Tag: wydawnictwo marginesy

  • „Lany poniedziałek”, świąteczne opowiadanie kryminalne Wojciecha Chmielarza

    1.

    Są takie chwile w życiu policjanta, kiedy człowiek żałuje, że skończył się PRL. Ten czas, kiedy to co wydarzyło się na komisariacie, zostawało na komisariacie. Jak na przykład wszystkie te niemiłe chwile, ostre słowa i wybite zęby. Jasne, Niemojski znał historię. Wiedział, że Rosjanie, SB, opozycja, kartki i Jan Paweł II. Ale każdy funkcjonariusz raz na jakiś czas chce po prostu komuś bezkarnie przyłożyć w imię wyższego dobra. Teraz przydarzyło się to jemu.

    Siedząca przed nim kobieta miała trzydzieści jeden lat. Krótkie blond włosy, jasną cerę pokrytą delikatnym, ledwo widocznymi piegami i niebieskie oczy. Usta pomalowała lśniącą pomadką. Wyglądała jak laleczka. Ale nie taka, którą człowiek boi się dać własnej córce, bo jeszcze wyrośnie na prostytutkę, ale taka normalna. Spokojna. Grzeczna zabawka dla grzecznej dziewczynki. Niemojski jednak nic nie mógł poradzić na to, że nieustannie wyobrażał ją sobie, kiedy leje ją policyjną tonfą po twarzy, patrzy, jak te lśniące usteczka wybuchają krwią, a policzki zabarwiają na fioletowo siniaki.

    To nie było tak, że sprawiało mu to przyjemność. Czuł rosnące obrzydzenie do siebie z każdą nową myślą, każdym nowym obrazem. Ale nie potrafił przestać.

    – To był wypadek – odezwała się kobieta.

    I ten jej głos. Taki łagodny, miękki. Po prostu absolutnie przyjemny. Chciałoby się położyć głowę na jej kolanach, słuchać, jak czyta coś tak pasjonującego jak książka kucharska czy poradnik posiadacza Fiata 125p. i błogo zasnąć.

    – Takie rzeczy się zdarzają – powiedziała.

    – Jakie rzeczy?

    – Wypadki.

    Policjant pomasował się po czole. Czuł lekkie łupanie w czaszce. Nie wiedział, czy to wynik zmęczenia, wkurzenia, a może miał po prostu kaca po wczorajszym świętowaniu wielkiej niedzieli. Przyszedł szwagier, trzeba było wyciągnąć browary, potem flaszkę, rodzinne spotkanie się przeciągnęło do późnych godzinnych nocnych. Pilnował się, żeby za dużo nie wypić, ale nie do końca mu się to udało. Najgorsze było jednak to, że szwagier ze swoimi dzieciakami, a miał ich trójkę, wyczyścili mu niemal doszczętnie lodówkę. To oznaczało, że we wtorek czeka ich kolejna wyprawa na wielkie zakupy. Niezaplanowana w ich budżecie. A ten był napięty. Każdy miesiąc miał rozplanowany niemal co do złotówki i każdy nowy wydatek powodował niemalże fizyczny ból.

    – Chciałabym się zobaczyć z dzieckiem.

    Podniósł na nią wzrok. Zmarszczył brwi.

    – Powinnam być przy nim. W szpitalu. Bo jest w szpitalu, prawda?

    – Tak – powiedział głucho – Jest w szpitalu.

    – Chcę do niego jechać.

    Podrapał się po brodzie.

    – Raczej nie.

    – Jestem aresztowana?

    – Zatrzymana – poprawił ją.

    – Co to za różnica?

    – Pani sobie sama sprawdzi – powiedział, wstając od stołu.

    – Co takiego? Pan powinien mi to wyjaśnić! – krzyknęła, kiedy szedł w stronę drzwi – Proszę wracać! Proszę mi to wyjaśnić! Chcę się zobaczyć z mężem! Gdzie pan idzie?! Co się do cholery dzieje!?!

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    2.

    Niemojski przeszedł do swojego pokoju. Tam już przy biurku, na swoim miejscu, pracowała podkomisarz Jolanta Onyszko. Ruda Jola, jak na nią wszyscy wołali. Prawdopodobnie najbardziej atrakcyjna policjantka w Gliwicach i kto wie, czy nie w całym garnizonie Śląskim. I to pomimo tego, że jeśli ktoś pytał o jej wiek, to słyszał o trójce z przodu. Były w garnizonie młodsze. Nie było ładniejszych.

    Usiadł ze stęknięciem na krześle i sięgnął po leżącego na biurku papierosa elektronicznego. Wsadził go sobie do ust i włączył.

    – Nie powinieneś palić – odezwała się Onyszko.

    – To elektryk.

    – Wiem. Ale to nie do końca tak, że on jest zupełnie zdrowy. Janek mówi, że nie przebadano ich tak gruntownie, więc tak naprawdę nie wiadomo, jaki mają wpływ na twoje zdrowie. Co te wszystkie liquidy robią z twoimi ustami, zębami, dziąsłami.

    Mąż Joli był dentystą. Prowadził prywatny gabinet, gdzie przyjmował większość miejscowych policjantów, oferując im zresztą ładne rabaty. Pomimo tego, Niemojski był pewien, że nie wychodził na tym źle. Jola nie musiała się więc w ogóle przejmować wysokością własnej pensji. Wystarczyło, że zarabiała akurat tyle, że starczyło jej na kosmetyki i benzynę do nowej toyoty, która stała na parkingu.

    Zaciągnął się głęboko i wypuścił dym z płuc białą, lekką smugą, która zaraz się rozwiała.

    – Muszę zapalić, bo ocipieję – stwierdził.

    – Ciężka sprawa? – rzuciła.

    – Chyba tak – mruknął – Nie wiem, dlaczego mnie to siekło.

    – Pewnie dlatego, że sam masz dziecko.

    – No – mruknął.

    Jego syn miał ponad rok. Kochał malca, ale to on był główną przyczyną ich problemów finansowych. Nie wiedział, że pieluchy, mleka, odżywki, witaminy, maście, deserki, ubranka, że to wszystko tyle kosztuje. Póki byli z żoną sami, nawet nieźle im się wiodło. Starczyło do pierwszego i zostawało jeszcze tyle, że dało się wyjść do kina, do knajpy, pojechać gdzieś. Nie żeby żałował. To nie było to. Krzysiu to był jego syn. Potomek. Facet, z którym za kilka lat będzie grał w piłkę, chodził po górach, ćwiczył sporty walki, uczył, jak się podrywa laski. Ale czasami, tak po prostu, po ludzku tęsknił za czasami, kiedy było pod pewnymi względami trochę łatwiej. I musiał przyznać, że Jola trafiła w sedno. Tak, siekło go dzisiaj dlatego, że sam miał dziecko.

    – Pojebane to jest – stwierdził.

    – Jest – zgodziła się.

    Zastanawiał się, co ona o tym myśli. Co prawda nie miała dzieci, ale wiedział, że od kilku lat próbuje z mężem zajść w ciążę. Facet pochwalił się tym po pijaku na jednej imprezie. Ale nic z tego nie wychodziło. Z nią lub z nim musiało być coś nie tak, ale Niemojski nie wnikał bliżej. To nie była jego sprawa.

