To pierwszy felieton z tej serii, muszę się więc, wybaczcie, przyasekurować wstępem.
Bodaj najtrudniejszym pytaniem z jakim spotykam się przy okazji spotkań autorskich jest: „Panie Jakubie, czy mógłby mi pan polecić jakiś film/książkę/komiks/grę?” Może Was to zaskakiwać, wszak skoro tyle rzekomo czytam, oglądam, gram, wskazanie tytułu czy dwóch nie powinno stanowić dla mnie problemu. A jednak!
Uważam, że odpowiadając na to pytanie wedle własnego gustu, mówiąc po prostu o rzeczach, które mi się podobają, idę na łatwiznę. Mój gust, jak każdy, kształtował się bowiem w określony sposób latami i coś, co dla mnie wielce satysfakcjonujące, innym wcale nie musi się podobać. Truizm? Być może. Jednak w tym konkretnym kontekście – truizm problematyczny.
Zapytany więc o coś takiego, zwykle robię krótką sondę, by dowiedzieć się czegoś o guście rozmówcy i na podstawie tego krótkiego wywiadu staram się dać najuczciwszą rekomendację zgodną tak z moim gustem jak i, mam nadzieję, z gustem pytającego. Zwykle, na ile mogę to zweryfikować, jakoś się udaje.
Najgorzej jest jednak z polecaniem komiksów, bo tak się składa, że najczęściej o jakąś polecajkę pytają mnie ludzie, którzy z tym medium za wiele wspólnego nie mieli, a pod wpływem czy to spotkania, czy prelekcji, chcieliby spróbować. Słyszysz coś takiego i nagle czujesz brzemię odpowiedzialności, bo to trochę jakbyś usłyszał: „Pokaż mi te wszystkie wspaniałości, ale bądź delikatny, dobrze? Jestem dziewicą.”
Pytasz samego siebie, czy na pewno jesteś odpowiednią osobą, czy to nie za dużo. W końcu postanawiasz spróbować:
– Dobra, a czy kiedykolwiek w życiu zdarzyło ci się czytać komiksy?
– Tylko Donaldy za dzieciaka. Potem już nic.
– No tak, mogłem się domyślić.
Bo faktycznie mogłem. Czytałem kiedyś kilka tekstów na ten temat. O tym, jak to wydawany od lat Donald jest jednocześnie wielką szansą, jak i ogromnym przekleństwem komiksu w Polsce. Szansą, bo to właśnie dzięki historiom o Kaczogrodzie masa młodych ludzi w ogóle sięga po to konkretne medium, ale i przekleństwem, bo wyrastając z niego i nie przechodząc gładko na inne komiksy, Polak, nie będący mocno osadzony w komiksowej kulturze, już na zawsze zaczyna utożsamiać wszelkie opowieści obrazkowe w pierwszej kolejności jako coś banalnego, dziecięcego. Opowieści o antropomorficznych zwierzątkach – kto dorosły chciałby w ogóle po coś takiego sięgać?!
By nie zostawiać niedomkniętego wątku, powiem, że zwykle w takiej rozmowie jak powyższa, zanim polecę medium, szukam z rozmówcą punktów styku w innych mediach, polecam komiksy na podstawie lubianych przez kogoś książek czy filmów. Dziś jednak spróbuję to zrobić inaczej i zamiast kluczyć, poszukam odpowiedzi na pytanie: Czy są komiksy, które przeprowadzą nas od komiksu dziecięcego do dorosłego wyłącznie szlakiem zwierzątek, którym nadano cechy ludzkie?
Oczywiście nie gwarantuję, że fakt, iż kiedyś podobał Ci się Donald, dziś sprawi, że i tymi publikacjami będziesz zachwycony, ale hej, chociaż spróbuj! Kto wie?
Zacznij może od Usagiego Yojimbo autorstwa Stana Sakai.
Jeżeli słowo Yojimbo zadźwięczało Ci, drogi Czytelniku w głowie, to fantastycznie. Taki tytuł nosi bowiem wyśmienity film Kurosawy, znany u nas potem jako „Straż Przyboczna”. Samo słowo wywodzi się z języka japońskiego i oznacza ochroniarza. Nim właśnie jest tytułowy Usagi, królik ronin, samuraj bez pana, przemierzający pełen niebezpieczeństw kraj i oferujący swoje usługi tym, którzy ich potrzebują.
Naprawdę trudno przecenić te opowiastki rysowane prostą na pozór kreską, ale jednocześnie pełne niuansów zawartych w tle, elementów obcej nam kultury przedstawionej w przejrzysty sposób dla zachodniego odbiorcy. Czytając poszczególne tomy, szybko zrozumiecie, dlaczego Stan Sakai – który wygląda jak pan Miyagi z filmowej serii o Karate Kidzie, serio, możecie to wygooglać! – zdecydował się na opowiedzenie swojej historii przy pomocy sympatycznie wyglądających zwierzątek. A przy okazji zrobicie sobie, czy też własnym nastoletnim dzieciom, doskonałe wprowadzenie do wyśmienitych filmów wspomnianego już Kurosawy.
A może zamiast tego mroczny kryminał? Jeśli tak, poznajcie Johna Blacksada, prywatnego detektywa żyjącego w świecie, do którego jak raz pasuje wyświechtane określenie „betonowa dżungla”. Jeżeli podobał Wam się animowany „Zwierzogród”, to wyobraźcie sobie taką opowieść stworzoną jednak dla starszego odbiorcy, być może nawet takiego, który już na swej drodze spotkał Philipa Marlowe’a czy Sama Spade’a. Blacksad, nieco nieokrzesany, dobrze zbudowany, antropomorficzny kocur w nieodłącznym prochowcu, to w oczywisty sposób postać budowana na bazie tamtych dwóch, ale dzięki specyfice świata przedstawionego szybko zyskująca własną osobowość. I następuje jeszcze jedno bardzo ciekawe zjawisko, które, choć obecne również u Stana Sakai, w serii komiksowej Canalesa i Guarnido uderza ze zdwojoną mocą. Nagle, patrząc na łasicowatego kapusia, na nieokrzesanego osiłka nosorożca i im podobnych, i przyjmując ich z automatu jako takich właśnie, zdajemy sobie sprawę, że jeszcze łatwiej niż w życiu ulegamy zbudowanym w dzieciństwie stereotypom. Twórcy Blacksada, świadomi tego procesu, nieraz zabawią się w tej serii naszym kosztem. Ale zrobią to z takim wdziękiem i w takim stylu – serio, zobaczcie sobie malarskie kadry z komiksów tej serii! – że nie będziecie im mieli tego za złe.
W tym miejscu chciałem nawiązać do zabawy w kotka i myszkę, by płynnie przejść od Blacksada do następnej propozycji, ale doszedłem do wniosku, że oszczędzę Wam podobnych czerstwych żartów. Zamiast tego zapytam czy znacie „Toma i Jerry’ego”? Bo jeśli tak, a obstawiam, że większość zna, to spróbujcie sobie wyobrazić sposób prezentowania w nim postaci. To, jak uroczo rysowano zaprezentowane tam zwierzątka i ludzi. Jak byli oni pocieszni, uroczy i nawet gdy straszni, to w sposób karykaturalny i przez to nieodmiennie śmieszni. Widzicie to? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie obsadzoną takimi właśnie postaciami… mroczną, przejmującą postapokaliptyczną opowieść w stylu Mad Maxa. Nie, nie parodię takowej. Mroczne, krwawe postapo. Powiecie, że niemożliwe? A jednak taki właśnie jest wydany niedawno w Polsce hiszpański „Solo: Świat kanibali” Oscara Martina. Przygody Toma i Jerry’ego przywołałem tu celowo, bo hiszpański artysta odpowiadający za „Solo” pracował kiedyś przy opowiastkach o słynnych kocie i myszce. I wykorzystuje teraz tamte doświadczenia, by wywołać w nas gamę kompletnie niespodziewanych emocji. Bo wbrew pozorom wcale nie jest tak trudno wniknąć w ten świat i zgrać się z jego bohaterem, a stopniowanie okrucieństwa świata, egoizmu zwierząt i ludzi walczących o przetrwanie następuje inną drogą niż ta, do której przywykliśmy. Jakbyśmy oglądali animację z dzieciństwa, która w którymś momencie poszła źle. Bohaterowie nie wykpią się już ze wszystkiego, nie ruszy ich sumienie. Takie a nie inne zachowanie wywoła całkiem dorosłe konsekwencje. Świetna rzecz, znakomicie opowiedziana i nie biorąca jeńców.
