Tag: wydawnictwo marginesy

  • „Gdy byłam mała liczyłam wagony”. Rozmowa z Anną Kańtoch o „Wiośnie zaginionych”

    Wątek pociągów pojawia się w książce Anny Kańtoch nie pierwszy raz. W „Wierze” pojawił się dworzec w Węgierskiej Górce, a my spotkaliśmy się przy posterunku kolejowym w Katowicach Janowie – w te okolice wybiera się na spacery główna bohaterka „Wiosny zaginionych”. Bohaterka, która jest emerytowaną policjantką, ale ma do rozwiązania jeszcze jedną zagadkę, związaną bezpośrednio z jej rodziną. Co wydarzyło się w 1963 roku na wycieczce w Tatry? Dlaczego z piątki studentów wróciła tylko jedna osoba? Co się stało z bratem głównej bohaterki? „Wiosna zaginionych” to pierwsza część trylogii kryminalnej, której fabuła toczy się przede wszystkim na Śląsku. Zobaczcie naszą rozmowę, w trakcie której: przejeżdża pociąg, gryzą nas komary, znajdujemy wenę w katowickim lesie oraz rozmawiamy o naszej fascynacji koleją.

     

  • Smaczny Przegląd Tygodnia – rusza nowy cykl

    Pomysł dojrzewał jak owoc, aż w końcu dojrzał, ale nie zdążył spaść, bo go zerwałem, więc nie jest poobijany. Smaczny Przegląd Tygodnia to nowy cykl na smakksiazki.pl. Będę Wam opowiadał o ciekawych książkach, z którymi zetknąłem się w ostatnim czasie, a będę to robił w miejscach, w jakiś sposób związanych z danym tytułem. W każdą sobotę będę serwował nowy odcinek, który, mam nadzieję, przypadnie Wam do gustu. Będą kryminały, biografie, reportaże, powieści, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Partnerem cyklu jest Legimi, więc po książki, które są dostępne w ich abonamencie, będzie mogli sięgnąć praktycznie od razu. Skąd wiadomo, że dany tytuł jest dostępny w Legimi? Ano stąd, że będzie oznaczony specjalną grafiką, nie przeoczycie jej. Oddaję w Wasze ręce pierwszy odcinek, do zobaczenia za tydzień!

  • Przyjaźń i dojrzewanie z falą powodziową w tle, czyli Jakub Ćwiek o „Topieli”

    Premier „Topieli” zbliża się tak szybko, jak fala powodziowa do Głuchołaz w 1997 roku. Właśnie tam, w swoim rodzinnym mieście, Jakub Ćwiek osadził akcję swojej najnowszej książki. Poszliśmy więc do Głuchołaskich Zakładów Papierniczych (dziękujemy za wpuszczenie nas!), byliśmy na moście, na którym dzieje się jedna z ważniejszych scen, a także weszliśmy do rzeki w miejscu, w którym czterej bohaterowie „Topieli”… I tutaj postawmy kropkę, bo nie możecie wiedzieć za dużo. W materiale występuje też Jan Ćwiek (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa), który w 1997 roku musiał podjąć kluczową decyzję dla pewnego mostu. Jaką? Przekonajcie się sami oglądając naszą rozmowę o dojrzewaniu w rytmie nadciągającej fali. Tak, w książce są trupy, a krew miesza się z nadciągającą wodą. Premiera książki już 3 czerwca.

  • „Kilka dni przed premierą”, felieton Wojciecha Chmielarza

     

    No to za parę dni, 6 maja, ukazuje się „Wyrwa” czyli moja nowa powieść. Trudno nawet powiedzieć, że trafi na księgarskie półki, bo przecież większość księgarń jest zamknięta albo działa na pół gwizdka.

    To nie była łatwa decyzja. Telefon pod koniec marca, z jednej strony ja, z drugiej wydawnictwo i długa rozmowa na temat tego, czy „Wyrwę” wydawać w maju tak jak planowaliśmy, czy nie. Argumentów przeciw było mnóstwo. Pandemia, zamknięte księgarnie i centra handlowe, odwołane Warszawskie Targi Książki, Międzynarodowy Festiwal Kryminału i wszystkie możliwe spotkania autorskie, rosnąca z każdym dniem niepewność. Argumenty za były właściwie dwa. Po pierwsze, czytelnicy czekają. Po drugie, nie wiadomo, co będzie później. Może będzie lepiej, może będzie gorzej.

