało, że nie mam tak dużo czasu do dyspozycji, więc siedziałem nad tym gdzie tylko się dało. W domu, na statku, w różnych miejscach.

    Jak znajomi podchodzą do Twojego trybu życia? Akceptują, narzekają?

    To wszystko zależy od stopnia znajomości. Większość przyjaciół to docenia i wiedzą, że odnalazłem coś, dzięki czemu jestem szczęśliwy i mogę realizować swoje pasje. Natomiast rodzina raczej tego nie lubi. Ja tęsknię za moją córką i rodziną, oni tęsknią za mną, to jest największe obciążenie.

    Golachowski_125_koniecznie

    Na okładce Twojej najnowszej książki jest słoń morski, który wygląda dość przerażająco. Jak to wygląda w rzeczywistości, one dają się tak po prostu czochrać?

    Duże słonie morskie, zwłaszcza w okresie rozrodczym są bardzo agresywne. Trzeba wiedzieć, że to jest zwierzę, które waży do 5 ton, a zęby ma długości 10 centymetrów. One próbują nas dorwać, jeśli się w ogóle zorientują, że jesteśmy w pobliżu. Generalnie to jest tak, że one leżą jeden na drugim i nawet jak je dotykam, to one nie zawsze się budzą, bo są do tego przyzwyczajone. Jeśli więc uda mi się podejść do takiego słonia i go czochrać, to często się to odbywa zupełnie bezkonfliktowo. Gorzej jest wtedy, kiedy on jest obudzony i widzi, że ja się do niego zbliżam, wtedy może reagować agresywnie. Natomiast małe słonie morskie, to zupełnie inny temat. Na początku są trochę przestraszone, ale gdy już zaczynam je czochrać, to się odprężają i same się nadstawiają.

    Golachowski_008_koniecznie

  • Lepiej już było? Czytamy coraz mniej.

    libros006Było źle, jest dramatycznie. Nie ma się tutaj co rozwodzić w rysowanie wykresów, przedstawianie tabelek. Po prostu nie czytamy i już. Z badań przeprowadzonych dla Biblioteki Narodowej wynika, że w zeszłym roku ponad 63% Polaków nie przeczytało ani jednej książki. Dodam tylko, że czternaście lat temu, ten odsetek wynosił niecałe 45%. Jesteśmy niszą, z roku na rok coraz większą. Nie będę mędrkował, przeczytajcie co na temat wyników badania czytelnictwa mają do powiedzenia ludzie z branży.

     

    Łukasz Orbitowski, laureat Paszportu Polityki 2015: Cóż rzec. Książki w Polsce są drogie. Tymczasem kultura w innych swoich segmentach jest tania i nie mówię tutaj o nielegalnym pobieraniu z sieci, ale o masie wartościowych filmów udostępnionych na youtube, o bezpłatnej klasyce udostępnianej przez Amazon i wydawnictwa na zachodzie, o abonamencie w Playstation + i Spotify. Na tle tej oferty, cena książki jest skandalicznie wysoka. Warto też przypomnieć, że z tejże kwoty autor otrzymuje między 5 a 10%.

    Marta Guzowska, pisarka: Jestem taka stara, że pamiętam kolejki, które ustawiały się pod księgarnią PIW na Foksal w Warszawie, kiedy rzucili coś ciekawego (czyli prawie codziennie). Jestem nawet aż tak stara, że sama w tych kolejkach wystawałam. Nie wyobrażam sobie, jak można żyć bez czytania. Ludzie, opamiętajcie się! Człowiek, który przeczytał książkę, przeżył dwa życia: swoje i bohaterów powieści. Naprawdę żyjecie aż tak ciekawie, żeby zrezygnować dobrowolnie ze świata fikcji? Moje życie jest nudne. Gdybym przestała czytać, przypuszczalnie umarłabym.

    Vincent Severski, pisarz:  Nie wiem, co mnie bardziej martwi. To, że tylko 37% Polaków „coś” przeczytało, czy to, że 63% nic nie przeczytało. Właściwie, mógłbym postawić taka sama diagnozę, obserwując tylko nasze media i internet. Co więcej, odbija się to wyraźnie na naszej scenie politycznej i poziomie dyskusji między Polakami. Czasami mam wrażenie, że są u nas siły polityczne, którym po prostu zależy, żeby Polacy czytali jak najmniej, a jeśli już, to wskazane tylko tytuły. A może się mylę? Może właśnie nadszedł czas, kiedy Polacy zaczną masowo czytać, szukając odpowiedzi na trudne pytania? Zobaczymy za rok.

    Karolina Piotrowska, dziennikarka, pisarka: Myślę, że Polska się rozwarstawia- na tych, co czytaja dużo, po kilka książek w miesiącu i tych, którzy nie wiedzą nawet, co to jest książka. Choć z drugiej strony- w bibliotekach są kolejki, listy oczekujących na wiele tytułów… Państwo robi niewiele w kwestii propagowania czytelnictwa. Jest zajęte polityką. Idiotami łatwiej się rządzi. W interesie rządzących jest, byśmy byli narodem kretynów. Ich marzenie powoli się spełnia.

    Anna Sekielska, Wydawnictwo Od deski do deski: Ostatnie badania Biblioteki Narodowej dotyczące czytelnictwa w Polsce są po prostu smutne. Aż 63% Polaków nie przeczytało w minionym roku żadnej książki!!! Przerażający jest też fakt, że z roku na rok procent nieczytających wzrasta. Zastanawiam się nad przyczynami tego zjawiska. W badaniach BN zostało podane, iż co raz mniej rodziców czyta dzieciom – czyli mamy jedną przyczynę. Być może drugą są lektury szkolne – nadmiar archaicznych publikacji, które nudzą współczesną młodzież przyzwyczajoną do nadmiaru różnego rodzaju bodźców. Myślę, że lista lektur szkolnych powinna być uaktualniona i uwspółcześniona. Tym bardziej, że ukazuje się mnóstwo ciekawych i wartościowych publikacji dla młodego czytelnika.

    Magdalena Śniecińska, Wydawnictwo Marginesy: Fakt, nie jest to bardzo budujący wynik, ale może pora przestać w końcu narzekać? Rozwój internetu, tempo życia w nieunikniony sposób wpływają na czytelnictwo książek. Z drugiej strony, patrząc z perspektywy wydawnictwa, od początku roku sprzedaliśmy 37 tys. 800-stronicowej powieści i planujemy dodruki, więc chyba nie jest z nami aż tak bardzo źle?! Czy może być lepiej? – zawsze. Każdy powinien zacząć od siebie – czytajmy dzieciom, rozmawiajmy z nimi o książkach, pokazujmy, że to równie atrakcyjna forma rozrywki, co tablet czy telefon komórkowy. No i powinniśmy dawać dobry przykład – jeśli dzieci widzą rodziców przy lekturze, same również chętniej po nią sięgają. Jest szansa, że w przyszłości też będą czytać książki!