    Oboje z Rudą Jolą pełnili dyżur drugiego dnia świąt Wielkanocnych. Wtedy był zawsze spory ruch, ale rzadko coś poważnego. Najczęściej jacyś podpici nastolatkowie przesadzali z wiadrami z wodą, a potem przerzucali się z psikawek na pięści i okazjonalnie na ostre przedmioty. Tym razem jednak było inaczej.

    – Pokaż mi to jeszcze raz – poprosił.

    Ruda Jola westchnęła cicho i spojrzała na niego ciężko. Potem kliknęła kilka razy myszką i przywołała go ruchem dłoni. Niemojski stanął tuż za nią z założonymi rękoma i wzrokiem wbitym w migoczący delikatnie ekran monitora. Po chwili pojawił się na nim obraz z kamery. Wszystko kręcone było z ręki. Centralną postacią był mały chłopiec. Mógł mieć sześć lub siedem lat. Bardzo ładne dziecko. Okrągła buzia, kędzierzawe blond włosy, wielkie niebieskie oczy. Urodę odziedziczył po matce.

    – Today is prima aprilis. Today we have traditional waterfights in Poland. Do you want to suprise daddy, Patryk? – usłyszeli z offu miękki, przyjazny głos kobiety. – Do you want to?!

    – Tak! Tak!

    – In English, please.

    – Yes, yes!

    – So lets do it! – powiedziała radośnie kobieta.

    Przez chwilę na ekranie mogli zobaczyć jej dłoń, kiedy wręczała synowi pistolet na wodę. Wcześnie nacisnęła spust, żeby pokazać, że faktycznie strzela płynem. Chłopiec chwycił ją radośnie, mocno w obie ręce.

    – Do the James Bond, please? – powiedziała kobieta.

    Chłopiec zmarszczył brwi, potem uśmiechnął się szeroko i przybrał pozę, jak angielski szpieg w jednym z filmów z Rogerem Moore’em.

    – Ok. So let’s go!

    Póki co wszystko wyglądało prawie normalnie. Matka kręciła śmieszny filmik, jak razem z dzieckiem zaskoczą ojca i obleją go wodą. Dziwne było to, że sama się na nim nie pojawiała. Oraz to, że mówiła do syna po angielsku, ale z drugiej strony Niemojski wiedział, że niektórzy rodzice tak robią. Chcą, żeby latorośl w ten sposób naturalnie nauczyła się drugiego języka. No i przede wszystkim, nie było w tym niczego, co byłoby niezgodne z prawem.

    Chłopiec z pistoletem skradał się po schodach. Matka z kamerą szła za nim. Obraz lekko podskakiwał i bujał się na boki. Co kilka kroków chłopiec przystawał, obracał się do mamy i przykładał palec do ust, dając jej znak, żeby była cicho. Jego oczy śmiały się radośnie.

    Podeszli do drzwi do jakiegoś pokoju. Chłopiec podniósł pistolet, a drugą dłonią chwycił za klamkę. Ułamek sekundy później, drzwi otworzyły się gwałtownie. Wysunęła się z niej jakaś męska ręka, chwyciła chłopca za głowę i wcisnęła ją do miski z wodą.

    – And how do you like prima aprilis now! How do you like?! – krzyczał głośno mężczyzna. Jego głos był radosny, podniecony.

    Chłopiec zaskoczony upuścił psikawkę. Machał ramionami. Próbował wydobyć twarz z miski szarpiąc się całym ciałem, ale nie był w stanie. Mężczyzna, jego ojciec mocno go trzymał.

    – Look! He is fighting! Like a fucking fish! Fight my boy! Fight! – zachęcał go entuzjastycznie mężczyzna.

    Ale chłopiec nagle gwałtownie opadł z sił. Jego ciało zwiotczało. Padł jak długi na ziemię z głuchym, nieprzyjemnym łupnięciem. Sam ten dźwięk sprawił, że policjant poczuł się tak, jakby ktoś go uderzył w brzuch. Ruda Jola odwróciła głowę do ściany, nie chcąc patrzeć na monitor.

    – Kurwa! – krzyknęła kobieta – Coś ty narobił?!

    – Ja?! Przecież… Przecież… Kurwa! Patryk, Patryk! Wstawaj, kurwa, chłopie!

    Kamera wypadła kobiecie z dłoni. Jeszcze przez chwilę na ekranie widoczny było nieprzytomne ciało chłopca, a potem film się skończył.

    3.

    Ojciec był wysoki, owłosiony i czarnowłosy. W niczym nie przypominał leżącego w szpitalu syna. Niemojski przez chwilę zastanawiał się, czy mały Patryk w rzeczywistości był jego synem. Jeśli nie, to mogło coś tłumaczyć. Niewiele, ale przynajmniej odrobinę. Nadać temu całemu zdarzeniu przynajmniej pozory sensu.

    Ratownicy, którzy przyjechali na miejsce (tyle dobrego, że rodzice wezwali pogotowie), a po nich lekarze ze szpitala na Kościuszki byli zgodni. Chłopiec prawie utopił się w cholernej misce wody. Do tej pory był nieprzytomny. Samodzielnie oddychał, ale trudno było stwierdzić, czy jego mózg nie został uszkodzony. A jeśli tak, to w jakim stopniu.

    – Może będzie warzywkiem – powiedział starszy lekarz, z którym rozmawiał Niemojski – Może nic mu nie będzie. Z mózgiem to w ogóle jest ciężka sprawa. A z takim młodym, to już w ogóle. Taki to potrafi cholernie zaskoczyć. Bądźmy dobrej myśli.

    Rodzice twierdzili, że podtopienie to skutek wypadku podczas kąpieli. Ratownicy nie za bardzo wierzyli. Kąpiel, w środku dnia? Nawet w lany poniedziałek nie brzmiało to przekonująco. Do tego oboje rodzice dziwnie się zachowywali. Nieustannie na siebie zerkali, jakby szukali nawzajem potwierdzenie swoich słów. Bardziej zainteresowani byli sobą niż dzieckiem. Jeden z ratowników uznał, że coś jest nie tak. Zawiadomił policję. Funkcjonariusze, którzy przyjechali na miejsce znaleźli kamerę. Dalej wypadki potoczyły się już same.

    – To był pomysł mojej żony – powiedział mężczyzna, kiedy Niemojski usiadł naprzeciwko. Policjant skrzywił się lekko dostrzegalnie. Jeszcze nie zdążył zadać żadnego pytania, a facet już

    zaczął wszystko zwalać na małżonkę.

    – Co było pomysłem żony? – zapytał.

    – Ten prank.

    – Prank?

    – Dowcip. W internecie. Na filmiku. To się nazywa prank.

    – Dowcip? – powtórzył policjant, ostrożnie obracając w głowie to słowo – Prawie utopiliście własne dziecko dla dowcipu?

    – Nie chcieliśmy, żeby mu się coś stało. To miało być jak na Boże Narodzenie. Świetnie się to wtedy klikało.

