Tag: wydawnictwo marginesy

  • „Słoneczne miasto” po raz pierwszy w Polsce!

    Tove Jansson przedstawiać nikomu nie trzeba. Wystarczy jedno słowo: „Muminki”. W połowie lutego do polskich czytelników trafią dwie nowele, w sumie nieco ponad trzysta stron. 

    Kamienne pole”(przeł. Teresa Chłapowska) to historia Jonasza, który przeszedł na emeryturę. Zamierza w tym czasie napisać biografię niejakiego Igreka. Mimo że dopada go niemoc twórcza, wytrwale zbiera materiały do książki. Jednocześnie zaczyna wspominać własne życie i uświadamia sobie różne niewygodne fakty, jak choćby brak bliższych relacji z własnymi córkami. Zdaje sobie sprawę z tego, jak często uciekał od konfrontacji z życiem w świat słów. Dokonuje bolesnego rozrachunku z własną historią i samym sobą. Utwór napisany w 1984 roku ukazał się już wcześniej w języku polskim.

    O noweli „Słoneczne miasto” (przeł. Justyna Czechowska), która powstała w 1976 i premierowo ukazuje się w tym tomie, sama Tove pisała tak: „Podróżowałam po Ameryce i pewnego wieczoru trafiłam na Florydzie do miasta, w którym było dość cicho. Rano też było pusto i cicho. Stałam na ocienionym roślinami ganku, po lewej i prawej ciągnął się szpaler identycznych ganków. Cisza była niemal przerażająca. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem w Słonecznym mieście, mieście dla osób w podeszłym wieku, mieście, w którym słońce świeci przez cały rok, mieście nakierowanym na odpoczynek i święty spokój. Nazwałam je St. Petersburg. I u mnie nie jest ciche, jest tak dzikie i ekscytujące, jak każde inne miejsce na świecie. Starałam się napisać książkę o tym, co to znaczy, gdy człowiek się zestarzeje. I gdy się zakochuje”.

    Książka ta powstała po podróży do Ameryki w latach 1971-72, podczas której Tove wraz ze swoją przyjaciółką Tooti miała okazję odwiedzić Florydę. Podróże po świecie zawsze były ważne dla pisarki, w tym czasie przynosiły także oddech od prowadzenia korespondencji z fanami, którzy nieustannie do niej pisali.

  • „Oszpicyn”, czyli horror klasy światowej.

    Premiera doskonałego horroru Krzysztofa Zajasa już  za trzy dni. Zobaczcie naszą rozmowę, rozmawiamy o „Oszpicynie”, Stephenie Kingu, a także o duchach przeszłości, które cały czas nam towarzyszą. 

     

  • „Bohater mojego opowiadania wyszedł ze mnie”.

    Jak już wiecie, 1 lutego w księgarniach pojawią się „Eksplozje”. Oprócz opowiadań Janusza Leona Wiśniewskiego, znanych już ze „Zespołów napięć”, czytelnicy przeczytają dodatkowych osiem opowieści napisanych przez ośmiu autorów. Jednym z nich jest Igor Brejdygant, który napisał historię pt: „Pilzner solipsysty””

    Długo trzeba było Pana przekonywać do udziału w projekcie pt: „Eksplozje”?

    Nie specjalnie długo trzeba mnie było namawiać. Tak naprawdę namówił mnie pan Wiśniewski, choć nigdy nie mieliśmy okazji zadzierzgnąć. Namówił mnie swoim opowiadaniem, które spodobało mi się i uruchomiło mnie na tyle, że wiedziałem, że chcę coś powiedzieć w tej sprawie.

    Sporo trzeba było się nagłówkować nad opowiadaniem, które będzie innym spojrzeniem na historię zaproponowaną przez Janusza Leona Wiśniewskiego?

    Nie, bo pomysł przyszedł właściwie po chwili i to głównie zdecydowało o moim udziale.

    Skąd pomysł na postać Jurgena?

    Z głowy oczywiście, choć przecież głowę wypełnia nic innego jak rzeczywistość okraszona własnymi przemyśleniami. Opowiadanie pana Wiśniewskiego dzieje się w NRD, a NRD może oprócz Korei Północnej stanowiło niegdyś bodaj najbardziej sztampowy przykład absurdu do jakiego może doprowadzić autorytaryzm. Dużo ostatnio mam przemyśleń na temat autorytaryzmu, na temat wolności tudzież jej braku. Kiedy kończyłem osiemnaście lat Polska odzyskiwała wolność, NRD zresztą też, mam duży sentyment do tych czasów, dziś jeszcze nawet większy niż przez te poprzednie lata, bo „ile Cię trzeba cenić.. etc” Zniewolenia są jednak różnego rodzaju, są zewnętrzne, ale są też wewnętrzne, czyli takie które sami sobie nakładamy jak kaganiec, kiedy wolność nam doskwiera i chcemy od niej uciec. No a Jurgen ma i takie i siakie jest zniewolony do imentu, całe życie… prawie. Znam się na zniewoleniach i na odzyskiwaniu wolności, to dla mnie ważne tematy i stąd Jurgen, czyli ze mnie.

  • Ponad 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w Polsce. Australijsko-indyjski fenomen.

    Szemrane interesy, handel narkotykami, fałszerstwa, gangsterskie porachunki, a także romantyczna miłość, głębokie przyjaźnie, poznawanie filozofii Wschodu. To właśnie jest „Shantaram”. Historia przestępcy, który odnalazł swoją drogę w Indiach uwiodła czytelników na całym świecie!

    Prosta i zdumiewająca prawda o Indiach i ich mieszkańcach brzmi tak, że kiedy tam jedziesz i przestajesz z nimi, serce zawsze podpowiada ci mądrzejsze rozwiązania niż głowa. Nigdzie indziej na świecie ta zasada nie sprawdza się tak dobrze” – opowiada Lin, główny bohater powieści Gregory’ego Davida Robertsa Shantaram.

    Co takiego ma w sobie ta książka, że trudno ją odłożyć? W końcu nie zdarza się często, żeby ośmiusetstronicowa powieść zdobyła rzesze entuzjastów, którzy piszą: „Żyłam tą książka tak, jakbym w niej była”, „Zakochałam się i czytam drugi raz”, „Jej przeczytanie było jak odnalezienie brakującego puzzla własnej układanki”, „W 100% zaspokaja moje potrzeby czytelnicze, ma wszystko, czego chcę od książki idealnej”, „Jest w niej humor, egzotyka, którą wszyscy kochamy, i kunszt literacki. Są wyraziste postaci, niespodziewane zwroty akcji. Chwile wzruszeń i humoru”.