A gdy już uporacie się z tą wyimaginowaną apokalipsą, możecie spróbować zmierzyć się z tą prawdziwą. To opowieść, która powinna być szkolną lekturą, bo z tematem Holocaustu radzi sobie jak mało która. Nade wszystko jednak to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka odpowiedzi na pytanie, jak sztuka w różnych mediach radzi sobie z próbą ogarniania świata.
Pełna osobistych wątków opowieść Arta Spiegelmana o jego ojcu, który przeżył piekło wojny, byłaby, wierzę w to mocno, przejmująca niezależnie od przyjętej formy. Dlaczego więc artysta zdecydował się na opowiedzenie jej w formie komiksu o zwierzątkach, gdzie Żydzi to myszy, Niemcy koty, a pozostałe nacje przyjmują postaci świń czy psów? Odpowiedź kryje się między wzruszającymi i przerażającymi kartami „Maus. Opowieść ocalałego” komiksu słusznie nagrodzonego Pulitzerem.
Taka to droga, moi kochani. Od Donalda po Oświęcim. Od feudalnej Japonii pełnej duchów i niezrozumiałych dla nas zasad po pustkowia jałowej ziemi, gdzie jedyną regułą jest „zabij lub zgiń”. Od każdej z tych zwierzątkowych opowieści możecie w każdej chwili odskoczyć w inne historie splecione ze słów i obrazów, bo ścieżek jest tak wiele, że wydają się niezliczone.
Przygodę z komiksem można zacząć na wiele, wiele sposobów. Jeżeli jednak do tej pory trzymaliście w rękach tylko Donaldy, ta zaproponowana przeze mnie to, myślę, całkiem dobry punkt wyjścia. To co, próbujemy?
Na wstępie dziękuję, że smakksiazki wyraził zgodę na publikację tego tekstu na swoich łamach.
Teoretycznie na stronie z oświadczeniem znajduje się propozycja umieszczenia tam polemiki, ale myślę sobie, że kwestia może zainteresować szersze grono czytelników, stąd uznałem, że wskazane jest wyjście poza stronę Stowarzyszenia.
Zanim przeczytacie Państwo tekst w załączniku, kilka słów wprowadzenia. Gdy okazało się, że wydana zostanie książka „Bezpański”, Stowarzyszenie Komendantów Policji Polskiej wyraziło chęć zorganizowania spotkania autorskiego z Adamem Bigajem i ze mną w miejscu spotkań Stowarzyszenia. Termin wyznaczono na 21 albo 22 listopada (nie pamiętam teraz dokładnie) i odwołano na blisko tydzień przed planowaną datą, bez podania przyczyn. Oficjalne wyjaśnienie pojawiło się na stronie Stowarzyszenia cztery dni po zaplanowanej dacie spotkania i około dziesięciu dni po odwołaniu wydarzenia. My, to znaczy Adam i ja, dowiedzieliśmy się o nim przedwczoraj. Tyle kontekstu.
Teraz przejdźmy do samego oświadczenia. Szczerze zachęcam, by uprzednio zapoznać się z nim, by jasne było, do czego się odnoszę (klik, klik).
A zatem:
Szanowny Zarządzie Stowarzyszenia Komendantów Policji Polskiej!
Zacznę od tego, że dziękuję za oświadczenie. Do milczenia trudno się odnosić, teraz przynajmniej poznałem Państwa motywacje. A co wydaje mi się najważniejsze, do oświadczenia można się odnieść. Zacznę zatem od pytania.
Piszą Państwo: „Zarząd Stowarzyszenia Komendantów Policji Polskiej zapoznał się: […]
– z opiniami swoich członków, a w tym uczestników wydarzeń opisywanych w powyższej publikacji oraz uczestników tych wydarzeń spoza kręgu Stowarzyszenia;”
I szczerze mówiąc nie wiem, co to właściwie znaczy i jaką ma wagę. Przez strony „Bezpańskiego” przewija się bardzo dużo osób – z iloma z nich Zarząd rozmawiał?
Dlaczego zamiast konfrontacji umożliwiającej zweryfikowanie wydarzeń, niemal bez słowa wycofano się ze spotkania? Czy mamy do czynienia z cenzurą w ramach ZSKPP?
Adam Bigaj i Jakub Ćwiek, fot: smakksiazki.pl
Przejdźmy dalej:
„w świetle jednoznacznie negatywnego odbioru pokazywania w książce osób i wydarzeń oraz wygłaszanych w niej opinii, oświadcza, że nie widzi żadnej możliwości odbycia pod patronatem Stowarzyszenia spotkania autorskiego i zorganizowania promocji publikacji.”
O czyim jednoznacznie negatywnym odbiorze mówimy? Nie chcę tu odpowiadać w imieniu Adama Bigaja, ale osobiście przyszło mi spotkać przynajmniej kilkunastu bohaterów książki, – są do znalezienia na zdjęciach chociażby ze spotkania autorskiego we wrocławskim Empiku – ich opinia o książce jest bardzo pozytywna.
Skąd więc ta drastyczna rozbieżność? Czyżby tak starannie dobrano grupę focusową, by odpowiedź pasowała pod tezę? Bo jeżeli tak, jesteśmy już w tym miejscu dość blisko próby manipulowania narzędziami statystycznymi, co jak Państwu wiadomo, – zapoznaliście się wszak z treścią „Bezpańskiego” – jest jednym z głównych zarzutów wobec formacji, jakie padają w książce. Przy okazji pozwolę sobie nadmienić, że nikt o Państwa patronat specjalnie nie zabiegał, inicjatywa spotkania wynikła z luźnej rozmowy Adama Bigaja z przedstawicielami Stowarzyszenia na temat książki i miało być tym właśnie – spotkaniem z policjantami z Wrocławia. Spotkanie promujące książkę odbyło się dnia 15.11.2018 w Empiku Renoma.
Odwołane spotkanie byłoby wręcz doskonałą okazją do konfrontacji, porozmawiania z autorami, zgłoszenia ewentualnych przekłamań. Bierzemy odpowiedzialność za to, co napisaliśmy i chcemy o tym rozmawiać.
Przejdźmy dalej do kolejnego cytatu:
„Zarząd Stowarzyszenia zauważa, że pod pozorami szczerych wypowiedzi i głoszenia prawdy o służbie na straży porządku i bezpieczeństwa publicznego, realizowane są w książce także osobiste porachunki z racji rzeczywistych bądź urojonych krzywd oraz opinie o charakterze paszkwilanckim.”
fot: smakksiazki.pl
A tu najwyraźniej wkradła się Państwu literówka, którą spieszę skorygować. Zarząd nie tyle „zauważa”, co „uważa”, bo tego, co rzekomo zauważono w tekście zwyczajnie nie ma. Tym bardziej nic nie jest ukrywane pod jakimikolwiek pozorami.
Forma książki określona jest jasno. Nie powinien dziwić charakter osobisty wypowiedzi w niej zawarty. To wspomnienia konkretnej osoby, odnoszące się do pracy, jaką rzeczona osoba wykonywała przez przeszło trzy dekady. Publikacja zawiera tak myśli, jak i opinie wyciągnięte na podstawie doświadczeń oraz wspomnień z tych doświadczeń Adama Bigaja, przetworzone przeze mnie na język literacki.
Uważam, że właśnie spotkanie byłoby najlepszą okazją do skonfrontowania tej opinii.
Idźmy dalej.
” Zarząd Stowarzyszenia solidaryzuje się z osobami lub ich bliskimi dotkniętymi zafałszowanym obrazem rzeczywistości.”
Czyli jest coś, co nas łączy. To ważne, by solidaryzować się z ofiarami przekłamań. Jak się to jednak ma do naszej książki? Bo nie widzę związku.
” Wyraża także dezaprobatę dla uprawiania w prezentowanej formule „literatury faktu” oraz dla tego typu manipulacji, które są z łatwością możliwe do dokonywania, jako trudne do weryfikacji właśnie faktów, ze względu głównie na znaczny upływ czasu.”
Właśnie dlatego, szanowni Państwo, podtytuł książki brzmi „Ballada o…”, a publikacja w żadnych materiałach prasowych nie jest określana mianem reportażu.
