Tag: Jakub Ćwiek

  • Przyjaźń i dojrzewanie z falą powodziową w tle, czyli Jakub Ćwiek o „Topieli”

    Premier „Topieli” zbliża się tak szybko, jak fala powodziowa do Głuchołaz w 1997 roku. Właśnie tam, w swoim rodzinnym mieście, Jakub Ćwiek osadził akcję swojej najnowszej książki. Poszliśmy więc do Głuchołaskich Zakładów Papierniczych (dziękujemy za wpuszczenie nas!), byliśmy na moście, na którym dzieje się jedna z ważniejszych scen, a także weszliśmy do rzeki w miejscu, w którym czterej bohaterowie „Topieli”… I tutaj postawmy kropkę, bo nie możecie wiedzieć za dużo. W materiale występuje też Jan Ćwiek (zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa), który w 1997 roku musiał podjąć kluczową decyzję dla pewnego mostu. Jaką? Przekonajcie się sami oglądając naszą rozmowę o dojrzewaniu w rytmie nadciągającej fali. Tak, w książce są trupy, a krew miesza się z nadciągającą wodą. Premiera książki już 3 czerwca.

  • Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi

    Mam najlepszą pracę na świecie. No dobra, może poza byciem piłkarzem. Fakt jest taki, że pracuję o wiele więcej niż w czasach, gdy pracowałem na etacie, ale jednak jest zupełnie inaczej. Sam decyduję, czy pozostałe 150 stron książki przeczytam późnym wieczorem, a może zrobię to zaraz po obiedzie. Oczywiście, że rytm dni, tygodni i miesięcy wyznaczają terminy, nagrania, ale generalnie rzecz ujmując, bardzo wiele rzeczy mogę sobie zaplanować. Mam pewność, że w trakcie czytania nikt nie wyśle mnie nagle do obsługi katastrofy kolejowej, pożaru zabytkowego kościoła, ewentualnie karambolu na autostradzie A4. Nie piszę jednak tego żeby się chwalić, dziś chcę się trochę pożalić. Dlaczego?

    Dlatego, że czasem  w tej najlepszej pracy, poza byciem piłkarzem, opadają ręce. I co najgorsze, ręce opadają z powodu działalności potężnych mediów z potężnymi zasięgami. Przesłuchałem sobie pewną audycję w radiu X. Był tam cytowany fragment dziennika, który Krzysztof Zajas pisze na smakksiazki.pl. Może kojarzycie, bo te zapiski lądują na stronie od początku wprowadzenia się koronawirusa do naszego kraju, czyli od około dwóch miesięcy. Nie muszę Wam mówić, że jest to treść unikatowa, bo przecież Zajas nie pisze tych dzienników na tony, więc nie można ich znaleźć nigdzie indziej poza moim blogiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy redaktor prowadzący powiedział coś w ten deseń: „Twój dziennik można znaleźć w Internecie”. Nie muszę Wam dodawać, że nie padła nazwa miejsca, w którym publikowany jest dziennik, bo przecież potężna stacja radiowa nie ma obowiązku powoływania się na źródło. Idąc tym tropem, to pisząc o rankingu najlepiej zarabiających polskich pisarzy opublikowanym przez „Wprost”, powinienem napisać: „taki ranking znajdą Państwo w gazecie”?. Gdy dyskutuję o wynikach badań czytelnictwa Biblioteki Narodowej mam powiedzieć: „pewna instytucja przeprowadziła badania, a ich wyniki są dostępne w Internecie”? Czy powołanie się na źródło, z którego cytuje się fragmenty, albo powoływanie się na zamieszczoną tam informację jest aż taką ujmą?

    www.unsplash.com/Elijah O’Donnell

    Są też przykłady pozytywne. Kilka miesięcy temu w magazynie „Pocisk” redaktor Rafał Bielski pisząc o liście Jakuba Ćwieka do Remigiusza Mroza mógł napisać, że list został opublikowany w Internecie. Sprecyzował jednak, że konkretnie to miejsce w sieci nazywa się smakksiazki.pl. Nie dalej jak wczoraj powoływałem się na wywiad w radiu Tok FM, a w zeszłym tygodniu na rozmowę właścicielki Wydawnictwa Pauza z Marcinem Wilkiem na blogu „Wyliczanka”. Najlepszy szef, którego miałem, czyli Rafał Kurowski, wbijał nam do głów na każdym kolegium, że jeśli o sprawie pierwsza napisała „Gazeta Wyborcza”, to poinformujcie ludzi, że jako pierwsza o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Czy taka informacja sprawi, że materiał/program będzie gorszy? Nie sądzę.

    Jestem w stanie sobie wyobrazić linię obrony, która może brzmieć tak: „nasze zasady korporacyjnie nie pozwalają nam na powoływanie się na inne media”. Przyjmuję, ale w takim razie nie korzystaj redaktorze z pracy innych mediów, nawet sto razy mniejszych i milion razy mniej znaczących. Tutaj mógłbym zakończyć, ale dodam tylko, że tytuł nie jest wymyślony przeze mnie. Pochodzi z piosenki „Przy słowie”, którą napisał Kazik Staszewski. Chociaż nie, nie tak. Piosenkę znajdziecie Państwo w Internecie – tak jest idealnie.

    Adam Szaja

  • Wspólna książka? Nie. Wspólne słuchowisko? Owszem

    W trakcie Viralowych Targów Książki wydarzyło się wiele ciekawych rzeczy, ale największym hitem jest wspólna deklaracja Wojciecha Chmielarza i Jakuba Ćwieka, że od najbliższej niedzieli zaczną prace nad wspólnym słuchowiskiem. Jak przyznali pisarze, pomysł chodził im po głowie od pół roku, więc w końcu słowo ciałem się stanie. Z racji tego, że obaj uwielbiają twórczość Stephena Kinga, to ich słuchowisko będzie opowieścią grozy. Kiedy skończą? Jaki będzie tytuł? Kto podejmie się produkcji? Tego na razie nie wiemy, ale musicie przyznać, że to może być bardzo owocna współpraca. Szczególnie dla czytelników, a raczej słuchaczy. Zobaczcie zresztą sami, co Chmielarz i Ćwiek mówią o swoim pomyśle. 