    Powieść utrzymuje się na listach bestsellerów, a fenomen ogarnął cały świat, bo przetłumaczono ją na 40 języków i sprzedano w 4 milionach egzemplarzy!

    Historia zaczyna się od ucieczki z więzienia, a potem akcja nie zwalnia ani na moment. Autor podkreśla, że wiele wydarzeń tu opisanych to wytwór jego wyobraźni, ale jednak sam pomysł zaczerpnął z życia i główny bohater dzieli jego doświadczenia. Jaką więc historię ma do opowiedzenia przestępca z literackimi ambicjami?

    Gregory David Roberts urodził się w Australii. Jako młody człowiek uzależnił się od heroiny, wdał w działalność przestępczą i został skazany na długoletnie więzienie, z którego uciekł. Z fałszywymi dokumentami i nową tożsamością trafił do Indii z nadzieją, że stanie się wolnym i samozielnym człowiekiem. Spędził tam dziesięć lat i nie tylko nawiązał kontakty z lokalną mafią narkotykową, ale także pomagał ubogim dzieciom ze slumsów, romansował i odkrywał tajemnice hinduskiej kultury i filozofii. Ostatecznie znów trafił do więzienia. Za kratkami napisał swoją debiutancką powieść, Shantaram, która szybko stała się bestsellerem. A czytelnicy pokochali głównego bohatera za jego graniczącą z szaleństwem odwagę i poczucie humoru. Docenili złożoność tej pełnej sprzeczności postaci – nie sposób jej nie lubić, chociaż to przecież przestępca. 

    unsplash.com/Dewang Gupta

    Głównemu bohaterowi towarzyszy wiele barwnych postaci, które stają się jego przewodnikami. Nie sposób nie polubić Prabakera – przyjaciela ze slumsów, który potrafi zarażać swoim entuzjazmem, jak choćby wtedy, gdy mówi do Lina: „Bóg jeden wie, jakie straszliwości by cię spotykały, gdyby moja dobra osobistość nie prowadziła twojej osobistości po Bombaju!”.

    Pojawia się też piękna i tajemnicza Karla, wielka miłość głównego bohatera, dręczona mrocznymi sekretami z przeszłości. A w końcu Khader Khan – potężny przywódca bombajskiej mafii, ale też mentor i opiekun.

    Książka napisana jest pięknym, barwnym językiem, co świetnie udało się oddać tłumaczce, Maciejce Mazan. Roberts jest niezrównanym gawędziarzem, ale też refleksyjnym aforystą, potrafi przykuć uwagę i poruszyć wyobraźnię jak mało kto. Możemy poczuć zapach i smak Indii, przenieść się do całkowicie innej rzeczywistości. Bo Bombaj jest także ważnym bohaterem tej opowieści.

    Roberts oddaje specyfikę i koloryt miasta z podobną sugestywnością i zmysłem obserwacji co najlepsi reportażyści. Poznajemy slumsy i zaułki wielomilionowej metropolii, jej świątynie i speluny, kroczymy ulicami nocą, mając za towarzystwo szczury wielkości kota. Trafiamy do więzienia, domu publicznego dla bogatych klientów, w afgańskie góry z mudżahedinami, ale także na plan filmowy bollywoodzkiej produkcji. Odkrywamy miasto kontrastów: duszące, przygniatające swoim ogromem, zapachami i zapchane ludźmi do ostatniego skrawka. Niewyobrażalna bieda sąsiaduje z luksusowymi hotelami. Tu nie można się nudzić, bo na każdym kroku czeka odkrycie.

    Shantaram to czytelniczy Święty Graal. To nagroda za setki i tysiące przeczytanych rzeczy średnich. To ponad osiemset stron czytelniczego raju, zasysającej i hipnotyzującej lektury, w trakcie której jedyne, co nam przeszkadza, to świadomość, że musi się skończyć” – opowiadał po lekturze Marcin Meller. „To opowieść z tysiąca i jednej nocy nowego tysiąclecia. Każdy, kto kocha książki, przez całe swoje czytelnicze życie szukał właśnie tej powieści” – zachwycił się pisarz Jonathan Carroll. Ciekawość czytelników podsyca fakt, że autor nie udziela żadnych wywiadów, nie jest dostępny dla mediów i wybrał życie w odosobnieniu. Na szczęście dla miłośników tej historii, pracuje nad kolejną powieścią. W kontynuacji – „Cieniu góry”, która również w tym roku ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy – opowiedział dalsze losy swoich bohaterów. W pisanej obecnie książce wraca do czasów, gdy Lin zajmował się działalnością przestępczą i wyjaśnia, dlaczego trafił do więzienia.

    Shantaram do gotowy materiał na scenariusz filmowy. Pozostaje nam czekać na ekranizację – jakiś czas temu prawa do jej sfilmowania kupił Johnny Depp, ale ostatecznie projekt nie został zrealizowany. Nieustająco pojawiają się spekulacje dotyczące reżyserów i aktorów, którzy mieliby wcielić się w bohaterów.

    A na razie czytelnicy polecają sobie wzajemnie lekturę tego majstersztyku powieści awanturniczej! W Polsce dostępny jest także audiobook w świetnej interpretacji Filipa Kosiora, a zwolenników e-booków na pewno ucieszy fakt, że dostępna jest już wersja elektroniczna.

  • Bon vivant? Oscar Wilde Polski Ludowej? Mistrz darcia łacha i król rodzimego nudyzmu w jednym?

    Już za dwa dni premiera biografii Janusza Głowackiego. Postaci, której specjalnie nikomu przedstawiać nie trzeba. Dlatego nie ma co marnować czasu, przeczytajcie jako jedni z pierwszych w Polsce fragmenty tej książki. Momentami jest śmiesznie, momentami strasznie, dokładnie jak w życiu głównego bohatera. Kliknijcie w okładkę, miłego czytania. 

    dzanus-dramatyczne-przypadki-janusza-glowackiego-b-iext46129906

     

  • „Mój główny bohater to skrzyżowanie Marlowa z Dr Housem”. Igor Brejdygant opowiada o „Paradoksie”.

    W filmie „Vinci” zagrał kierowcę autokaru, był scenarzystą „Na dobre i na złe”, „Zbrodni”, ale też współpracował przy reżyserowaniu „Pułkownika Kwiatkowskiego”. Na podstawie scenariusza serialu „Paradoks” napisał kryminał o tym samym tytule. O Bogusławie Lindzie, inspiracjach, odnajdywaniu się w roli pisarza – o tym wszystkim opowiada Igor Brejdygant. 

     

    paradoks_front_1Paradoks” to Pański debiut powieściowy. Jak scenarzysta filmowy odnalazł się w roli pisarza?