    No i wydaję „Wyrwę” w tym dziwnym okresie. Z niepokojem odliczam dni do premiery, zastanawiając się, ilu czytelników ta książka w ogóle zainteresuje. I przede wszystkim, jak do nich dotrzeć. Jeszcze niedawno to było w teorii przynajmniej proste. Powieść trzeba było wydrukować, rozesłać do hurtowni, wykupić miejsca na stoiskach w księgarni, najlepiej tuż przy wejściu, żeby rzucała się w oczy. Ktoś przechodził, sięgał, czytał opis, jeśli mu się spodobało, to wędrował do kasy. A teraz, jak dotrzeć do tych czytelników? Wykupić reklamy pomiędzy serialami na netflixie? Oczywiście, jest ta grupa, która śledzi moje poczynania, czyta wiadomości na facebooku, interesuje się gatunkiem, czyta felietony na smakksiazki.pl. Oni o „Wyrwie” już wiedzą, czekają na nią i zapewne kupią. Ale co z resztą?

    Zdaję sobie też sprawę, że napisałem w pewien sposób książkę historyczną. Powieść, której bohaterowie swobodnie jeżdżą po Polsce, spotykają się, rozmawiają, nie noszą maseczek. A ich problemy, także te finansowe, są przecież niczym wobec problemów, z którymi musimy zmierzyć się już dzisiaj. Jest więc „Wyrwa” pocztówką ze starego świata. Świata, do którego nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wrócimy. Przyznam szczerze, że lekko nieprzyjemne to uczucie. Jeszcze dwa miesiące temu „Wyrwa” opisywała naszą rzeczywistość za oknem. Dzisiaj to opowieść z dawnego świata.

    Wszystko to sprawia, że odczuwam niepokój zamiast zwyczajowej ekscytacji. Na jakimś poziomie to taki zwykły strach dotyczący spraw bytowych. Taki, który towarzyszy przecież teraz milionom Polaków. Jestem zawodowym pisarzem, utrzymuję się ze sprzedaży książek, więc stawką dla mnie jest tutaj po prostu zawartość mojego portfela, a więc i, koniec końców, żołądka. Ale jest też inny poziom. Nazwałbym go artystycznym, literackim. Uważam, że „Wyrwa” mi się udała. Nasz gospodarz, Adam Szaja, twierdzi, że ta powieść jest lepsza nawet od „Żmijowiska”. Nie potrafię opisać tego bardziej subtelnymi słowami, nie znajdę tutaj żadnej wyszukanej metafory, więc napiszę tak zwyczajnie – będzie mi po prostu smutno, jeśli ta powieść zaginie gdzieś w tym pandemicznym szaleństwie. Oczywiście, rozumiem, że w ogólnym zbiorze rzeczy strasznych i niewdzięcznych, których właśnie jesteśmy świadkami, jedna zapomniana powieść znaczy niewiele, a moje myśli są teraz mocno samolubne, ale nic na to nie poradzę.

    Tak czy siak, „Wyrwa” powędruje do Państwa szóstego maja. Pomimo wszystko, pomimo wszystkich moich obaw i wątpliwości, dalej uważam, że to dobra decyzja. Także dlatego, że po prostu chciałem się już podzielić z Państwem tą historią, dowiedzieć się, jak na nią zareagujecie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłej lektury!

    Wojciech Chmielarz

  • Przedpremierowy fragment „Wyrwy” Wojciecha Chmielarza!

    Po raz pierwszy dotarło do mnie, że Janina naprawdę odeszła, w chwili, kiedy stanąłem przed bramą przedszkola i zastanawiałem się, jak powiedzieć córce, że jej mama nie żyje. Wcześniej, i wiem, że zabrzmi to banalnie, wszystko to zdawało mi się cholernie nierzeczywiste. Ale za kilka minut miałem stanąć przed moją małą dziewczynką i wypowiedzieć słowa, które na zawsze zmienią jej życie. Wiedziałem, co się stanie. Wiedziałem, że wybuchnie płaczem. Wiedziałem, że będzie płakać przez wiele dni, przez wiele nocy. Że jej poczucie bezpieczeństwa, wiara w ten świat, w to, że to jest dobre miejsce, gdzie mieszkają dobrzy ludzie i nikomu nie może stać się NAPRAWDĘ nic złego, zostanie bezpowrotnie zniszczona. Że będzie potrzebować miesięcy, może lat, by dojść do siebie. Uporać się z traumą. Nauczyć się żyć ze strachem o najbliższych. Za kilka chwil miałem odebrać jej dzieciństwo. Pomyślałem wtedy, że nie ma nic bardziej rzeczywistego, i zrobiło mi się niedobrze.