    – Co takiego się klikało?

    Mężczyzna zaczął się niespokojnie wiercić na krześle. Koszulka pod jego pachami była zupełnie mokra od potu. Czy te zewnętrzne oznaki zdenerwowania, być może pewnej skruchy sprawiły, że Niemojski nie czuł do niego tak silnego obrzydzenia i nienawiści jak do znajdującej się w innym pokoju matki Patryka?

    – Powiedzieliśmy mu, że był niegrzeczny i że święty Mikołaj nie przyniósł mu prezentów. Tylko rózgę. Zaczął wtedy strasznie krzyczeć, płakać, rzucił się na ziemię…

    – Nakręciliście to?

    – No, jak to miało pójść na youtube’a, to jasne, że nakręciliśmy.

    Niemojski pracował na policji od ponad dziesięciu lat. Naoglądał się strasznych rzeczy. Nawet nie chodziło o ofiary zabójstw, przemocy. Zwykły śmiertelny wypadek drogowy potrafił zostawić potężny ślad na psychice, wryć się w mózg i śnić się po nocach. Ale to było coś nowego. Coś dziwnego. Niby błahego, ale równocześnie czuł, że to bardzo złe. Z jakiegoś powodu pomyślał, że gorsze niż uderzenie w twarz.

    – Powiedzieliście dziecku, że święty Mikołaj przyniósł mu rózgę, żeby się popłakał, żebyście wy mogli to nagrać i wrzucić do internetu? Na youtube’a?

    – Ale potem dostał swój prezent!

    – Chryste…

    – Przecież nic mu się nie stało! To był tylko dowcip! Nic wielkiego! Ludzie chcieli to oglądać!

    – Chcieli oglądać płaczące, zrozpaczone dziecko?

    Mężczyzna pobladł. Przełknął ślinę.

    – To było śmieszne – powiedział niepewnie.

    – Naprawdę? A widzi pan, żebym się śmiał?

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    4.

    – Znalazłaś to?

    Ruda Jola kiwnęła głową. Niemojski zaciągnął się po raz ostatni i rzucił elektronicznego papierosa na blat swojego biurka. Przysunął sobie krzesło, żeby usiąść przy koleżance.

    – Ile tego jest? – zapytał.

    – Na oko? Kilkadziesiąt.

    – Przeglądałaś je?

    – Trochę – przyznała niechętnie.

    Poprawiła włosy, które opadły je na oczy, a potem wyciągnęła się na krześle. Policjant dał jej czas, żeby ułożyła sobie myśli w głowie.

    – Pierwszy filmik jest dość niewinny. Głupi, ale niewinny.

    – To znaczy?

    – Dzieciak uczy się jeździć na rowerze. Dumna mama to kameruje. Ojciec puszcza dziecko. Chłopak jedzie. Cieszy się jak głupi, że złapał równowagę i nagle uderza w słup, jakby w ogóle go nie widział. Spada z roweru, wali się jajkami o ramę, płacze, wyje, woła mamę.

    – To jest niewinne?

    Potarła palcami czoło.

    – W tym sensie, że go nie zepchnęli z tego roweru. To był wypadek.

    Pokiwał głową.

    – Co było dalej?

    – Eskalowało. Zamieszczają tutaj różne filmiki. Kiedyś rozbili wazon i zwalili to na dzieciaka. A potem nagrywali, jak najpierw się próbuje tłumaczyć, potem zaczyna płakać. Albo jak mu dali pączka z nadzieniem z majonezu i nagrali jego reakcję. Niszczenie zabawek niby za karę. Wyzywanie pod byle pretekstem. Byleby tylko się rozpłakał. Tak zresztą nazwali swój kanał: Cryingkid. Płaczący dzieciak.

    – Kurwa… I ktoś chce oglądać takie rzeczy?

    – Mieli ponad trzysta tysięcy stałych subskrybentów. Na całym świecie. Dlatego mówili do niego po angielsku, żeby mieć większą publiczność. Wyobrażasz to sobie? Jakie to musiało być dla tego chłopca przerażające? Żyć z dnia na dzień w nieustannej obawie, że rodzice, ludzie, którym powinieneś bezgranicznie ufać, którzy powinni cię bezwarunkowo kochać, mogą w każdej chwili wpaść na jakiś pomysł na kolejny głupi kawał i zacząć się nad tobą psychicznie znęcać!? Szlag, mamy już w tym kraju w końcu przepisy przeciw mobbingowi w miejscu pracy, bo nawet dorośli nie dają sobie z czymś takim rady, a oni robili to dziecku! Wiesz, co jest w tym najgorsze?

    – Co takiego?

    – Że on pewien w sposób nawet nie zdawał sobie sprawy, że coś jest nie tak. Pewnie był przekonany, że tak właśnie powinno być.

    – I to wszystko dla sławy – powiedział głucho Niemojski.

    – I pieniędzy. Każdy filmik miał co najmniej pod milion wyświetleń.

    – Ile na tym zarabiali?

    – Co najmniej kilkaset złotych za filmik. Może kilka tysięcy.

    – Sporo.

    – Dziecięce łzy najwyraźniej dobrze się sprzedają.

    5.

    Wracał z pracy późną nocą. Ale nie pojechał od razu do siebie. Zamiast tego udał się na dalekie przedmieścia Gliwic. Stanął przed domem rodziców Patryka i wysiadł z samochodu. Przez chwilę przyglądał się stojącemu przed nim budynkowi. Ładny, jednorodzinny domek wybudowany ledwo kilka lat temu. Z zadbanym ogródkiem i huśtawką z tyłu. Nikt nigdy nie domyśliłby się, że może się tutaj dziać coś złego.

    – Czego pan tu szuka? – odezwał się ktoś za jego plecami.

    Odwrócił się powoli i ujrzał przed sobą pięćdziesięcioletnią kobietę z owczarkiem niemieckim na smyczy.

    – To nie pani sprawa.

    – Może moja – powiedziała wojowniczo.- Proszę sobie stąd pójść albo zadzwonię po policję.

    Sięgnął powoli do kieszeni i wyciągnął służbową legitymację. Kobieta zmrużyła oczy, żeby dobrze się jej przyjrzeć w miękkim świetle pobliskiej latarni, a potem odetchnęła głęboko z ulgą.

    – Pan wybaczy, ale bałam się, że to jakiś włamywacz. A tam teraz nikogo nie ma… – przerwała w połowie, jakby właśnie coś jej przyszło do głowy – Ale pan pewnie o tym wie. Co tam się wydarzyło?

    – Nie mogę powiedzieć.

    – Coś z dzieckiem, prawda? – powiedziała – Widziałam, jak go karetka zabierała. Ale to na pewno nie ich wina. Bo to dobrzy rodzice są. Ten chłopiec to zadbany chodził. Dobre ubrania miał. No i wszystko mu kupowali. Konsolę, rowery, deskorolkę, no wszystko, czego mógłby chcieć.

    Pokiwał głową i ruszył do samochodu. Zanim do niego wsiadł, odwrócił się jeszcze po raz ostatni do kobiety z wilczurem.