     

     

  • Program Viralowych Targów Książki

    Podobnie jak nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji, tak my nie spodziewaliśmy się, że zorganizujemy 20 godzin spotkań na żywo w trakcie jednego weekendu. Nie ukrywajmy, mamy obawy, bo przecież to nie są spotkania twarzą w twarz, gdzie w najgorszym wypadku możemy zahaczyć łokciem o szklankę z wodą. Tutaj tych niebezpieczeństw jest więcej, ale głównym jest sieć. Czy u wszystkich gości Internet będzie hulał? A może u nas coś się wydarzy i przerwie transmisję? Oby nie, ale wizualizujemy sobie najgorsze, a spodziewamy się najlepszego. Jak powstały Viralowe Targi Książki? Teraz powinna pojawić się opowieść, że myśleliśmy o tym od miesięcy, a za młodu mieliśmy nad łóżkiem plakaty z logiem targów. No nie. Pogadaliśmy z Jakubem Ćwiekiem przez telefon, ktoś coś rzucił, druga strona dorzuciła swoje, a trzy dni później mieliśmy logo. Zdajemy sobie sprawę, że wszystkim nie dogodzimy. Jeśli będziecie chcieli zobaczyć  Mamy jednak dużego partnera, czyli Legimi, więc oddajemy w Wasze ręce literacki weekend. Czujcie się zaproszeni, a jeśli nie możecie uczestniczyć na żywo, to wszystkie spotkania zapiszą się na Facebooku, możecie do nich wrócić później.

    Sobota

    10:00 Czy piłkarze czytają książki? I co sprawia, że po zakończeniu kariery część z nich sięga po pióro? O tym opowiedzą byli reprezentanci Polski, czyli Tomasz Łapiński („Szmata”) oraz Sebastian Mila (Słodko-gorzki świat piłki nożnej). Prowadzenie: Adam Szaja.

    11:00 Marta Guzowska opowie o różnicach między pisaniem dla dzieci oraz dla dorosłych. Tematem rozmowy będzie też najnowsza książka pisarki – „Zagadka ducha Chopina”. Prowadzenie: Adam Szaja.

    12:00 Porozmawiamy też z Wojciechem Staszewskim o jego najnowszej książce „Ewangelia według św. Józka”. Prowadzenie: Jakub Frołow (Legimi).

    13:00 Marcel Woźniak opowie o Leopoldzie Tyrmandzie, wszak rok 2020 to czas „Lolka”. Będzie sporo anegdot, a także kilka słów o nowej książce Marcela, której bohaterem będzie właśnie Tyrmand.

    14:00 Z Zośką Papużanką porozmawiamy przede wszystkim o jej najnowszej książce „Przez”. Prowadzenie: Barbara Gawryluk.

    15:00 O tym czy naprawdę istnieje coś takiego jak literatura kobieca oraz co znaczy dla rynku książki fakt, że większość czytelników to kobiety porozmawiamy z Magdaleną Witkiewicz oraz Martą Kisiel . Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    16:00 Podczas panelu kryminalnego z debiutantami – Joanną Dulewicz, Michałem Kuzborskim i Konradem Grześlakiem – twórcy opowiedzą o swoich nadziejach i obawach związanych z byciem ludźmi pióra. Prowadzenie: Robert Małecki.

    17:00 Podczas spotkania autorskiego Rafał Kosik zdradzi (albo nie), czy można sobie wychować czytelnika oraz jakie ma na to sposoby. Oczywiście poza innymi tematami, które poruszymy. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    18:00 Magdalena Grzebałkowska i Maciej Siembieda zastanowią się nad tym, czy reportaż ma płeć. Prowadzenie: Adam Szaja

    19:00 Czy pisarze ze sobą rywalizują, a może jest możliwa prawdziwa wzajemna życzliwość w branży literackiej? Zastanawiać się będą Wojciech Chmielarz i Jakub Ćwiek. A ponieważ spotkanie odbędzie się tuż przed premierą „Wyrwy” Wojtka, nie zamierzamy unikać pytań na jej temat! Prowadzenie: Adam Szaja

    20:00 Piotr Marecki opowie o swojej podróży przez Polskę powiatową oraz o hejcie, który wylał się na jego najnowszą książkę „Polska przydrożna”. Prowadzenie: Adam Szaja

    21:00 Świeżo po najnowszej książce Stephena Kinga zastanawiamy się nad rolą horroru w Polsce i jego przyszłością. Czy Polacy lubią się bać oraz czym pisarze mogą nas jeszcze przestraszyć porozmawiamy z Wojciechem Gunią i Jakubem Bielawskim. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    www.unsplash.com/Patrick Tomasso

    Niedziela

    10:00 „Glatz. Kraj Pana Boga” to książka Tomasza Duszyńskiego, która ukaże się co prawda dopiero w czerwcu, ale już na Targach porozmawiamy o niej, o poprzednim Glatzu jak również o innych projektach autora, także tych skierowanych do najmłodszych. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    11:00 Jak wydawać żeby przetrwać? O losie mniejszych wydawców w czasie pandemii opowie nam Anita Musioł, szefowa Wydawnictwa Pauza oraz Michał Chlabicz z Oficyny 4eM. Prowadzenie: Adam Szaja

    12:00 Joanna Gierak-Onoszko podzieli się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi Kanady, w której spędziła dwa lata, sprawdzając, co ukryto pod tamtejszą kulturową mozaiką. Na podstawie tych obserwacji powstała książka „27 śmierci Toby’ego Obeda”. Prowadzenie: Agnieszka Błaszczyk (Legimi).

