Krótkie wprowadzenie w sytuację. Jakiś czas temu, Wojtek Chmielarz napisał felieton o tym czy pisarzom wypada pisać recenzje książek innych polskich pisarzy (klik). Wynikła z tego dyskusja, w którą zaangażował się między innymi pisarz Piotr Borlik (klik) i ja (klik). No i w ostatnim akapicie swojej odpowiedzi na słowa Piotra zaproponowałem mu napisanie wzajemnie recenzji swoich książek. Piotr podjął wyzwanie (klik), w rzeczowy sposób punktując mój „Szwindel” (jeszcze raz dzięki). Ja spośród wskazanych przez Piotra tytułów zdecydowałem się na jego najnowszą publikację „Wymazani z pamięci”. Jeżeli chcecie być na bieżąco, jestem pewien, że Adam zadbał już tutaj o odpowiednie linki. Kto chce niech czyta.
A teraz nie przedłużając, bo i tak będzie długo, zapraszam do recenzji. Zaczynam, dla wejścia w klimat, od krótkiego przedstawienia fabularnego punktu wyjścia:
Pewnego dnia w Gdańsku odnajduje się nagle szesnastka dzieci przez lata uważana za zaginione. Są w różnym wieku, różni ich też czas jak długo pozostawały poza domem. Nie sprawiają wrażenia maltretowanych, głodzonych czy w inny sposób wykorzystywanych. Przeciwnie, w większości zachowują się jakby ostatnie lata spędzili w całkiem niezłych warunkach. Tym co ich łączy, prócz ujawnienia się w tym samym miejscu i czasie, jest lęk przed ciemnością i niezdolność do przypomnienia sobie jakichkolwiek wydarzeń z czasu, gdy byli na liście poszukiwanych.
Owo cudowne odnalezienie stanowi punkt wyjścia do opowieści prowadzonej od tego momentu przeplatającymi się trzema wątkami. Ich bohaterami są członkowie rodzin zaginionych dzieci: Karolina, matka małej Patrycji, która rozpacz przemieniła w prywatną krucjatę przeciwko krzywdzicielom dzieci, Arek, chłopak, któremu przed laty zaginął młodszy brat Paweł, i który nigdy nie wyzbył się przekonania, że jest za to odpowiedzialny oraz Marlena, ustawiona materialnie businesswoman, która pracoholizmem próbuje zaleczyć dziurę po synu Kamilu porwanym przez swojego byłego męża. Każde z tej trójki będzie próbowało na swój sposób dojść do wyjaśnienia co się właściwie stało tak przed laty, jak i teraz. No i rzecz jasna kto za tym stoi.

Pomysł, nie ukrywam, intrygujący i już u samej swojej podstawy nietuzinkowy. Podkreślę fakty, które może nie wybrzmiały właściwie, a warte są wyróżnienia: po pierwsze oś fabuły nie opiera się na morderstwie, co wciąż w polskim kryminale stanowi pewną interesującą odmianę. Po drugie pojawiające się w książce dzieci nie noszą znamion wykorzystywania. Pisałem już kilkakrotnie o tym, że bardzo mnie niepokoi z jaką lekkością pisarze dziś wplatają wątki z drastycznymi, obrzydliwymi krzywdami dokonywanymi na dzieciach. A tu Piotr postanowił nas w swojej opowieści poprowadzić w zupełnie inną stronę i to również mam za bardzo interesujące, i to nawet jeśli budowanie przez niego samych dziecięcych bohaterów mnie nie przekonało.
Tempo powieści jest bardzo dobre, a idea fabularnego warkocza splatanego z osobnych śledztw trójki bohaterów połączonych celem to bardzo ciekawy sposób prowadzenia fabuły. Widać, że autor przemyślał sobie kwestię, które wskazówki podać kiedy i z której perspektywy i miał też świadomość, gdzie chciałby zakończyć wątek danego bohatera, tak by ten wybrzmiał tak w ramach pojedynczej fabularnej nitki, jak i w kontekście głównej opowieści.
W kwestii dorosłych bohaterów autor postawił na proste szablony gatunkowe, ale w większości całkiem mu się to sprawdza. Interesujące jest otwierające książkę wprowadzenie Karoliny i jej adwokata, całkiem sprawne wprowadzenie Arka i, by nie spoilerować specjalnie, osób z jego otoczenia. Problemy pojawiają się dopiero w wątku Marleny, ale do niego przejdę za chwilę, bo teraz chcę podkreślić: W tej książce jest naprawdę wiele fajnych elementów. Miejcie to w pamięci, zanim przejdziecie w tej recenzji dalej.