Nie wiem, w jaki sposób ostatnia część oświadczenia dotycząca swobody wypowiedzi ma się odnosić do nas i naszej publikacji napisanej uczciwie i w dobrej intencji, ale na wszelki wypadek napiszę też coś mądrego, co dla odmiany będzie pasowało do tematu. Słowa te w formacji od niedawna starannie zdeubekizowanej powinny być doskonale znane, czuję się więc zwolniony z obowiązku przytaczania tytułu dzieła:
„Jeśli źle powiedziałem, daj świadectwo o złu, a jeśli dobrze, dlaczego mnie bijesz?”
Z wyrazami szacunku
Jakub Ćwiek
Współautor książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”
Od krakowskich targów minęła chwila, a to oznacza, że na blogach, serwisach internetowych, a także – jak mniemam, nie śledziłem aż tak uważnie – w prasie czy telewizji pojawiły się na ich temat czy to teksty podsumowujące, czy chociaż wzmianki. Większość tych, na które trafiłem, była niemal identyczna jak wpisy po poprzedniej edycji, a także jak po edycji rok wcześniej i jeszcze wcześniej. No bo niby i czemu, mógłby ktoś zapytać, miałoby być inaczej, skoro impreza sama w sobie niewiele się zmienia?
Powód widzę w zasadzie jeden, a mianowicie wspomniany już na tych łamach list otwarty do organizatorów Targów podnoszący kwestię komfortu i bezpieczeństwa tak uczestników, jak i gości wydarzenia. Zwrócono w nim uwagę na kilka głównych targowych bolączek jak chociażby kwestia zakorkowanej drogi dojazdowej, zwłaszcza tej na ostatnim kilkusetmetrowym odcinku, na ciasne przejścia między stoiskami, na spotkania z celebrytami, które, odbywając się w halach głównych, w zasadzie paraliżują Targi. Wiele kwestii okołotargowych zostało podniesionych tak w liście, jak i w szeregu wpisów go popierających i, sądząc po sieciowych reakcjach na nie, były to bolączki prawdziwej rzeszy polskich czytelników, bywalców Targów.
Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe
Organizatorzy, trzeba przyznać, odnieśli się do zarzutów i zrobili to względnie rzeczowo. Piszę „względnie”, ponieważ nie mogło zabraknąć w odpowiedzi żalu odnośnie do formy publikacji listu. Żalu wskazującego wyraźnie, że coraz częściej zapominamy, czym jest list otwarty i czemu ma służyć. Pomijając jednak ten niezręczny i trochę niedojrzały – a na pewno nieprofesjonalny – wyrzut, odpowiedź zawierała szereg wyjaśnień, ale i zapewnień i gwarancji, że tym razem będzie lepiej.
Nie będę tu budował zbędnego suspensu. Było lepiej. Niewiele, ale jak nawołują do nas plakaty siłowni: progres, nieważne jak mały, świadczy o tym, że zrobiono krok w dobrym kierunku. Droga dojazdowa do targów już nie przerażała. Policjantów i strażników miejskich kierujących ruchem było jakby więcej, a przynajmniej byli bardziej zauważalni. Spotkania z gwiazdami przyciągającymi największą uwagę przeniesiono do specjalnych sal i choć w formie, w jakiej to zrobiono, nie rozwiązało to do końca problemu, a wiele technicznych detali kulało – na przykład wyjątkowo niedbałe przekierowywanie ruchu na inne przejścia, gdy to między salami z celebrytami ni stąd ni zowąd je zamykano – na pewno wskazywało to wyraźnie, że ktoś posłuchał. Kwestii ciasnoty, zagęszczenia stoisk, etc., póki co nie rozwiązano, ścisk nadal przytłacza, a brak wyraźnych wskazań dróg ewakuacyjnych niepokoi, ale jest to zasygnalizowane, według reakcji na list przyjęte do wiadomości i jest szansa, że następna edycja poprawi coś i w tym względzie.
To z rzeczy dobrych, które na pewno trzeba zauważyć. Teraz natomiast przejdźmy do tego, co Targi zrobiły w sposób fatalny i wręcz bezczelny – sposobu, w jaki spróbowano rozwiązać PRowy kryzys z pisarzami. Pozwolę sobie opisać sytuację swoją, ponieważ ją znam w dokładnych szczegółach, ale na ile zdążyłem się zorientować, dotyczy ona wielu autorów, którzy publicznie wyrazili swoje zaniepokojenie czy to w liście otwartym bezpośrednio, czy wyrażając swoje dla niego poparcie.
Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe
Książki podpisywałem w sobotę i to był mój pierwszy dzień na tegorocznych krakowskich Targach. Rozmawiając z czytelnikami, kątem oka zauważyłem wtedy pracownika biura targów, który wyraźnie na mnie czekał. I faktycznie, gdy skończyłem, podszedł do mnie i uprzejmie zapytał, czy zgodzę się na krótką rozmowę na temat Targów. Powiedziałem, że owszem, chętnie, ale lojalnie ostrzegłem, że na terenie dopiero się pojawiłem i ciężko mi cokolwiek ocenić. Panu to jednak nie przeszkadzało, poprosił mnie o zgodę na nagrywanie i wykorzystanie nagrania, na co przystałem. I wtedy zaczęła się dość kuriozalna rozmowa.
Sprowadzała się do tego, że dostawałem kolejne pytania związane z Targami, które dość jasno sugerowały mi odpowiedzi. Pierwsze z nich dotyczyło dostrzeżonych zmian, poprawy sytuacji etc. Ostatnie tego, czy chcę nadal przyjeżdżać na Targi, czy wyobrażam sobie krajobraz polskiego rynku książki bez tak ważnej imprezy.
Na pytania odpowiadałem szczerze i otwarcie, mówiąc o plusach, ale i minusach, o niebezpieczeństwach i o tym, że jako człowiek przez lata związany z Górnym Śląskiem, wciąż pamiętam skutki katowickich zaniedbań i tragedii z tym związanej. Pan podziękował mi za rozmowę, a zapytany, do czego to jest potrzebne, powiedział, że zbierają opinie na temat targów, zwłaszcza od autorów, którzy wyrazili swoje wątpliwości. Zgoda na wykorzystanie nagrania jest natomiast potrzebna do podsumowania skierowanego później do mediów.
Jak się okazało, Pan – a może nie tylko on – rozmawiał później nie tylko z autorami, ale i z pracownikami stoisk, etc. Sądząc po tym, jak się uwijał, dostał spory materiał do potencjalnej analizy.
Czy skorzystał? Czy skorzystali mocodawcy rzeczonego Pana? Trudno mi orzec, ale na pewno nie wynika to z komunikatu, jaki podsumowywał Targi. Ani z żadnego innego opublikowanego przez organizatora dokumentu. Wręcz przeciwnie, w komunikacie widać dwa cytaty, dwie odpowiedzi, w których wybrzmiewają zadawane wszystkim pytania. Dwa bardzo duże nazwiska, dwie osoby mające prawo do własnego zdania, to jasne. Zaskakująco jednak obie wypowiedzi to bezkrytyczna pochwała Targów. To obraz wydarzenia idealnego.
Nieomal słyszę w tle Muńka Staszczyka śpiewającego teraz: Jest super, jest super, więc o co ci chodzi?
Uważam, że absolutnie obrzydliwą i niedopuszczalną praktyką jest ta podjęta przez Organizatora, wynikiem której zdobywa on szczere wypowiedzi ludzi – szczere, mimo formy w jakiej zadawano pytania – tylko po to, by potem wybrać sobie takie, które najbardziej pasują pod gotową tezę. Można spokojnie odnieść wrażenie, że komunikat był gotowy zawczasu, z pokaźnej bazy cytatów dwa wpisały się idealnie i poszły, a reszta? Nie ma znaczenia. Kryzys nie istnieje, wszystko jest załatwione! Spacyfikowaliśmy list, pokazaliśmy, że jesteśmy najlepsi, a to wszystko wybierając spośród pisarzy tych, którzy nam pasują i mówią – podkreślam, wierzę, że całkowicie zgodnie z własnymi odczuciami – dokładnie tak, jak chcemy i jak nam pasuje.
Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, materiały prasowe
A może się mylę? Może po prostu kuluarowe rozmowy z autorami wywiadowanymi nijak się mają do odpowiedzi, jakich udzielili do mikrofonu? Może w rzeczywistości wszystkie wypowiedzi mówiły, że jest super i po prostu wybrano dwie najlepsze, najkonkretniejsze? Może wszyscy pisarze faktycznie mówią jednym głosem?