    13:00 Tu Internet będzie się musiał wykazywać najbardziej, bo zamierzamy Was zabrać aż na Meekhańskie Pogranicza. Przewodnikiem będzie niezrównany Robert E. Wegner. Prowadzenie: Jakub Ćwiek

    14:00 Zabijając śmiechem, to z kolei rozmowa o komedii kryminalnej, w której udział wezmą: Katarzyna Berenika Miszczuk („Ja cię kocham, a ty miau”), Jacek Galiński („Kratki się pani odbiły”) oraz Alek Rogoziński („Teściowe muszą zniknąć”). Prowadzenie: Adam Szaja

    15:00 Czy w sieci łatwiej przetrwać kryzys? Mikołaj Małaczyński z Legimi oraz Marcin Beme z Audioteki potwierdzą lub obalą ten mit. Prowadzenie: Krzysztof Domaradzki (Forbes).

    16:00 Mira Marcinów opowie o swojej książce „Bezmatek”, brutalnej opowieści o pragnieniu życia i ucieczce od umierania oraz historii wielkiej, szalonej i zachłannej miłości, jaka może wydarzyć się tylko między matką a córką. Prowadzenie: Łukasz Wojtusik

    17:00 Natasza Socha zdradzi jak z dziennikarki stać się pisarką i jakie wiążą się z tym trudności. Nie zabraknie też tematu „Zamrożonej” oraz majowej premiery, która zbliża się wielkimi krokami. Prowadzenie: Katarzyna Domańska (Legimi)

    18:00 Czy promowanie literatury w czasie pandemii to rzecz miła, łatwa i przyjemna? Swoimi doświadczeniami podzielą się: Magdalena Śniecińska z Wydawnictwa Marginesy, Maciej Marcisz z Grupy Wydawniczej Foksal oraz Piotr Stokłosa z Wydawnictwa SQN. Prowadzenie: Adam Szaja

    19:00 Rozmowa z Sigríður Hagalín Björnsdóttir o „Wyspie”, która nagle stała się bardzo aktualną książką, a także o „Świętym słowie”. Islandzka pisarka zdradzi też swoje najbliższe plany literackie. Spotkanie w języku polskim, tłumaczyć będzie Agnieszka Ziajka-Małecka. Prowadzenie: Adam Szaja

    20:00 Profesor Krzysztof Zajas zagłębi się w książkę „Jest krew”, czyli najnowsze opowieści Stephena Kinga.

  • „Time to say goodbye”, listopadowy (ostatni) felieton Jakuba Ćwieka

    Nadszedł czas. To mój ostatni cykliczny felieton dla smakksiazki.pl. Zawsze w takich momentach mówi się, że to nie była łatwa decyzja, że będzie mi brakowało, że może kiedyś wrócę. „To nie żegnaj, a do widzenia” zwykło się w takich sytuacjach mówić czy pisać. Pierdolenie. Pisząc pierwsze zdanie tego tekstu poczułem ulgę. Z dwóch powodów, z których pierwszy jest prozaiczny i towarzyski.

    Wreszcie przestanę psuć sobie opóźnieniami tych felietonów relację z dbającym tu o Was Adamem! Ileż to bowiem razy było tak, że gdzieś w trasie dostawałem nagle wiadomości „ej, pamiętasz o mnie?” co skutkowało głośną ją macią i zjechaniem na pobocze czy MOP, by wyjąć komputer i napisać tych kilka dawno przemyślanych, ale nie zliterowanych jeszcze słów. Ale to, jak mówię, powód mniejszy, prozaiczny, towarzyski. Drugi jest ważniejszy: nie ma już w zasadzie nikogo, kto mógłby się na mnie za te teksty bez sensu obrazić! Jeśli jesteście tu ze mną dłuższą chwilę to wiecie, że było tego trochę. Po tym jak napisałem tekst o tym, że dziś funkcję literackich krytyków coraz częściej przejmują nieprzygotowani do tej roli blogerzy i spada na nich przez to za duża odpowiedzialność, jedna trzecia środowiska uznała, że odbieram im prawo bytu.

    Gdy w innym tekście napisałem o dość toksycznej relacji między tymi blogerami a wydawcami wymuszającymi pozytywne recenzje grożąc zerwaniem współpracy, podpadłem sporej części tych, co zostali. A potem to już sami pewnie pamiętacie: pytania o sens akcji promujących czytelnictwo bez jednoczesnego dbania o jakość opowieści, zwracanie uwagi na nieuczciwe praktyki marketingowe, niebezpieczeństwa przeludnionych Targów i tego w jaki potem sposób próbowano to „zbombardować PRowo”, głos w sprawie tego jak i dlaczego dzielimy literaturę i wreszcie mój otwarty list do Remigiusza Mroza, który odbił się szerokim echem, choć mało kto go przeczytał. A przynajmniej przeczytał z uwagą. Ci bowiem czytelnicy, którzy się z tekstem zapoznali wiedzą, że nie samo tempo pisania Mroza było moim zarzutem, a idący za nim brak rzetelności. Co zwłaszcza w kontekście spraw ważnych społecznie jest co najmniej nieodpowiedzialne. Ale przecież łatwiej było krytykom i propagatorom zarzucić mi zawodową zazdrość niż zauważyć, że swym przyklaskiem bądź milczeniem stają się owej szkodzie współwinni.