Bo teraz zmuszony jestem zwrócić uwagę na kluczowy problem „Wymazanych z pamięci”. Oto bowiem stawiam tezę, że autor skupiony na swojej historii mocno zaniedbał wiarygodne przedstawienie świata. Wynikiem tego zawieszenie niewiary bardzo szybko idzie w drzazgi.
I teraz musimy się umówić na konkretną rzecz, by uniknąć nieporozumienia. Problem, o którym mówię czyli kłopoty z uwiarygodnieniem świata, w mniejszym lub większym stopniu dotyczy każdego z wątków, ale nie chciałbym, by ta recenzja zmieniła się bezsensowne wypunktowywanie. Nie o to przecież chodzi. Zamiast tego postaram się zatem unaocznić problemy skupiając się na jednym z wątków, by lepiej zobrazować ich naturę i jednocześnie uniknąć daleko idących spoilerów, dobrze?
Mówiąc konkretniej, odniosę się szczególnie do fragmentów ekspozycji businesswoman Marleny. Na jej przykładzie wskażę dwa wybrane, bo znajdujące się akurat blisko siebie przykłady źle zrobionego reaserchu oraz jeden błąd fabularny. I tak mam świadomość, że dla większości odbiorców te dwa i większość innych zaniedbań reaserchowych z książki nie będzie miała znaczenia. Błąd jednak, choć to początkowo pozornie szczegół, w kontekście dalszej fabuły powinien być bardzo brzemienny w skutki. A zupełnie nie jest.
Przejdźmy zatem do meritum. Naszych głównych bohaterów poznajemy w ich w „naturalnych środowiskach”. Prowadząca swoją krucjatę Karolina krąży wokół placów zabaw, student Arek trudną sprawę jaka spadła mu na barki opija w barze, a kobieta interesu Marlena zmaga się z problemami wielkiej firmy na lotnisku w Kuala Lumpur.
Na ile dobrze wnioskuję – mogę się mylić, bo tu wchodzi kwestia interpretacji – przedstawiając nam Marlenę, autor stawia sobie za cel zwrócenie uwagi na następujące fakty:
1. Marlena jest kobietą sukcesu. Stanowczą, profesjonalną pracoholiczką, co wynika po części z chęci ucieczki w pracę po osobistej tragedii.
2. Marlena bardzo dużo podróżuje, doskonale zna lotniskowy ekosystem i zasady panujące w portach lotniczych.
3. Marlena jest wymagająca wybredna, momentami aż po snobizm.
4. Marlena zawsze stawia na swoim, jest zaradna, cwana i na tym etapie wydarzeń, mocno skupiona na sobie.
Borlik zna zasady budowania ekspozycji więc wie, że zamiast wyłożyć to wszystko wprost, lepiej to czytelnikowi pokazać. I z początku robi to bardzo sprawnie. Świetnie działa zobrazowanie kolejki do kontroli bezpieczeństwa, obserwacji ludzi przy poszczególnych stanowiskach, kalkulacji gdzie najbardziej opłaca się stanąć. Widać, że autor niejednokrotnie stał w takiej kolejce i tu kupuję tę scenę w całości. Jest dla mnie jasne, że ktoś taki jak Marlena postępowałby właśnie tak.
Problem pojawia się, gdy do zobrazowania innej postawy autorowi zaczyna brakować własnego doświadczenia. I tu kłania się kolejna scena czyli czas jaki Marlena spędza przed lotem w saloniku VIP na lotnisku w Kuala Lumpur. Zakładam, że Piotr Borlik, podobnie jak ja, nigdy w tym saloniku nie był, ale ponieważ wskazał dość konkretne miejsce, a przy okazji przedstawił opisem obraz rozjeżdżający się z moją wiedzą na temat tego konkretnego lotniska, sprawdziłem. I powiem tak: rozumiem, że celem sceny było pokazanie iż Marlena ma wysokie standardy. Ale ten prawdziwy salonik – w przeciwieństwie do opisanego – raczej by sobie z nimi poradził. Opisanie saloniku, który ma w necie swoją stronę z galerią zdjęć, aktualizowane menu itd. nie powinno być problemem.