    Oparłem się o bramę przedszkola. Ogrodzenie było zielone, stare i powyginane, wielokrotnie je odmalowywano. Gdzieniegdzie farba odchodziła, a wtedy ukazywały się, jedna pod drugą, upakowane ciasno kolejne jej warstwy. Zaciskałem dłonie na prętach, kurz, który na nich osiadł, brudził mankiety białej koszuli. W czoło wbijały mi się tępe metalowe groty ozdabiające bramę na górze.

    Myślałem o tym, że dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, a rodzice nie powinni umierać wtedy, kiedy dzieci są dziećmi. To jest po prostu niesprawiedliwe. Rodzice powinni widzieć, jak ich córki, synowie rosną, zmieniają się w nastolatki, jak pojawiają się im włosy na nogach, pod pachami, wokół genitaliów, jak wstydzą się oznak dorastania – budzących się piersi, zmieniającego barwę głosu, jak zakochują się po raz pierwszy, drugi, trzeci, jak przeżywają kolejne rozczarowania i porażki, zdają na studia albo z nich wylatują, układają sobie życie, zdobywają żonę, męża, jak rodzą im się ich własne dzieci i wszystko się powtarza. A dzieci powinny oglądać przez lata swoich rodziców. Obserwować, jak się zmieniają, jak we włosach pojawiają im się kolejne pasma siwizny, skóra zaczyna obwisać i pokrywać się zmarszczkami, z początku drobnymi, ledwo zauważalnymi, potem coraz głębszymi. Powinni wziąć udział w tym procesie, kiedy rodzice przestają być jedynym autorytetem, kimś, kto tłumaczy świat, i zmieniają się w przeciwnika, kogoś, kto częściej karze i wymaga, niż pomaga, a miłość do nich coraz częściej ustępuje niechęci, a potem nawet nienawiści, żeby wreszcie po latach powrócić wraz ze zrozumieniem – silniejsza, ale i spokojniejsza niż kiedykolwiek.

    Odebrano im to.

    Rodzice powinni umierać późno. Wtedy, kiedy są już starzy. Wtedy, kiedy wszyscy są już na to gotowi. Spokojnie. A ich odejście powinno być zapowiedziane setkami znaków: drobnymi urazami, przewlekłymi chorobami, wcześniejszymi zawałami, diagnozami lekarskimi, wizytami na drugim krańcu Polski u specjalistów z profesorskim tytułem i stosem lekarstw na wszelkie możliwe dolegliwości w plastikowym koszyczku w pachnącej zwietrzałym lakierem szufladzie.

    Nie gwałtownie. Nie wtedy, kiedy nikt się tego nie spodziewa. Nie w momencie, gdy ich odejście oznajmia lekko przejęty obcy głos w słuchawce aparatu.

    Kobieta, trzydziestolatka w piaskowym płaszczu i granatowej sukience odsłaniającej podrapane kolana, wyszła z przedszkola. Prowadziła chłopczyka o gęstych kręconych włosach i w za dużej kurtce, pewnie po starszym rodzeństwie, który przyciskał do piersi wściekle żółtą koparkę. Obrzuciła mnie zaniepokojonym spojrzeniem, chwyciła synka za dłoń, przyciągnęła do siebie, a potem minęli mnie szybkim krokiem.

    Zatrzymali się po około dwóch metrach. Kobieta nachyliła się do synka, szepnęła mu coś do ucha, po czym wróciła do mnie. Dotknęła nieśmiało mojego ramienia. Cały zesztywniałem, jakby nagle przestała we mnie krąży krew.

    Przepraszam, czy pan jest tatą Iwonki? – zapytała z troską.

    Pociągnąłem nosem i przetarłem wierzchem dłoni oczy. Wyprostowałem się i obróciłem, mając nadzieję, że wyglądam w miarę przyzwoicie. Chłopiec bawił się koparką, imitując cichutko odgłosy pracującego silnika.

    Tak – odpowiedziałem głucho.

    Chodzimy do jednej grupy. To znaczy mój Pawełek chodzi z Iwonką do jednej grupy. Do Wesołych Skoczków.