    www.unsplash.com/Bernard Hermant

    Kończę pisać te felietony nade wszystko dlatego, że… nie mają sensu. Nie dlatego tylko, że rynek książkowy w Polsce pełen jest problemów czy wręcz patologii. Choć jest i to z każdej strony patrząc. Kończę je pisać, bo przestałem wierzyć, że kogokolwiek skłoniłem za ich pomocą do choćby przemyślenia tematu. Do zastanowienia się, do sformułowania kontrargumentu. Pisałem do przekonanych, a nieprzekonani się obrażali. W sformułowanych myślach jedni i drudzy wyławiali tylko pasujące im słowa klucze. Kontekst, związek przyczynowo skutkowy, argumentacja i spójność wywodu… cóż, tego już nikt nie szuka. Tego już nikt nie chce wskazywać. Wszyscy piszą do przekonanych, do swoich wąskich grupek. Czekają na zdania „nic dodać, nic ująć” „w punkt” i całą resztę. A mnie to już zwyczajnie niepotrzebne. Nie zależy mi na tym, by być werbalizatorem, trybunem ludzi podobnie myślących. Chciałem tu pogadać o literaturze i o tym co zrobić, by znowu miała wartość inną niż okładkowa. Na obecną chwilę jednak mój plan jest taki, by wciąż starać się uczyć od najlepszych i pisać coraz lepiej. Nie być żadnym głosem wołającym na puszczy czy innej pustyni. Zamiast tego być coraz lepszym pisarzem gatunkowym. Bo są przykłady, że wciąż się da. Mimo wszystko. Dziękuję, Adamie za tę kolumnę, Wam za czytanie. Do zobaczenia na Drodze.

    Jakub Ćwiek

     

     

  • „Treści w krainie podcastów”, październikowy felieton Jakuba Ćwieka

    Lubię podcasty tematyczne. Oczywiście nie wszystkie, wiele zależy od tematu, ale oprócz konkretnych tytułów, które nie czas i miejsce wymieniać, podoba mi się sama idea. To trochę podobnie jak z blogami tematycznymi. Lubię jak ktoś czasem skondensuje dla mnie wiedzę, przedstawi ją fajnie i zwięźle, pomoże mi być na bieżąco w kwestiach, które interesują mnie nie dość, by się wgłębiać na poważnie, ale mimo wszystko troszkę.

    Lubię, gdy ludzie w podcastach rozmawiają. I nie mam tu na myśli wywiadów, ale faktyczną rozmowę na jakiś temat, gdzie oprócz przekazywanej wiedzy pojawia się jakiś do tej wiedzy komentarz, czasem żart, czasem jakaś osobista anegdota.

    Lubię, gdy we wpisach blogowych widać styl blogera, jego faktyczne zainteresowanie tematem, wnioski.

    Słowem, niezależnie od medium, lubię, to, co w przekazywaniu opowieści podobało mi się zawsze – wykorzystanie konkretnej platformy, by jak najlepiej oddać daną historię. Bo tak, blog czy podcast mogą być nośnikiem opowieści równie dobrym, co powieść, komiks, stand up, teatr, piosenka czy film. I też ma swoją specyfikę.

    To, czego natomiast nie lubię…

    Po pierwsze nie znoszę żerowania na czyjejś pracy. Niedawno głośna była u nas sprawa blogera, który przywłaszczał sobie cudze tematy i cudze prace i publikował je w sieci jako swoje materiały. Mniejsza o personalia i dane, ale zaskakujące wydaje się zjawisko. W dzisiejszych czasach programów antyplagiatowych, w czasach ogromnych baz tekstowych, cyfrowych bibliotek etc. proces uchodził typkowi bardzo długo, popularność rosła, a nowe teksty pojawiały się jeden po drugim i budowały renomę i prestiż. Bo tak, tematy były bardzo różne, zadania domowe w tekstach odrobione na tip top, moc opowieści godna profesjonalnego reportażysty. Bo i rzeczywiście były to opowieści tworzone przez reportażystów, a przez typka jedynie zaadaptowane na bloga bez podania źródeł. Za to za darmo, bądź za dobrowolne składki patronów.

    Jak to się mogło stać? Dość prosto! Ludziom wiedza uzyskana z przeczytania notki blogowej w całości wystarczała, więc nie zgłębiali tematu, bo nie czytają książek. Skoro nie zgłębiali tematu, nie mogli wiedzieć, że wpisy to teksty kradzione i przemalowane na nowy kolor dla niepoznaki.

    To oczywiście dość skrajny przypadek, ale można podać szereg mniejszych, nie tak oczywistych prawnie, a mimo to nie dających mi spokoju. Oto bowiem niezwykle często trafiam na podcasty i blogi, które, jeśli nie są lifestylem, a rzeczywiście programem tematycznym, rżną streszczenia pojedynczych książek. Nie dokonują kompilacji, porównania materiałów. Nie, są brykami jednej, konkretnej pozycji, konkretnego autora. Opowiedziane swoimi słowami, więc bez jakiegokolwiek odniesienia do źródeł. Inaczej więc mówiąc, ktoś odwalił pracę reasercherską do książki, a ktoś inny ograniczył się do zrobienia notatek z gotowej książki i przeczytania tychże, bądź powiedzenia ich własnymi słowami w ramach nagrania. No trudno się dziwić, że nowe formy wypierają stare. To trochę tak, jakby dzieci podkradały rodzicom pieniądze i obnosiły się dumą, że są bogatsze od swoich starych!

    www.unsplash.com/Markus Spiske

    Nie zrozumcie mnie źle. To nie tak, że uważam, że forma jaką jest podcast czy blog tematyczny musi być wtórna wobec książek reporterskich. Znam szereg świetnych podcastów, gdzie ludzie robią naprawdę dobrą robotę od początku do końca i zdobywają markę tak, jak należy. Ale ogrom tego na co trafiam idzie na łatwiznę. I zalewa nas kradzionymi treściami, tłumacząc się bełkotliwie i zwykle bezzasadnie prawem cytatu.