    – Niektórzy w ten sposób zagłuszają wyrzuty sumienia.

    W domu był po północy. Wszedł cicho, bo wszyscy już spali. Jego bolała głowa, ale wiedział, że teraz nie zaśnie. Chciał się napić piwa. Otworzył lodówkę, ale wtedy przypomniał sobie wczorajszą wizytę szwagra i fakt, że lodówka jest równie pusta, jak jego portfel. Nalał sobie tylko wody do szklanki. Poszedł do sypialni. W dziecięcym łóżeczku, ustawionym tuż obok ich, spał jego syn. Przyglądał mu się długo w milczeniu. Na to, jak oddycha, jak rzuca nóżkami przez sen i co pewien czas coś mamrocze. Pomyślał o Patryku, który w tym samym momencie leżał w szpitalnym łóżku. Pewnie gdyby nie ten dzisiejszy wypadek, nigdy nie dowiedzieliby się, co rodzice mu robili.

    Kilkaset złotych, może kilka tysięcy. Za każdy filmik, a tych mieli kilkadziesiąt. Mimowolnie robił w głowie obliczenia. Dobre pieniądze, uznał. Szkoda, że zdobyte kosztem syna. Ale też nie każde takie nagranie musi krzywdzić dziecko, uznał. Można wrzucać śmieszne rzeczy, które nikogo nie ranią.

    Usłyszał, że jego żona się przebudziła. Wstała z łóżka. Stanęła obok niego i przytuliła się do jego ramienia. Pachniała snem i ciepłą pościelą.

    – O czym myślisz? – zapytała.

    Dziecko w łóżeczku przewróciło się właśnie na jęknięciem na bok i zamachało rączkami, jakby odganiało od siebie muchę. Niemojski nie był chciwy. Nie posunąłby się tak daleko. Kilkaset złotych. Nawet dwieście. Tyle by wystarczyło.

    – Zastanawiam się, czy nasz syn potrafi zrobić coś zabawnego – powiedział.

    Koniec

  • „Ślepy archeolog” – fragment najnowszej książki Marty Guzowskiej

    Już w najbliższą środę premiera „Ślepego archeologa”, czyli najnowszej książki Marty Guzowskiej. Nie będę tutaj specjalnie się wymądrzał, bo przeczytam ją dopiero przez weekend, ale zapowiada się ciekawie. Łapcie fragment, a jeśli chcecie się spotkać z autorką, to macie taką możliwość, bo już w poniedziałek Marta zaprasza Was do Warszawy, a konkretnie do Worka Kości. Start o godzinie 18:18.

    Posterunek w Agios Nikolaos, piątek, 15 września, godzina 9.09

    Ślepy.

    Słucham? – Policjantka znowu zaszeleściła papierami. Na imię jej Marina. Mam doskonałą pamięć i ciągle ją ćwiczę, ale akurat wtedy za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć jej nazwiska. Wiedziałem tylko, że pochodziło od nazwy któregoś z miast i kończyło się na „ki”, jak to nazwiska na Krecie.

    Jestem ślepy. Wolę to określenie od „niewidomy”. Dokładniej opisuje stan faktyczny.

    Może i tak. – Po tym, jak jej włosy znowu otarły się o bluzkę, poznałem, że wzruszyła ramionami. Pewnie myślała, że może sobie pozwolić na ten gest, skoro nie widzę.

    W jakich okolicznościach stracił pan wzrok?

    To był wypadek – burknąłem.

    
– A dokładniej?

    
– Czy to należy do sprawy?

    Pokręciła głową. Jej włosy znowu otarły się o kołnierz bluzki, która musiała być z jedwabiu; tego szelestu nie można pomylić z żadnym innym. Policjantkę na kreteńskim zadupiu stać na jedwabne bluzki? Zanim jednak zdążyłem się nad tym zastanowić, odezwała się znowu.

    Pałac w Knossos, fot: Marta Guzowska

    Nie, nie należy. Jesteśmy tu po to, żeby rozmawiać o śmierci Mony Abano i Oliwii Papadaki, a nie o pana wypadkach. Muszę jednak ustalić, na ile wiarygodne jest to, co pan pamięta. Czy jest pan całkowicie… uhm… ślepy? Czy coś pan widzi?

    Tylko zmiany natężenia światła.

    
– To znaczy…?

    
– To znaczy, że potrafię się zorientować, kiedy słońce świeci mi prosto w oczy, jak tutaj.Większość ludzi w tej sytuacji wstałaby od stołu, zaciągnęła zasłonę albo zaproponowała, żebym się przesiadł. Ale nie Marina Jakaśtam. Poprawiła się na krześle i przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu. Mucha zabrzęczała gdzieś od strony okna, a potem umilkła, pewnie łaziła po szybie, a Marina powiedziała:

    Skąd mogę mieć pewność, że to, co pan pamięta, jest zgodne z prawdą?

    A skąd pani wie, że prawdziwe jest to, co opowiadają widzący świadkowie?

    Zaśmiała się krótko. Nie byłem pewien, czy policjantka przesłuchująca zabójcę powinna się śmiać.

    Nie wiem.

    Mamy piątek, piętnastego września, jest godzina dziewiąta jedenaście albo dwanaście, z dokładnością do dwóch minut. Przyszliśmy do tego pokoju korytarzem długości dwudziestu dwóch lub dwudziestu trzech metrów. Jego ściany były malowane mniej więcej rok temu. Dyżurny oficer, który nas tu przyprowadził, ostatnio bardzo przytył, bo żona gotuje mu za dużo mięsa. Uważa, że schudnie od papierosów, ale to nie działa. Mam mówić dalej?

    Nie musi pan – mruknęła. – Zastanawiam się tylko…

    
– Tak?

    Godzinę może pan określić na podstawie kąta padania promieni słonecznych, tego można się nauczyć. Osoba o czułym węchu może poznać, że ktoś pali, je za dużo mięsa, bo wtedy zmienia się zapach potu, a także że korytarz był malowany rok temu, bo zapach farby jest trwały. Skąd jednak pan wiedział, że Panagiotis przytył?

    Położyłem dłonie na ciepłym od słońca blacie.

    Ma za ciasny mundur. Kołnierzyk obciera mu kark, a on ciągle go poprawia. To bardzo charakterystyczny dźwięk, nie do pomylenia z innym.

    Ale dlaczego niedawno?

    Gdyby przytył dawno, zmieniłby mundur na większy. Na razie ciągle ma nadzieję, że schudnie.

    Milczała przez długą chwilę.

    To jest pana metoda? – spytała w końcu. – Dobry węch, dobry słuch i odrobina taniej psychologii?

    I jeszcze kilka innych rzeczy. Nie zamierzałem jej tłumaczyć. Powiedziałem tylko:

    Sprawdza się.

    Jej włosy znowu przesunęły się po jedwabiu bluzki. To był miękki dźwięk. Nie używała żadnego lakieru ani pianki do usztywniania fryzury. Dziwna z niej Greczynka.

    Pałac w Knossos, fot: Marta Guzowska

    No dobrze. Proszę w takim razie opowiedzieć wszystko od początku.