    Skupiłem wzrok na chłopczyku. Klęczał teraz i pakował mokre po niedawnym deszczu patyczki do łyżki koparki. Przewoził je kilkadziesiąt centymetrów, a potem wyrzucał jednym energicznym ruchem. Faktycznie, kojarzyłem go. Kilka razy widziałem, jak bawił się z innymi dziećmi drewnianymi klockami. Budowali jak najwyższą wieżę, żeby potem zniszczyć ją z głośnym śmiechem. Jego ojciec był barczystym mężczyzną o równie bujnej jak u syna czuprynie i ramionach pokrytych tatuażami. Pracował jako budowlaniec. Kiedyś, czekając w szatni, aż jego dziecko włoży buty, opowiadał innemu ojcu o Ukraińcach, z którymi teraz pracuje. „Zabierają nam pracę” – rzucił ten drugi, ale bez gniewu, raczej żartobliwie. „No co ty. Naszych to, kurwa, nie ma. Wszyscy wyjechali w euro zarabiać. Gdyby nie te skurwysyny, tobyśmy w tym kraju nic nie wybudowali” – odpowiedział budowlaniec. Jedna z matek spojrzała na niego oburzona i wskazała na maluchy. Budowlaniec machnął ręką, jakby nic się nie stało, ale jednak potem uśmiechnął się przepraszająco. Stałem wtedy niedaleko i poczułem coś na kształt wyrzutów sumienia. Żałowałem, że to nie ja zwróciłem mu uwagę, by nie przeklinał przy dzieciach. Nie dlatego, że jakoś szczególnie mi to przeszkadzało. Po całym dniu w pracy ze zgiętym karkiem i wpatrywaniu się w excelowe tabelki byłem zobojętniały i zmęczony. Ale przeczuwałem, że Iwonka powtórzy jedno z zasłyszanych słów w domu, a wtedy Janina spyta, skąd ona je zna, i będę musiał opowiedzieć o ojcu Pawełka, a wtedy Janina zapyta, co zrobiłem, kiedy zaczął przeklinać, i będę musiał przyznać, że nic, a wtedy ona spojrzy na mnie rozczarowana i rozżalona, jakbym nie wiadomo, jak ją zawiódł.

    Potrząsnąłem głową, bo poczułem, że odpływam. Nie wiedziałem, dlaczego właśnie teraz zaatakowało mnie to wspomnienie. Wydało mi się to nawet zabawne, jednak zamiast się uśmiechnąć, zamknąłem oczy, żeby nie wybuchnąć płaczem.
    – Co się stało? – zapytała kobieta.
    – Moja żona nie żyje – odpowiedziałem.

  • „Wyrwa” Chmielarza już za miesiąc!

    Część wydawców przekłada premiery, ale nowa książka Wojciecha Chmielarza pojawi się na rynku dokładnie za miesiąc. Może to być perfekcyjny ruch, ale może być też golem do własnej bramki, bo przecież nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja pandemiczna za miesiąc. Nie zmienia to faktu, że na tę książkę pewnie sporo osób czeka, więc może rzeczywiście nie było sensu przekładania jej na jesień. Poniżej znajdziecie informacje, o czym jest „Wyrwa”, znajdziecie też okładkę. Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych, więc pewnie będę miał dla Was wkrótce kilka egzemplarzy. Klikając w okładkę przeniesiecie się na empik.com, gdzie możecie już kupić książkę w dobrej cenie. 

    Kiedy Maciej Tomski dowiaduje się, że jego żona Janina zginęła w wypadku samochodowym, myśli, że wali mu się cały świat. Jak powiedzieć dwóm córeczkom, że właśnie straciły matkę? Jak powiedzieć teściom? Jak ma teraz funkcjonować, gdy dotychczasowe, spokojne życie zmienia się w ciąg udręk?

    Maciej nie ma pojęcia, dlaczego do wypadku doszło pod Mrągowem, skoro Janina powiedziała mu, że jedzie na delegację pod Kraków. Pomyliła się? Okłamała go? A gdy na jej pogrzebie pojawia się tajemniczy mężczyzna, Maciej zaczyna rozumieć, że Janina miała wiele sekretów. Znacznie więcej niż można się spodziewać po kimś tak zagonionym i zapracowanym. I że musi się z nimi zmierzyć.

    Pytania zaczynają się mnożyć, a tragedia zmienia w skomplikowaną zagadkę. Maciej jedzie na Mazury i wkrótce przekonuje się, że być może tak naprawdę nie znał kobiety, z którą spędził ostatnich dwanaście lat życia.