    Po drugie nie podoba mi się niezwykle częsty brak przykładania się do formy. I znowu, znam szereg wyjątków, ale ogrom tego, co czytam i słucham to streszczenia bez krztyny finezji, albo z formą niedopasowaną kompletnie do przekazywanych treści. To ostatnie zresztą niezwykle często towarzyszy twórcom z drugiej ręki. Dla nich to tylko temat przeczytany i streszczony, nie przeżywany na etapie zbierania materiałów, porządkowania ich, dobierania i spisywania. W tym znaczeniu blogerzy i twórcy podcastów są jedynie nieudolnymi odtwórcami i trudno ich za to szanować.

    Zmierzam do tego, że patrzę na rozwój rynku podcastowego w Polsce (bo ten jest, zwłaszcza u nas, wciąż dość świeży, choć już nie nowy) z pewnym niepokojem i z pewną nadzieją. Nadzieją, bo to forma z ogromnym potencjałem, co czasem tu i tam widać. Miksy wywiadów, felietonów, opowieści ogniskowych, dyskusji i szeregu innych form dają możliwości o których wielu się nie śniło, a dodatkowo Internet daje potencjalne zasięgi.

    Niepokojem, bo to, co widzę to bardzo szybkie pójście w tempo kosztem jakości dostarczanego materiału *. Internet to medium szybkie, w natłoku rzeczy rozbłyskają i gasną, ale to nie powinno usprawiedliwiać twórców. Nie można mówić, że taka czy inna forma wygrywa z książką, gdy wszystko co czasochłonne owa nowa forma z tej książki czerpie, a resztę kastruje jako niepotrzebną.

    Dlatego apeluję. Jeśli traficie na fajny podcast czy blog, a w nim interesujące treści, zgłębcie temat. A jeśli, czego nie życzę, okaże się, że owa fajność wpisu czy nagrania jest tak naprawdę zasługą kogoś innego, czyjejś ciężkiej, ukradzionej pracy, tępcie, nagłaśniajcie, zgłaszajcie **. Posprzątajmy blogosferę i strefy podcastowe. Niech twórcy dają nam nową jakość, a nie nowe szaty Cesarza.

    * I tak, u pisarzy też to się zdarza, podkreślałem to po wielokroć, więc może już wystarczy, by nikogo nie piekły uszy.

    ** To samo tyczy się plagiatów książkowych, jak choćby ostatni, całkiem głośny, podróżniczy, ale felieton jakby nie o tym.

    Jakub Ćwiek

  • „Krótka rozprawa o dmuchaniu…”, czyli wrześniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznijmy od wyliczanki: „Myszy i ludzie” Steinbecka, „Wielki Gatsby” Fitzgeralda, „Miedziaki” Whiteheada, „Wielki marsz” Kinga, „Wysokie okno” Chandlera, „Stary człowiek i morze” Hemingwaya, „Upiór rodu Canterville’ów” Wilde’a.

    Co łączy wszystkie te historie? Po pierwsze wszystkie są bardzo dobre i warte przeczytania. Większość to klasyki, a te dwie pozycje, które nimi, być może jeszcze, nie są, to również dzieła znanych i docenianych twórców. To jednak na co chcę zwrócić Waszą uwagę to fakt, że wszystkie książeczki są króciutkie, treściowo skondensowane. Czy też, by wyrazić się dosadniej, pozbawione zbędnego pieprzenia.

    Widać to szczególnie w oryginalnych wydaniach. Język angielski pełen jest bowiem słów krótkich, jedno, dwusylabowych, które łatwiej zmieścić na jednej stronie. A skoro można je tak zmieścić, to czy naprawdę jest sens pompować tych stron więcej i więcej? Nasze wydania są grubsze, obszerniejsze z automatu – tekst przetłumaczony na polski zyskuje na objętości, bo nasze słowa są często dłuższe, a do tego dochodzą często bardziej rozbudowane idiomy etc.

    Ale mimo tego, że każda u nas wydana książka i tak, automatycznie, zyskuje tak z pięćdziesiąt procent objętości, to i tak zdaje się nie wystarczać. Bo nasze książki muszą być grube.

    www.unsplash.com/Ehimetalor Unuabona

    Dlaczego? Bo tego chce czytelnik. Tego się domaga! Tego oczekuje jego wewnętrzny księgowy, który widząc książkę mającą dwieście pięćdziesiąt stron nie wyda na nią trzydziestu pięciu złotych, bo mu się nie opłaca. Bo przecież wchłonie to raz dwa, w jeden wieczór, a czterdzieści złotych za rozrywkę na jeden wieczór to przecież szastanie pieniędzmi!

    Staliśmy się więc niewolnikami słowotoku. Popularna książka nie może schodzić poniżej pewnej liczby stron, bo ją zwyczajnie na półkach ominiemy. Drobnica nas nie interesuje. Mamy poczucie, że w krótszej historii nie zdążymy się zżyć z bohaterami, że nie ma szans, by na takiej liczbie stron znalazła się wystarczająco dobra historia. Co więc musi zrobić autor mający dobry pomysł, ale jednocześnie świadomy potrzeb rynku? Musi swoją opowieść rozwodnić.

    Jeszcze więcej pojawia się pisarzy, już w tym trendzie „zrodzonych”, którzy są kompletnie nieświadomi, że można krótko i to żaden wstyd czy ujma. Ci pompują w swoje książki tony syfu według porad z podręczników: „jak napisać bestseller”. Czyli milion zwrotów akcji, milion zagadek pobocznych, a w tym wszystkim rozmywający się główny wątek.

    Słowotok to pisarska choroba. I rzeczony słowotok rozumiem tu w znaczeniu nie „pisanie długich powieści”, bo czasem objętość jest zasadna, a w nadprodukcji słów i motywów zbędnych dla historii. Nie podejmujemy wysiłku, by ująć coś sugestywnie w jednej scenie, bo jesteśmy tego oduczani. Nie ma co się oszczędzać, bo więcej znaczy lepiej. W ogromie znanych mi przypadków, długość opisów wynika, paradoksalnie, z niedostatków warsztatu, a nie z jego właściwego opanowania. Lub z leniwego trzymania się utartych niegdyś szlaków.