    Od stworzenia świata?

    Niech pan nie próbuje być dowcipny, panie Mara. Przypominam, że jest pan podejrzany o zabójstwo, a właściwie o dwa.

    Miała rację. Spowodowałem śmierć dwóch kobiet. Bo byłem cholernie głupi i nie dostrzegałem tego, co się dzieje wokół mnie. A gdy już dostrzegłem, nie rozumiałem. Zupełnie jak ślepiec…

    
– Proszę zacząć od tamtego dnia, w którym znaleźliście na wykopaliskach zwłoki.

    
– Przyszedłem do pani, bo chcę przyznać się do zabicia Mony i Oliwii. Czy możemy porozmawiać o tym?

    Dojdziemy do tego, panie Mara. Najpierw chcę usłyszeć od pana jak najwięcej o wydarzeniach poprzedzających śmierć pani Abano i pani Papadaki.

  • Zapach, dźwięk, kąt padania promieni – dzięki temu ślepy archeolog rozwiązuje zagadki

    Jeśli myślicie o archeologii, to od razu pewnie przychodzi Wam do głowy Marta Guzowska i jej książki. Archeolożka z wykształcenia i z zamiłowania, stworzyła kolejnego bohatera, którego umieściła na odcinku kryminalnym. Tym razem jest to Tom Mara, który na pierwszy rzut oka nie różni się od innych ludzi w swojej profesji. Moglibyście, zresztą słusznie, pomyśleć, że to kolejny kryminał ze starożytnością w tle. Haczyk jest jeden. Główny bohater nowej książki Marty Guzowskiej jest niewidomy. Jak sobie radzi w pracy, skąd w ogóle wziął się pomysł na taką postać? O tym wszystkim dowiecie się z naszej rozmowy, którą serwuję Wam zarówno w wersji wideo – poniżej, jak i w wersji audio, na przykład do wieczornej herbaty. Jeśli chcecie chociaż przez chwilę poczuć się jak Tom Mara, to kliknijcie tutaj, zamknijcie oczy i posłuchajcie opowieści Marty.

  • Premierowy fragment „Cieni” Wojciecha Chmielarza. Jest petarda!

    Na początek krótki wstęp ode mnie, który dowodzi, że na najnowszą książkę Wojciecha Chmielarza warto czekać. Poniżej mogą Państwo przeczytać prolog, ja jednak dostałem trochę więcej, no dobra, mam całą książkę. Nie piszę tego po to, żeby się chwalić, ale żeby uzmysłowić, że prawie doszło do katastrofy, bo zamiast przygotować poniższy tekst do publikacji, to zacząłem czytać całość. Uwierzcie, niewiele brakowało, a zadzwoniłby autor z wyrzutami: „- Halo, halo, jest dziewiąta, gdzie prolog na stronie”? Na (nie)szczęście zgłodniałem, co mnie otrzeźwiło. Zachęcam do lektury, a premiera „Cieni” już siedemnastego stycznia. Dziękuję Autorowi oraz Wydawnictwu Marginesy za to, że zdecydowali się premierowo upublicznić fragment na smakksiazki.pl 

    Jeszcze ich nie zabraliście? – zapytał Mortka.

    Chcieliśmy, żebyś zobaczył to na własne oczy. Grudniowy poranek. Absolutnie najgorsza rzecz, która może się zdarzyć w tym kraju, który i tak nie słynie ze zbyt przyjemnego klimatu. Było zimno i mokro. Jesień zdychała w męczarniach i nawet wschód słońca w Milanówku niewiele tu pomagał.

    Andrzejewski podał Mortce lateksowe rękawiczki. Komisarz włożył je bez słowa i wszedł do domu jednorodzinnego. W salonie technik kryminalistyki robił ostatnie zdjęcia. Na dźwięk kroków podniósł głowę.

    To na pana czekaliśmy? – zapytał.

    Chyba tak. Dokumentacja już zrobiona, ale i tak proszę niczego nie ruszać. Poza tym proszę się rozgościć.

    Dzięki.

    Policjant stanął przy ścianie, obrzucając wzrokiem cały pokój. Najważniejsze było pierwsze wrażenie. Szczegóły, które się wtedy zapamiętywało, zostawały na zawsze. Dlatego patrzył w skupieniu.

    Najpierw wystrój. Z zewnątrz dom wyglądał całkiem zwyczajnie. Wewnątrz czekała jednak spora niespodzianka. Marmurowe posadzki. Przykurzone, podniszczone i w wielu miejscach poplamione. Gipsowe kolumny udające greckie. Sztukaterie pod sufitem. Meble. Skórzana kanapa i fotele. Zbyt duże, wręcz gigantyczne. Ciemna skóra, podobnie jak podłogi, wymagała czyszczenia i konserwacji. Obok szklany stolik. Pod jedną ze ścian wielki telewizor. Parę lat temu robił wrażenie, ale teraz był po prostu przestarzały. Wszystko przez kineskop. Pod drugą kominek. Od dawna nikt w nim nie palił.

    Dom, który kiedyś był bogaty. Dom, który potrzebował pieniędzy.

    Na podłodze lśniło szkło z rozbitych szklanek. W ścianach świeże dziury po kulach. Naliczył cztery. Niedaleko, mniej więcej pośrodku pomieszczenia, ciało kobiety w wieku około pięćdziesięciu lat. Blondynka w znoszonym dresie. Leżała na brzuchu. Głowa przechylona na bok. Usta na wpół otwarte. W dłoni pogrzebacz. Pod zwłokami kałuża zaschniętej krwi w kolorze bordowego lakieru, którym starsze kobiety malowały sobie paznokcie u stóp.

    Mortka stanął kilka kroków przed ofiarą. Podniósł dłoń, jakby celował, i wymierzył z palca. Dziury po kulach znajdowały się w ścianie naprzeciwko niego. Pod stopami dojrzał błyszczące łuski.

    Tak – odezwał się technik z boku. – Strzelał do niej, kiedy pędziła, żeby mu przyłożyć tym żelastwem.

    To ona rzucała w niego szkłem?

    Tak to dla mnie wygląda. Wpadła do salonu. Zobaczyła, co się dzieje. Najpierw rzuciła w niego szklanką. Nie trafiła. To poleciała po pogrzebacz.

    Mortka pokiwał głową.

    Marcin w ogóle jestem.

    Kuba.

    Komisarz obszedł ciało z lewej strony. Przyjrzał się pogrzebaczowi. Na jego czubku nie dostrzegł żadnych śladów krwi. Prawdopodobnie nie zdołała zadać ciosu. Kula dosięgnęła ją wcześniej.