Myślę, że rozwiązanie tej zagadki jest w naszym zasięgu. Może czas poprosić, by organizatorzy Targów pokazali, czy rozumieją różnicę między uczciwie robionym PRem, a propagandą. Czy jest szansa, byśmy się dowiedzieli, co poszczególni pisarze odpowiedzieli na zadane im w pośpiechu pytania? Sprawdźmy, czy rzeczywiście byliśmy tak zgodni co do tego, jak jest świetnie. Nie powinno być problemu z publikacją nagrań, w końcu każdy z nas podpisał Wam zgodę, prawda?
Ostatnio na okładce jednej z antologii zawierających opowiadania kryminalne trafiłem na cytat jednego z moich ulubionych autorów – Elmore’a Leonarda. Zdanie dotyczyło opowiadań, które rzekomo, według autora, są powieściami, z których wycięto wszystkie kawałki zwykle pomijane przez czytelnika.
Przyznam szczerze – nie wiem, czy to kreatywność tłumacza, czy też Leonard dokonał na potrzeby blurba recyklingu własnych pisarskich mądrości, ale ja jego słowa pamiętam inaczej. W opublikowanej kiedyś poradzie pisarskiej autor sugerował wszystkim młodym adeptom zawodu (tłumaczenie moje):
To najważniejsza porada dla wszystkich, którzy chcą być pisarzami: kiedy piszecie, starajcie się odpuszczać sobie wszystkie te kawałki, któreczytelnicy zawsze pomijają.
Przyznaję, że długo – być może za długo, zważywszy na ciężar problemu – zastanawiałem się co – o ile rzeczywiście autorem obu cytatów faktycznie jest Leonard – twórca mógł mieć na myśli. Czyżby chodziło mu o to, że jedyną wartościową literaturą są opowiadania?
I wtedy przypomniałem sobie o Vonnegucie.
Poczciwy papa Kurt – tak zwykłem o nim myśleć, odkąd przeczytałem to określenie w jednej z książek Kinga i wyjątkowo mi podpasowało – to dla mnie autor ze wszech miar wyjątkowy. Przede wszystkim to on nauczył mnie, że o trudnych, wręcz potwornych sprawach można opowiadać w sposób lekki i zabawny. Że emocjom w czytelniku można pozwolić dojrzeć, dać mu chwilę, by zrozumiał, i że ta chwila może być dla odbiorcy słodka i przyjemna niczym pastylka zanim ją rozgryziesz. Czasem papa Kurt pozwala ci jej nie rozgryzać w ogóle, pozwala ci być naiwnym głupcem. Zwykle jednak nie.
Nade wszystko jednak ogromnym zaskoczeniem dla mnie było to, że jego książki zawsze czytam dłużej niż inne. Nie dlatego, że ich nie rozumiem (a przynajmniej łudzę się, że większość treści, jakie autor chce mi przekazać, jednak do mnie dociera). Powodem jest poczucie, że domknięcie każdego akapitu jest u Vonneguta domknięciem etapu historii, przez co nie czujesz potrzeby, by się spieszyć, za to kipi w tobie chęć, by zrozumieć. To nie Dan Brown manipulujący mną za pomocą cliffhangerów, to nie jeden z tych pisarzy, którzy żywią przekonanie, że czytelnik jak ten wygłodniały głupiutki piesek zrobi wszystko dla najbardziej nawet naciąganego fabularnego twista. Nie, Vonnegut z końcem każdego podrozdziału kończy opowieść i podejmuje ją na nowo w kolejnym. A przy okazji pilnuje, by w jego historii nie było nie tyle wspomnianych przez Leonarda fragmentów, które czytelnik zwykle pomija, co właściwie dba o to, by nie było w niej zbędnych słów!
Przyznam szczerze – gdy po raz pierwszy, znowu u Kinga, to on zaraził mnie Vonnegutem, przeczytałem o pisarskiej metodzie Vonneguta, stwierdziłem: ej, tak się nie pisze prozy! Chodziło o to, że papa Kurt ponoć nie przechodził do następnej strony, zanim nie był stuprocentowo pewien, że ta aktualnie pisana jest idealna. Nie było w nim parcia ku finałowi historii, nie było surfowania na fali pierwszej wersji. Nie, on przepisywał stronę na maszynie tak długo, aż uznał, że może ją położyć na stosiku tych już ukończonych. Wtedy dopiero brał się za następną.
Dla mnie niewyobrażalne! Oto jest determinacja godna pochwały! Oto człowiek, którego dzieła winniśmy po wieki wieków hołubić w szkołach zamiast grafomańskich pierdoł zniechęcających nie tylko do czytania, ale i do choćby wybrania się nad pewną, skądinąd piękną, rzekę.
Swoją drogą tak zarobiłem na polskim swoją pierwszą ideologiczną jedynkę. Wywołany do odpowiedzi na temat „Nad Niemnem” wyrecytowałem odpowiedzi na wszystkie pytania prócz jednego. Zapytany, dlaczego tego nie wiem, odparłem szczerze: bo nie było w pierwszym tomie, ani w późniejszym streszczeniu, a wybaczy pani, mam tu „Matkę Noc” Vonneguta i szkoda mi czasu na to pozbawione sensu pieprzenie o czyichś globusach.
Impertynenckie, wiem. Godne potępienia za formę jaką przyjęło. Ale nie za treść, nie za przekaz, bo pod nim do dziś podpisuję się całym sercem. To dzięki Vonnegutowi wiem, że wolałbym żyć w społeczeństwie, które zamiast uczyć się patriotyzmu z Orzeszkowej, podejmie próbę nauczenia się bycia człowiekiem z „Rzeźni numer pięć”.
***
Pretekstem do napisania tych słów jest, nie będę tego krył, zbiór opowiadań „Opowiadania wszystkie” wypuszczony właśnie przez Albatrosa. W wydawnictwie wiedzieli, że uwielbiam Kurta po tym, jak chwaliłem wydane przez nich listy Vonneguta i jego biografię. Teraz zapytany o to, czy nie napisałbym czegoś o zbiorze, powiedziałem: oczywiście, dajcie mi tylko książkę. Ale przyznać muszę, że choć sporo opowiadań znałem wcześniej, choć pdfa z całością nowego wydania mam już od dłuższej chwili, a papierową książkę od czterech dni, wciąż jeszcze nie przeczytałem całości. Smakuję te teksty, nurzam się w ironii, rozmyślam nad rzuconymi mi zadaniami, a czasem, jak kilka razy podczas lektury tekstów z pierwszej części zatytułowanej „Wojna”, odłożywszy tekst, siedzę i gapię się w ścianę. To nie są łatwe historyjki. Nieodmiennie to jednak znakomicie napisane, w pełni przemyślane teksty, a to dziś nie tylko komplement. To literacki ewenement.
Czytam tę wielką księgę na wyrywki, trochę jak katolicy zwykli serwować innym katolikom Biblię. I wiem, trochę to kontrowersyjne porównanie, ale podobieństw jest wiele. Wielkość księgi i ilość zawartych w niej historii, drobny druk, tak by jak najwięcej pomieścić na każdej stronie, ogólne przesłanie, pozytywne, które jednak pewnie niejeden idiota wypaczy w przyszłości. Różnica jest jedna. Czytanie Vonneguta na wyrywki ma sens. Bo on, w przeciwieństwie do biblijnych skrybów, wie, jak omijać kawałki, których nikt nie przeczyta. I dać nam ostatecznie to, czego może nie chcemy, ale co powinniśmy dostać.
***
Pisałem ten felieton na raty, w międzyczasie, szukając sobie różnych rzeczy w sieci. I tchnęło mnie, by poszukać w wywiadach z Elmorem Leonardem wzmianek o jego ulubionych pisarzach. Możecie zgadywać, czy na wymienianej liście znalazł się Vonnegut. A jeśli tak, to czy wysoko.
Wczoraj wrzucałem okładkę, a dziś kilka słów od autora, a właściwie, współautora książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”. Jak doszło do współpracy z byłym policjantem z Wrocławia, czego Ćwiek nie może wybaczyć Szczepanowi Twardochowi oraz jakie opowieści kryją się w książce? Przeczytajcie.
Jak splotły się losy Jakuba Ćwieka i „Księciunia”, czyli Adama Bigaja, współautora i jednocześnie głównego bohatera książki „Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu”?