    Patrząc na to w tym świetle, sztuczki wydawców mam za mniejsze zło. Za dostosowanie się do zasad rynku. Bo czy na przykład chciałbym, żeby Wydawnictwo Albatros czekało z „Miedziakami” na kolejną książkę Whiteheada, by wydać je zbiorczo, czy wolę, żeby to, czego nie zrobiło samo tłumaczenie, dopompowano rozłożystym fontem i szerokimi marginesami, tak by pasowało miłośnikom grubych grzbietów? Oczywiście, że stawiam na opcję drugą, bo to najwygodniejszy kompromis.

    www.unsplash.com/Sharon McCutcheon

    Nadal jednak widzę niebezpieczeństwo samego zjawiska. Więcej, pulchniej, rozłożyściej. Zupełnie bez potrzeby.

    Ktoś powie: ale ja lubię kiedy powieść jest obszerna, kiedy można się w nią wgryźć. I ja to rozumiem. Co więcej, sam tak mam. Lubię. Ale musi to wynikać z wymogów historii, która sama w sobie jest obszerna wymagająca poświęcenia jej dłuższej uwagi. Nie chciałbym, żeby ktoś skracał mi „Ojca chrzestnego”, bo pomimo kilkukrotnej lektury nie widzę tam specjalnie zbędnych scen czy zbędnego gadania. Podobnie rzecz się ma z, dajmy na to, „Gronami gniewu„. Ale gdybyśmy tylko spojrzeli na literaturę krytyczniej, zauważylibyśmy, że takich tytułów, zwłaszcza współcześnie, nie jest tak wiele. Dziś wielu z nas po prostu marnuje słowa.

    Jak temu zaradzić? Przede wszystkim, uważam, doceniając opowiadania. Za każdym razem, gdy czytam gdzieś, że ktoś nie lubi opowiadań, że nie odpowiada mu ta forma, jest mi zwyczajnie przykro. Bo opowiadania są solą pisarstwa, są lekcją warsztatu, lekcją pokory. Pokazaniem nam, pisarzom, że liczy się historia, nie rynek, nie nasze ego. To opowiadania tworzą dobrych pisarzy, więc chcąc dbać o rozwój literatury, powinniśmy rzeczonych opowiadań przyswajać jak najwięcej i zachęcać pisarzy do ich pisania i publikowania. To najlepsza wizytówka, najlepszy przykład na to, czy umie zapanować nad warsztatem i historią i opanować słowotok.

    A jeśli już trafi się współczesny autor, który odważy się napisać książkę krótką, ale treściwą, wyważoną i bez zbędnego gadania, dajmy mu szansę, a nie przeliczajmy stron na złotówki.

    I skoro już przy tym jesteśmy, to oprócz wyliczanki z początku, polecam „Około północy” Mariusza Czubaja. Nie równam tej książki z tamtymi, ale jeśli lubicie jazz, zabawę z kryminalną konwencją i zwarte, solidne historie, to mam dla Was pomysł na wieczór. Tak, jeden wieczór. Ale jaki!

    Jakub Ćwiek

  • „Zawodowiec? Nie polecam”. Sierpniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Ostatnio w ramach festiwalu Confiction – nowego popkulturowego wydarzenia na polskiej mapie – odbył się panel na temat tego czy pisanie to dobry pomysł na karierę i czy warto przejść w nim na zawodowstwo.

    I cóż, spokojnie mógłbym uczynić z tego tekstu najkrótszy felieton jaki kiedykolwiek napisałem. Wystarczyłoby, żebym napisał „raczej nie polecam” i byłoby po wszystkim. Ponieważ jednak zdaję sobie sprawę, że to teza dość śmiała, nieco kontrowersyjna i zaskakująca u, było nie było, zawodowego pisarza, pozwolę sobie tę myśl rozwinąć.

    Zacznijmy od korzyści bycia pisarzem zawodowym. Tu niewątpliwie na pierwszą linię wysuwa się możliwość zarabiania na opowiadaniu historii. Wszyscy chyba znamy powiedzenie „rób to co kochasz, a nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia”. To zdanie jest głupie i skrajnie nieprawdziwe, ale w jakiś sposób działa na naszą wyobraźnię. Spisywać opowieści, które siedzą nam w głowie i jeszcze dostawać za to pieniądze? No bajka. Dar od losu.

    W drugiej kolejności dołożyłbym tu możliwość spotykania się z czytelnikami. To nie tylko fajna okazja do poznania nowych ludzi – wielu moich dziś już przyjaciół poznałem właśnie tą drogą – nie tylko fajna opcja na podbudowanie poczucia własnej wartości, ale także niejednokrotnie źródło dodatkowego zarobku z bibliotecznych czy księgarnianych honorariów.

    Jest też punkt trzeci, nieco życzeniowy. Zawsze jest szansa, że twoją opowieścią zainteresuje się świat filmu czy ostatnio gier, wcześniej może trafi ci się ktoś, kto zabierze twoje książki w zagraniczną podróż tłumaczeniową. Słowem, jeśli masz szczęście, to na tym samym będziesz zarabiać długo i w zróżnicowany sposób. A może jeszcze hollywoodzki aktor czy aktorka podziękują ci potem na jakiejś gali?

    www.unsplash.com/Patrick Fore

    Tak, to wszystko są plusy i nie będę kłamał, twierdząc, że nie mogą być one wystarczające. Kierowały mną one gdy piętnaście lat temu słałem swoją pierwszą książkę do wydawcy i w zamian dostałem do podpisania umowę. W jakimś stopniu, bo zweryfikowane, kierują również dzisiaj, bo dwa na trzy to wciąż całkiem nieźle, prawda?