    Półtora metra od niego na marmurze pojawiła się szkarłatna smuga. Ciągnęła się szeroko, wijąc się delikatnie i prowadząc w stronę kolejnego pomieszczenia. Poszedł jej śladem. Minął gipsową kolumnę. Za progiem znajdowała się kuchnia, a do smugi dołączyły zakrwawione ślady rąk i palców. Półtora metra dalej czekało na niego kolejne ciało. Tym razem młoda kobieta. Dwadzieścia kilka lat. Kruczoczarne włosy opadały częściowo na twarz, częściowo na podłogę. Powieki przymknięte. Można by pomyśleć, że źle się czuje i położyła się tutaj, żeby odpocząć. Miała na sobie czarne obcisłe spodnie od kostiumu i białą bluzkę. Na wysokości brzucha zabarwiła ją na czerwono ogromna, lepka plama krwi.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Postrzał w brzuch – powiedział technik z salonu. – Cholernie bolesna sprawa. Namęczyła się, zanim odeszła.

    Widzę. Obok ciała leżał telefon.

    Dzwoniła do kogoś? – zapytał Mortka.

    Pod alarmowy.

    Co konkretnie powiedziała?

    Niewiele. Zdążyła tylko poprosić o pomoc.

    Kiedy przyjechała policja?

    Dziesięć minut po zgłoszeniu. Lokalne chłopaki z Milanówka.

    Widzieli coś? Kogoś?

    To nie do mnie.

    Jasne. Dzięki.

    Lewą rękę dziewczyna trzymała na brzuchu. Próbowała zatamować krwotok. Prawa leżała na podłodze, odciągnięta nienaturalnie w bok. Zakrwawiona dłoń była nieznacznie odgięta. Na serdecznym palcu dostrzegł biały krąg skóry. Jedyny fragment, który nie był poplamiony.

    Wrócił do salonu. Technik skończył już swoją pracę i czekał z założonymi rękoma. Wyglądał, jakby fucha przewodnika po domu sprawiała mu przyjemność. Mortka pokazał na schody prowadzące na górę.

    Jest tam coś?

    Coś tam jest, ale nic interesującego. Wszystko rozegrało się tutaj. Salon. Kuchnia.

    Rozumiem. – Komisarz podrapał się po brodzie. – Pokażesz mi go?

    A nie widziałeś?

    Nie.

    To chodź. Technik poprowadził go z powrotem do kuchni. Podszedł do blatu.

    Obok aluminiowego garnka i nadpalonej dawno temu bawełnianej szmatki leżał pistolet. Policyjny P99.

    Tutaj go znaleźliście?

    Tak.

    Nie ruszaliście? Nie przenosiliście?

    Nie. Sprawdziliśmy tylko numery seryjne, żeby wklepać w naszej bazie. I wtedy wyszło, co wyszło.

    To na pewno z tej broni strzelano?

    Wyślemy do waszego laboratorium, ale z lufy śmierdziało prochem, a kaliber pasuje.

    Dzięki za pomoc.

    Wojciech Chmielarz, Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Jakby pan miał jeszcze jakieś pytania, to proszę do mnie zadzwonić. Technik wyciągnął kawałek papieru. Napisał na nim swój numer telefonu i dał Mortce. Komisarz pożegnał się z nim skinieniem głową i wyszedł na zewnątrz. Andrzejewski czekał na niego na podjeździe. Podinspektor i szef stołecznego Wydziału Zwalczania Terroru Kryminalnego i Zabójstw dreptał w miejscu, próbując się ogrzać. Na łysą głowę nasunął kaszkiet, którego daszek opadał mu niemal na brwi.

    Widziałeś? – zapytał.

    Widziałem – potwierdził. – To bez sensu. Nie zabija się dwóch osób i nie zostawia się na miejscu pistoletu.

    To broń służbowa. Czy ją wziął czy nie, nie ma znaczenia. Zidentyfikowalibyśmy ją po pociskach i łuskach.

    Ale to by trochę zajęło.

    Słuchaj, Kuba, są możliwe dwa scenariusze. Albo zorientował się, że dziewczyna zadzwoniła po pomoc, i wiedział, że nie zdąży zatrzeć śladów. Zostawił broń, bo to już nie miało żadnego znaczenia.

    Albo?

    Albo to, co się tutaj działo, nie było zaplanowane. Wszystko wydarzyło się na gorąco. A wiesz, jak jest w takich sytuacjach. Ludzie popełniają głupie błędy. Nawet policjanci.

    Mortka kiwnął głową.

    Po co mnie tu przywiozłeś?

    Żebyś zobaczył wszystko na własne oczy, żeby nie wpadły ci do głowy żadne głupie pomysły.

    Niby jakie?

    On zniknął. Nie wiemy, gdzie jest. Chociaż nie przesądzam o jego winie, wszystko wskazuje na niego. Prawdopodobnie się ukrywa. Może będzie szukał wsparcia. Może zwróci się do ciebie. Wtedy przypomnij sobie to, co tutaj widziałeś, Kuba. I pod żadnym pozorem – niezależnie od tego, że to twój kumpel, niezależnie od tego, że razem pracowaliście – nie pomagaj mu. Nie pomagaj Kochanowi, Kuba.

  • „Moja bohaterka jest trochę jak Lisbeth Salander”

    Kiedy nad ranem zostają znalezione zwłoki, na miejscu zjawia się komisarz Agnieszka Polkowska. Nikt nie chce z nią pracować – zbyt wiele wymaga, słynie z ostrego języka i jest bardziej inteligentna od kolegów. Jej zaangażowanie w każdą ze spraw nie bierze się znikąd: ma kilka tajemnic i wolałaby się nimi nie dzielić. Ostatnie, czego jej trzeba, to błyskotliwy psychopata – człowiek, który odczuwa emocje tylko wtedy, gdy poluje. Gdy wybiera dziewczyny, osacza je i zabija: powoli, delektując się ich cierpieniem. Jest precyzyjny i metodyczny, przekonany, że nikt mu nie dorówna. Nie popełnia błędów. Do czasu. „Szadź”- najnowsza powieść Igora Brejdyganta w księgarniach już 11 października. 

     

     

  • Co dalej z komisarzem Mortką? Wojciech Chmielarz zdradza tytuł swojej najnowszej książki!

    Jak pewnie wiecie, kilkanaście dni temu internet obiegła informacja, że Wojciech Chmielarz zamienia Wydawnictwo Czarne na Wydawnictwo Marginesy. Pierwsza książka ukaże się już na początku roku, a będzie to kontynuacja przygód komisarza Jakuba Mortki. W rozmowie ze mną Chmielarz ujawnia tytuł nowej powieści, a także opowiada o fabule kolejnej, która również ukaże się w 2018 roku. Łapcie naszą rozmowę.

  • „Co zawdzięczamy trzmielom? Na przykład pomidory”.

    Rozmawiamy o fascynacji trzmielami, o tym, jak są dla nas ważne, chociaż nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę. Dave próbuje też przeczytać polski tytuł swojej książki. Miłego oglądania.

  • „Gdy zabraknie pszczół, to na jabłka i pomidory pozwolą sobie tylko najbogatsi”

    Na tegorocznym Festiwalu „Apostrof” będziecie mieli możliwość spotkania się z Mają Lunde oraz Davidem Goulsonem. Autorami książek: „Historia pszczół” i „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Jak w ogóle rozróżnić jedno od drugiego, czy możliwe jest życie bez pszczół i dlaczego trzmiele mogą przypominać małego szczeniaczka? I dlaczego na pomidory i jabłka może być stać za jakiś czas tylko najbogatszych? O tym wszystkim rozmawiam z Łukaszem Przybyłem, który jest założycielem Pasieki Edukacyjnej „Skrzydlaci przyjaciele”, działającej w Śląskim Ogrodzie Botanicznym w Mikołowie. Owady zapylające to jego pasja, co widać w poniższym wywiadzie.

