Tag: Jakub Ćwiek

  • „Drelich: prosto w splot” – fragment najnowszej książki Jakuba Ćwieka

    Najstraszniejsze zdanie, jakie Milena kiedykolwiek przeczytała, zaczynało się od „kochanie” i składało z czterech słów. Ich autorem był jej mąż, Zygmunt Wójcik. Dwa dni wcześniej wyjechał służbowo i miał wrócić w sobotę. Ostatnio często jeździł i bardzo dużo pracował w domu, ale wreszcie zaplanował sobie urlop. Obiecał, że zaczną go z kopyta i w niedzielę zrobią sobie dzień rodziny. Pójdą z dziećmi na jakiś film, zjedzą na mieście, może wybiorą się na długi spacer albo nawet wyjadą za miasto. A potem tradycyjnie do wesołego miasteczka.

    Niedługo dzieci zapomną, jak wyglądam” powiedział ostatnio jej matce, choć Milena wątpiła, by to w ogóle było możliwe.

    Złożone z czterech słów straszne zdanie Zygmunt Wójcik wysłał do żony wraz ze zdjęciem na WhatsAppie o godzinie piątej czterdzieści pięć, ona jednak odczytała je dopiero czterdzieści minut później, już po porannych ćwiczeniach i szybkim prysznicu. Dwa miesiące wcześniej obejrzała dokument o skutkach uzależnienia od internetu oraz smartfonów i przysięgła sobie solennie, że oduczy się rozpoczynania dnia od Instagrama czy Facebooka. Świat był w stanie poczekać z wiadomościami, zanim Milena Wójcik się ogarnie i zasiądzie do śniadania.

    Tak też zrobiła tego dnia. Krzątając się po kuchni, nuciła refren jakiejś piosenki, kilka taktów, które chodziły za nią od wczoraj, choć nie potrafiła ich zidentyfikować. Towarzyszył jej pies, wiekowy, schorowany czarny labrador wabiący się Murzyn. Liczył, że załapie się na michę, i stał teraz na środku kuchni, między wyspą a zmywarką, tarasując przejście. Często tak robił, a gdy Milena się spieszyła, potrafiła na niego fuknąć albo wręcz trącić nogą. Tego dnia pogładziła go po łbie i poczęstowała smakołykiem w kształcie kostki ze słoiczka przy lodówce.

    Z przygotowanym jedzeniem usiadła przy stole w jadalni, jak zawsze bokiem do przeszklonej ściany wychodzącej na taras i ogród, i dopiero wtedy z kieszeni szortów wyjęła telefon. Trzymała go w lewej ręce, prawą wznosząc łyżeczkę owsianki na mleku z truskawkami, gdy urządzenie rozpoznało jej twarz, odblokowało ekran i poinformowało, że na WhatsAppie ma jedną nową wiadomość.

    Usłyszała dochodzące z góry klaskanie bosych stóp o płytki, a potem mocne uderzenie we włącznik światła – to przebudziła się sześcioletnia Wanesa. Kilka sekund później zabrzmiała piosenka otwierająca z Fineasza i Ferba, co znaczyło, że czteroletni synek Bartuś również wstał i jak zwykle, korzystając z nieobecności taty, od razu włączył telewizor w sypialni rodziców.

    Milena wiedziała, że powinna przypomnieć Wanesie o kapciach. Oboje byli przeziębieni, dlatego zostali w domu. Wiedziała też, że powinna wejść na górę i kazać synowi najpierw ubrać się w przygotowane na krzesełku ciuchy, a potem dopilnować, by faktycznie to zrobił.

    Za chwilę, postanowiła. Jeszcze przez pięć, może dziesięć minut miała czas dla siebie. Mogła w spokoju zjeść owsiankę, pobuszować w internecie, zobaczyć kilka ulubionych profili, stron. Pośmiać się z memów, które nie powinny już jej, prawie czterdziestoletniej baby, śmieszyć, a jednak śmieszyły czasem aż za bardzo. Ale najpierw wiadomość.

    Kliknęła w powiadomienie, spojrzała na zdanie, a gdy zdjęcie się doczytało, zamarła. Poczuła, jak krew odchodzi jej z twarzy, zabiera ze sobą całe ciepło, paraliżuje każdy mięsień. Lodowaty chłód rozchodził się po ciele, rozgałęział jak kwiaty mrozu na szybach w styczniową noc i pełzł w stronę dekoltu, w stronę serca.

    Wzdrygnęła się, gdy po kręgosłupie przeszedł jej impuls nie tyle bólu, co ostrzeżenia przed nim. Jakby coś ostrym szponem przejechało od potylicy w dół pleców. Kilka razy w życiu już to czuła, ale nigdy nie potrafiła nazwać tego zjawiska, nie potrafiła go wytłumaczyć, ani się z nim oswoić. Dziś poczuła to mocno, wyraźnie jak jeszcze nigdy.

    Szumiało jej w uszach. Z oddali słyszała pełen pretensji krzyk Bartusia, brzdęk uderzającej o blat łyżeczki, mlaskanie Murzyna zlizującego z apetytem odrobinę owsianki, która spadła na podłogę.

    Na zdjęciu, print screenie zrobionym z jej niedawnej messengerowej konwersacji, dobrze zbudowany mężczyzna stał na śródziemnomorskiej plaży. Był mokry, jakby dopiero wyszedł z wody. Miał na sobie tylko kąpielówki w pionowe czerwono-czarne paski i okulary przeciwsłoneczne typu Aviator ze szkłami o niebieskim poblasku. Lewą dłonią przeczesywał włosy, w prawej trzymał papierową paczkę z churros obtoczonymi w cynamonie i cukrze. Szczerzył się w głupkowatym uśmiechu wyrośniętego dziecka.

    Milena znała to zdjęcie bardzo dobrze. Wiedziała też, co w konwersacji, z której je wyrwano, znajdowało się powyżej i poniżej. Samo zdjęcie, w gruncie rzeczy niewinną fotkę znad morza, można by przecież jeszcze jakoś wytłumaczyć, nazwać wygłupem ze znajomym, może nawet omyłkową wrzutką, ale już rozmowy, fotografie i filmiki, które ona sama kręciła w łazience, czując się przy tym chcianą jak chyba nigdy wcześniej – nie, tego wyjaśnić już się nie dało.

    Kochanie, kto to jest?” – zapytał w swojej wiadomości Zygmunt. Pomimo tego że z pewnością znał odpowiedź. Aż za dobrze.

    A może nie?

    Uczepiła się tej myśli. Wbiła weń hybrydowymi paznokciami, wgryzła równiutkimi, bialutkimi zębami za kilkadziesiąt tysięcy. Może nie wie? Może dostał od kogoś tylko to jedno zdjęcie i teraz po prostu zarzuca przynętę? Bo tamten ktoś zażądał pieniędzy za więcej, a Zygmunt Wójcik nie lubił sięgać do kieszeni, skoro mógł mieć coś za darmo. Jeśli tak, była gotowa zapłacić temu komuś każdą cenę, byleby mąż nigdy się nie dowiedział. Każdą. Każdą, kurwa, cenę!

    Nigdy mnie nie uderzył, uświadomiła sobie nagle. Słowa te zabrzmiały w jej głowie wypowiedziane głosem Mileny, ale obce, nienaturalne, jakby z syntezatora mowy. Nigdy mnie nie uderzył.

    To prawda, nigdy. Nawet rzadko kiedy krzyczał. Był niczym pazur sunący po jej kręgosłupie.

    Kochanie, kto to jest?”.

    Wpatrywała się w tę wiadomość, a chaos myśli w głowie powoli cichł, niczym muchy krążące nad truchłem, które poderwały się nagle, by znów wrócić na miejsce. Bo, czuła to coraz mocniej, Zygmunt nie zarzucał przynęty. On wiedział już wszystko. Jakimś cudem, mimo iż od razu i starannie wszystko kasowała, zdobył całą tę rozmowę i wiedział…

    Nigdy mnie nie uderzył – szepnęła. – Nigdy.

    Nie miała pojęcia, jak długo siedziała w tej pozycji, ale gdy wreszcie się ocknęła i uniosła głowę, zobaczyła, że Wanesa stoi przy schodach i z uwagą jej się przygląda. Śliczna mała blondyneczka o zadartym nosku i dużych, jasnych oczach, teraz pełnych niepokoju.

    Milena spróbowała się uśmiechnąć.

    Załóż kapcie, skarbie – poprosiła cicho, tym samym głosem, który słyszała we wnętrzu głowy. Jej własny syntezator mowy.

    Telefon w ręce zawibrował. Aż podskoczyła ze strachu, ale nie krzyknęła ani nie upuściła aparatu. Spojrzała na ekran. Kolejna wiadomość od Zygmunta. Musiał zobaczyć, że odczytała poprzednią.

    Będę w południe. Nie szykuj obiadu”.

  • O owocach Duriana, klasie biznes i odciąganiu pokarmu, czyli odpowiedź na recenzję Jakuba Ćwieka

    Zakładam, że skoro trafiliście na ten tekst, to doskonale znacie tło całej dyskusji, lub przynajmniej przeczytaliście opinię Jakuba Ćwieka o moich „Wymazanych z pamięci” (klik), więc od razu przechodzę do meritum. Pozwolę sobie przy tym obrać formę listu otwartego, gdyż poniższe słowa mają dla mnie spory ładunek emocjonalny.

    Kuba, przede wszystkim dziękuję Ci za tak wnikliwą analizę mojej książki. Zawsze śmieszą mnie wydawane w połowie roku sądy, że dana książka jest najlepszą wydaną w tym roku, najlepszym debiutem itd., jakby autor tych słów nie zamierzał do końca roku nic więcej nie czytać. Niemniej doświadczenie wyniesione z poprzednich książek pozwala mi ukuć tezę, że Twoja recenzja będzie najciekawszą i najobszerniejszą, jaka ukaże się na temat „Wymazanych z pamięci”. Dzięki za poświęcony czas i zaangażowanie. To dla mnie wiele znaczy.