Historia dowodzi, że zawsze najlepiej działa, gdy takie sprawy zostawia się w lekkim niedomówieniu, tworząc działającą na wyobraźnię aurę tajemniczości. Powiem więc tylko, że trochę jak u Chandlera, którego uwielbiam, zamieszane w sprawę były piękne kobiety, ważną rolę odegrało miasto i szereg rozmów odbytych w półmroku.
Dlaczego „Księciunio” zdecydował się w ogóle opowiedzieć swoją historię i co Cię w niej nakręciło?
Pierwsza część pytania raczej nie do mnie, ale z własnego doświadczenia wiem, że historie, zwłaszcza te wzbudzające w nas prawdziwe emocje, trudno zachować wyłącznie dla siebie. One wręcz w nas kipią. Jeszcze trudniej być całe życie w środku czegoś, widzieć jakie to jest naprawdę i jednocześnie słuchać farmazonów ludzi, którzy podejmują temat, nie mając o tym pojęcia. To frustruje i czasem ta frustracja, jeśli ją dobrze ukierunkować, może być paliwem pod świetną książkę.
Co do mnie, najpierw długo słyszałem pojedyncze anegdoty pana Adama i przyjmowałem je tak, jak zostały podane – jako opowiastki ze służby. Z czasem jednak, gdy tych historii było więcej, pewne wydarzenia w nich zaczynały się łączyć, poszedłem, jak zwykle przy powieściach, za chronologią wydarzeń i ścieżką rozwoju bohatera. Chciałem zobaczyć jak pan Adam zmieniał się na przestrzeni lat. Jak zmienia się jego podejście do obowiązków, służby. No i nie ukrywam, zależało mi na tym, by te wszystkie anegdoty, czasem zabawne, czasem mrożące krew w życiach jakoś opakować i dać światu. Są zbyt dobre, by ich żywot skończył się na alkoholowych pogaduchach byłych policjantów gdzieś w puszczy.
Czego czytelnicy mogą się spodziewać po Waszej książce? Przyznasz, że wchodzisz w takie rejony, z których Twoi fani Cię nie znają.
Czego mogą się spodziewać czytelnicy? Uczciwie napisanej książki policyjnej. Rzeczywiście nie pisałem wcześniej niczego takiego, nigdy też nie miałem tak uporządkowanego i konkretnego materiału źródłowego, ale metodę pracy przyjąłem taką samą jak przy innych publikacjach: cokolwiek piszesz, filtruj przez siebie. Dlatego ta książka nie przyjmuje formy wywiadu rzeki – uważam, że to nie jest forma właściwa dla pisarza. Dziennikarz? Rozumiem, ale nie pisarz. Uważam, że pisarskim zadaniem jest wniknąć w głowę rozmówcy, poczuć się jak w grze komputerowej z perspektywą pierwszej osoby. Przejść ją etap po etapie i opisać wrażenia jak swoje, w narracji pierwszoosobowej. Pamiętam, że miałem wielki żal do Szczepana Twardocha, że będąc pisarzem tej klasy, człowiekiem z tak niebywałym talentem, kogoś takiego jak Mamed Khalidow „zbył” wywiadem rzeką. Cóż to mogła być za książka!
Czy możesz zdradzić jedną historię, która znajdzie się w książce?
Opowiadanie tych historyjek na wyrywki to przywilej pana Adama, moim zadaniem było je właśnie połączyć, stąd serwowanie wyimków to jakby wyrywanie się przed szereg. Powiem jednak, że zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w dobie poważnych zarzutów, teczek, powszechnej dezubekizacji każdego w mundurze etc. dość ciekawie czyta się o tym jakie faktycznie były relacje między SB, milicją a kościołem. Opracowując te kawałki czułem się czasami jakbym redagował książkę o proboszczu Don Camillo. Czy też, by być bliżej dzisiejszego odbiorcy, jakbym tworzył spin off serialu „Ranczo”. No bo trudno się nie roześmiać, gdy czyta się o tym, jak to księża wiedząc kto na mszy jest podstawiony, specjalnie nasączali na funkcjonariuszy kropidła, by przemoczyć ich do suchej nitki, a zawodzący któregoś razu głos potępionej duszy w środku kościoła okazał się niczym innym jak zwarciem potraktowanego święconą wodą ukrytego magnetofonu.
Wrocław, fot: www.unsplash.com/ Mateusz Gzik
Rzecz ukaże się w Wydawnictwie Marginesy, czy to znak, że opuszczasz SQN, a może jest to chwilowy romans?
Nieodmiennie bawi mnie stosowanie względem współpracy z wydawcami nomenklatury właściwej dla związków, relacji o charakterze romantycznym. Jest w tym jakieś takie tabloidowe szukanie skandaliku, które na tym poziomie mam za uroczo-zabawne. Odpowiadając jednak na pytanie – moja współpraca z wydawnictwem SQN układa się bardzo dobrze. Wydani niedawno „Stróże” radzą sobie świetnie, na jesień szykujemy wspólnie nowe, poprawione wydanie Kłamcy, kolejne publikacje w planach. Tak jednak jak uważam, że należy tworzyć opowieść w pasującym do niej medium, tak jestem za tym, by, gdy już gotowy produkt powstanie, słać go tam, gdzie poczują go najlepiej. „Bezpański” – jako historia gliniarza, pasował mi szczególnie do Marginesów. To w końcu tam Wojtek Chmielarz publikuje opowieści o Mortce – uczciwie napisane powieści policyjne.
Zapytany kiedyś o to, co daje mu jako twórcy komiks, czego nie daje książka, Neil Gaiman odpowiedział: pusty kadr. W książce zawsze trzeba tę pustkę opisać, w komiksie ona po prostu jest.
O komiksie w Polsce mówi się dziś więcej niż jeszcze kilka lat temu, ale wciąż za mało. Wielu dzisiejszych trzydziesto i czterdziestolatków, ludzi wychowanych na Donaldach i comiesięcznej porcji amerykańskiego superbohaterstwa dostarczanego nam za pośrednictwem szwedzkiego wydawnictwa TM-Semic, dziś, jak sami twierdzą, trochę już z komiksów wyrosło.
Tymczasem z komiksu nie da się wyrosnąć, tak jak nie sposób być zbyt dojrzałym na książkę czy film. Komiks to pełnoprawne medium równe tamtym dwóm, posiadające swój zestaw pomysłów na siebie i formalnych trików właściwych tylko jemu. To nie tylko pusty kadr o którym wspomniał Gaiman. To kolory, to umowność postaci, póz, dynamika poszatkowanego ramkami tańca w Sin City, drobne intertekstualne gry i zabawy z „Ligii Niezwykłych Gentlemanów” – cały czas obecne, a mimo to uciekające oku.
Odrzucać komiks, to odrzucać świetne historie opowiedziane w sposób jaki był w nie wpisany.
Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny
Cykl felietonów, który chciałbym wkrótce rozpocząć dla smakksiazki.pl skierowany jest do ludzi, którzy mogą nie mieć z komiksem za wiele wspólnego, ale uwielbiają dobre historie. W publikowanych regularnie kolumnach będę się starał przybliżyć konkretne tytuły wpisane w ogólny czy to trend czy problem czy po prostu temat. Będę szukał porozumienia z tymi, którzy dotąd komiksów nie czytali, szukał powodów dlaczego nie i argumentów, by może jednak. Nade wszystko jednak zamierzam polecać dobre komiksowe historie, ciesząc się, że jest ich na naszym rynku coraz więcej. Teksty będą pojawiały się na stronie w każdą drugą środę miesiąca.
Najwyższa kwota, jaką zaproponowano mi do tej pory za notkę-polecajkę na książkę, wynosiła dwa tysiące złotych netto. Żeby Wam jakoś to umieścić na linii i dać podstawę do wyobrażenia sobie sytuacji w tym miejscu napiszę, że nawet gdyby to była moja średnia, a nie sytuacja na wskroś wyjątkowa – standard propozycji to około tysiąca złotych – taka stawka nie stawiałaby mnie bardzo wysoko w rankingu nawet samych tylko polskich pisarzy, nie mówiąc już o aktorach, filmowcach czy wszelkiego rodzaju celebrytach. I to samo w sobie jeszcze nie jest ani dziwne, ani zaskakujące. Chodzi wszak, przynajmniej w założeniu, o poziom sławy, rozpoznawalności, wpływu na potencjalnych odbiorców oraz dającej się spieniężyć wiarygodności. Są tacy, co mają ją większą, inni mniejszą, wyceniamy, płacimy. Nie chodzi nawet o te dwa zdania o książce, chodzi o kupione na tę okoliczność nazwisko. Ono ma swoją wartość i cenę.