    Fascynowała mnie twórczo sama ta konstrukcja. Myśl, że każdy człowiek ma wiele twarzy, ale nie znamy ich wszystkich. Inaczej zachowujemy się w pracy, inaczej w domu. Ba! Inaczej zachowujemy się w towarzystwie kogoś, kto zna nas od lat, a inaczej w towarzystwie kogoś, kogo dopiero spotkaliśmy. To nie znaczy, że kogoś oszukujemy, zakładamy maski. Ale po prostu na nasze relacje z innymi ludźmi wpływa bagaż wspólnie przeżytych doświadczeń” – opowiada Wojciech Chmielarz.

    Akcja powieści skupia się na postaci zaginionej Janiny, przy czym kobieta cały czas pozostaje w cieniu, odkrywamy ją dopiero wraz z postępami w prywatnym śledztwie prowadzonym przez męża. „Chciałem, żebyśmy poznali tę bohaterkę, być może najważniejszą postać, która pojawia się w tej książce, tylko poprzez opowieści innych osób. Chciałem zobaczyć, co się stanie, kiedy te opowieści się ze sobą zderzą i okaże się, że każdy, kto znał Janinę, tak naprawdę opisuje inną osobę”.

    Wyrwa to także opowieść o mężczyznach, którzy kochali tę samą kobietę i którzy będą musieli zmierzyć się z tajemnicą jej śmierci. O poczuciu straty i głuchej rozpaczy zmieniającej się w gniew, który szuka ujścia. To także historia o splątanych uczuciach, o trudnej przyjaźni i o konsekwencjach życiowych błędów. I o tym, że można niewiele wiedzieć o kimś, z kim mieszka się pod jednym dachem.

  • „Gdybym zabił Lucka Bałysia, to czytelniczki zabiłyby mnie”

    Powraca Andrzej Krzycki z Luckiem Bałysiem oraz całą resztą policyjno-kryminalnej ferajny. Tak, tak, to już piąta książka z tymi bohaterami, a przed nami jeszcze cztery (albo i więcej!). „Skowyt nocy” już w księgarniach, a my rozmawiamy przy bunkrze, bo jeśli już czytaliście, to wiecie, że pomorskie bunkry są ważnymi bohaterami drugiej części trylogii pomorskiej. Nie będę za dużo Wam pisał, bo wszystkiego dowiecie się z rozmowy, ale bądźcie czujni, bo są momenty, gdzie zdradzamy fabułę, ale najpierw ostrzegamy 😉 Jest też konkurs, który ogłasza Krzysztof Zajas. Na co, a właściwie na kogo? Wszystko działo się w wyjątkowych okolicznościach przyrody, a do tego na żywo, więc nie zdziwcie się, jeśli przez kadr przeleci parasol. Nie przeziębiliśmy się, więc dostarczamy Wam fajny kwadrans z Zajasem. Smacznego!

     

  • „Jeśli fikcję sprzedaje się jako udokumentowaną prawdę, to jest to kłamstwo”

    Jakiś czas temu napisałem tekst o tym, czy wszystko można sprzedać, a dotyczył wysypu książek dotyczących życia w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych. Jeśli go nie czytaliście, to możecie zrobić to tutaj – klik. Kilka dni temu miałem okazję spytać dyrektora Muzeum Auschwitz – Birkenau co sądzi liczbie książek dotyczących tej tematyki. Zadałem mu także pytanie o „Tatuażystę z Auschwitz”, czyli książkę, która sprzedała się w Polsce już w ponad czterystu tysiącach egzemplarzy. Ta historia wzbudziła wywołała wśród historyków wiele kontrowersji.

     

  • „Mam nadzieję, że oszukałem i zmanipulowałem czytelnika”

    Niech pierwszy podniesie rękę ten, kto nigdy nie dał się zrobić w konia. Czy to przez dorzucenie złotówki do bułki, która i tak wiadomo, że poszła na alkohol, albo w jakiś inny, może bardziej spektakularny sposób. Artyści przekrętu, których Jakub Ćwiek opisuje w „Szwindlu” nie idą w detal, bardziej w hurtową grabież swoich ofiar. Myślicie, że znacie triki oszustów, więc nie dacie się im podejść? Pomyślcie o tym, gdy będziecie się po raz kolejny logować do niezabezpieczonej sieci wi-fi. Czy to na pewno darmowy Internet z kawiarni, w której właśnie siedzicie? A może zaraz stan Waszego konta ekstremalnie się zmniejszy? Żeby nie było, „Szwindel” to także historia o miłości, zaufaniu, tajemnicach, który każdy z nas nosi w sobie. Łapcie naszą rozmowę.