Pojawia się zatem zgrzyt. Autor chciał nam powiedzieć tą sceną coś konkretnego o bohaterce, ale dla uważnego czytelnika przekaz zginie rozbijając się o łatwo weryfikowalną rzeczywistość. Bo jeśli autor chciał mieć inny salonik, pasujący pod opis to czemu wybrał akurat to lotnisko? Przecież samo to skąd Marlena leci nie ma fabularnego znaczenia. Podobny do opisanego jest natomiast chociażby w Pensylwanii – w tym byłem – skąd bohaterka też wracałaby do Warszawy około dwunastu godzin. Dlaczego konkretnie Kuala Lumpur skoro potem nie trzymamy się realiów?
Podobnie jest z zaprezentowanym przez autora opisem sprawnego wymyku zastosowanego przez Marlenę, próbującą uporać się w samolocie z problemem kopiącego jej w tył fotela dzieciaka. Według książki, bohaterka demonstruje swój spryt i zaradność przekonując innego pasażera, że muszą się zamienić, bo ona musi trzymać jedną nogę wyprostowaną ze względu na problemy z kolanem. Musi ją trzymać prosto, a więc wyciągnąć wzdłuż alejki. Problem w tym, że jak się dowiadujemy, Marlena leci na dwunastogodzinym dystansie dużym samolotem linii Qatar Airways. Kopanie w siedzenia i zmiana miejsc to problemy i rozwiązania klasy ekonomicznej, które w klasie biznes, zwłaszcza tak luksusowych linii zwyczajnie nie mogłyby mieć miejsca. Tam fotele są wzmocnione, z dużo większymi odstępami, a siedzenia skonstruowane tak, by móc swobodnie wyprostować nogi. Często nawet by przyjąć w fotelu pozycję półleżącą. Jeśli ktoś nie ma możliwości sprawdzenia tego detalu osobiście – a zapewniam, że często się da, zależy od lotu i obsługi – sieć pełna jest zdjęć i filmików prezentujących jak to w tych samolotach tej linii wygląda.
I znowu, zabieg ekspozycyjny mający nam pokazać ważną cechę charakteru bohaterki rozbija się o banalny fact check. A przecież gdyby autor chciał mieć swoją scenę wystarczyło zrobić tak, że Marlena potrzebuje pilnie zmienić lot i przez to decyduje się bohatersko na lecenie lotem wcześniejszym, gdzie miejsce jest niestety tylko pojedyncze, w economy. I już wszystko działa. Jeden akapit zmienia wszystko.
I zanim ktoś mi to wytknie – wiem, że książek nie czyta się z telefonem w ręce i nie googla się ich co drugie zdanie. Nie zrobiłem tego, po prostu dużo latam i lubię lotniska, więc mam tu po prostu inaczej zawieszoną niewiarę. Sprawdzam dopiero gdy coś mi mocno zgrzyta. Zdaję sobie również sprawę, że większość czytelników nigdy nie będzie na lotnisku w Kauala Lumpur, nigdy nie poleci klasą biznes i ma w zasadzie gdzieś jak naprawdę wyglądają takie miejsca i co się tam da zrobić, a czego nie. Podobnie jak wiele osób nie wie też pewnie, że Marlena nie musiałaby czekać do końca lotu by skontaktować się z policją, bo usługi telefoniczne są co prawda drogie, ale już dawno dostępne, także dla pasażerów. Wiem to wszystko.
Podniesione przykłady służą jednak wyciągnięciu konkretnego wniosku: realizując swoje założenia fabularne autor albo opiera się na własnych doświadczeniach – i wtedy wychodzi – albo na intuicji i przekonaniu, którego potem w żaden sposób nie weryfikuje. I wtedy pojawiają się zgrzyty. I dobrze, kiedy tylko zgrzyty dla takich czepiaczy jak ja. Gorzej, a niestety i taki przypadek ma tu miejsce, gdy pojawia się bardzo poważna dziura fabularna.