    Dziękuję za wiele miłych słów, docenienie warsztatu, pomysłu na fabułę i budowania ekspozycji. Żeby jednak nie było za słodko, muszę zacząć od czegoś, co najbardziej mnie uderzyło w Twojej opinii. Poświęciłeś „Wymazanym z pamięci” blisko 19 tysięcy znaków ze spacjami, a nawet słowem nie zająknąłeś się o tym, co w książce najważniejsze. Piszesz o lotnisku, siedzeniach w samolocie, dziennikarzach, zupełnie zapominając o sercu tej historii. Jak słusznie zauważył nasz gospodarz Adam Szaja w swoim Smacznym Przeglądzie Tygodnia, „Wymazani…” są książką o rodzinie. Włożyłem całe serce, by oddać emocje przeżywane przez bohaterów, pokazać ich rozterki, rozchwianie emocjonalne, wyrzuty sumienia, gdy nie potrafią cieszyć się z odzyskanych dzieci. Książka jest opakowana jako kryminał, nie mam więc pretensji, gdy czytelnicy skupiają się na wątku wyjaśnienia zagadki, ale dla mnie jest on tłem. Książkę przeczytałem wiele razy, a cały czas czuję dreszcze na wspomnienie sceny, w której Karolina pierwszy raz spotyka swoją odnalezioną córeczkę, a ta zamiast wpaść jej w objęcia, zerka na panią psycholog. Odniosę się trochę niechronologicznie do Twoich zarzutów, ale być może właśnie dlatego zakończenie nie spełniło Twoich oczekiwań. Dla mnie bowiem historia kończy się, gdy Karolina podejmuje taką, a nie inną decyzję, Marlena robi to, co robi z synem, a Paweł z bratem (wybaczcie te ogóły, ale nie mogę zdradzić więcej). Ostatni rozdział i epilog są dla mnie jedynie domknięciem fabuły, a nie wisienką na torcie.

     

    Wracając do zarzutów… Piszesz o błędzie w opisie loży na lotnisku w Kuala Lumpur, podpierając się opisem ze strony internetowej tegoż. Nie bez powodu akcję moich książek osadzam w Trójmieście lub Bydgoszczy. Opisuję miejsca doskonale mi znane, by jak najrzadziej wspierać się informacjami z Internetu. Tak też było w przypadku lotniska w Kuala Lumpur. Sam na nim nie byłem, ale moja żona spędziła tam sporo godzin, a opis loży sporządziłem na podstawie jej opisu. Jest to ogromne lotnisko, ma kilka mniejszych saloników, do których mają wstęp osoby z droższymi biletami, więc może w Internecie znalazłeś jakąś inną niż tą, do której trafiła ona (oraz Marlena). Chciałem nawet wkleić zdjęcie, ale niestety nigdzie takowego nie znalazłem. Na osłodę dołączam zdjęcie ciastek z owoców Duriana kupionych właśnie na tym lotnisku. Nie polecam. 😉

    fot: Piotr Borlik

    Jeśli chodzi o kwestię zamiany miejsc w samolocie, to scena ta w pierwotnej wersji była znacznie dłuższa. Marlena przytaczała w głowie jedną z zasad wywierania wpływu wg. Roberta Cialdiniego, wspominała w myślach nawet przykład z jego książki, gdy w ramach eksperymentu student podchodził do kolejki oczekującej na ksero i prosił, by go wpuścili, podając bezsensowny argument, że musi zrobić ksero. Jeśli wierzyć literaturze, ludzie rzeczywiście ustępowali mu miejsca. Przed oddaniem tekstu do wydawnictwa czytam go kilkakrotnie, ten fragment wypadł chyba w drugim czytaniu, gdy uznałem, że niepotrzebnie wydłuża scenę, odbiera jej dynamizm, poza tym Marlena nie jest odpowiednią osobą do cytowania tego typu eksperymentów (od tego był Artur Kamiński w trylogii „Boskiej proporcji”, gdzie miało to uzasadnienie w jego wiedzy i wykonywanej profesji). Ta zasada była wystarczająca, by wpłynąć na pasażera, ale za jej pomocą nie byłoby już tak łatwo wymusić zmianę lotu. Zapewne masz rację, że siedzące z tyłu dziecko nie byłoby w stanie kopać fotela, ale z pewnością mogło uprzykrzyć podróż – coś takiego powinienem był wyłapać podczas jednego z czytań.

    Wiem, że nie wypunktowałeś wszystkich uwag, a tylko podałeś przykłady, niemniej chciałem pokazać, jak łatwo pomylić się i wyciągnąć nieprawidłowe wnioski. Cieszy mnie, że nie tylko ja zwracam uwagę na takie drobnostki. Jak dziś pamiętam moje oburzenie, gdy czytając „Pokutę” Anny Kańtoch, natknąłem się na scenę, w której żona jednego z bohaterów podczas rozmowy piecze ciasto. Biorąc pod uwagę czas tej rozmowy, w jakieś piętnaście minut przygotowała ona składniki, zmieszała je i upiekła ciasto. Można by pomyśleć, że czepiamy się tematów nam bliskich, bo Ty lubisz podróżować, a ja gotować, ale podobnie nie mogłem przeboleć, gdy w „Cokolwiek wybierzesz” Jakuba Szamałka szefowa głównej bohaterki odciągała pokarm z piersi i cały proces zajął jej dosłownie chwilę. Obie książki czytałem jakiś rok temu, a sceny te utkwiły mi w pamięci; mam nadzieję, że za rok nie będziesz kojarzył „Wymazanych z pamięci” tylko ze względu na lotnisko i fotele w klasie premium.

    Przejdźmy jednak do najpoważniejszego zarzutu – mediów. Tu muszę przyznać Ci rację. Zawsze gdy czytam książki lub oglądam filmy, mam problem z przełożeniem tego aspektu na rzeczywistość. Czasem dziennikarze koczują przed domem bohaterów, czasem nikogo to nie obchodzi. Zgadzam się, że najważniejsza jest konsekwencja, czego tu być może mi zabrakło. W przypadku „Wymazanych…” chciałem bowiem, żeby media odegrały pewną rolę: scena w mieszkaniu rodziców Arka i postać dziennikarki (znowu sorry, że nie wchodzę w szczegóły). Być może to był błąd, być może lepiej byłoby zignorować temat mediów, niektórych by to zabolało, ale nikt by nie mógł zarzucić mi niekonsekwencji, a tak rzeczywiście taki zarzut ma uzasadnienie. To trochę tak jak ze współczesnymi horrorami, gdzie bohaterom musi zepsuć się komórka lub muszą wyjechać gdzieś, gdzie nie ma zasięgu, by nie mogli wezwać pomocy. Jest to uproszczenie, na które wszyscy się godzimy. Po trylogii „Boskiej proporcji” zdecydowałem, że nie chcę opisywać policyjnych śledztw. Nie zrobię tego tak dokładnie jak Robert Małecki w serii o komisarzu Grossie. Zawsze pójdę na pewne uproszczenia, puszczenie oka do czytelnika, by zamiast na szczegółach śledztwa skupiać się na psychologii i bardziej atrakcyjnych dla mnie tematach. Nie lubię mediów, nie znam się na nich, więc pewnie w przyszłości będę je ignorował. Nie wiem, czy ten argument Cię przekona, ale uważam, że nagonka medialna mogłaby przesłonić najważniejszy problem bohaterów. Ważniejsze od tego, co na zewnątrz, było dla mnie skupienie się na tym, co dzieje się wewnątrz postaci – emocje głównych bohaterów, decyzje, które podejmują, i wreszcie tytułowe wymazanie dzieci z pamięci.

    Tyle w temacie odpierania zarzutów. Raz jeszcze dziękuję Ci za poświęcony czas. Widzę, że inaczej patrzymy na książki, inne rzeczy są dla nas istotne, a inne ignorujemy. Aż korci mnie, by spróbować wspólnej oceny wybranej przez czytelników książki. Nie jest to nic odkrywczego, ale dawno nie widziałem, by ktoś zrobił to naprawdę dobrze. Niezależnie od tego, czy ta inicjatywa rozrośnie się do sporego projektu, czy na tym zakończymy, oczywiście jestem gotowy do współpracy i wzajemnej pomocy.

    Jak wiesz, nie byłem entuzjastą pomysłu, by autorzy oceniali innych autorów. Nasz eksperyment pokazał, że można, ale wciąż boję się, że może to przybrać formę wzajemnej promocji lub walki na noże. Nie wiem, czy to zasługa tej akcji, ale gdzieś mignęło mi, że Krzysztof Bochus i Tomasz Duszyński krzyżowo recenzują swoje najnowsze książki. Chyba więc zasiałeś wirusa – oby przybrał on zdrową formę, a nie zmutował w towarzystwo wzajemnej adoracji.

    Piotr Borlik

  • Wymazani z rzeczywistości, czyli kilka słów o „Wymazanych z pamięci” Piotra Borlika

    Krótkie wprowadzenie w sytuację. Jakiś czas temu, Wojtek Chmielarz napisał felieton o tym czy pisarzom wypada pisać recenzje książek innych polskich pisarzy (klik). Wynikła z tego dyskusja, w którą zaangażował się między innymi pisarz Piotr Borlik (klik) i ja (klik). No i w ostatnim akapicie swojej odpowiedzi na słowa Piotra zaproponowałem mu napisanie wzajemnie recenzji swoich książek. Piotr podjął wyzwanie (klik), w rzeczowy sposób punktując mój „Szwindel” (jeszcze raz dzięki). Ja spośród wskazanych przez Piotra tytułów zdecydowałem się na jego najnowszą publikację „Wymazani z pamięci”. Jeżeli chcecie być na bieżąco, jestem pewien, że Adam zadbał już tutaj o odpowiednie linki. Kto chce niech czyta.

    A teraz nie przedłużając, bo i tak będzie długo, zapraszam do recenzji. Zaczynam, dla wejścia w klimat, od krótkiego przedstawienia fabularnego punktu wyjścia:

    Pewnego dnia w Gdańsku odnajduje się nagle szesnastka dzieci przez lata uważana za zaginione. Są w różnym wieku, różni ich też czas jak długo pozostawały poza domem. Nie sprawiają wrażenia maltretowanych, głodzonych czy w inny sposób wykorzystywanych. Przeciwnie, w większości zachowują się jakby ostatnie lata spędzili w całkiem niezłych warunkach. Tym co ich łączy, prócz ujawnienia się w tym samym miejscu i czasie, jest lęk przed ciemnością i niezdolność do przypomnienia sobie jakichkolwiek wydarzeń z czasu, gdy byli na liście poszukiwanych.

    Owo cudowne odnalezienie stanowi punkt wyjścia do opowieści prowadzonej od tego momentu przeplatającymi się trzema wątkami. Ich bohaterami są członkowie rodzin zaginionych dzieci: Karolina, matka małej Patrycji, która rozpacz przemieniła w prywatną krucjatę przeciwko krzywdzicielom dzieci, Arek, chłopak, któremu przed laty zaginął młodszy brat Paweł, i który nigdy nie wyzbył się przekonania, że jest za to odpowiedzialny oraz Marlena, ustawiona materialnie businesswoman, która pracoholizmem próbuje zaleczyć dziurę po synu Kamilu porwanym przez swojego byłego męża. Każde z tej trójki będzie próbowało na swój sposób dojść do wyjaśnienia co się właściwie stało tak przed laty, jak i teraz. No i rzecz jasna kto za tym stoi.

    Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

    Pomysł, nie ukrywam, intrygujący i już u samej swojej podstawy nietuzinkowy. Podkreślę fakty, które może nie wybrzmiały właściwie, a warte są wyróżnienia: po pierwsze oś fabuły nie opiera się na morderstwie, co wciąż w polskim kryminale stanowi pewną interesującą odmianę. Po drugie pojawiające się w książce dzieci nie noszą znamion wykorzystywania. Pisałem już kilkakrotnie o tym, że bardzo mnie niepokoi z jaką lekkością pisarze dziś wplatają wątki z drastycznymi, obrzydliwymi krzywdami dokonywanymi na dzieciach. A tu Piotr postanowił nas w swojej opowieści poprowadzić w zupełnie inną stronę i to również mam za bardzo interesujące, i to nawet jeśli budowanie przez niego samych dziecięcych bohaterów mnie nie przekonało.

    Tempo powieści jest bardzo dobre, a idea fabularnego warkocza splatanego z osobnych śledztw trójki bohaterów połączonych celem to bardzo ciekawy sposób prowadzenia fabuły. Widać, że autor przemyślał sobie kwestię, które wskazówki podać kiedy i z której perspektywy i miał też świadomość, gdzie chciałby zakończyć wątek danego bohatera, tak by ten wybrzmiał tak w ramach pojedynczej fabularnej nitki, jak i w kontekście głównej opowieści.

    W kwestii dorosłych bohaterów autor postawił na proste szablony gatunkowe, ale w większości całkiem mu się to sprawdza. Interesujące jest otwierające książkę wprowadzenie Karoliny i jej adwokata, całkiem sprawne wprowadzenie Arka i, by nie spoilerować specjalnie, osób z jego otoczenia. Problemy pojawiają się dopiero w wątku Marleny, ale do niego przejdę za chwilę, bo teraz chcę podkreślić: W tej książce jest naprawdę wiele fajnych elementów. Miejcie to w pamięci, zanim przejdziecie w tej recenzji dalej.

    Bo teraz zmuszony jestem zwrócić uwagę na kluczowy problem „Wymazanych z pamięci”. Oto bowiem stawiam tezę, że autor skupiony na swojej historii mocno zaniedbał wiarygodne przedstawienie świata. Wynikiem tego zawieszenie niewiary bardzo szybko idzie w drzazgi.

    I teraz musimy się umówić na konkretną rzecz, by uniknąć nieporozumienia. Problem, o którym mówię czyli kłopoty z uwiarygodnieniem świata, w mniejszym lub większym stopniu dotyczy każdego z wątków, ale nie chciałbym, by ta recenzja zmieniła się bezsensowne wypunktowywanie. Nie o to przecież chodzi. Zamiast tego postaram się zatem unaocznić problemy skupiając się na jednym z wątków, by lepiej zobrazować ich naturę i jednocześnie uniknąć daleko idących spoilerów, dobrze?

    Mówiąc konkretniej, odniosę się szczególnie do fragmentów ekspozycji businesswoman Marleny. Na jej przykładzie wskażę dwa wybrane, bo znajdujące się akurat blisko siebie przykłady źle zrobionego reaserchu oraz jeden błąd fabularny. I tak mam świadomość, że dla większości odbiorców te dwa i większość innych zaniedbań reaserchowych z książki nie będzie miała znaczenia. Błąd jednak, choć to początkowo pozornie szczegół, w kontekście dalszej fabuły powinien być bardzo brzemienny w skutki. A zupełnie nie jest.

    Przejdźmy zatem do meritum. Naszych głównych bohaterów poznajemy w ich w „naturalnych środowiskach”. Prowadząca swoją krucjatę Karolina krąży wokół placów zabaw, student Arek trudną sprawę jaka spadła mu na barki opija w barze, a kobieta interesu Marlena zmaga się z problemami wielkiej firmy na lotnisku w Kuala Lumpur.

    Na ile dobrze wnioskuję – mogę się mylić, bo tu wchodzi kwestia interpretacji – przedstawiając nam Marlenę, autor stawia sobie za cel zwrócenie uwagi na następujące fakty:

    1. Marlena jest kobietą sukcesu. Stanowczą, profesjonalną pracoholiczką, co wynika po części z chęci ucieczki w pracę po osobistej tragedii.

    2. Marlena bardzo dużo podróżuje, doskonale zna lotniskowy ekosystem i zasady panujące w portach lotniczych.

    3. Marlena jest wymagająca wybredna, momentami aż po snobizm.

    4. Marlena zawsze stawia na swoim, jest zaradna, cwana i na tym etapie wydarzeń, mocno skupiona na sobie.

    Borlik zna zasady budowania ekspozycji więc wie, że zamiast wyłożyć to wszystko wprost, lepiej to czytelnikowi pokazać. I z początku robi to bardzo sprawnie. Świetnie działa zobrazowanie kolejki do kontroli bezpieczeństwa, obserwacji ludzi przy poszczególnych stanowiskach, kalkulacji gdzie najbardziej opłaca się stanąć. Widać, że autor niejednokrotnie stał w takiej kolejce i tu kupuję tę scenę w całości. Jest dla mnie jasne, że ktoś taki jak Marlena postępowałby właśnie tak.

    Problem pojawia się, gdy do zobrazowania innej postawy autorowi zaczyna brakować własnego doświadczenia. I tu kłania się kolejna scena czyli czas jaki Marlena spędza przed lotem w saloniku VIP na lotnisku w Kuala Lumpur. Zakładam, że Piotr Borlik, podobnie jak ja, nigdy w tym saloniku nie był, ale ponieważ wskazał dość konkretne miejsce, a przy okazji przedstawił opisem obraz rozjeżdżający się z moją wiedzą na temat tego konkretnego lotniska, sprawdziłem. I powiem tak: rozumiem, że celem sceny było pokazanie iż Marlena ma wysokie standardy. Ale ten prawdziwy salonik – w przeciwieństwie do opisanego – raczej by sobie z nimi poradził. Opisanie saloniku, który ma w necie swoją stronę z galerią zdjęć, aktualizowane menu itd. nie powinno być problemem.

    Pojawia się zatem zgrzyt. Autor chciał nam powiedzieć tą sceną coś konkretnego o bohaterce, ale dla uważnego czytelnika przekaz zginie rozbijając się o łatwo weryfikowalną rzeczywistość. Bo jeśli autor chciał mieć inny salonik, pasujący pod opis to czemu wybrał akurat to lotnisko? Przecież samo to skąd Marlena leci nie ma fabularnego znaczenia. Podobny do opisanego jest natomiast chociażby w Pensylwanii – w tym byłem – skąd bohaterka też wracałaby do Warszawy około dwunastu godzin. Dlaczego konkretnie Kuala Lumpur skoro potem nie trzymamy się realiów?

    Podobnie jest z zaprezentowanym przez autora opisem sprawnego wymyku zastosowanego przez Marlenę, próbującą uporać się w samolocie z problemem kopiącego jej w tył fotela dzieciaka. Według książki, bohaterka demonstruje swój spryt i zaradność przekonując innego pasażera, że muszą się zamienić, bo ona musi trzymać jedną nogę wyprostowaną ze względu na problemy z kolanem. Musi ją trzymać prosto, a więc wyciągnąć wzdłuż alejki. Problem w tym, że jak się dowiadujemy, Marlena leci na dwunastogodzinym dystansie dużym samolotem linii Qatar Airways. Kopanie w siedzenia i zmiana miejsc to problemy i rozwiązania klasy ekonomicznej, które w klasie biznes, zwłaszcza tak luksusowych linii zwyczajnie nie mogłyby mieć miejsca. Tam fotele są wzmocnione, z dużo większymi odstępami, a siedzenia skonstruowane tak, by móc swobodnie wyprostować nogi. Często nawet by przyjąć w fotelu pozycję półleżącą. Jeśli ktoś nie ma możliwości sprawdzenia tego detalu osobiście – a zapewniam, że często się da, zależy od lotu i obsługi – sieć pełna jest zdjęć i filmików prezentujących jak to w tych samolotach tej linii wygląda.

    I znowu, zabieg ekspozycyjny mający nam pokazać ważną cechę charakteru bohaterki rozbija się o banalny fact check. A przecież gdyby autor chciał mieć swoją scenę wystarczyło zrobić tak, że Marlena potrzebuje pilnie zmienić lot i przez to decyduje się bohatersko na lecenie lotem wcześniejszym, gdzie miejsce jest niestety tylko pojedyncze, w economy. I już wszystko działa. Jeden akapit zmienia wszystko.

    I zanim ktoś mi to wytknie – wiem, że książek nie czyta się z telefonem w ręce i nie googla się ich co drugie zdanie. Nie zrobiłem tego, po prostu dużo latam i lubię lotniska, więc mam tu po prostu inaczej zawieszoną niewiarę. Sprawdzam dopiero gdy coś mi mocno zgrzyta. Zdaję sobie również sprawę, że większość czytelników nigdy nie będzie na lotnisku w Kauala Lumpur, nigdy nie poleci klasą biznes i ma w zasadzie gdzieś jak naprawdę wyglądają takie miejsca i co się tam da zrobić, a czego nie. Podobnie jak wiele osób nie wie też pewnie, że Marlena nie musiałaby czekać do końca lotu by skontaktować się z policją, bo usługi telefoniczne są co prawda drogie, ale już dawno dostępne, także dla pasażerów. Wiem to wszystko.

    Podniesione przykłady służą jednak wyciągnięciu konkretnego wniosku: realizując swoje założenia fabularne autor albo opiera się na własnych doświadczeniach – i wtedy wychodzi – albo na intuicji i przekonaniu, którego potem w żaden sposób nie weryfikuje. I wtedy pojawiają się zgrzyty. I dobrze, kiedy tylko zgrzyty dla takich czepiaczy jak ja. Gorzej, a niestety i taki przypadek ma tu miejsce, gdy pojawia się bardzo poważna dziura fabularna.

    Prawdziwy duży problem – jeden z kilku w tej książce, ale tylko ten mogę przedstawić bez większych spoilerów – objawia się niepozornie zaraz na następnej stronie, po scenie z zamianą foteli. Oto bowiem z takich czy innych powodów Marlena nie odbiera telefonu od policji, więc o tym, że w Gdańsku odnaleziono szesnaścioro dzieci porwanych przez laty dowiaduje się… ze znajdującego się na pokładzie samolotu najnowszego wydania NY Timesa. I już pomijam, że w związku z tym sypie się troszkę linia czasowa wątków, bo sprawy ze świata pojawiają się w Timesie zwykle z minimum dniem opóźnienia ze względu na chociażby różnice czasu. Ale z tego da się jeszcze jakoś wybrnąć, to wciąż czepiactwo. Ale artykuł o tej sprawie w NY TIMESIE mówi nam czytelnikom jedną bardzo ważną rzecz: Sprawa jest tak głośna, mocna i ważna, że dotarła aż za ocean. Na oficjalnej stronie gazety są, jak sprawdziłem, spisy treści poszczególnych wydań przynajmniej do roku wstecz. Wystarczy więc sprawdzić jakiego kalibru i rodzaju treści z Polski trafiają do tej gazety. Skoro więc sprawa poszła w NYT, to w Polsce wybuchła medialna bomba o sile rażenia co najmniej kilkudziesięciu Mam Madzi! Czyli Marlena, jako bezpośrednio zamieszana, lecąc do Polski wleci w sam środek multimedialnego piekła.