    Scenariusz filmowy to oprócz wielu innych różnic wobec powieści forma, w której scenarzysta musi się dosyć ograniczać. Na temat świata przedstawianego, na temat relacji między bohaterami, ich uwarunkowań psychicznych, oraz na temat tego, co ich otacza, wie tak naprawdę znacznie więcej, niż może przekazać. Forma scenariuszowa jest bardzo ascetyczna, kilkuzdaniowe didaskalia na temat tego gdzie i kiedy rzecz się dzieje, opis działań bohaterów plus dialog to wszystko, co scenarzyści mają do dyspozycji jako narzędzia do opisania świata. Powieść to miejsce, w którym wreszcie możemy opowiedzieć wszystko to, czego nie mogliśmy opowiedzieć w scenariuszu. Odpowiadając więc na pytanie, w powieści jako scenarzysta odnalazłem się z pewną satysfakcją, a nawet ulgą, choć oczywiście jej napisanie było niezwykle pracochłonne.

    W serialu w rolę głównego bohatera, Marka Kaszowskiego, wcielił się Bogusław Linda. Czy właśnie tak wyobrażał Pan sobie tę postać?

    Z odpowiedzią na to pytanie wiąże się pewna zabawna anegdota, którą, jak sądzę, z powodzeniem mogę przytoczyć zamiast udzielać odpowiedzi wprost. Otóż, w czasie jednego ze spotkań z widzami po emisji serialu „Paradoks”, ktoś z widowni zapytał mnie, czy pisząc scenariusz do Paradoksu myślałem o Bogusławie Lindzie jako o tym, kto zagra rolę komisarza Kaszowskiego. Po krótkim namyśle odpowiedziałem, że wprawdzie pisząc nie myślałem kryteriami obsadowymi, a komisarz Kaszowski to po prostu ja, taki jakim chciałbym się widzieć powiedzmy za 10 lat, ale z drugiej strony, jako, że Bogusław Linda od czasów „Przypadku” Kieślowskiego, „Kobiety samotnej”, a także „Psów” był idolem mojej młodości, to w pewnym sensie idealizując siebie przy tworzeniu postaci Kaszowskiego, obsadziłem go siłą rzeczy Lindą.

    boczne_1

    Joanna Majewska trafia do wydziału zabójstw, ponieważ otrzymuje zlecenie, by sprawdzić, czy inspektor Kaszowski nie dopuścił się nieprawidłowości w prowadzonych śledztwach. To dwie całkowicie różne osoby, które odmiennie podchodzą do swoich obowiązków. A jednak znajdą porozumienie…

    Owszem, ale zajmuje im to długie miesiące i muszą przejść w drodze do zaakceptowania siebie nawzajem kawał drogi, na której pokonują wiele przeszkód w postaci własnych przekonań, przyzwyczajeń, często zasad. Uważam, że nie ma nic piękniejszego od tego, gdy ludzie różniący się w wielu obszarach spotykają się na drodze koncyliacji i zrozumienia. Wydaje mi się, że, żeby to mogło się dokonać, najlepiej jest spróbować zrozumieć najgłębsze motywacje drugiej osoby i uzbroić się w wyrozumiałość. Kiedy udaje nam się to w kontakcie z innym człowiekiem, otrzymujemy wielki bonus, bo później niejako z automatu łatwiej nam jest także zaakceptować samych siebie. Kaszowskiemu i Majewskiej w końcu to się udaje z zyskiem, jak sądzę, dla nich obojga i dla kształtu całej opowieści.

    Sprawa zabójcy młodych kobiet, śmierć w szpitalu psychiatrycznym, samobójstwo księdza – to niektóre ze spraw, nad którymi pracuje Marek Kaszowski. Gdzie szuka Pan tematów i inspiracji do pisania?

    Zasadniczo w głowie, ale ta nie funkcjonuje przecież w pustce tylko co dzień na okrągło bombardowana jest milionami informacji, historii, które często wpadają do niej nawet w sposób niekoniecznie zauważony, ale później wrastają, łączą się z innymi, kiełkują i przy dobrych wiatrach wyrastają do rangi pomysłów, którymi mam ochotę, a nawet często przymus wewnętrzny, podzielić się ze światem.

    d%c2%b3ugi-portret_1

    Pisząc scenariusz, a później książkę musiał Pan poznać tajniki pracy w policji. W jaki sposób odkrywał Pan ten świat i czy jest coś, co w nim Pana zaskoczyło?

    W czasie pisania scenariusza współpracowałem z policjantami konsultantami. Najbardziej zaskoczyło mnie, a nawet poruszyło, kiedy jeden z nich powiedział mi, że lubi ten serial, ponieważ on odkrywa pewną ważną prawdę o pracy policjanta śledczego zajmującego się morderstwami. Otóż policjant taki w gruncie rzeczy ma ogromną władzę wynikającą z tego, że jeśli po rozważeniu w sobie wszystkich za i przeciw uzna kogoś za potencjalnie winnego przestępstwa i godnego poniesienia kary, to tak naprawdę on, a nie prokurator czy sędzia, decyduje o dalszym losie takiego człowieka. Bardzo odpowiedzialna praca, w której niezwykle ważne jest, żeby owo rozważenie w sobie przebiegło w jak najwłaściwszy sposób.

    Czy Kaszowski ma jakiś literacki pierwowzór? Jakie książki Pan czytuje?

    Książki czytuję wszelakie, również kryminały, acz nie stanowią one głównej pozycji w kanonie moich lektur. Przed wielu laty lubiłem bardzo chandlerowskiego Marlowa, może on siedzi w mojej głowie jako swoisty wzorzec policjanta czy raczej detektywa? W Kaszowskim jest też jednak niewątpliwie trochę z serialowego Dr Housa, jeśli bliżej mu się przyjrzeć.

    Czy ogląda Pan także inne seriale telewizyjne oprócz „Dr House’a”? Czy jest wśród nich taki, o którym Pan pomyślał – „szkoda, że nie ja pisałem ten scenariusz”?

    Oglądam seriale i o ile w lekturach książkowych kryminał nie jest u mnie gatunkiem wiodącym, to już w przypadku seriali rzeczywiście głównie oglądam albo seriale kryminalne, albo jeszcze lepiej szpiegowskie. Żałuję trochę, że nie piszę „Homelandu”, ale z drugiej strony, jest to serial pisany tak precyzyjnie i ma tyle poziomów narracji, że nie jestem pewien, czy bym podołał.

    Nad czym Pan teraz pracuje? Nowa książka czy scenariusz filmowy?