Od razu zaznaczam, żeby nikt nie odniósł złego wrażenia, nie zamierzam potępiać zjawiska ani płacenia za polecajki przez wydawcę, ani przyjmowania pieniędzy przez pisarzy. W stanie czystym rozumiem ten układ i uważam, że jest fair. Tyle tylko, że układ nie jest czysty, cholernie daleko mu do takiego, a cierpią na tym rynek i, co za tym idzie, czytelnicy.
Zacznijmy może od tej najwyższej zaproponowanej mi stawki. Nie ukrywam, kusiła, zwłaszcza, że i książka, sądząc po opisie, wydawała się interesująca. Znowu jednak, byście mieli świadomość intratności propozycji – dwa tysiące to, mocno generalizując, tyle, ile zwykło się oferować pisarzowi z jako takim doświadczeniem za opowiadanie do dwudziestu paru stron. Jasne, że są tacy, co dostają dużo więcej, ale dla wygody porównania trzymajmy się cały czas mnie.
www.unsplash.com/Jamie Taylor
Opcja fajna, tak się jednak złożyło, że termin był krótki, a ja obłożony zakontraktowaną robotą.
– Niestety nie ma szans, nie zdążę tego przeczytać – powiedziałem.
– Nie ma problemu – usłyszałem w odpowiedzi. I gdyby tu nasza rozmowa się zakończyła, nie byłoby jej w tym felietonie. Zaraz jednak padło – To ja ci może streszczę, co?
Nie pamiętam, co dokładnie odpowiedziałem, oprócz tego, że odmówiłem, ale z całą pewnością nie zareagowałem wystarczająco stanowczo. Uważam bowiem, że powinienem dać dobitnie do zrozumienia, że taka sytuacja mnie zwyczajnie obraża. A potem, gdy rozmawiałem o tym z kilkorgiem koleżanek i kolegów po fachu, dowiedziałem się, że to praktyka w zasadzie nagminna. I że czasem są to takie kwoty, że odmawiając, czujesz jakbyś się frajerzył. Bo skoro tak wielu to robi…
Zaproponuję Wam kilka zabaw, choć uprzedzam, że niektóre wymagają trochę czasu i zachodu.
Pierwsza jest stosunkowo łatwa. Weźcie ze swoich półek kilka książek, najlepiej z tego samego gatunku – ważne, żebyście znali ich treść – i przyjrzyjcie się polecajkom. Jeżeli jest w którejś nazwisko autora albo tytuł, zastąpcie je w głowie X i Y. A teraz sprawdźcie ile z nich moglibyście bez zmieniania choćby słowa przenieść z książki na książkę i nadal by tak samo pasowało?
Zabawa numer dwa to już troszkę więcej szukania, ale zapewniam, jest kilka takich pozycji. Bierzemy książkę polskiego autora z polecajką autora zachodniego. Sprawdzamy, czy książka autora polskiego ma angielskie wydanie (lub chociaż zapowiedziane tłumaczenie na angielski), albo czy autor lub autorka dający lub dająca polecajkę zna nasz język. Jeśli nie – pytanie, skąd wie, że książka jest dobra?
Zabawa numer trzy to moja ulubiona. Znajdźcie wśród polecajek taką, która należy do autora udzielającego się na przykład w social mediach albo na spotkaniach autorskich. Pamiętajcie, że książka, którą właśnie przeczytał, zrobiła na nim wrażenie na tyle, że ją Wam poleca. No to sprawdźmy, czy skoro tak, to czy zdarza mu się polecać lektury u siebie. Zdarza się? No to czy polecił tę właśnie, której użyczył nazwiska?
Może być, że nie, ale to przecież jeszcze niczego nie przesądza, prawda? Zakładam, że każdy pisarz czyta i ogląda wiele, nie publikuje wzmianek o każdym dziele, z którym się zapoznał, prawda? Ale od czego są wtedy spotkania autorskie? Od czego są okazje do zadawania pytań podczas festiwali etc. Polecajka, pamiętajcie, to opinia wyrażona przez autora. Jego słowa, za które zapłacono, więc w zasadzie dzieło, nie? Więc śmiało, możecie pytać, co takiego konkretnego urzekło autora w książce, że zdecydował się napisać takie a nie inne słowa. Co go przeraziło, że to przerażenie tak wyraźnie podkreślił. Co rozumie przez brak trupa, jeśli trup jest? To metafora? Inna interpretacja książki?
www.unsplash.com/Aris Sfakianakis
Zapewniam Was, że jeśli polecali uczciwie, to nie powstrzymają się przed mówieniem o tym. Taki Stephen King – facet, który poleca tony książek i często takich sobie. Jemu się te pozycje naprawdę podobają! On o nich mówi, on się nimi ekscytuje! Jack Ketchum opowiadał kiedyś, jak to King po przeczytaniu jego „Dziewczyny z sąsiedztwa” zdobył numer do autora i zadzwonił, by pogratulować! Albo zobaczcie sobie, jak King rozmawia z innym autorem, któremu dał swego czasu polecajkę – Lee Childem. Jest na Youtubie, znajdziecie bez trudu. Jeszcze jakaś wątpliwość, czy King czytał i czy mu się podobało? Można mu czasem – fakt, ostatnio częściej – zarzucić słabość gustu, ale nie to, że okłamuje swoich odbiorców. Bo on jako czytelnik jest fanem książek. Jak każdy z nas.
Wśród ludzi, których sobie cenię, zwykło się praktykować taki zwyczaj, że polecenie czegoś komuś to przyczynek do późniejszej rozmowy na ten temat. Kiedy mówię znajomym: Hej, weź to przeczytaj! To w domyśle jest: Zrobiło to na mnie wrażenie, chciałbym móc o tym z kimś pogadać. Albo chociaż: Chciałbym, żeby ten ktoś dobrze się bawił, a ja później także będę, gdy sobie z nim o tym wszystkim podyskutuję. Odświeżę ulubione sceny, momenty…
Stąd – fakt, patrząc po sobie – uważam, że żaden autor nie powinien się obrazić, gdy skierujecie czasem rozmowę na rzeczy, które polecał, by zapytać o opinię szerszą niż zdanie na okładce.
Dobrze, zabawa zabawą, ale przejdźmy w tym wywodzie dalej. Powszechnie przyjętym zwyczajem, wręcz pewnego rodzaju regułą, jest niewypowiadanie się źle o kolegach po fachu i ich pracy. Gdy jeden autor zwraca uwagę drugiemu na przykład na merytoryczne błędy albo recenzuje jego książkę bez niemal autoncenzorskiej powściągliwości, robi się zamieszanie. Jeśli zaangażowane są w to wystarczające nazwiska, trafi się spór na linii Dehnel-Twardoch, a wtedy słowa „zazdrość”, „zawiść” będą latać nisko jak kurwy podczas meczu reprezentacji. I nikt nawet nie spojrzy na argumentację, clickbaitowe nagłówki po prostu krzykną „e, literaty się bijo!”.
Tak już jest – jeżeli wypowiadasz się negatywnie na temat twórczości innego autora, muszą tobą kierować albo niskie pobudki albo chęć takiego czy innego zysku. Musisz mieć w tym swój interes. Zastanawiające, że jednocześnie sytuacja, w której ten interes jest podany na tacy, gdzie widzimy na czym polega i mamy świadomość, jak często w polecajce chodzi albo o pieniądze, albo o qui pro quo, nie wywołuje choćby uniesienia brwi. Temu się już nie przyglądamy.