    Tymczasem co się okazuje? W książce w ogóle niemal w ogóle nie ma takiego zjawiska! Żadne media, żadni reporterzy nie czyhają pod miejscem, gdzie przywieziono dzieciaki, rodzice nie są natychmiast prześwietleni prasowo, nikt nie pilnuje każdego ich ruchu. Autor tłumaczy to tym, że policja nie chce, by sprawa wyszła na jaw. Ale wyszła, do cholery! Pisał o tym New York Times! To nie jest już coś, wiemy o tym dobrze, co można teraz zatrzymać czy choćby spowolnić. Taki temat to żer dla mediów na co najmniej kilka dni bardzo dużych newsów i miesiące mniejszych. A w przypadku niektórych tytułów pokarm nawet na tygodnie stron tytułowych! By pokazać jak taki mechanizm działa odwołam się do niedawnej sytuacji z własnego doświadczenia – ostatnio napisałem, że w filmie o Komendzie zniesławiono pewnego policjanta używając jego nazwiska w kontekście bardzo złej postaci. Efekt po dobie? Artykuły w większości czołowych serwisów internetowych, szeregu liczących się tytułach prasowych, na Kozaczku czy Superaku, kilka audycji w radio, wątki na kilkunastu grupach i przeszło sto bezpośrednich zapytań w temacie. Kilka godzin zajęło dziennikarzom zdobycie mojego numeru. Ze trzy więcej, żeby zdobyć prywatną komórkę rzeczonego policjanta! No a przecież mówimy tu o nieporównywalnej skali newsów. A pamiętacie jeszcze jak długo cała Polska żyła wspomnianą już sosnowiecką dzieciobójczynią? Ile się naprodukowano newsów, artykułów, analiz, konferencji, sesji foto etc? A to wciąż nie ta skala. Bo powtórzę: O sprawie cudownie odnalezionych dzieciaków napisał, z miejsca, od ręki New York Times!

    W książce natomiast jakiekolwiek motywy z prasą i mediami pojawiają się raptem dwa, oba późno, oba są niemrawe i kompletnie oderwane od tego jak się takie rzeczy dzieją. A i wpływ mają potem raptem na jeden wątek i to też nie w kontekście przedstawionego świata, a osobistego dramatu postaci. Zupełnie jakby sprawa szesnastki cudownie i nagle odnalezionych dzieci, które nic nie pamiętają, mało kogo w Polsce obeszła. W Polsce, która od jak dawna śledzi każdy krok takiego Tomka Komendy?

    Ktoś powie, że to przecież również drobiazg, bo nie to się w książce liczy. Znaczenie ma fabuła. Ale to nie do końca tak i już wyjaśniam dlaczego.

    Nie chcąc wchodzić w fabularne szczegóły, dość ogólnie powiem, że ta naturalna konsekwencja podjętych przez autora decyzji czyli obecność dziennikarzy, reporterów i paparazzi sprawiłaby, że cała późniejsza fabuła zasadniczo nie mogłaby się wydarzyć w przedstawionym kształcie.

    www.unsplash.com/Matt Chesin

    Bohaterowie nie mogliby spokojnie podróżować, co robią, podejmować wielu kontrowersyjnych – i czasem niezrozumiałych – decyzji, jak na przykład pozostawiania cudownie odnalezionych dzieci z opiekunką bez szeroko komentowanych konsekwencji. Rodzice innych cudownie odnalezionych dzieci nie byliby anonimowi, i tym samym skorzy do w gruncie rzeczy intymnych rozmów z obcymi, bojąc się, że rozmawiają z prasą. A to wszystko są sceny, które w tej książce czysto i bez komplikacji pchają akcję do przodu. Ale to przecież nie koniec. Służby porządkowe, chcąc się w temacie wykazać i czując, że wszyscy patrzą im na ręce, podejmowałyby szereg działań mniej lub bardziej pozorowanych na rzecz zapewnienia dzieciom opieki, udzielenia wsparcia, pilnowania rodziców. A jeśli nie, to też byłyby tego efekty.

    Co więcej, media wpływają na social media, więc natychmiast ruszyłyby śledztwa internetowe, prasowe, podcasty analizujące sprawę dogłębniej niż wydarzenia na jakże przecież odległej w każdym względzie przełęczy Diatłowa. Pojawiliby się wszyscy Rutkowscy tego świata licząc na sławę. Wynikiem tego jeden z kluczowych zwrotów fabularnych – pewien przeoczony z początku dowód – na pewno wypłynąłby dużo wcześniej i to właśnie medialnie, więc z poważnymi implikacjami dla bohaterów. Bo, to trzeba wiedzieć, niektóre tytuły naprawdę potrafią płacić za ekskluzywne materiały całkiem nieźle.

    Pominięcie naturalnej reakcji współczesnego świata na tej skali newsa sprawia, że nie sposób traktować tej opowieści jako wiarygodnej. I tym samym z każdą kolejną stroną drugiej połowy książki widać wyraźnie, że zachowania bohaterów są coraz mniej zgodne z wzorcem zachowania prawdziwych ludzi w trudnej sytuacji, a coraz bardziej przypominają ruchy pionków i figur na szachownicy. Nadal możemy być zainteresowani wynikiem rozgrywki, ale wiemy już, że to tylko gra. Nawet zbita figura to tylko figura, zbitych pionków nikomu nie jest tak naprawdę żal.

    I ja naprawdę rozumiem, że autor kładł tu nacisk przede wszystkim na fabularne dzianie się i pchanie wydarzeń do przodu. Że najważniejsza była dla niego historia. Rozumiem i w jakimś stopniu przyjmuję to jako wyznacznik stylu. To zresztą jest bardzo trudne zadanie pisarskie, by należycie wyważyć proporcje, nie przegadać rzeczy i utrzymać dzianie się, ale jednocześnie zachować wiarygodność i efekt realizmu. Zdarza mi się samemu źle to wyważyć, co słusznie wypunktował mi Piotr przy „Szwidndlu”. Ale mimo wszystko musimy, my pisarze, przykładać się mocno do znalezienia tego złotego środka. Tu, w przypadku tej powieści, Piotr Borlik jest od niego bardzo daleko.

    I jeszcze jedno zastrzeżenie, dość zaskakujące w kontekście poprzedniego akapitu: Jak na książkę zbudowaną na historii, podporządkowanej jej całkowicie, finał książki jest napisany na chybcika i strasznie po łebkach, a wyjaśnienia najbardziej intrygujących kwestii, wskazówek, bardzo mnie uwierają swoją banalności. W kwestiach najbardziej mnie interesujących, intrygujących i tych z najlepiej zbudowanym napięciem poczułem się zwyczajnie zbyty. Ale też warto podkreślić, że moje rozczarowanie bierze się także, a być może przede wszystkim z tego, że to napięcie było momentami naprawdę fajnie nabudowane. A i część tych skrótowych wyjaśnień byłaby ok, gdyby dano im odpowiednio wybrzmieć.

    I już na koniec zupełnie, całkowicie szczerze, bez kurtuazji: zamierzam poczytać więcej Borlika. To bowiem co przeczytałem, w połączeniu z opisami innych jego książek i lektury wywiadów z nim, daje mi obraz autora poszukującego opowieści wokół siebie, a nie w słupkach pomiaru trendów. Widzę, że autor zna zasady pisania, konstrukcji fabularnej, zna też sporo sztuczek. Kilku muszę się przyjrzeć uważniej pod kątem własnego pisania, za co już teraz dziękuję.

    Dziękuję również Piotrowi za podjęcie tego wyzwania – wzajemnego zrecenzowania swoich książek. Uważam, że zarówno przeczytanie jego recenzji, jak i pisanie tej, dały mi sporo do myślenia. Chciałbym też, by za takimi publicznymi merytorycznymi recenzjami pokazującymi, że jesteśmy wobec siebie fair i nie stanowimy towarzystwa wzajemnej adoracji kryjącej się nawzajem przed czytelnikami szła także czasem deklaracja wsparcia.

    Każdy z nas ma swoje pisarskie dobre i słabsze strony. Te pierwsze należy pielęgnować, drugie rozwijać korzystając ze wsparcia tych, co potrafią. Więc tu już, Piotrze, apel do Ciebie: Jeśli dostrzegłeś w moim pisaniu coś, co może się okazać dla Ciebie pomocne w przyszłości, pozostańmy w kontakcie, a chętnie pomogę. Ze swojej strony pozwolę sobie poprosić i Ciebie o podobną gotowość w drugą stronę.

    Jakub Ćwiek

  • Jaka ze strzelby nauka, czyli refleksje po recenzji

    Zanim przejdę do meritum, w kilku słowach skąd się to wszystko wzięło.

    Wojtek Chmielarz napisał felieton, w którym podniósł sprawę recenzowania książek polskich autorów przez innych pisarzy (klik). A właściwie swoistej zmowy milczenia, która nieoficjalnie zabrania pisarzom nawzajem krytykować swoich książek, bo to rzekomo nieeleganckie.  Ja w tej kwestii podzielam zdanie Wojtka – wzajemne odnoszenie się do swoich książek przez zawodowców, mam za potencjalne źródło refleksji nad tekstem, możliwość doskonalenia warsztatu i nade wszystko szansę na danie odporu marketingowcom według których – co oczywiste – każda książka to czysty, nieskalany geniusz i arcydzieło gatunku.
    Felieton Wojtka rozwinął się w polemikę. Odpowiedział na niego Piotr Borlik (klik), mający zgoła odmienne zdanie, a następnie ja, który się do argumentów Piotra odniosłem (klik). Zaproponowałem mu też wzajemne wyzwanie – zrecenzujmy swoje książki, Ty moją, ja Twoją. Ot tak, na próbę, merytorycznie i konkretnie. Z racji tego, że mnie przypadła powieść Piotra, która dopiero się ukaże, na moją recenzję przyjdzie Wam jeszcze poczekać, ale Piotr już wziął na warsztat mój „Szwindel”. Wypunktował go solidnie, a pod koniec tej złożonej, pełnej ciekawych spostrzeżeń recenzji zastanawia się co on by zrobił z taką recenzją jako autor. Czy by się odniósł publicznie?

    Ja uważam, że to kolejne tabu, które należy przełamać. Należy nauczyć autorów odnoszenia się do krytyki swoich dzieł. Stąd pozwalam sobie odpisać na recenzję Piotra.