    Jedno i drugie. Piszę scenariusz do nowej produkcji serialowej TVN pod tytułem „Belle epogue”, do której zdjęcia rozpoczęły się już we wrześniu, a jednocześnie zaczynam pracę nad kolejną powieścią, do której napisania zaprosiły mnie także tym razem Marginesy. Powieść będzie się nazywała „Mgła”, będzie kryminalna, ale też społeczna i obyczajowa. W największym skrócie „Mgła” będzie opisywała losy trójki ludzi, policjantki o bardzo skomplikowanych życiowych losach i nie mniej skomplikowanej osobowości, seryjnego mordercy psychopaty o osobowości skomplikowanej z definicji i losy młodej dziewczyny będącej kolejną planowaną ofiarą tego ostatniego. Napędem dramaturgicznym historii będzie zaś wyścig pomiędzy policjantką a seryjnym mordercą, wyścig o mord lub ocalenie, wyścig, na mecie którego czekać będzie owa młoda, kolejna, potencjalna ofiara zbrodniarza.

    zdjęcia: Magdalena Wolna

  • „Czuję się jak Quentin Tarantino. Używam przemocy do opowiedzenia ciekawej historii”. W Sztokholmie rozmawiamy ze Stefanem Ahnhemem.

    Chciał być gwiazdą muzyki, został scenarzystą, a później pisarzem kryminałów. Nie ukrywa swojego uwielbienia do Henninga Mankella, był odpowiedzialny za przeniesienie na ekran jego powieści o Kurcie Wallanderze. W końcu sam postanowił napisać kryminał. Napisał już trzy, z czego dwa ukazały się w Polsce. 'Dziewiąty grób” właśnie pojawił się w księgarniach. Rozmawiamy o Szwecji, książkach, a także o tym, w jaki spośób Stefan zabiłby, gdyby musiał. 

    dziewiaty-grob-b-iext41105164

    W Polsce właśnie ukazała się Twoja druga książka, czyli „Dziewiąty grób”. Co ciekawe, nie brakuje w niej polskich wątków. Jeden z bohaterów nazywa się Wojtek Nowak, a kanibal jeździ do naszego kraju piłować sobie zęby. Dlaczego akurat Polska, a nie Dania, Norwegia czy Ukraina?

    Zacznę od Wojtka Nowaka, to mój przyjaciel i spodobało mi się to nazwisko, po prostu bardzo dobrze brzmi.

    Nowak to u nas najpopularniejsze nazwisko.

    Nie wiedziałem o tym, ale naprawdę mi się podoba. Wojtek nie widział, że umieszczę go w książce i był bardzo zaskoczony. Co do kanibala podróżującego do Polski, to pewnie Cię nie zaskoczę, ale zadecydowała ekonomia. Po prostu usługi dentystyczne w Polsce są dużo tańsze niż w Szwecji, nawet o jedną trzecią, a są równie dobre. Weź jednak pod uwagę, że gdy pisze się książkę, to pewne rzeczy wpadają do głowy tak po prostu, nawet nie myśląc o nich. Więc pisząc o dentyście, od razu Polska przyszła mi do głowy jako naturalny kierunek.

    Wiesz coś jeszcze o Polsce?

    Niestety, bardzo mało. Bardzo chciałbym do was przyjechać (Stefan Ahnhem przyleci na Śląskie Targi Książki w Katowicach, które odbędą się w dniach 30.09-2.10). Mój przyjaciel opowiada mi jednak praktycznie same dobre rzeczy, ale jestem bardzo zaniepokojony faktem, że partia rządząca cenzuruje telewizję.

    W „Dziewiątym grobie” opisujesz historię szwedzkiego ministra sprawiedliwości, który znika w tajemniczych okolicznościach, a w tym samym czasie w Danii zostaje brutalnie zamordowana żona pewnego celebryty. Sądzisz, że to może wydarzyć się w rzeczywistości?

    Bohaterowie moich książek są normalnymi, nowoczesnymi ludźmi, jak ja i Ty. Ale sprawy nad którymi pracują zdarzają się raz w życiu. Nie interesuje mnie pisanie w stylu: ktoś wypił za dużo, uderzył swoją żonę i ona zginęła. Jeśli mam napisać książkę, która ma sześćset stron, to to musi być coś naprawdę ekstra. Często mówimy, że rzeczywistość jest dziwniejsza od fikcji, ale moim celem jest, żeby fikcja była bardziej surrealistyczna niż rzeczywistość, chcę pobić rzeczywistość. Nigdy tak mocno się nie przygotowywałem jak do napisania „Dziewiątego grobu”, starałem się ją uczynić jak najbardziej prawdopodobną, ale to fikcja.

    img_3705
    Książki Stefana Ahnhema w księgarni w centrum Sztokholmu.

    Jako scenarzysta serialu na podstawie książek Henninga Mankella, jesteś pewnie pod jego dużym wpływem. Tytuł Twojej pierwszej książki „Ofiara bez twarzy” jest bliźniaczo podobny do mankellowskiego „Mordercy bez twarzy”.

    Wiem, że to może dziwnie zabrzmi, ale gdy wymyślałem tytuł, to nie zwróciłem na to uwagi. Z czasem jednak uświadomiłem sobie, że jest bardzo duże podobieństwo. Tak jak powiedziałeś, jestem pod dużym wpływem twórczości Mankella, przeczytałem wszystkie jego książki o Kurcie Wallanderze. Dla mnie wielkość szwedzkiego kryminału rozpoczęła się właśnie od tego pisarza, to on sprawił, że w naszych książkach zaczytuje się cały świat. Miał coś takiego w pisaniu, że zawsze parł do przodu, to mnie bardzo zainspirowało.

    Możemy więc powiedzieć, że Fabian Risk, Twój główny bohater jest nowym Kurtem Wallanderem?

    Nic z tych rzeczy. Gdy pracowałem nad serialem o Kurcie, to miałem wtedy dość starych, pijących za dużo, samotnych policjantów. Takich, którzy nie mają rodziny, przyjaciół. Kiedy wymyślałem Fabiana Riska, to chciałem żeby był młodszy, ma około czterdziestki zamiast sześćdziesiątki. Fabian nie słucha muzyki operowej albo jazzu, a raczej elektronicznej, więc ma bardzo dobry gust (śmiech). Z drugiej strony, jest naiwny, uczuciowy, potrafi płakać. Nie jest człowiekiem z kamienia, ma swoją rodzinę, co było dla mnie bardzo ważne, żeby towarzyszyły mu codzienne problemy z dziećmi, z żoną. Dla mnie Risk jest o wiele bardziej nowoczesny niż Kurt Wallander.

    ofiara-bez-twarzy-b-iext43464580Twoja pierwsza książka „Ofiara bez twarzy” opowiada o mordercy, który po kilkunastu latach zaczyna zabijać kolegów, koleżanki, a także nauczycielki ze swojej byłej szkoły. Każda z tych osób ginie w winnych okolicznościach. Załóżmy, że Ty miałbyś zabić któregoś ze szkolnych kolegów, jakiego urządzenia dostępnego w szkole byś użył?