    A mimo to z jakiegoś powodu niespecjalnie polecam pisanie jako zawód. Dlaczego?

    Paradoksalnie za sprawą sprofesjonalizowania się polskiego rynku wydawniczego. To, że dziś wydawcy mogą sobie pozwolić na zatrudnianie prawdziwych specjalistów od marketingu – i niektóre rzeczywiście to robią – że stać ich na reklamę outdoorową, że podejmują crossowe działania z filmowcami, że profesjonalizują się festiwale i udaje się docierać do masowego odbiorcy jest jednocześnie szansą dla niektórych, nielicznych autorów i zabójstwem dla całej reszty.

    Oto bowiem, jak na wszystkich innych polach gdy pojawia się moda, korzysta na niej kilka podmiotów, a reszta skazana będzie wymogami rynku nade wszystko na trzaskanie nieoryginalnych, gotowych formatów dopasowanych pod oczekiwania. To troszkę jak z polskimi kabaretami. Jeśli się przyjrzycie, zobaczycie, że – nieważne co sądzicie o nich dziś – że zanim na dobre zaczął się kabaretowy boom, cotygodniowe programy w telewizji, dziesiątki imprez na setki jeśli nie tysiące ludzi etc. mieliśmy szereg odważnych, pomysłowych grup tworzących masę autentycznie śmiesznych i niegłupich skeczy. Dziś tempo i jednocześnie konieczność dotarcia jak najszerzej wypala tę gałąź rozrywki i choć jej nie wykończy ekonomicznie, odbierze resztki artyzmu nawet tym ostatnim nielicznym wizjonerom.

    Z pisaniem jest podobnie. W dzisiejszych tytułach oryginalności wystarczy ledwie szczypta, bądź nawet pozór, reszta musi być formatem, bo format jest nam potrzebny. I żeby nie było wątpliwości, ja lubię formaty, ale nie każdy jest Lee Childem, by jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko. Trzymać latami ten sam schemat, a jednocześnie utrzymywać świeżość.

    Reszta autorów albo ma tyle talentu i odwagi co Zygmunt Miłoszewski, który będąc u szczytu kryminalnej sławy, przerzucił się z ostatnią powieścią na, było nie było, fantastykę, albo szarpie się jak Mariusz Czubaj, u którego z podejściem do wspomnianych formatów bywało ostatnio różnie, ale szczęśliwie wygrała liryczna strona autora, która zaowocowała świetnym „Około północy”.

    Wreszcie są tacy, którzy będą się szarpać, a wreszcie się pogodzą, dadzą sformatować i zrobią co się im każe, wciąż mówiąc sobie, że to nadal lepsze niż biuro i robota od ósmej do szesnastej.

    Ostatnia grupa to ci, którzy już na starcie przyjdą sformatowani, skupieni na ekonomicznym sukcesie i w korporacyjnym trybie zadaniowym. Dla nich pisanie gotowymi schematami będzie przyjemnością, bo przesadna kreatywność to nieproduktywne zużywanie czasu.

    Tyle, że tu pojawia się pułapka. Jeżeli człowiek chce już zaprząc korpomyślenie do zarabiania pieniędzy, to jest dużo dziedzin, w których tych pieniędzy jest dużo więcej. W których pomysły można kapitalizować szybciej i może niekoniecznie prościej, ale dawkując zaangażowanie względem tego ile przyniesie.

    W kwestii czasu spędzanego przy pracy, też nie jest tak kolorowo. Bo co prawda nikt przy pisaniu nie wymaga odbicia karty, ale też każdy pisarz to powie, książka nie opuszcza autora tak długo jak powstaje. Każda zagwozdka nie zawiesza się na kołku o szesnastej i nie odwiesza następnego dnia rano. Problemu fabularnego nie da się odłożyć, paniki związanej z sypiącym się wątkiem nie przetłumaczę sobie na „jakoś to będzie”. Bo może wcale nie być. Może po prostu to nie jest dobra, spójna opowieść, tylko nie zauważyłem tego na starcie i teraz brnę w błoto.

    Ostatnia rzecz to owo pracowanie i kochanie, do którego nawiązałem na początku. Z tym jest trochę jak z parami pracującymi razem. Jasne, niektórym się udaje. Nader często jednak dzieje się tak, że zacierają się granice, co jest pracą, co jest domem, które problemy są z której szufladki. W pewnym momencie może cię zwyczajnie obrzydzać nie tylko pisanie, ale samo obcowanie z pisanym słowem. Za dużo miłości, może cię zabić, jak śpiewał Freddy Mercury. W tym przypadku to działa.

    Ktoś może w tym momencie wreszcie zwrócić mi uwagę: hej, stary, ale jak to jest, że Ty piszesz tu, że nie polecasz, a sam jednak z pisania i opowiadania historii żyjesz? Wbrew pozorom nie ma tu ani hipokryzji, ani podstępu. Nie polecam, bo wszystko co powyżej. A sam piszę bo:

    Po pierwsze, jestem minimalistą i generalnie nie potrzebuję do życia za wiele. Po drugie, zainwestowałem w to wszystkie punkty umiejętności, więc zwyczajnie to nie umiem wiele więcej. Wreszcie po trzecie, ja tak naprawdę nigdy nie postanowiłem, że zostanę zawodowym pisarzem. Po prostu opowiadałem historie z czystej pasji tak długo, aż okazało się, że mogę całkiem nieźle radzić sobie z tantiem.

    I tę ścieżkę, mimo licznych tarć po drodze mógłbym nawet polecić. Tyle, że wymaga ona wielkiego życiowego nieogarnięcia przez półtorej najważniejszej dekady życia. Ktoś reflektuje?

    Jakub Ćwiek

  • „Rewolucja błaznów”, czerwcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznę filmowo.