Oto więc, jak prezentuje się sytuacja i jakże częsty sposób myślenia. Po pierwsze, jeśli powiemy coś krytycznie, i tak nic to nie da, a nam może się oberwać bardziej niż krytykowanemu autorowi czy dziełu. Po drugie, jeśli nie weźmiemy tej kasy, weźmie ją ktoś inny „z naszej półki”. Świat się nie zmieni, tylko my będziemy krótsi o parę stówek. A to tylko dwa zdania, nie? No i wreszcie: jaka to odpowiedzialność? Żadna! Wszystko można wytłumaczyć różnicą gustów przecież. To, że do tej pory krytykowałem wszystko spod czyjejś ręki, a teraz nagle, mimo iż pozycja zawiera wszystkie irytujące mnie dotąd wady, nagle jest to rasowa rzecz godna mojego polecenia? No jest! O gustach się nie dyskutuje!!!
www.unsplash.com/Jessica Ruscello
Tyle, że jeśli się o czymś nie dyskutuje, to przyjmujemy coś jako pewnik. Tak jest i już. To aksjomat. Dogmat. I nawet jeśli ty, Szary Czytelniku, skrytykujesz, bo uznasz za badziew, ludzie odniosą się bardziej do opinii z okładki niż Twojej. Tamto nazwisko kojarzą. I to dlatego oni dostaną za dwa, niekoniecznie zgodne z prawdą, zdania (często podyktowane przez marketingowca – tak, znam i takie przypadki, wcale nie jednostkowe) od kilkuset złotych do kilku tysięcy. Tobie, jeśli dotąd dostawałeś książkę od wydawcy, może natomiast wyschnąć źródełko.
Czy jest dla tej sytuacji jakieś systemowe rozwiązanie? Myślę, że tak, ale wymagałoby mocnego oddolnego nacisku czytelników na wydawców i autorów oraz, oczywiście, czasu. Pierwsza rzecz, odblokujmy wreszcie dyskusję. Piętnujmy ludzi, których jedynym komentarzem na długi wywód jest „pfff, pewnie z zazdrości”. Dyskutujmy o książkach i sprawmy, by autor dający polecajkę był gotowy na to, że będziemy z nim o tych książkach rozmawiać. Nie wrednie, nie odpytując z treści, jak kiedyś w szkole. Ale na tyle konkretnie, że przyjdzie mu tej swojej dwuzdaniówki bronić, albo ją rozwinąć i uzasadnić. Jeśli to polecajka sprzed lat, dajmy się autorowi z twarzą wycofać, jeśli zmienił zdanie. Jeśli zrobił to dla pieniędzy, dajmy mu to powiedzieć i traktujmy jak Lewandowskiego oferującego nam Colę albo, by być w branży, Szczepana Twardocha mówiącego o banku Raiffeisen. Serio, ta reklama, rządząca się przecież jakby trochę innymi prawami, jest sto razy uczciwsza niż niejedna walnięta na odpieprz polecajka!
Czytelniku, jeżeli zależy Ci na rynku książki, na jakości, zmuś nas, autorów, krytyków, dziennikarzy do wzięcia odpowiedzialności za każdą „petardę!”. Są na to sposoby, które masz powyżej, a z pewnością znajdziesz też mnóstwo własnych. Nie pozwól bezkarnie wciskać Ci gówna, którego sami nawet nie tknęliśmy, bo ktoś nam zapłacił za dwa zdania.
Do kolegów i koleżanek po piórze nie apeluję, bo tu każdy zna zasady gry i albo jest fair, albo nie. Ale Ty, Czytelniku, naprawdę dużo możesz.
fot: www.unsplash.com/Patrick Tomasso
OSOBISTY PS (Nieobligatoryjny)
Ten zapis nie był zaplanowany, ale ponieważ niemal natychmiast po tym jak Adam zapowiedział na fanpage’u smaku ten felieton i jego temat, Rafał Bielski z magazynu „Pocisk” wyraził troskę, czy aby, pisząc o tak trudnej kwestii, nie ustawię się przezornie z boku, by nie pokazać swoich własnych przewin i uchybień. Oczywiście jest to obawa racjonalna, więc aby ją rozwiać tak u Rafała, jak i u każdego czytelnika, który ją podziela, krótko o moim polecaniu.
Przez trzynaście lat napisałem kilkanaście polecajek. Tak, nie pamiętam dokładnej liczby, a nie chciałbym się pomylić, ale każdą książkę przeczytałem, większość zaopiniowałem autorowi i wydawcy, a tylko trzy spośród moich polecajek zostały napisane od początku jako dwa zdania na okładkę – reszta to wyimki z szerszych recenzji. W tym czasie odmówiłem kilkudziesięciu prośbom o polecenia, ponieważ książki mi się nie podobały.
W całej mojej karierze cztery razy przyjąłem pieniądze za polecajkę. W pierwszym przypadku o tym, że dostanę za to cokolwiek prócz egzemplarza, dowiedziałem się po fakcie, bo nie chciałem wynagrodzenia. Uważałem, i do dziś uważam, książkę Ani Brzezińskiej i Grega Wiśniewskiego „Na ziemi niczyjej” za pozycję ze wszech miar wartą polecenia. Przy dwóch kolejnych przypadkach zastrzegłem, że nie chcę nawet rozmawiać o kwotach dopóki nie przeczytam książki i nie stwierdzę, że jestem zainteresowany. Wreszcie przypadek czwarty wiązał się nie tyle z polecajką, co z napisaniem wstępów do każdego z opowiadań napisanych przez Anię Kańtoch i wydanych w zbiorze „Światy Dantego”. Napisanie łącznie kilkunastu stron wyceniliśmy wraz z wydawcą Ani po niskiej stawce, za sam poświęcony czas i była to kwota niższa niż najwyższa oferowana mi stawka, ale nieco wyższa niż przeciętna oferta. Książkę wciąż polecam, bo jest wyśmienita.
Kilka razy albo sam zaoferowałem się z napisaniem polecajki, albo bez wahania zgadzałem się to zrobić, gdy tylko usłyszałem propozycję. Tak było chociażby z debiutanckim, pisanym pod pseudonimem kryminałem Michaela Crichtona czy fantastyczną powieścią Jacka Ketchuma. Polecanie tych tytułów było dla mnie zaszczytem i miałem wrażenie, że to ktoś mnie robi przysługę, nie odwrotnie.
Znam osobiście wielu autorów, których książki poleciłem. Zwykle o polecajkę byłem proszony już po tym, jak wypowiedziałem się na temat książki i była to ocena pozytywna. Moi znajomi znają mnie na tyle, że nie proszą o polecenie, zanim nie zapoznam się z tekstem. Zdarza mi się, gdy jakiś wydawca prosi o przeczytanie i polecenie książki nieznanego mi autora, wyznaczyć stawkę za przeczytanie jako rodzaj bezzwrotnej zaliczki. W ten sposób wyceniam swój czas i jest to zwykle około 20-30% kwoty umówionej za ewentualną polecajkę. Najczęściej są to jedyne pieniądze jakie biorę, bo albo książka mi się nie podoba, albo podoba na tyle, że jestem skłonny polecić ją bez obciążania budżetu wydawcy.
Nie, to, że ktoś jest moim dobrym znajomym czy nawet przyjacielem, nie skutkuje tym, że może liczyć na moją polecajkę. Zwykle może natomiast liczyć na to, że jego tekst przeczytam i zaopiniuję.
Nigdy od nikogo nie oczekiwałem wzajemności za napisanie pochlebnej opinii o tekście. Nie mam problemu z cytowaniem moich recenzji czy opinii na temat książki jako formy reklamy, tak długo, jak nie jest to wyrwanie zdań z kontekstu wypaczające sens wypowiedzi.
Tak, ja również chętnie się poddam weryfikacji swoich polecajek w postaci zabaw, które zaproponowałem. Czy innych, jeśli masz na nie pomysł.
Czy taką odpowiedź, uznajesz, Rafale, za satysfakcjonującą?
Tym razem, inaczej niż zwykle, Adam wskazał mi temat, sugerując, bym zostawił szersze konteksty i napisał o nowej książce, nad którą pracowałem i która niebawem ukaże się nakładem wydawnictwa Marginesy. Przyznaję, że podszedłem do zadania dość nieufnie, bo nie widziałem w tym, co akurat robię, materiału na felieton. Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że książka będzie ciekawa, ale treści szykowanej publikacji zdradzać specjalnie nie będę, a skoro nie, to opowiadać w felietonie o klepaniu w klawisze? No, niepoważne. W którymś momencie doszedłem jednak do wniosku, że chyba jest coś, o czym chciałbym napisać. Mogę się mianowicie podzielić pewną dziwną impresją, wrażeniem, które towarzyszyło mi przy pisaniu.