    Mhm, daj mi pomyśleć. O, już wiem. Powiesiłbym go na wieszaku na mapy w klasie geograficznej. Tak, zdecydowanie bym go powiesił, to by było najlepsze rozwiązanie. Teraz byłoby to już niemożliwe, bo zamiast map są tablice elektroniczne, więc moje morderstwo musiałoby nastpić w starej klasie.

    Pytam o to nie bez przyczyny, bo Twoje książki są momentami bardzo brutalne, chyba się z tym zgodzisz?

    No tak, nie mogę się nie zgodzić. Zanim zacząłem pisać, powiedziałem sobie, że nie będę uciekał od rzeczywistości, nie będę zamykał oczu. Jeśli jest seks, to opisuję seks, jeśli przemoc, to przemoc, po prostu. Szczególnie w „Dziewiątym grobie” jest sporo krwi, ale historia naprawdę tego wymaga. Byłoby raczej dziwne, gdybym tego tak nie opisał. Takie jest moje zdanie. Czuję się trochę jak Quentin Tarantino, który też emanuje przemocą, ale jest to przemoc uzasadniona.

    Przyznasz, że przyjęło się tak, że w szwedzkim kryminale bohaterem musi być policjant, który ma bardzo skomplikowane życie prywatne.

    Każdy z nas ma jakieś problemy w życiu, to nie musi być kryzys, ale po prostu problem. Ja unikam w swoich książkach rozdzielania życia prywatnego od zawodowego. Jeśli Fabian Risk jest w domu i je kolację z rodziną, albo kłoci się z żoną, to gdzieś z tyłu głowy myśli o sprawie, którą ma do rozwiązania. Z kolei życie prywatne zabiera ze sobą do pracy, to jest po prostu bagaż, który nosi ze sobą wszędzie.

    photo-1466837431058-102ee1e32ba3
    Sztokholm, fot: unsplash.com/Jason Briscoe

    Często mówi się o fenomenie szwedzkich kryminałów. Jak Ty to odbierasz z perspektywy Szwecji, która jest stolicą światowego kryminału.

    Rzeczywiście, jest coś takiego. Rozmawialiśmy już o Mankellu. Drugą osobą, bez której o szwedzkim kryminale nie byłoby głośno jest oczywiście Stieg Larsson, który również bardzo mnie zainspirował. Teraz pisarzem, który robi świetną robotę jest na przykład Lars Kepler. Z drugiej strony, jest sporo skandynawskich kryminałów, które są po prostu słabe. Książka zaczyna się ekscytująco, potem niby policjant szuka mordercy, ale tak naprawdę nic się nie dzieje, a na końcu znów jest jakaś akcja. To jest w sumie jedna hostoria, dlatego staram się tych historii w książce zawrzeć kilka, żeby zaciekawić czytelnika. Fakt, jest to dużo bardziej pracochłonne, ale jest też finalnie ciekawsze.

    Jako scenarzysta, a teraz pisarz kryminałów uważasz, że żyjemy w coraz bardziej niebezpiecznym świecie?

    Wręcz przeciwnie, świat staje się coraz bardziej przyjazny. W Szwecji dzieje się dużo złych rzeczy, ale w większości jesteśmy pozytywnie nastawieni do świata. Możesz bezpiecznie chodzić po ulicy, nawet po zmroku i nic Ci się nie stanie. Dlatego uważam, że możemy pisać doskonałe kryminały dlatego, że jest u nas tak spokojnie. Złe rzeczy dzieją się też przecież w Polsce czy w Niemczech, ale czytelnicy są wszędzie tacy sami. Chcą się bać, chcą płakać, chcą kochać, dlatego chcę w swoich książkach zawrzeć wszystkie te emocje. Idealnym rozwiązaniem jest, jeśli czytelnik zapomina, że czyta książkę i staje się jej częścią i daje się porwać w podróż ze mną.

    Zdjęcie autora: Thron Ullberg

     

     

  • Nierzeczywista rzeczywistość, czyli Radka Franczak w rozmowie ze smakksiazki.pl

    Rozmowa dwóch kobiet, które o literaturze i o życiu wiedzą dużo. Nawet bardzo dużo.  Debatują nie tylko o pisaniu, ale też o polityce oraz odpowiedzialności za słowo. Z Radką Franczak rozmawia Ewa Karwan-Jastrzębska.

    Teraz wiem, że można kogoś takiego spotkać może tylko raz, może tylko się otrzeć i mieć po nim ślad jak wypalony, mocny, na zawsze” 1).

    Radkę Franczak poznałam w wydawnictwie publikującym nasze książki. Moje dla dzieci, serię „Agata z placu Słonecznego”, Jej dla dorosłych. W Marginesach wydała swoją debiutancką powieść „Serce”. Poznałam i zaczęłyśmy do siebie pisać. Ja nad ranem, Radka w ciągu dnia. Ja z Warszawy, wysyłając jej zdjęcia świtu i obrazki z życia nocnego miasta, ona z Nowego Jorku, dzieląc się okruchami tamtej rzeczywistości. Myślałam wcześniej, że sztuka epistolarna upada w obliczu łatwości przekazu. Że zmieniła się w zwykły zbiór informacji, wydziedziczona z czasu przyszłego przez wrzucenie jej w teraźniejszość. Bo przestał istnieć czas pomiędzy pisaniem a oczekiwaniem odpowiedzi. Tak się jednak nie dzieje. Listy zostawiam dla siebie, ale zaproponowałam Radce rozmowę o pisaniu, życiu i kondycji współczesnego świata. Zgodziła się i tak narodził się nasz publiczny dialog.

    Żyjemy w nierzeczywistości. Świat wokół nas ma nieostre granice, trudno odnaleźć w sobie rytm codzienności, każda nuta zdaje się być fałszywa. Ludzie stracili z horyzontu punkt dotarcia. Zatarły się sensy. Jak sądzisz, czy tak rozchwiana rzeczywistość nieustającego politycznego sporu jest inspirująca dla współczesnego pisarza?