Prawdziwy duży problem – jeden z kilku w tej książce, ale tylko ten mogę przedstawić bez większych spoilerów – objawia się niepozornie zaraz na następnej stronie, po scenie z zamianą foteli. Oto bowiem z takich czy innych powodów Marlena nie odbiera telefonu od policji, więc o tym, że w Gdańsku odnaleziono szesnaścioro dzieci porwanych przez laty dowiaduje się… ze znajdującego się na pokładzie samolotu najnowszego wydania NY Timesa. I już pomijam, że w związku z tym sypie się troszkę linia czasowa wątków, bo sprawy ze świata pojawiają się w Timesie zwykle z minimum dniem opóźnienia ze względu na chociażby różnice czasu. Ale z tego da się jeszcze jakoś wybrnąć, to wciąż czepiactwo. Ale artykuł o tej sprawie w NY TIMESIE mówi nam czytelnikom jedną bardzo ważną rzecz: Sprawa jest tak głośna, mocna i ważna, że dotarła aż za ocean. Na oficjalnej stronie gazety są, jak sprawdziłem, spisy treści poszczególnych wydań przynajmniej do roku wstecz. Wystarczy więc sprawdzić jakiego kalibru i rodzaju treści z Polski trafiają do tej gazety. Skoro więc sprawa poszła w NYT, to w Polsce wybuchła medialna bomba o sile rażenia co najmniej kilkudziesięciu Mam Madzi! Czyli Marlena, jako bezpośrednio zamieszana, lecąc do Polski wleci w sam środek multimedialnego piekła.
Tymczasem co się okazuje? W książce w ogóle niemal w ogóle nie ma takiego zjawiska! Żadne media, żadni reporterzy nie czyhają pod miejscem, gdzie przywieziono dzieciaki, rodzice nie są natychmiast prześwietleni prasowo, nikt nie pilnuje każdego ich ruchu. Autor tłumaczy to tym, że policja nie chce, by sprawa wyszła na jaw. Ale wyszła, do cholery! Pisał o tym New York Times! To nie jest już coś, wiemy o tym dobrze, co można teraz zatrzymać czy choćby spowolnić. Taki temat to żer dla mediów na co najmniej kilka dni bardzo dużych newsów i miesiące mniejszych. A w przypadku niektórych tytułów pokarm nawet na tygodnie stron tytułowych! By pokazać jak taki mechanizm działa odwołam się do niedawnej sytuacji z własnego doświadczenia – ostatnio napisałem, że w filmie o Komendzie zniesławiono pewnego policjanta używając jego nazwiska w kontekście bardzo złej postaci. Efekt po dobie? Artykuły w większości czołowych serwisów internetowych, szeregu liczących się tytułach prasowych, na Kozaczku czy Superaku, kilka audycji w radio, wątki na kilkunastu grupach i przeszło sto bezpośrednich zapytań w temacie. Kilka godzin zajęło dziennikarzom zdobycie mojego numeru. Ze trzy więcej, żeby zdobyć prywatną komórkę rzeczonego policjanta! No a przecież mówimy tu o nieporównywalnej skali newsów. A pamiętacie jeszcze jak długo cała Polska żyła wspomnianą już sosnowiecką dzieciobójczynią? Ile się naprodukowano newsów, artykułów, analiz, konferencji, sesji foto etc? A to wciąż nie ta skala. Bo powtórzę: O sprawie cudownie odnalezionych dzieciaków napisał, z miejsca, od ręki New York Times!
W książce natomiast jakiekolwiek motywy z prasą i mediami pojawiają się raptem dwa, oba późno, oba są niemrawe i kompletnie oderwane od tego jak się takie rzeczy dzieją. A i wpływ mają potem raptem na jeden wątek i to też nie w kontekście przedstawionego świata, a osobistego dramatu postaci. Zupełnie jakby sprawa szesnastki cudownie i nagle odnalezionych dzieci, które nic nie pamiętają, mało kogo w Polsce obeszła. W Polsce, która od jak dawna śledzi każdy krok takiego Tomka Komendy?
Ktoś powie, że to przecież również drobiazg, bo nie to się w książce liczy. Znaczenie ma fabuła. Ale to nie do końca tak i już wyjaśniam dlaczego.
Nie chcąc wchodzić w fabularne szczegóły, dość ogólnie powiem, że ta naturalna konsekwencja podjętych przez autora decyzji czyli obecność dziennikarzy, reporterów i paparazzi sprawiłaby, że cała późniejsza fabuła zasadniczo nie mogłaby się wydarzyć w przedstawionym kształcie.