    W pierwszej części recenzji Piotr dzieli swoją ocenę na opinię o warsztacie i o historii, bo to dwa czynniki, na które zwraca uwagę. Wyrażając opinię o tym pierwszym pisze o mojej sprawności stylistycznej, i o umiejętności posługiwania się słowem. Pisze, że widać po mnie doświadczenie, że książkę przeczytałby do końca nawet gdyby nie musiał i że właściwie sama się czyta. To miłe słowa i bardzo się cieszę, że padły – dziękuję, Piotrze!

    Dalej Borlik odnosi się do samej historii i jak sam zauważa, tu nie jest już tak kolorowo.

    Pierwszym i w zasadzie największym zarzutem jaki przedstawia, jest brak narastającego w książce napięcia. Piotr porównuje czytanie tej powieści do jazdy na tempomacie – wraz z komfortem jednostajności przychodzi znużenie. I cóż, nie mogę w tym miejscu zrobić niczego innego jak… zgodzić się z Piotrem. Rzeczywiście książka ma bardzo poważne braki w napięciu.

    Częściowo jest to autorskie założenie, ale sam po czasie widzę, że było ono niewłaściwe i wynikające nieco z asekuranctwa. Trzymałem się dwóch głównych założeń i pilnowałem, by w przedstawionych warunkach wybrzmiały możliwie wiarygodnie, a tym samym pozbawiłem się możliwości fabularnego podbijania bębenka.

    Tu warto zwrócić jeszcze uwagę na coś innego, co Piotr w swojej recenzji pominął – być może litościwie ;). Ja ten tempomat w pewnej chwili, pod sam koniec, zdejmuję. Wciśnięty do dechy gaz finału skonfundował niejednego odbiorcę i sprawił, że wiele osób miało wrażenie iż coś stało się za szybko. Zastanawiam się z perspektywy czasu, jakie byłoby moje podejście do tej książki, gdybym utrzymał owo jednostajne tempo konsekwentnie do ostatniej strony, czy to by coś zmieniło w odbiorze. Tego się już nie dowiemy, ale zaznaczam sobie wyraźnie, że tak, w tej książce częściowo świadomie, częściowo wynikiem asekuranctwa lub ulegnięcia magii tematu, napięcie wyregulowałem nieumiejętnie stawiając zainteresowaniu czytelnika bardzo wysoki próg wejścia. Plus mocno skrótowy finał.

    Z drugim dużym zarzutem – a tym samym szeregiem mniejszych – mam nieco większy problem. Oto bowiem Piotr w odniesieniu do „Szwindla” przywołuje strzelbę Czechowa czyli zabieg fabularny polegający na pilnowaniu, by elementy, które umieścisz na początku miały fabularny sens i swój finał. Pisze o tym, że jest to zabieg znany wszystkim autorom kryminału, a ja chętnie poszerzyłbym tę grupę o w zasadzie wszystkich świadomych swojego pisania autorów. Autor zwraca jednak uwagę, że w Szwindlu się do tej zasady nie stosuję. I tu… cóż, w zasadzie miałby rację w przynajmniej jednym przypadku, ale we wskazanych przykładach akurat, uważam, nie do końca trafia.

    Pisze bowiem: „Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.”

    www.unsplash.com/MILKOVÍ

    I tu, przyznaję, jestem szczerze zaskoczony. Jednym z najmocniej chwalonych do tej pory elementów w tej książce jest psychologia postaci uwięzionych w kłamstwie. Relacja trójkąta Anka-Bartek-Marta to wątek właśnie o braku zaufania, o próbie normalnego życia z oszustwem w tle. Bardzo duża część tej książki jest o relacjach międzyludzkich i to one są kluczem do obserwowania zależności między bohaterami. Czy to dobre podejście z mojej strony? Nie wiem, ale nie umiem się chyba zgodzić z zarzutem, że w tym wątku, którego głównym celem jest doprowadzenie Bartka do stanięcia w prawdzie, jakakolwiek strzelba nie wypala.

    Dalej Piotr zwraca uwagę na to, że mowa jest o dwóch skokach, których nie wprowadzam do fabuły szczegółowo, a jedynie pokazuję je w rozmowach i dialogach. Pytanie recenzenta brzmi: po co? I odpowiedź: to jest budowanie tła. Pokazanie, że konkretna grupa działa w konkretnej siatce. Że ten numer, w którym bierzemy udział jest jednym z wielu i że toczą się one nieustannie na zasadzie naczyń połączonych. Inaczej mówiąc, kładę zupełnie inne akcenty, inaczej rozkładam proporcje między budowaniem tła a główną linią fabularną. Mocno podbudowuję świat i szereg postaci epizodycznych jest tu potrzebnych. Tak jak ci podwykonawcy do zadań. Autor pyta po co. Odpowiedź brzmi, dla zachowania wiarygodności. Gdyby robili to sami, staliby się nadludźmi zdolnymi do każdego zadania. A to nie jest historia o nadludziach. Nie jestem też przekonany do stawiania znaku równości między książką kryminalną a książką akcji. To, mam wrażenie, bardzo mocne spłycenie gatunku. Tym samym nie umiem się zgodzić z rozpiską proporcji danego tytułu. Choć na pewno mocno go przemyślę, podobnie jak linię budowania napięcia. Myślę, że w którymś momencie mogę się do Ciebie zwrócić z koleżeńskim zapytaniem jak to działa w praktyce.

    Ale wracając w obu wskazanych przykładach nie widzę tych strzelb, które nie wypalają. To znaczy w pierwszym wątek mam za kompletny (co nie znaczy, że bez wad, żebyśmy mieli jasność. Mam wrażenie, że w kilku miejscach mógł nieco dosadniej wybrzmieć), w drugim to raczej doszukiwanie się strzelby w tle obrazka.

    Żeby jednak nie było wątpliwości. Jest w „Szwindlu” przynajmniej jedna strzelba Czechowa, która miała wypalić, ale całkowicie ją położyłem. To postać „faceta z Glockiem”. Bezimiennego typa, który dostaje zadanie wytropienia kręgu. Widzimy jego, to bardzo ciekawa postać, a potem nam znika i działają już tylko jego ludzie. To jest strzelba, której nie użyłem i której obecność, takiej naładowanej, bardzo mnie uwiera.

    Gdybym miał wskazać na coś jeszcze, w kontekście rzeczonych strzelb, to trochę za mało jest tam zahaczek pod finał. Za mało wskazówek do czego to wszystko może prowadzić. Jakbym za mocno trzymał z bohaterem, żeby numer na pewno mu się udał, a za mało czytelnikiem. No cóż, mimo lat doświadczenia, „a rookie mistake”. Postaram się nie powtórzyć.

    Jeszcze jedna taka refleksja mi się nasunęła w kontekście recenzji Piotra, dość interesująca. W pewnej chwili w zasadzie krok po kroku dostajemy sugestię recenzenta jak on by taką książkę napisał. Na wielu poziomach. Od proporcji, przez rozłożenie akcentów, przez skupienie się na wątku głównym etc. Od pewnego momentu trudno mi się było odnieść do poruszonych kwestii, bo bardziej niż zarzutami do książki były deklaracjami, że autor zrobiłby to inaczej. I nie wiem czy taki był zamiar Piotra, ale doprowadził do tego, że… chętnie bym takie coś przeczytał. W sensie nie „Szwindel” w jego wersji, a caper story, historię złodziejską, widzianą jego oczami. To mogłoby się nawet sprawdzić, choć oczywiście dając zupełnie inną książkę! I nie odbierzcie tego, proszę, jak „jak taki cwany jesteś, to sam napisz lepszą”. Po prostu w pewnym momencie recenzja Piotra obudziła we mnie fana gatunku, który coś by w temacie poczytał, a nie tylko popisał.

    Dwie rzeczy mnie natomiast w recenzji zabolały. Pierwsza to sugestia, że moi bohaterowie są do siebie podobni (bo, że mętlik imion i możliwość pogubienia się, jasne. Wiele osób zarzucało) bo mocno stawiałem tu na psychologię postaci uwięzionych w takim życiu i mam wrażenie, że to się akurat udało. Widać, że nie jest to tak oczywiste.

    Druga to pozytywne w założeniu zdanie, że książka nadaje się do wyzwań czytelniczych typu „52 książki w roku”. Ale to osobista niechęć do tego akurat wyzwania, które mam za szkodliwe 😉

    Tyle ode mnie. Chciałbym ci jeszcze raz, Piotrze, podziękować za tę recenzję. Dziękuję za merytoryczność i skrupulatne podejście do tematu. I za pomoc, bo taka recenzja to pomoc. Cieszę się, że się zdecydowałeś na tę zabawę i parafrazując jeden z ostatnich polskich filmowych przebojów: cokolwiek będą o Tobie mówili na mieście, zyskałeś właśnie sporo mojego szacunku.

    Jakub Ćwiek

  • Strzelba Ćwiekowa, czyli o kilka słów za dużo o „Szwindlu”

    Wyzwany do pojedynku przez Jakuba Ćwieka, by krzyżowo zaopiniować swoje książki bez słodzenia i głaskania się po główkach, ale i bez niepotrzebnych złośliwości, sięgnąłem po „Szwindel”, czyli pierwszą przygodę Jakuba z literaturą kryminalną.

    Gdy czytam książki, skupiam się na dwóch głównych aspektach: warsztacie i historii. Ten pierwszy ma dla mnie większe znaczenie – jestem w stanie przełknąć naciąganą fabułę, niewielkie błędy logiczne czy pogubione wątki, pod warunkiem, że książka jest napisana dobrym językiem. Gdy natknę się na coś, co mi nie pasuje, robię krótką przerwę i wyobrażam sobie, jak inaczej można było pociągnąć dany wątek lub wytłumaczyć taką, a nie inną decyzję bohatera, po czym wracam do lektury. W drugą stronę niestety tak to nie działa, dlatego często zdarza mi się odłożyć książkę, nawet gdy ta ma niebanalny pomysł. Zwyczajnie nie potrafię przebić się przez kolejne rozdziały, choć interesuje mnie, jakie będzie rozwiązanie. Zdaję sobie sprawę, że tym samym sporo tracę, ale nic już na to nie poradzę.