    To zależy jakim się jest człowiekiem. Na mnie akurat źle wpływa destabilizacja, nacjonalizm i zacieśnianie horyzontów, duszę się w tym wraku samolotu, który nam codziennie spada. Wolę kierować myśli tam gdzie można coś zbudować, dowiedzieć się czegoś nowego. Do tego wolność, w tym wolność wypowiedzi, jest dla mnie podstawą, potrzebną do życia i tworzenia. Ograniczenie jej wywołuje we mnie lęk i gniew. Na co dzień szukam ciszy, izoluje się od ludzi, miasta, ruchu, światła. Ale teraz mamy taki czas, kiedy trzeba uważać z milczeniem.

    serce_rfranczak_1Jak sądzisz, czy twórcy mają szansę nazwać i skomentować to, co dzieje się teraz w Polsce, tak, aby zbudować w ludziach na nowo granice wewnętrzne, przeprowadzić czytelnika bezpiecznie przez pułapki nierzeczywistości?

    Jak najwięcej ludzi powinno protestować. Szczególnie twórcy, ludzie kultury. Podziwiam tych, którzy od samego początku wskazywali na zagrożenie demokracji, godności i gwarancji praw, mówili o tym głośno, upubliczniali swój wizerunek w tym znaczeniu. Ja widzę niebezpieczeństwo w postawie pasywnej, w ciszy, która staje się przyzwoleniem.

    Literatura to medium o wielkiej sile oddziaływania na ludzką wyobraźnię. Kształtuje świat odbiorcy od wczesnego dzieciństwa, jest w stanie wiele w nim stworzyć i wiele zmienić, jeśli jej przekaz jest wystarczająco mocny i czytelny.  Jak dziś widzisz misję pisarza? Czy słowa mają moc, mogą ranić, albo zabijać? Jak pisarz powinien się z nimi obchodzić? Na czym, w obecnych czasach, polega odpowiedzialność pisarza za słowo?

    Kiedy pytasz o ”misję” i „odpowiedzialność” w kontekście pisania to przyznam ci się, że aż się zgarbiłam na samą myśl, że mając je wiszące, zawisłe mi nad głową miałabym pod tym parasolem coś stworzyć.

    Język, słowa są dla mnie niesforne i nieobliczalne, ciągle się zmieniają, do tego są stare ze swoimi warstwami znaczeń. Pytanie jak ułożyć je obok siebie, żeby oddały to o czym chcę opowiedzieć a przy tym mówiły prawdę, prawdę, która jest niemożliwa do złapania.

    Czytając twoje pytanie łatwiej byłoby mi je odnieść do współczesnego dziennikarstwa. To ono, dzięki rozwojowi internetu stało się teraz masową potęgą. Dosłownie buduje nam świat. Książki są ważne, ale na naszą codzienność mają wpływ informacje, które płyną do nas szerokim strumieniem. Boli mnie, że ludzie którzy tworzą poprzez selekcję i jakość nam codzienny obraz świata robią to tylko często po to, żeby podnieść oglądalność, ilość wejść na stronę itd. Strach i wstyd sprzedają się najlepiej. Mamy do czynienia z mediami niekiedy częściej niż z rzeczywistością. I tu będę uparta, tęsknie za dziennikarstwem odpowiedzialnym i różnorodnym, takim które potrafi komentować, pokazywać też dobre strony świata i życia, sposoby rozwiązania, a nie tylko jedzie po bandzie – nawet kiedy robi to w bardzo intelektualny sposób.

    Słowo „misja” zastąpmy zatem „rola”. Pisarz posługuje się słowami. Czasem są faktycznie niesforne, żyją własnym życiem, ale nie biorą się znikąd. Pisarz nie jest wyabstrahowany z rzeczywistości. Potrafi uciec, ale głosy i tak do niego docierają. Więc tak czy inaczej twórca prędzej czy później znajduje odpowiedni kostium i właściwe dekoracje, aby opowiedzieć o współczesności. Dać jej świadectwo.  Poruszony przez Ciebie temat dziennikarstwa w kontekście wrażliwych tematów jest ciekawy. Dziennikarstwo odpowiedzialne…? Jestem przekonana, Radko, że takie dziennikarstwo musiałoby być wyrwane z kontekstu doraźnych interesów. Bo ludzie komentujący teraźniejszość zazwyczaj wpisują się w horyzont oczekiwań odbiorcy. Odbiorcy złaknionego szybkiej i agresywnej informacji. To co w komunikacie niespieszne i subtelne, staje się przezroczyste. Złapałam się na pewnej myśli, gdy czytałam jedną z recenzji poświęconych Twojemu „Sercu” (https://miszong.pl/kiedy-serce-to-samotny-mysliwy-o-debiucie-literackim-radki-franczak/). Otóż tak subtelna analiza dzieła literackiego, tyle odkrytych asocjacji, znakomitych i trafnych skojarzeń może spotkać się z milczeniem i niezrozumieniem, nikt bowiem w obecnych czasach nie podejmie z tekstem takiego dialogu, a dla czytelnika recenzji za dużo w nim odniesień do tekstów kultury. Jest piękny i ciężki. To tekst rozumiejący, ale niezrozumiały dla potencjalnych czytelników.

    Gdy pracowałam w radiu, słyszałam od czasu do czasu od pani prezes pewnej prywatnej stacji po audycji (na przykład z Anną Micińską jako gościem, poświęconej Aleksandrowi Watowi albo po rozmowie z Marią Janion o Jej książce „Wobec zła”) taką oto kwestię: „Ewa, przestań się sama wypowiadać, nie rozmawiaj z gościem, jesteś od zadawania pytań, a nie reagowania na odpowiedzi ”. Wszystko się we mnie buntowało, bo przecież prowadzenie autorskiej audycji polega na budowaniu dialogu. Żaden twórca nie chce być odpytywany z tego, co lubi jeść na śniadanie, albo jaką książkę zabrałby na bezludną wyspę. Gotowy zestaw pytań. Ta potrzeba powierzchowności dialogu zabija umiejętność myślenia i pisania, czyniąc tekst nieobecnym, ulotnym i przemijającym.

    Odejdźmy zatem od tekstów dziennikarskich, aby powrócić do sztuki. Chciałabym wiedzieć czym jest dla Ciebie język w sztuce? Przeszkodą czy wyzwoleniem? Tworzy ograniczenia czy otwiera drogi? Bo dla mnie język jest materią nieskończoną, mówimy inaczej to samo. Tajemnicą jest forma. Jesteśmy w stanie tworzyć nowe światy z tych samych elementów. Nigdy się nie powtórzą, jest tak, jak wspomniałaś w naszej rozmowie –  lektur i odczytań jest nieskończenie wiele. Ty, reżyserka i pisarka, poruszasz się siłą rzeczy między językiem filmu i literatury. Który z nich jest w stanie więcej objąć, więcej „pokazać”?

    marina-kopia_1

    Język mnie fascynuje, wokół mnie skaczą słowa, zależnie od sytuacji i poziomu inspiracji układają się ze sobą tworząc różne konstelacje. Jestem ograniczona w języku w swoich ulubionych, i lubię podsłuchiwać i zapisywać kody innych.