    Jesteś w stanie wyobrazić sobie, że dożyjemy świata bez pszczół, jak w książce Mai Lunde, gdzie w 2098 roku w Chinach ludzie muszą zapylać ręcznie drzewa owocowe?

    Nie wyobrażam sobie takich czasów. Tak naprawdę, jeszcze kilka lat temu przez głowę mi nie przechodziło, że taka sytuacja jest w ogóle możliwa. Dopiero film „Łowcy miodu” oraz książka Mai Lunde dały mi wyobrażenie takiego świata. Co najgorsze, sytuacja opisująca w książce rok 2098 jest ponurą rzeczywistością już teraz w powiecie Hanyuan w Chińskim Syczuanie. Od kilku lat plantacje grusz są zapylane ręcznie przez robotników, ponieważ na skutek skażenia środowiska wyginęły wszystkie owady zapylające, a ich przywrócenie do środowiska nie przynosi skutku. Niestety i u nas, w Europie, z każdą zimą sytuacja staje się coraz trudniejsza. Co roku ponosimy coraz większe straty rodzin pszczelich i nie wydaje się, aby sytuacja ta się poprawiała. Nie jest wprawdzie tak źle jak w USA, ale coraz większa ekspansja osiedli mieszkaniowych, unowocześnianie rolnictwa, czy uprawy monokulturowe przyczyniają się do wymierania owadów zapylających również w Polsce. Nie wydaje mi się, aby cały Świat był w stanie „przestawić się” jak Chińczycy na zapylanie drzew miotełkami. Jeśli, nie daj Boże, przyjdzie nam dożyć takich czasów, to większość znanych nam warzyw i owoców przestanie istnieć lub będzie ekskluzywnym rarytasem dla bogaczy. Tak jak teraz trufle są nieosiągalnym przysmakiem, tak samo stanie się z pomidorami, gruszkami, jabłkami, wiśniami, dynią, cukinią i setkami innych roślin. Niestety, bez owadów zapylających ich uprawa stanie się niemożliwa lub nieopłacalna.

    Do czego w ogóle potrzebne nam są pszczoły?

    Dla większości z nas pszczoła kojarzy się wyłącznie z miodem. Jednak tak naprawdę jest to tylko „słodki dodatek” do wykonywanej przez pszczoły pracy. W wielu krajach zachodnich, głównym źródłem przychodu pszczelarzy jest praca pszczół na rzecz zapylania upraw. U nas niestety króluje jeszcze przekonanie, że to pszczelarz powinien „odwdzięczyć się” rolnikowi za możliwość zapylenia jego sadu. Jednak sytuacja ta zmieni się w przeciągu kilkunastu następnych lat, kiedy nastąpi „wymiana pokoleniowa” zarówno wśród pszczelarzy, jak i rolników. Biorąc pod uwagę rolę pszczelarstwa w gospodarce, według badań z roku 2013 w krajach Unii Europejskiej, sam wzrost plonów będący efektem zapylania przez pszczoły to 22 miliardy euro rocznie. A jest to rezultat samego zapylania roślin, nie wliczając w to sprzedaży produktów pszczelich. Stanowi to bardzo istotną gałąź gospodarki w wielu krajach. Pszczoła w tak dużym państwie jak Niemcy stanowi trzecie najistotniejsze zwierzę użytkowe, tuż za krową i świnią. W Polsce produkcja samego miodu wynosi około 15 tysięcy ton rocznie, a liczbę rodzin pszczelich w 2016 roku szacowano na ok 1,4 miliona. Mówimy tu tylko o samej pszczole miodnej. Miód oraz inne produkty pszczele, są bezcennymi produktami leczniczymi. Praktycznie niemożliwe jest ich zastąpienie jakimikolwiek środkami farmakologicznymi, czy suplementami diety. Reklamowane na prawo i lewo cudowne pastylki na poprawę odporności nie mogą równać się z miodem, pyłkiem pszczelim czy pierzgą. Pomimo zaawansowanej technologii nie sądzę, aby kiedykolwiek człowiekowi udało się wyprodukować syntetyczne zamienniki tych produktów.

    www.unsplash.com/Dominik Scythe

    Już za kilka dni w Warszawie pojawi się zarówno Maja Lunde od „Historii pszczół”, jak i David Goulson, autor książki „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami”. Można na pierwszy rzut oka rozróżnić pszczołę od trzmiela?

    Tak. Pszczoły i trzmiele są bardzo łatwe do rozróżnienia. Niestety, powszechnie mylimy trzmiele, nazywając je błędnie „bąkami”. Trzmiele to duże, pękate i włochate pszczoły. W rzeczywistości pszczoła miodna oraz trzmiel należą do tej samej rodziny pszczołowatych, jednak różnią się zasadniczo wyglądem, zachowaniem oraz sposobem rozmnażania. Zarówno trzmiel, jak i pszczoła miodna są łagodne i atakują tylko w ostateczności w obronie własnego życia lub życia rodziny. Trzmiele latają powoli i głośno. Znana anegdota mówi, że trzmiel nie powinien latać, bo powierzchnia jego skrzydeł jest zbyt mała w stosunku do masy ciała, jednak trzmiel o tym nie wie. Albert Einstein powiedział kiedyś: „gdy wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie, i on to robi”. Sam lot trzmiela doczekał się nawet „upamiętnienia” w znanym akcie opery rosyjskiego kompozytora Nikołaja Rimskiego-Korsakowa „Bajka o carze Sałtanie”.

    Pszczołami zajmujesz się na co dzień. Jakie to są owady, jaki mają „charakter”, co je denerwuje, co lubią?

    Pszczoły to niesamowite i fascynujące stworzenia. Nawet pszczelarze z 30 letnim doświadczeniem są nadal pod wrażeniem ich pracowitości i perfekcji we wszystkim co robią. Zaglądnięcie do ula jest swojego rodzaju hipnozą. Można bezustannie przyglądać się perfekcyjnie pracującym woszczarkom, budującym woskowe plastry, czy też świcie pszczelej karmiącej i czyszczącej pszczelą królową.