    Szwindlu” nie odłożyłbym na półkę, nawet gdybym czytał go bez dodatkowej motywacji w postaci wyzwania. Po Jakubie widać bowiem, że ma już na koncie wiele książek i krótko mówiąc: potrafi pisać. Ta powieść jest idealnym wyborem dla wszystkich uczestników wyzwań pokroju „Przeczytam 52 książki w roku”. „Szwindel” bowiem czyta się sam. Jako autor bardzo doceniam trud włożony w proces twórczy, by uzyskać taki efekt. Z doświadczenia wiem, że by ktoś mógł czytać łatwo, ktoś inny musi włożyć sporo wysiłku, by zdania miały odpowiednie długości, a tekst swoją melodię. Tu wychodzi doświadczenie Jakuba i dobra redakcja. Oczywiście nie należy stawiać znaku równości pomiędzy faktem, że książkę szybko się czyta i jest dobra, gdy jednak mówimy o literaturze, która przede wszystkim ma nam dostarczyć rozrywki, a za taką uważam „Szwindel”, to niewątpliwie jest to bardzo ważny aspekt. Żeby było zabawniej, przerwałem lekturę książki „Dunkel” imiennika Ćwieka, którą ten poleca z okładki, a którą to zdecydowanie nie czyta się szybko, ale to oczywiście zupełnie inny rodzaj literatury. Nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny.

    Przechodząc do historii przedstawionej w „Szwindlu”, to niestety nie jest już tu tak kolorowo. Pierwsze strony połyka się jak ryba przedstawiona na okładce książki, potem jednak coś zaczyna zgrzytać, a w zasadzie to czegoś zaczyna brakować. Tym czymś jest napięcie. Zazwyczaj w kryminałach wywołuje je pytanie „kto zabił?”. Tu nie ma trupa, ale historia dawała możliwość budowania napięcia, podsycania ciekawości czytelnika, który zachodzi w głowę, o jaki „szwindel” chodzi? Jakub jednak nie skorzystał z tych możliwości.

    W wywiadach często podkreślam, że podczas planowania fabuły na własne potrzeby rysuję krzywą napięcia, w przypadku „Szwindlu” musiałbym narysować poziomą linię, no może na samym początku coś tam by się zadziało, ale szybko linia by się wypłaszczyła. Tu tempo cały jest takie samo. Nie ma przyspieszeń, nie ma nagłych zwrotów akcji, nie ma chwili na wytchnienie i przemyślenia. Porównując to do jazdy samochodem, ma się wrażenie, że jedzie się pustą autostradą z włączonym tempomatem. Niby fajnie, niby komfortowo, ale ile można?

    www.unsplash.com/Markus Winkler

    Długo zastanawiałem się, skąd naszły mnie takie refleksje. Najpierw sądziłem, że to nie moje klimaty, że brakuje przysłowiowego trupa i policjantów depczących mordercy po piętach, to jednak byłoby zbyt proste wytłumaczenie. Na samym początku bowiem wszystko odbywa się prawidłowo: poznajemy głównego bohatera, równolegle poznajemy „czarne charaktery”, by po jakimś czasie ich losy się skrzyżowały. Do tego momentu wszystko grało. Fajna scena w kawiarni, bardzo fajne wyprowadzenie w pole czytelnika, który był przekonany, że ofiara oszustwa to bardzo zła osoba, do tego fajny język pozwalający przenieść się do kawiarni, w której działa się akcja. Jako czytelnik oczekiwałem, że zaraz zaczną się przygotowania do tytułowego „Szwindlu”, jednak zamiast tego poznałem kolejne „czarne charaktery”, potem jeszcze jedne i jeszcze jedne, a potem jeszcze czarniejsze, ale ich imion nawet nie będę próbował sobie przypomnieć. W pewnym momencie myliły mi się Kaśki, Gośki, Aśki, Grześki, Bartki, Mikołaje… Za dużo zbyt podobnych do siebie osób. Pomyślałem sobie nawet: „Osz Ty, Jakubie, chcesz mnie wywieść w pole, skoro od początku wiadomo, że złodzieje nie używają prawdziwych tożsamości, to pewnie na końcu się okaże, że Kaśka to Aśka, albo Gośka, albo Marzena”. Niestety tak się nie stało. Co gorsza, uważam, że nie było potrzeby wprowadzania tylu złodziei, wszak w końcowym szwindlu ich rola była marginalna, by nie powiedzieć – niepotrzebna. Próbując znaleźć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego bohaterowie są do siebie aż tak podobni, pomyślałem, że może taki był zamysł autora, że może chciał pokazać, jak złodziej nie wyróżnia się niczym w tłumie, że w ten sposób staje się niewidzialny, ale nie wiem, czy to nie będzie nadinterpretacja.

    Nie to jednak było najgorsze. Jako czytelnik oczekiwałem etapu planowania „Szwindlu”, małych i większych problemów, stopniowego wdrażania czytelnika w plan, podczas gdy otrzymałem opis kolejnego mini-zadania, które nie miało nic wspólnego z fabułą.

    Każdy autor kryminału zna zjawisko strzelby Czechowa (dla przypomnienia przytoczę: „Jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzelbę na ścianie, to w kolejnym musi wystrzelić. W przeciwnym razie nie umieszczaj jej tam”). W przypadku „Szwindlu” nic takiego nie zachodzi, a okazji było co najmniej kilka. Skoro autor poświęca czas, by przedstawić pierwszą ofiarę szwindlu, a potem na kolejnych stronach opisuje jego rozmowę z policją to fajnie, jeśli później odegra jakąś rolę. Swoją drogą, nie rozumiem, skąd wywody o nazwisku Pychel, naprawdę ktoś słysząc takie nazwisko, pyta się o jego pochodzenie? Coś podobnego zauważyłem u Kasi Puzyńskiej, gdy w „Więcej czerwieni” jeden z policjantów co rusz podkreślał, że nie jest spokrewniony ze Zbigniewem Cybulskim. Serio, ktoś poznając Cybulskiego, pomyślałby, że to rodzina aktora? Czy wszystkich Kowalskich pytają, czy są spokrewnieni z popularną wokalistką? Nie traktuję tego jako błąd, bardziej zastanawiam się, czemu służą takie wstawki.

    Idąc dalej w poszukiwaniu strzelby Czechowa, jesteśmy świadkami kolejnego mini-szwindlu. Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.

    Szukamy dalej. Dowiadujemy się o planowanym przekręcie w Gdańsku (poznajemy całe tło) oraz w Zakopanem (znamy tylko wstępny zarys). Co chwilę czytamy, że ten jedzie tu, a tamten tam. W międzyczasie jedna z dziewczyn ma jechać pociągiem do Gdańska, gdzie ma kogoś namierzyć. Niestety, ani nie trafiamy z nią do pociągu, ani nie mamy pojęcia, co się stało w Gdańsku i Zakopanem. Tyle gadania tylko po to, żeby autor dał nam znać, że wszystko się udało. Powtórzę: po co? Skoro już autor zdecydował się pisać o dwóch kolejnych akcjach, to niech one mają przełożenie na fabułę!

    Dochodzimy do największego problemu „Szwindlu”: proporcji. Nie jestem ekspertem, ale sam planując fabułę, widziałbym to mniej więcej tak:

    20% na poznanie bohaterów, jakiś przykładowy szwindel, żeby poczuć klimat (ten z pierwszego rozdziału pasuje idealnie)

    20% zarys głównego szwindlu, poznanie się bohaterów

    50% przygotowania do szwindlu, różne kłopoty, improwizacja, bo coś poszło źle, akcja, akcja, akcja

    10% rozwiązanie

    U Jakuba mam wrażenie, że poznanie bohaterów i ich mini-zadań stanowi jakieś 80% całości. Ze szwindlu właściwego jedynie podobało mi się nawiązanie relacji Mikołaja (Nikodema) z Zygmuntem. Reszta była dziwnie przesadzona, zupełnie nie potrafiłem się wczuć w akcję. No bo jak mam się w coś wczuć, skoro nagle autor zaserwował mi dwutygodniowy przeskok i wszystko jest już gotowe? Żeby było zabawniej, poznałem całe mnóstwo złodziei, ale ci zamiast działać samemu i tak większość zlecają podwykonawcom… Po co?! Chcę widzieć, jak urabiane są kolejne gwiazdy, jak ktoś węszy fortel i trzeba go dodatkowo przekonać i tak dalej, i tak dalej. Tu dostałem wszystko na tacy. Mam wrażenie, że gdyby Jakub napisał kiedyś grę komputerową, to fabuła wyglądałaby mniej więcej tak:

    Poznajemy głównego bohatera.

    Główny bohater dostaje poboczne zadanie: przynieść szamanowi sześć ziółek.

    Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie: przynieść innemu szamanowi pięć wątrób wilków.

    Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie, ale go nie wykonuje.

    Główny bohater walczy z końcowym bossem.

    To oczywiście żart, może niepotrzebny, ale w ten sposób chciałem nawiązać do mojego poprzedniego felietonu, który stał się przyczynkiem do powyższych wywodów na temat „Szwindlu”. Ja właśnie w ten sposób czytam książki, tak rozkładam je na części, tak sprawdzam, czy autor nie robi mnie w balona. Ktoś powie (a nawet dużo osób), że się czepiam. A jasne, że się czepiam. Zdaję sobie sprawę, że większość czytelników nic sobie nie robi z wytkniętych przeze mnie kwestii, dlatego cały czas się zastanawiam, czy w przypadku negatywnego odbioru książki autor powinien zabierać głos? Co to da? Ktoś uzna, że zazdroszczę Jakubowi pozycji na rynku (a pewnie, że zazdroszczę, ale w pozytywny sposób). Inny powie, że próbuję wybić się na konflikcie ze znanymi autorami (mam nadzieję, że tak nie jest, ale nigdy niczego nie wykluczam). Ktoś inny się ze mną zgodzi (piona!), a jeszcze inni oleją sprawę, bo nastukałem za dużo literek (ich raczej już tu nie ma). Normalnie nie opublikowałbym tego tekstu, opinię zachowałbym dla siebie, ewentualnie dla Jakuba, gdybyśmy kiedyś spotkali się na piwie. Gdybym sam dostał taką informację zwrotną od innego autora, to nie wiedziałbym, czy mam się teraz tłumaczyć ze wszystkich punktów? Czy mam odpowiedzieć na zaczepkę? Zignorować ją? Przy piwie byłoby łatwiej, ale przerzucanie się komentarzami w Internecie jest trochę komiczne.

    Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że nie przekroczyłem granic dobrego smaku. Jakub, czekam na kontratak, tylko pamiętaj, że jak mnie skrytykujesz, to będę wszystkim opowiadał, że jesteś małostkowy i mściwy. 😉

    Piotr Borlik

  • „Literackie wychowanie bezstresowe”, polemika Jakuba Ćwieka z Piotrem Borlikiem

    Niedawno linkowałem u siebie wpis Wojtka Chmielarza na smakksiazki.pl odnoszący się do podnoszonej tu wielokrotnie sprawy: Czy wypada żeby pisarz krytykował książki innych autorów? Wojtek w zwarty, przejrzysty sposób przedstawił jedną z największych środowiskowych bolączek i bardzo mnie cieszy, że dyskusja zatacza coraz szersze kręgi. Dziś w temacie zabrał głos Piotr Borlik. A ponieważ zrobił to jak należy, to znaczy przedstawiając argumentację, jest się do czego odnieść.