    Książkę pisałam sama i tylko ja jestem odpowiedzialna za jej treść. Film to praca zbiorowa, wykładnia talentów kilku ludzi. Operator, dźwiękowiec, producent, montażysta – każdy z nich wnosi coś do opowiadania. Ja mam historię i wizję, ale muszę też umieć współpracować i być elastyczna, kiedy oczywiste jest, że ktoś ma dobry, ale inny pomysł. Film daje mi też oddech od intensywnej samotności kiedy pisałam „Serce”.

    Serce” to powieść drogi i jej kresu. Cierpliwie układasz w ustalonym porządku wątki opowieści. Zdania rozwijają się niespiesznie w czasie. Można je smakować. Dotykasz słowami czytelnika. To Twój język. Ale jest też w „Sercu” żywioł obrazu, bo czasem opowieść ustępuje mu miejsca i widzimy słowa „od podszewki”, bo jawią się w sensach nakładających się na siebie klisz, zatrzymanych kadrów, obrazów. Następuje spotkanie słowa i fotografii.

    Forma dopowiadania czy komentowania obrazem historii tworzy nową jakość w literaturze. Ten obraz jest jak utrwalona w czasie scena, jak uwiecznianie niemożliwego. A więc nie porzucasz obrazu. Nie przestajesz być reżyserem.  Skąd i dlaczego do powieści wkroczyły obrazy?

    Od początku widziałam tę książkę formalnie – bloki słów spomiędzy których będą wyłaniały się fotografie. Zdjęcia nie są ilustracją tylko kolejnym elementem. Pisanie jest intensywne, czarno-białe obrazy przynoszą chwilę zmiany percepcji, chociaż o podobnej atmosferze to jednak pozwalają na moment odejść od słów.

    Bardzo ciekawym wątkiem w Twojej powieści jest odchodzenie. I lęk przed pożegnaniami. Mama odwiozła mnie dwoma samolotami do Archangielska, a potem, po trzech dniach, zostawiła tam, musiała przecież wracać do swojego życia i do pracy, a ja musiałam zostać. Intensywność tych chwil, kiedy jej zielony beret i sztuczne lamparcie futro znikały za drzwiami i to, jaki potem w sypialni Iriny Sergiejewnej napadł na mnie mrok, może właśnie to spowodowało, że każde późniejsze przedstawienie mnie komuś, zostawienie mnie gdzieś, odejście odczuwałam niezwykle brutalnie” 2).

    Odejście może mieć różny wymiar. Czy literatura może oswoić śmierć?

    Czy w ogóle można oswoić śmierć? Odejście na zawsze? Literatura może dać poczucie wspólnoty, podobnego przeżycia, w ten sposób może, przyniesie częściową ulgę.

    Literatura nazywa to, co niewyrażalne. W „Sercu” świetnie charakteryzujesz postaci. Wystarczy mała scena, bohater w ruchu, w sytuacji, aby to pojąć, aby stanął on blisko czytelnika: „Cały dom, zbieranina rzeczy, tkwiąca tu jak w zawieszeniu córka, wszystko nabrało teraz sensu. Shirley była motorem tego miejsca. Jej ciało, ruchy, spojrzenia sprawiały, że chciało się za nią iść, być blisko. To, czego dotykała, otrzymywało ciężar, inny wymiar, kiedy patrzyła na ciebie, istniałaś mocniej, kiedy się uśmiechała, skoczyłabyś dla niej w ogień” 3). I druga, zgoła inna charakterystyka: „Robin była duża i wysoka. Mogłaby być silną farmerką lub właścicielką winnic, kobietą stojącą mocno na nogach, z koniem przy boku, szpicrutą w ręku, z fortuną w kieszeni, ale w jej ciele nie było tej siły biegnącej wprost z czarnej ziemi i musiało to być jej własne przekonanie o ogromnej kruchości swojego ciała. Ta delikatna kruchość właśnie, uważanie na siebie na każdym kroku, wywoływało szereg fizycznych, męczących nieporozumień, pomyłek, potknięć, co chwilę coś upuszczała, gubiła, łamała lub uszkadzała jakąś część ciała w związku z tym dużo uwagi poświęcała sobie oraz temu, żeby rzeczy leżały na miejscu, a różne prawa i reguły, które ustanowiła w domu, miały być ściśle przestrzegane”4).

    Piszesz w posłowiu „Serca” o ludziach, który użyczyli Ci siebie gdy tworzyłaś swoje postaci, o spotykanych osobach, które wkraczały do Twojego świata. Czy są też w tej powieści bohaterowie narodzeni z nicości? Wymyśleni od początku do końca?

    Serce” jest powieścią, fikcją. Nie ma tu bohaterów którzy żyją naprawdę. To o czym pisałam w posłowiu miało raczej charakter czegoś co mogę nazwać „podpowiedź rzeczywistości”. Polegało to na tym, że kiedy na przykład skupiałam się na postaci Shirley i zastanawiałam się jaka ona dokładnie ma być to w tym momencie zupełnie przypadkiem poznawałam kobietę, która była w wieku Shirley, czyli po 80-tce, a na pierwsze spotkanie ze mną przyszła ze swoim dużo młodszym kochankiem, była mądra, radosna, promieniała życiem, a jej mężczyzna nie odrywał od niej oczu, zresztą ja też. I, mimo, że już wcześniej wiedziałam, że postać Shirley ma być najbardziej „żywa” spośród moich trzech bohaterek, to dostawałam ten przykład. Często w zwykłej rozmowie z kimś, padało kilka słów, które były początkiem sceny. Takich sytuacji mogłabym wymienić znacznie więcej.

    W zgiełku i pośpiechu otaczającego nas świata „Serce” jest książką, która spowalnia puls i pozwala przyjrzeć się sobie i mijanym krajobrazom. Jej siłą jest piękno języka. Są pisarze, którzy dzięki urodzie stylu wpisują swoje dzieła w porządek wiecznej obecności w pamięci czytelników. W pewnym sensie więc „Serce” pomaga odnaleźć właściwą miarę rzeczy. Choć mówi o samotności, pozwala odzyskać potrzebę bliskości, choć opowiada o nieuchronności końca uzmysławia, że za smutkiem idą chwile niezmąconej niczym radości. Dla tych chwil warto czytać i warto codziennie wstawać z łóżka. A jeśli już o łóżku mowa to nie zapominajmy, że nasze rozmowy toczyły się gdzieś pomiędzy jawą a snem, z racji różnicy czasu – Warszawa – Nowy Jork w przestrzeni onirycznej. Podejmijmy więc na koniec temat snu, bo sen w literaturze jest tematem tajemniczym. Pisząc, często po niego sięgam, ze świadomością że czasem może być trudno go opuścić bohaterom bo bywa, jak doskonale wiemy, niebezpiecznie kuszący. Sny prorocze to osobny, bardzo ciekawy temat. Ale wracając do „Serca”. Jaką rolę w Twojej powieści pełni sen?