    Dla osoby przyzwyczajonej do pracy z pszczołami jest to zajęcie bardzo relaksujące, a jednocześnie bezpieczne. Odpowiednio obchodząc się z nimi można bez obaw pracować bez jakiegokolwiek nakrycia głowy, rękawic, czy też nawet w krótkim rękawku. Dopóki nie rozdrażnimy rodziny gwałtownym ruchem, stuknięciem w ul, strąceniem pszczół z ramki, czy też zgnieceniem jednej z nich, do tego czasu możemy pracować powoli i spokojnie, bez dodatkowych zabezpieczeń. Czasem wystarczy jednak jeden nieuważny ruch, aby rozzłościć rój. Warto wtedy mieć w zanadrzu kapelusz pszczelarski oraz podkurzacz do odymienia. Najczęściej dochodzi do użądlenia tylko w przypadku zgniecenia pszczoły. Same z siebie niechętnie atakują człowieka, ponieważ wiedzą, że oznacza to dla nich koniec życia. Pszczoła na końcu żądła ma haczyki, które wbijając się w skórę powodują jego wyrwanie z ciała owada, a następnie śmierć. Łagodne zachowanie nie jest jednak ich stałą cechą. Stopień agresji zależy czasem od pogody, pory roku, ilości posiadanych zapasów czy też aktualnej liczby kwitnących roślin, a co za tym idzie, ich stopnia „zapracowania”. Pszczoły nie lubią intensywnych zapachów np. perfum, alkoholu czy też potu. Zachowują się zdecydowanie bardziej agresywnie np. przed nadchodzącą burzą, czy też późną jesienią. W samym sezonie pszczelarskim, kiedy wszystkie owady zajęte są pracą, możemy bez obaw otworzyć ul, wyciągnąć ramkę, a pszczoły jak gdyby nigdy nic nadal czyszczą komórki plastra, produkują wosk, wykonują taniec pszczeli, karmią się nawzajem, czyszczą, a czasem nawet matka nadal składa jaja, nie zwracając na nas uwagi. Pszczoły lubią przede wszystkim cukier. Owady i kwiaty miliony lat temu w cudowny sposób „dogadały się” ze sobą. My wam damy słodki nektar, a wy będziecie nas zapylać. W ten sposób u pszczół i trzmieli wykształciły się charakterystyczne włoski na ciele, które mają sprawić, że pyłek będzie przyczepiał się do ich ciała. W zamian za tą przysługę pszczoły korzystają z produkowanego w kwiatach nektaru, który znoszą do ula i produkują przepyszny miód. Oczywiście nie robią tego, ponieważ są tak miłe produkując go dla człowieka. Miód jest ich zapasem pokarmu niezbędnym do rozwoju rodziny w trakcie całego roku, a przede wszystkim pozwalającym przetrwać zimę. Wbrew powszechnej opinii pszczoły nie śpią w zimie, tylko nadal są aktywne i przez cały ten okres kłębią się ogrzewając matkę i siebie nawzajem. W tym czasie zjadają zgromadzony zapas pokarmu. Pszczelarz grabiąc pszczoły z miodu podaje im w zamian syrop na bazie cukru. W ten sposób pszczelarze i pszczoły współpracują od stuleci.

    Łukasz Przybył, fot: archiwum prywatne

    David Goulson napisał o swojej fascynacji trzmielami tak: „zacząłem badać trzmiele dlatego, że mnie fascynują, zachowują się w tajemniczy i interesujący sposób, a poza tym są rozkoszne”. Podzielasz te spostrzeżenia?

    Jest w tym dużo prawdy. Rzeczywiście, o pszczołach wiemy sporo. Opiekujemy się nimi w ulach, dokładnie znamy ich zachowanie, wiemy jak o nie zadbać, jak wyhodować własną pszczelą matkę. Powszechne są ule obserwacyjne, w których przez szybkę możemy podziwiać pszczelą pracę. O trzmielach wiemy jednak bardzo mało. Widzimy je – niestety coraz rzadziej – jak kołyszą się w ogrodzie latając od kwiatka do kwiatka. Nie wiemy jednak gdzie mieszkają, jak się rozmnażają, co lubią i nie potrafimy sprawić, aby na stałe zadomowiły się w naszym ogrodzie. Tak naprawdę dopiero książka „Żądła rządzą” rozjaśniła mi wiele spraw dotyczących ich zachowania, czy miejsc budowania gniazda. W przeciwieństwie do pszczoły, trzmiele wydają się milutkie i puszyste. Z racji swojego pękatego wyglądu i ociężałego zachowania przypominają mi czasem niezdarnego małego szczeniaczka.

    Mamy coraz większą świadomość tego, jak ważne są dla nas pszczoły?

    Ku naszej radości stale rośnie zainteresowanie ideą zrównoważonego rozwoju w dużych firmach. Niektóre korporacje coraz śmielej starają uczynić coś pozytywnego dla środowiska. W ten sposób po raz pierwszy zetknęliśmy się z tematem pszczelarstwa miejskiego. Na wzór zachodnich stolic, paryskiej opery, czy Katedry Notre Dame, również w Katowicach firma Unilever postanowiła postawić na dachu swojego biurowca pierwszą na Śląsku pasiekę miejską. Jest mi bardzo miło, że postanowiła uczynić to przy udziale moim oraz firmy Pszczelarium. W ten sposób od ponad roku opiekuję się dwoma ulami stojącymi 300 metrów od katowickiego Spodka, a niebawem planujemy dostawienie kolejnych dwóch. Dobry przykład wzięły również kolejne firmy w naszej aglomeracji, które postanowiły przyczynić się do rozwoju pszczelarstwa miejskiego. Niebawem minie pierwsza rocznica postawienia pasieki miejskiej na Żeliwnej 38 w Katowicach, gdzie niepozorny teren przylegający do biurowców kryje za drzewami sad, łąki oraz dwa tereny Rodzinnych Ogródków Działkowych. Jestem pewny, że w najbliższym czasie kolejne firmy skorzystają z naszych usług, a pszczelarstwo miejskie na Śląsku będzie się szybko rozwijać.

  • Ekranizacja „Czasem warto zabić”, Agnieszka Holland odkrywa karty.

    Informacja, że książka zostanie zekranizowana nie jest nowością, bo przecież pojawiła się już na okładce książki. Dziś portal kultura.gazeta.pl ujawnił kto zagra rolę głównej bohaterki książki, czyli Lily. Padło na Amber Heard, którą możecie kojarzyć, np. z „Dziennika zakrapianego rumem”.

    Dla tych z Was, którzy jeszcze nie czytali, albo już nie pamiętają treści książki, krótkie przypomnienie. Piękna kobieta w poczekalni na Heathrow odgarnia z twarzy długie rude włosy, zakłada nogę na nogę i sączy martini, czyta Patricię Highsmith. Ma na imię Lily. Przysiada się do niej Ted, bogaty biznesmen. W oczekiwaniu na spóźniony samolot – gdy kolejne drinki sprzyjają wylewności, podobnie jak przekonanie o jednorazowym charakterze spotkania – mężczyzna wyznaje nieznajomej, że przyłapał żonę na zdradzie i marzy o tym, by ją zabić.

    „No to zabij”, mówi Lily.

    To proste zalecenie uruchamia lawinę wydarzeń. Lily zgadza się pomóc Tedowi, ale nie uchyla własnych tajemnic, dzięki którym wiadomo, że świetnie się nadaje to tej akurat pomocy.

    Dlaczego? Kim jest ta dwójka podróżnych? To żartownisie czy socjopaci? Szukają zemsty czy miłości? Wśród rozpędzonych wydarzeń trudno ocenić. Każdy zwrot akcji przyprawia o zawrót głowy.