    Zatem, korzystając z gościnności smaku, się odnoszę. Po kolei:

    Borlik rozpoczyna swój wywód od spostrzeżenia, że dla wielu autorów książki są jak dzieci. Pisze: „Jako rodzice niby jesteśmy otwarci na uwagi nauczycieli, ale czy chcemy, by inni rodzice kwestionowali nasze metody wychowawcze? Czy podziękujemy im za krytyczne uwagi, weźmiemy je do serca i spróbujemy coś zmienić, czy może jednak odwdzięczymy się opinią na temat ich rozwrzeszczanych bachorów”. I teraz całość obserwacji jest oczywiście słuszna. Pytanie na co tak naprawdę Borlik próbuje zwrócić uwagę. No bo trzymając się tej analogii:

    1. Nauczyciele mogą również być rodzicami. Ba, są nimi bardzo często. Czy fakt bycia rodzicem wyklucza fakt bycia specjalistą? Czy nie powinna liczyć się bardziej merytoryczność porad?

    2. Czy słysząc uwagi, które na rozsądek moglibyśmy chociaż rozważyć, zamiast tego zaczynamy wyłącznie kontrować to świadczy to źle o głoszącym uwagi czy o nas?

    3. Dlaczego perspektywa, że ja wyrażę szczerą opinię o twoim dziecku, a ty o moim jest dla autora taka przerażająca? Chodzą razem do tej samej szkoły. Odpowiedzialny rodzic wie, że dbając o szkołę i o to, by nie była siedliskiem patologii dba też o rozwój własnego dziecka.

    4. Właśnie, rozwój. Jeśli jesteś jednym z tych przewrażliwionych rodziców niezdolnych do zauważenia, że dziecko ma problem, tylko mu szkodzisz.

    Autor felietonu pisze dalej: „Przenosząc to na książki, nauczycielami są znawcy literatury, zawodowi krytycy, obdarzeni autorytetem wynikającym z wiedzy i doświadczenia. Ich opinię traktujemy z szacunkiem, a jeśli nam się coś nie spodoba, to możemy nazwać ich teoretykami zamkniętymi w hermetycznym środowisku.”
    Rozumiem z tych zdań co następuje: Autor uważa, że prawo do wyrażania opinii krytycznej ma bardzo konkretna grupa… no właśnie kogo?

    Bo weźmy na przykład takiego mnie. Nie wiem jaka jest definicja specjalisty czy doświadczenia wg. Piotra Borlika. Studiowałem kulturoznawstwo. Z przedmiotów literaturoznawczych (w tym analizy tekstu literackiego) miałem piątki i czwórki. Napisałem kilka dobrze ocenionych prac krytycznych. Prowadziłem zajęcia kreatywnego pisania przez kilka lat, w tym nawet przez krótki czas na jednym uniwersytecie. Współpracowałem też jako recenzent i felietonista z kilkoma redakcjami. Znam różne osoby ze świata literackiego, ale nie jestem od lat związany z żadnym nazwijmy to hermetycznym środowiskiem.

    Jednocześnie napisałem trzydzieści książek w różnych gatunkach, odbyłem setki rozmów z różnymi autorami na temat dzieł swoich i cudzych. Zgłębiam wiedzę o gatunkach literatury tak w teorii jak i praktyce. W takim zestawieniu wolno mi się wypowiadać o książkach innych autorów czy nie? Gdzie przebiega ta cienka granica?

    Niżej stawia Borlik tezę: „To normalne, że autorom brakuje dystansu do własnych książek.” I tu znowu się zatrzymajmy. Czy normalne znaczy powszechne? Jeśli tak, to pełna zgoda. Autor wkłada w książkę sporo siebie i nie jest to dla niego tylko książka. Dlatego faktycznie trudno mu się zdystansować.

    Gdy jednak potraktujemy słowo „normalne” zgodnie z jego potocznym znaczeniem jako „właściwe” to… no właśnie, czy to jest właściwe? Co jest właściwego w tym, że będąc artystą nie umiesz przyjąć bądź odnieść się za pomocą argumentów do rzeczowej, merytorycznej krytyki?

    Przyjrzyjmy się (w dużym uproszczeniu) z czego zwykle składa się dobra ocena książki gatunkowej:

    1. Z oceny spójności fabularnej (mam tu na myśli tak spójność świata przedstawionego, fabularną przyczynowo skutkowość, jak konsekwencję charakterologiczną bohaterów).


    2. Z oceny języka, narracji i jej tempa, adekwatności dobranych słów, stylizacji pozwalającej językowo rozróżnić postaci, przejrzystości.

    3. Z oceny wiarygodności przedstawienia historii czyli faktyczna zgodność świata przedstawianego z weryfikowalną rzeczywistością (na przykład jeśli na posterunku policji w Warszawie wszyscy na co dzień noszą stroje klaunów to jest to niezgodność z rzeczywistością wymagająca albo zmiany, albo fabularnego uzasadnienia. Autor powinien znać rzeczywistość do której się odnosi, by móc ją imitować, albo konsekwentnie zmienić)

    4. Z przedstawienia własnych reakcji na książkę, naszych sympatii i antypatii. Słowem zgodność publikacji z naszym gustem.

    Jak widać tylko ostatni punkt nie odnosi się do merytoryki. Nie daje się, w razie potrzeby, uargumentować tak, by można było rozwijać na tej bazie dyskusję. Wszystkie pozostałe kwestie zależą od argumentacji i w zasadzie nie ma znaczenia, kto je podnosi, jeśli podnieść umie, prawda?
    Dlaczego więc uznajemy za normalne sytuację, w której człowiek wystawiając się na ocenę swojego dzieła jednocześnie nie ma w sobie dość pokory i chęci samodoskonalenia, by przyjąć krytykę? Dlaczego podtrzymujemy, że to właśnie powinna być norma?

    Dalej Borlik podnosi kwestię tego, że łatwiej o dystans, gdy jest się doświadczonym autorem – co jest faktem – i jednocześnie pyta: „Czy Wojciech Chmielarz, który miał na swoim koncie dwie, może trzy książki, tak chętnie prosiłby o publiczną krytykę?”

    I żadną miarą nie chcę tu odpowiadać za Wojtka, bo przecież nie wiem, co myśli i uważa, ale odpowiem troszkę ogólniejszą wersję tego pytania:

    1. To czy autor o publiczną krytykę prosi czy nie, jest kwestią drugorzędną. Autor wystawia swoje dzieło do publicznej oceny z momentem publikacji. Zaprezentowanie książki światu i jednoczesne obrażanie się, że ktoś ją publicznie oceni jest dziecinadą.


    2. Autor początkujący – co wiem na swoim przykładzie sprzed tych nastu lat – nie do końca umie sobie radzić z krytyką, ale i zwykle nie do końca panuje nad warsztatem. Właśnie dlatego potrzebuje merytorycznych recenzji, a nie sprowadzających się do wyrażenia gustu komentarzy na forach czy serwisach. By nauczyć się obu tych rzeczy, a nie wychowywać się bezstresowo, w kompletnym chaosie bodźców. A że są te opinie wyrażone publicznie? Cóż, wstyd jest akurat jednym z lepszych motywatorów. Nie na darmo jedną z najlepszych metod wstępnej redakcji jest czytanie swojego tekstu na głos grupie znajomych.


    Dalej w felietonie pada zdanie (odnośnie tych dwóch książek Wojtka): „Ktoś powie, że nic takiego się nie stało, bo to były dobre książki, co z kolei otworzy dyskusję o tym czym jest „dobra książka”, (…)”

    No i co? To źle, że dyskutujemy o tym, czym jest dobra książka? Póki dyskusja jest merytoryczna, to w czym problem?

    W dalszej części swojej repliki, Borlik pisze dlaczego podjął decyzję, że nie będzie krytykował innych książek. Podoba mi się, że wspomina o przyczynach takiego działania, o tym, że wynika to przede wszystkim z lenistwa, bo nie chce się kopać z fanami danego autora. Bo tak, trzeba to podkreślić – fanatyczni czytelnicy spod szyldu „De gustibus” to trochę takie wychowane bezstresowo dzieci, które nie umiejąc wyrażać ani przyjmować merytoryki zamykają temat w krótkim „podobało mi się i chuj” albo „Jezu jakie gówno”. Nie da się dyskutować z kimś, kogo wykastrowaliśmy z krytycznego myślenia tak spieprzonym modelem uczenia o literaturze jak i głupimi sloganami jak „Nieważne co czytasz, ważne że czytasz” albo „Bądź czytelnikiem, dołącz do elity”.

    Na koniec Borlik odwołuje się do wojtkowej analogii piłkarskiej, ale z racji tego, że na piłce nie znam się kompletnie, wrócę do tej szkolnej.

    Pamiętajmy, że jeśli rynek książkowy jest szkołą, to jest to szkoła w dużej mierze prywatna. I jeżeli faktycznie krytycy literaccy są odpowiednikami nauczycieli, to rynek w postaci wydawnictw będzie tu odpowiednikiem zarządu. Za autorami rodzicami stoją czytelnicy, tu chyba w dość przedmiotowej roli dotacji na samorząd szkolny (wybaczcie Czytelnicy, analogie nigdy nie oddają faktycznego stanu rzeczy.)

    www.unsplash.com/aaron burden


    Obecnie mamy taką sytuację, że ambitnych nauczycieli prawie już nie ma. Rodzice, za pomocą dotacji wymusili na zarządzie albo całkowite ich wyeliminowanie, albo sprowadzenie do roli tych, co chwalą albo milczą. Trudno bowiem wykonywać swoją pracę, jeśli za szczerość i doświadczenie dostaniesz jedynie informację, że ten wydawca nie będzie już z nami współpracował, a autorzy i czytelnicy mają cię za aroganta niezależnie co i jak powiesz.

    W tej sytuacji jedyne co może zadziałać, by szkoła faktycznie była szkołą, to oddolna współpraca rodziców na rzecz wspólnego rozwoju. Merytoryczna, rzeczowa konkretna. Mylę się?

    I tu, na koniec, zwracam się już bezpośrednio do Piotra Borlika. Panie Piotrze, mam co prawda trochę więcej opublikowanych tytułów niż Pan, ale jeśli wykluczyć z tego, dla naszej wspólnej wygody, fantastykę, wyjdzie na to, że Pan prowadzi. Proponuję Panu zatem zabawę:

    Wystawiam Panu „na strzał” trzy swoje tytuły nie będące literaturą fantastyczną:

    1. Szwindel
    2. Topiel
    3. Bezpański (napisany wspólnie z Adamem Bigajem)


    Bardzo poproszę o Pana szczerą recenzję jednego z nich. Jestem skłonny za to zapłacić i poprosić Adama Szaję o publikację tej recenzji niezależnie od tego czy będzie ona pozytywna czy nie. Mogę też, jeśli Pan sobie życzy, zrewanżować się recenzją jednej z Pana książek. Zapewniam, że szczerą i merytoryczną na tyle, na ile pozwala mi moja wiedza i doświadczenie.