    Sen to takie zanurzenie się pod wodę. Wydaje się, że to ten sam świat, ale nawet prawo przyciągania działa tu trochę inaczej, musimy uczyć się nowego sposobu percepcji, jest tajemnica, dźwięki słychać jakoś dziwnie, trochę się boimy, a trochę jest pięknie. To obraz, głos z innej przestrzeni. Warto go usłyszeć.

    Radka Franczak jest autorką filmów dokumentalnych „Stiepan” i „Gdzie jest Sonia?”. Scenarzystka i reżyserka, fotografka, absolwentka PWSFTviT w Łodzi. Ukończyła kurs reżyserii filmów dokumentalnych w Szkole Andrzeja Wajdy. Debiutancka powieść „Serce” poruszająca temat emigracji, dorastania i przemiany – jest portretem jej pokolenia.

    Ewa Karwan-Jastrzębska jest pisarką i scenarzystką. Publikuje książki dla dzieci i dla dorosłych. Film animowany „Miś Fantazy”, zrealizowany na podstawie baśni autorki zdobył między innymi „Silver Remi Award” i „Gold Remi Award” w Huston, „Best TV Remi Award” i „Best Animation Award” w Nairobii oraz Złotego Koguta na Festiwalu Filmów w Tarnowie. W jej baśniach i powieściach dla dzieci istotną rolę odgrywa realizm magiczny. Dla dorosłych pisze pod pseudonimem.

    ( materiały: www. marginesy.com.pl )

    Przypisy:

    1. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 72
    2. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 47
    3. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 72
    4. Radka Franczak, Serce, Wydawnictwo Marginesy 2016, str. 46

  • „Wierzę w dzieci, bo mogą wyrosnąć na mądrych ludzi, a dorośli już nie mają takiej możliwości”.

    Patronuje szkołom i przedszkolom, prywatnie jest matką Ciotki Klotki znanej z programu telewizyjnego „Tik Tak”. Na jej książkach wychowało się już kilka pokoleń Polaków. W księgarniach właśnie pojawiła się książka „Nie mam nic do ukrycia”, która jest biografią Wandy Chotomskiej.

     

    wanda_okladka_2_1Woli Pani pisać dla dzieci czy dla dorosłych?

    Dla dzieci, bo w nich wierzę. Wierzę, że mogą wyrosnąć na mądrych ludzi, mają możliwości wyrośnięcia na ludzi przez duże L, a dorośli już nie mają takiej możliwości.

    Jest Pani autorką ponad 200 książek dla dzieci i młodzieży, scenariuszy do filmów krótkometrażowych, audycji radiowych i telewizyjnych. Styl Pani pisania zmieniał się z biegiem lat?

    Najpierw pisałam łatwiejsze rzeczy, może nie jakieś ecie-pecie, ale w każdym razie jakieś łatwiejsze, a dopiero potem trudniejsze. Tak jak na przykład o arrasach, które jechały z Kanady. Ja się o tych arrasach musiałam uczyć. To było tak, że myśmy sobie wymyślili z Szancerem, że będziemy pisać po kawałeczku i jak arrasy przyjadą do Polski, to wtedy my skończymy nasze pisanie. Wyszło tak, że myśmy szybciej to napisali niż arrasy przyjechały do Polski. To taki przykład, bo z innymi rzeczami też tak było, że się uczyłam i dopiero jak się nauczyłam, to wtedy pisałam.

    Pani Wando, jakie anegdoty związane ze swoją pracą najbardziej zapadły Pani w pamięci?

    Pamiętam taką sytuację, że oglądałam „Jacka i Agatkę”, aż tu nagle Jacek nie bawił się kijkiem, a nie patykiem. Okazało się później, że któryś z dyrektorów miał na nazwisko Patyk, więc w telewizji to zmienili, bo uważali, że to jest ośmieszanie dyrektora Patyka. Takich śmiesznych historyjek było tak dużo, że już ich nawet wszystkich nie pamiętam.

    Gdyby miała Pani wybrać swoją ulubioną postać, to kto zostałby wyróżniony?

    To na pewno wybrałabym Jacka. On był wesoły, buńczuczny, potrafił sobie poradzić w każdej sytuacji Natomiast na pewno nie wybrałabym Agatki, bo była za powolna, za dokładna.

    zrzut-ekranu-2016-09-14-o-16-14-59

    A Pan Motorek, Panna Kreseczka?

    Nie, zdecydowanie Jacek. Chociaż Pan Motorek też był bardzo popularny i lubiany, przede wszystkim przez chłopców. Radził sobie w każdej sytuacji, no i potrafił zmienić się z szafy w coś latającego, także pewnie stąd wzięła się jego popularność wśród chłopców.

    Profesor Grzegorz Leszczyński mówiąc najlepszych pisarzach tworzących dla dzieci, wymienia Juliana Tuwima, Jana Brzechwę, Wandę Chotomską.

    Myślę, że to nie mnie oceniać, ale skoro Leszczyński, który jest najlepszym specjalistą w tej kwestii tak powiedział, to może jest to prawda (śmiech).

    Skoro już przy Janie Brzechwie jesteśmy, to jak wyglądały relacje między wami?

    On bardzo ładnie o mnie pisał, dużo listów od niego dostawałam, bardzo wysoko cenił moją twórczość. Jako dziecko, ja natomiast czytałam Brzechwę i też bardzo lubiłam to co on pisał.

    Co czyta w wolnych chwilach teraz Wanda Chotomska?

    Ze współczesnych poetów bardzo cenię Wisławę Szymborską, lubię czytać też biografie. Ostatnio przerobiłam „Rodzinę Windsorów”.

    Sądzi Pani, że bajki w wersji drukowanej mają jeszcze rację bytu, czy teraz to już tylko telewizja i Internet?

    Oczywiście, że mają. Trzeba dzieciom kupować dużo bajek, a jak najmniej tych wszystkich elektronicznych gadżetów. Naprawdę wystarczy, że się dziecko bawi kijkiem, bo to najbardziej rozwija wyobraźnię.