    Z zaciekawieniem obserwuję zamieszanie jakie towarzyszy, od pierwszego w zasadzie wywiadu, nowemu dziełu Patryka Vegi. Mowa tu o filmie „Polityka”, który, wedle zapowiedzi, ma mówić o tym jak deprawuje władza. I to tak ogólnie, uniwersalnie, jak i konkretnie, z odniesieniami do konkretnych osób z naszej aktualnej sceny politycznej. Kilka dni i głos na temat tego, nieistniejącego przecież jeszcze filmu, zabrał czołowy polityk kraju, mówiąc o tym, że to precyzyjnie wymierzony polityczny atak.

    I mniejsza nawet czy tak jest w istocie. Chodzi raczej o to, że można by odnieść wrażenie, iż artysta (pokuśmy się w tym miejscu, na potrzeby tekstu, o bardzo szeroką definicję tego terminu, nie sięgającą do oceny jakości dzieła) ma moc sprawczą. Ma siłę wpływania na społeczeństwo przez ukierunkowanie bądź porządkowanie faktów w spójny, jednolity strumień wniosków.

    W końcu, jak powiedzą niektórzy, film „Kler” rozpoczął rewolucję, film „Tylko nie mów nikomu” pociągnął ją dalej. Teraz to się zadzieje!

    Tyle, że to nieprawda. Bo, obawiam się, zatraciliśmy zupełnie, na własne życzenie zresztą, chęć odbierania popkultury – w tym literatury – jako komentarza bądź instrukcji rzeczywistości. Inaczej i prościej mówiąc, to co w książce czy filmie, nie ma realnego przełożenia na to, co w życiu.

    A przecież mogło być tak pięknie. Kiedy na bestsellerowy piedestał wstąpił Larsson ze swoją bardzo mocno zaangażowaną społecznie trylogią, nagle dotarło do nas, że wzbogacenie klasycznej powieści gatunkowej prawdziwym życiem, prawdziwymi problemami to jest to, czego czytelnik od nas, pisarzy, oczekuje. Że jest miejsce na wprowadzenie w tło kwestii nurtujących nas na co dzień, pokazanie problemów przeciętnego Szweda, Czecha, Polaka czy obywatela Wysp Owczych. Jest miejsce na rozmowę o polityce, o obyczaju, o równouprawnieniu, ochronie środowiska i religii. Jest miejsce na to cholerne zwierciadło przechadzające się gościńcem.

    www.unsplash.com/Levi Saunders

    Tyle, że to zmyłka, przekręt, szwindel. Fototapeta z palmami na tle której robimy sobie zdjęcia, by udawać, że jesteśmy w tropikach. Bo ogrom czytelników nie chce, by pisarze wypowiadali się o polityce czy kwestiach społecznych. Nie od tego są!

    Ileż to razy, zabierając głos w ważnej społecznie sprawie słyszałem: „Ty już lepiej pisz te swoje książki”, albo „lubię Pana książki, ale po co się Pan tak miesza do tej polityki”, czy też „skąd pomysł, że napisanie książki daje Panu prawo do wypowiedzi na ten temat?”. I nie ma znaczenia, że zabieram głos w tej ważnej sprawie, bo właśnie długo pracowałem nad reaserchem, rozmawiałem ze specjalistami i wyrobiłem sobie wreszcie pogląd podparty czymś więcej niż mitycznym „zdrowym, chłopskim rozumem”.

    Bo pisarz nie od tego jest! Nie od tego są też te wątki w książce! One mają robić tło, mają się kojarzyć odbiorcy z rzeczywistością jak nutki w „Jaka to melodia”. Na wątki społeczne reagujemy trochę jak na scenę w filmie, w której pojawia się w jakimś ujęciu znane nam miejsce. „E, patrz, to dom Kowalskich” – mówimy. I cieszymy się, bo teraz to takie nam bliższe, takie nasze.

    Wątki społeczne, zaangażowany w ten czy inny sposób głos autora gatunkowego nie ma dla nas znaczenia, bo nie po to go czytamy, by się czegoś uczyć. Nie po to jest nam kryminał, fantastyka czy powieść obyczajowa, byśmy się mieli czegoś o życiu dowiadywać. Od tego mamy reportaże. Powieść gatunkowa ma nas zabawiać, przerażać, wzruszać. Nie angażować społecznie ani tym bardziej skłaniać do jakiś działań.

    Są autorzy, także na naszym rodzimym rynku, którzy dokładnie, od początku, zrozumieli o co w tym tak naprawdę chodzi. Że tak naprawdę bestsellerowa powieść to kolorowanka ze znanymi, mocno sformatowanymi motywami, gdzie tło społeczne to pola do kolorowania. Autor rzuca tylko szkic, a każdy pokoloruje je sobie jak chce i wtedy oceni całość obrazka.

    Wystarczy, że jednym bohaterem w tle będzie ksiądz podejrzany o molestowanie, jedna bohaterka dzwoni na niebieską linię, jeden z bohaterów odwiedzi hipsterski bar, a przejście z lokacji a do lokacji b będzie wymagało towarzyszenie przez stronę paradzie równości czy marszowi niepodległości i już mamy powieść zaangażowaną społecznie. Ktoś pochwali w recenzji, ktoś inny zgani, ale to tyle. Przełożenia na rzeczywistość nie będzie żadnego.

    Bo pisarz czy filmowiec jest jak błazen. Może mówić prawdę, bo nikt nie traktuje go poważnie. Ma zabawić. Błazen rzadko kiedy rozpoczyna prawdziwą rewolucję, za błaznem nikt nie pójdzie na barykady.

    A szkoda, bo być może błazen, poważnie traktujący swoją pracę, to jedyna naprawdę zorientowana osoba na dworze. I jeden z niewielu, który nie ma żywotnego interesu we wprowadzaniu nas w błąd.

    Jakub Ćwiek