    Co Pan na to? Trzymając się analogii szkolnej: Po lekcjach, za śmietnikami 😉

    Zobaczmy czy merytoryka naprawdę tak boli.

    Jakub Ćwiek

  • Dzień dobry, przepraszam, czy mogę Panią zabić? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Co się takiego stało z polskim kryminałem, że z gatunku, który mocował się z polską historią i teraźniejszością, zmienił się w twór, który tonie w krwi, flakach i spermie?

    No to czytam sobie „Osiedle RZNiW” Remigiusza Mroza. Raz, że hit lata i jako autor muszę wiedzieć, co ludzie czytają, dwa, że co jakiś czas jednak daję temu autorowi szansę. Sama książka mnie zawiodła, ale nie zamierzam się nad nią znęcać. W swoim czasie zrecenzowali ją znakomicie Jakub Ćwiek i Wojciech Mucha. Nie ma sensu, żebym powtarzał ich argumenty. Poruszyło mnie w tej powieści jednak coś innego. W pewnym momencie, ni z tego i owego, dostajemy w ryj sceną jak z najgorszego przemocowego porno. Jest gwałt, jest dwóch sprawców, jest kazirodztwo, jest sala tortur, jest całe anatomiczne słownictwo. Ruszyło mnie to. Ruszyło mnie to przede wszystkim dlatego, że to kolejny dowód na to, że polski kryminał staje się z roku na rok coraz bardziej brutalny. I to brutalny w ten najgłupszy i najbardziej obrzydliwy z możliwych sposobów.

    Dobra. Wiem, że narzekania na to, że kryminały są „zbyt brutalne” w ustach (pod klawiaturą?) autora kryminałów, co więcej, autora, który w zeszłym roku wydał „Ranę”, brzmią dziwacznie, ale dajcie mi szansę się wytłumaczyć.

    www.unsplash.com/Alison Courtney

    Zacznijmy od tezy, że kryminały opowiadają o zbrodnie i złu, a więc muszą być brutalne. Trochę tak, trochę nie. Jestem świeżo po lekturze „Punktów zbieżnych” Micheala Connelly’ego. To kolejna część przygód detektywa Harry’ego Boscha. Tym razem Bosch musi odnaleźć sprawcę niewiarygodnie okrutnego zabójstwa. Ktoś w środku nocy włamał się do domu, zgwałcił przebywającą tam kobietę, a potem ją zamordował. Ale dowiadujemy się o tym wszystkim z rozmów bohaterów. Co więcej, ta informacja zostaje nam podana bardzo suchym, policyjnym językiem. Mniej więcej w takim sposób, w jaki ja to Państwu opisałem. Dlaczego w ten sposób? Dlaczego Connelly nie zafundował nam, na samym początku książki, szczegółowego opisu tego zdarzenia tak, jakby zrobiło to co najmniej kilku polskich autorów? No cóż… Moja robocza hipoteza jest taka, że wiedział, że nie musi. Zdawał sobie sprawę, że siła jego powieści tkwi w ciekawie skonstruowanej zagadce, interesującym bohaterze i dobrze poprowadzonej fabule. Potrzebował pokazać nam, że zabójca jest groźny i bezwzględny. Osiągnął swój cel. Bardziej szczegółowy opis byłby tylko próbą szokowania czytelnika tylko po to, żeby go zszokować.

    Bo nie chodzi mi o to, żeby nagle kryminały robiły się grzeczne i milutkie, a mordercy zwracali się do ofiar „dzień dobry, przepraszam, czy mogę panią zabić?”. Jednak należy pamiętać, że brutalność w kryminałach powinna do czegoś służyć. Weźmy chociaż za przykład „Gniew” Zygmunta Miłoszewskiego. Powieść, która skupia się na problemie przemocy domowej. I w której znajduje się sporo mocnych scen. Ale one są tej powieści bezwzględnie konieczne, bo pokazują to codzienne, ukryte, rodzinne okrucieństwo. Bez nich ta książka byłaby niekompletna. (to samo próbowałem nota bene osiągnąć w „Ranie”. Być może mi się nie udało, jeśli tak, to przepraszam. Ale nigdy moim celem nie było szokowanie, dla szokowania). I tutaj jest mój kolejny zarzut do „Osiedla RZNiW”. Wątek, o którym wspominałem na początku, jest po prostu niepotrzebny. Książka doskonale poradziłaby sobie bez niego. Co najśmieszniejsze, zupełnie nie pasuje on do reszty fabuły. A przy tym wszystkim, Miłoszewski jest dla swoich bohaterek, łagodniejszy niż Mróz. Ale pomimo tego, to jego sceny są bardziej poruszające.

    Bo ta brutalność, o której piszę, to szokowanie czytelników opisami kolejnych gwałtów i okrucieństw, po prostu nie działa. Pisałem, że scena gwałtu na „Osiedlu RZNiW” mną poruszyła. Ale poruszyła dlatego, że zobaczyłem, że najpopularniejszy pisarz w kraju postanowił dołączyć do tego idiotycznego festiwalu porno-przemocy. Czy zrobiło mi się niedobrze? Tak. Ale na takiej samej zasadzie, na jakiej robi się człowiekowi niedobrze, kiedy widzi rozmazaną kupę na chodniku. Obrzydliwe, ale co z tego? Chcecie Państwo poznać sceny, wątki, które naprawdę mną poruszyły? W „Gniewie” Miłoszewskiego jest rozdział, gdzie mamy opisany z perspektywy czteroletniego chłopca moment, kiedy odnajduje zabitą matkę. Niesamowity i bolesny obraz. Ale samo zabójstwo zostało popełnione wcześniej. Teraz czytamy tylko o leżącym bez ruchu ciele. Albo „Pan Mercedes” Stephena Kinga, gdzie przez pół książki drżałem z obaw o psa jednego z bohaterów, którego chciał zabić tytułowy zbrodniarz. Naprawdę wbiło mi się to do łba. A żeby było najśmieszniej – finalnie temu cholernemu psu nie spadł nawet jeden włos z ogona. Albo weźmy reportaże Przemysława Semczuka, który opisuje sprawy najgroźniejszych polskich seryjnych zabójców. Te książki są przerażające, chociaż o samych zbrodniach opowiada po prostu lakonicznie. Ale znowu, bardziej mnie one poruszają, niż te żałosne opisy seks lochów prosto z katalogu BDSM.

    www.unsplash.com/David von Diemar

    BO ZŁO TAK NIE WYGLĄDA!

    Ten zwrot ku brutalności martwi mnie także dlatego, że świadczy o pewnym braku empatii. Jakby autorzy naprawdę nie rozumieli, co właśnie opisali. Bohaterowie, bohaterki co prawda deklarują, że są wstrząśnięci, przerażeni, ale zachowują się tak, jakby zupełnie nic się nie stało. Ale co najgorsze, i tutaj dochodzimy do naprawdę przerażającej puenty – najwyraźniej to wszystko absolutnie nie przeszkadza czytelnikom.

    Jakiś czas temu przeczytałem powieść, której tytułu nie chcę podawać. Idiotyczna fabuła, idiotyczni bohaterowie, a do tego zawartość wypełniona morderstwami, gwałtami i przemocą. Ocena na lubimyczytac.pl? 8 na 10. Znakomita „Topiel” Jakuba Ćwieka? 7,1 na 10. Świetna „Wiara” Anny Kańtoch? 7,4 na 10. „Gniew” Miłoszewskiego? 7,7. „Około Północy” Mariusza Czubaja, jeden z najlepszych kryminałów zeszłego roku – marne 6,3.

    Mogę sobie narzekać na tę bezsensowną przemoc. Mogę kręcić głową. Mogę opowiadać, że te wszystkie sceny nie mają żadnego sensu i uzasadnienia fabularnego. „Osiedle RZNiW” było bestsellerem mijającego lata. Najbardziej obrzydliwa książka, jaką czytałem w swoim życiu, na lubimyczytac.pl ma wyższe oceny niż powieści Zygmunta Miłoszewskiego. Smutna rzeczywistość jest taka, że najwyraźniej czytelnicy chcą się taplać w krwi, flakach i spermie. I okej. Nie ma co się obrażać na rzeczywistość. Jest jak jest. Ale dobrych książek z tego nie będzie.

    Wojciech Chmielarz

  • Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz

    Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach

    Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.

    A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

    www.unsplash.com/Link Hoang

     

    A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.

    Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.

    I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.

    No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.

    Wojciech Chmielarz

  • „Jeszcze się nie pobiliśmy” – Chmielarz i Ćwiek o wspólnym pisaniu słuchowiska

    Wojciech Chmielarz i Jakub Ćwiek ogłosili wspólny projekt w trakcie Viralowych Targów Książki, które odbyły się na początku maja. Zapowiedzieli wtedy, że zamierzają napisać słuchowisko, ale szczegółów było jak na lekarstwo. Wiecie jak to jest, czasem pewne historie nie wychodzą poza moment ich ogłoszenia, czasem współpracownicy się kłócą, albo mają inne podejście do pracy.  Jak jest w tym przypadku? 

    W tej chwili oceniamy, że jesteśmy mniej więcej w jednej czwartej pracy. Co to znaczy? Mamy wymyśloną całość fabuły, rozpisane plany odcinków, co zawsze jest najtrudniejsze, a teraz pozostał nam ten najbardziej czasochłonny proces, czyli rozpisanie tego” – mówi Wojciech Chmielarz. Panowie zdradzają, że będzie to opowieść grozy, która toczy się w małym, fikcyjnym miasteczku na Opolszczyźnie. Niestety, więcej szczegółów w kwestii fabuły nie zdradzają. Nie mówią  też, gdzie słuchowisko będzie wyemitowane, bo trwa właśnie dopinanie szczegółów. Jeśli chodzi o codzienną pracę, to pisarze nie mają cichych dni, nie rzucają też słuchawkami. „W tej chwili jesteśmy już umówieni na dwie solówki. Jedna w rękawicach, druga na gołe pięści. Niestety, jeden z nas jest w tej chwili w Głuchołazach, drugi w Warszawie i trudno nam to było załatwić od razu. Poza tym negocjujemy warunki streamingu pay-per-view. A na poważnie – idzie zaskakująco dobrze. Chyba obaj traktujemy ten projekt jako przygodę, okazję, żeby nauczyć się czegoś od tego drugiego, zderzyć nasze wrażliwości i zobaczyć, co z tego wyjdzie” – dodaje Jakub Ćwiek.

    Jeśli chcecie zobaczyć materiał, w którym Jakub Ćwiek i Wojciech Chmielarz ogłosili współpracę, kliknijcie tutaj.