Zwykle w ciągu dnia mam poważniej do czynienia z trzema książkami: jedną czytam, gdy mam chwilę wytchnienia, drugiej słucham gdy prowadzę lub ćwiczę, trzecią piszę. Podczas pisania najnowszej książki, tak się złożyło, książką którą czytałem był Outsider Kinga, opowiadający – tu proszę mi wybaczyć spoiler – o istocie nadprzyrodzonej przyjmującej cudzy wygląd niczym baśniowy doppelganger. Książką słuchaną było Strange weather (wkrótce po polsku jako Dziwna pogoda) syna Kinga czyli Joe Hilla. Pierwsza z czterech nowel opowiada o dziwnym człowieku, który kradnie ludziom wspomnienia i pakuje je w zdjęciowe albumy. Obie te książki znamionuje charakterystyczny styl budowania nastrojowej niezwykłości mocno osadzonej w zwyczajnej, szarej amerykańskiej codzienności. To taka fantastyka, która stawia czytelnika na zwykłej uliczce zwykłego osiedla. A gdy będąc na niej, odetchniesz z ulgą, że przecież znasz takie miejsca i wiesz, jak tu jest, wtedy pojawia się, zwykle przerażająca, magia.
Dlaczego napisałem, że czytanie i słuchanie akurat tych książek to znamienne okoliczności? Już, choć może na okrętkę, tłumaczę.
Książka, nad którą do zeszłego tygodnia pracowałem, to opowieść prawdziwa czy też raczej zbiór prawdziwych opowieści i wspomnień jednego człowieka, które ułożone w mozaikę dają obraz nie tylko jego samego, ale i instytucji, w której pracował przeszło trzy dekady, oraz miasta, w którym się urodził i spędził zasadniczo całe życie. Na moją sugestię, ów człowiek, pan Adam, spisał wszystko, co pamięta, a potem przekazał mnie, bym napisał to na nowo.
Wrocław, fot:www.unsplash.com/Zuza Gałczyńska
Trudno mi określić charakter mojej pracy, bo jeśli to praca reporterska, powinienem może opatrzyć to własnym komentarzem, szczegółowo weryfikować opowieść, a bardzo tego nie chciałem. Jeśli redakcja, to za bardzo posunięta, bo nie ingerowałem w fakty, ale dostałem wolną rękę w budowaniu tempa narracji, języka tej opowieści, sposobu przedstawiania jej prawdziwych bohaterów. Wreszcie – ghostwriter? Temu byłoby chyba najbliżej, ale póki co – jeszcze przez chwilę – to ja piszę te słowa, a bohater opowieści, człowiek, który przeżył to, co jest przedmiotem książki, pozostaje Czytelnikowi znany tylko z imienia. Więc jaki ghost?
Zastanawiałem się nad tym któregoś dnia, skończywszy pracę, pakując torbę i jadąc na siłownię. I wtedy właśnie bohater noweli Hilla zorientował się, że oto jest w jego do tej pory dość racjonalnym świecie ktoś, kto zbiera wspomnienia i umieszcza je w albumach. Może, zacząłem myśleć, jestem teraz kimś właśnie takim? I od tego momentu ta myśl pojawiała się mimowolnie, gdy kończyłem rozdział i porządkowałem historie do kolejnego. Wspomnienia, zdjęcia, album…
A potem zdałem sobie sprawę z czegoś innego. Ponieważ książka, nad którą pracuję, ma formę wspomnień, oddanie należycie wszystkiego, co zawarte jest w materiale źródłowym wymaga ode mnie utrzymania narracji pierwszoosobowej. Tak się składa, że znam swojego bohatera i zarazem współautora opowieści w świecie rzeczywistym. Nieraz z nim rozmawiałem, widziałem, jak się porusza, słyszałem, jak mówi. Na potrzeby książki musiałem go niejako zbudować na nowo, naszkicować sobie w tym świecie i takim przedstawić go czytelnikowi. A potem wpisałem w to niejako siebie, bo miałem przejąć to już zajęte, cudze JA i nim być w każdym kolejnym zdaniu. Robiłem to nieraz, ale przecież na fikcyjnych postaciach. A teraz po prostu, na potrzeby tej książki, każdego dnia stawałem się kopią prawdziwego człowieka, myślałem – po swojemu, bo pisałem każde zdanie tak, jak chciałem – ale przecież jego, nie swoimi myślami. Widziałem jego oczami rzeczy i zwracałem uwagę na szczegóły, na które sam bym przecież uwagi nie zwrócił. Stawałem się kimś na kształt Outsidera z powieści Kinga. No, szczęśliwie nie mając równie obrzydliwych co on potrzeb i charakteru.
Wrocław, fot: www.unsplash.com/ Mateusz Gzik
Dwie powieści fantastyczne w tle pisania jak najbardziej realnej historii o wrocławskiej policji. Dwóch nierealnych przestępców z tych opowieści jako metafora tego, jaką rolę przyszło mi pełnić w spisywaniu losów służby doświadczonego oficera wydziału kryminalnego. Gdy to, co pisałem siłą rzeczy nie mogło uciec w niezwykłość, ta przelała się, jak w systemie naczyń połączonych, w sam proces twórczy! Czy coś z tego wróciło finalnie do książki z powrotem? Czy pisałem to potem inaczej?
Z tego wszystkiego zrodziło się jeszcze jedno pytanie: czy to już samo w sobie nie brzmi wystarczająco interesująco, by stać się zalążkiem choćby opowiadania?
Pytacie czasem, skąd się biorą pomysły: cóż, niektóre chyba ze zderzenia starych nawyków z nowymi wyzwaniami. Ale wciąż wszystkie nieodmiennie z głowy.
Zdaję sobie sprawę, że wielu z Was – może nawet, na co po cichu liczę, większości – problem poruszony w tym liście nie dotyczy. Ale, ponieważ praktyka, do której zamierzam się odnieść, nie jest nowa i kilka razy zepsuła już paru osobom krew, pozwolę sobie napisać otwarcie do Wszystkich. Może gdzieś kiedyś, w przyszłości, gdy pojawi się wywołana okolicznościami pokusa, treść tego listu zaświta w głowie? Bardzo bym chciał, by tak właśnie było.
Otóż chodzi mi o to, drodzy Wydawcy, że czytelnik nie jest debilem. Znaczy – owszem, zdarzają się wyjątki, jak w każdej grupie, ale przeciętnego czy też, chciałoby się zażartować, statystycznego odbiorcy literatury nie można określić tym mianem ani w znaczeniu medycznym, ani potocznym.
To oczywiście nie znaczy, że nie jest podatny na sztuczki, manipulacje i triki. Wszyscy dajemy się na nie łapać, zwłaszcza dzisiaj, gdy tempo naszego życia dostrzegalnie przyspieszyło, a mnogość informacji bombardujących nas codziennie stała się przytłaczająca. Szybko, w biegu zauważamy coś, wydaje nam się, fajnego, łapiemy pod wpływem impulsu i dopiero po czasie orientujemy się, że ktoś nas kiwnął. Niby na legalu, nie ma tu żadnego przestępstwa. Ale przyzwoitość leży w kącie i kwili.
Naprawdę rozumiem potrzeby rynku, rozumiem zasady marketingu, miałem dość długi epizod pracy w branży i jako publikujący autor też nieustannie szukam sposobów na zainteresowanie czytelnika. Uważam jednak, że pierwszą zasadą, jaka powinna dominować jest: hej, jesteśmy fair wobec odbiorcy. Jasne, trochę kusić musimy, ale jednak bez przesady, są granice.
Pozwólcie, drodzy Wydawcy, że pokażę to na przykładzie. Wyobraźcie sobie, że jesteście facetem i podoba się Wam dziewczyna (możecie w dowolnej konfiguracji, mnie po prostu tak będzie łatwiej pisać). Chcecie ją poderwać i zaczynacie w tym temacie działać. Uważam, że absolutnie dopuszczalną zagrywką jest zadbanie o oprawę. Jakiś stylista, barber może, wizyta w sklepie odzieżowym, wylanie na siebie flakonu perfum. Wszystko gra, kiedy, podnosząc swoją atrakcyjność, zadbasz o jakieś gadżety – kwiaty, butelkę wina, bilety do kina – czy dobre miejsce i okoliczności zawarcia znajomości. Innym popularnym trikiem, bywa, że trochę bardziej z szarej strefy, ale niech będzie, jest namówienie kogoś, kogo dziewczyna ceni, by szepnął za tobą słówko. Jeśli mówi szczerze, w oparciu o swoją wiedzę, jest super. Jeśli tylko dlatego, że obiecałeś mu piwo, idzie to na jego sumienie. Nadal jednak, uważam, jest to do przyjęcia.
Tym, co do przyjęcia nie jest, byłoby wykorzystywanie faktu, że dziewczyna jest szaleńczo zakochana w filmowej gwieździe, do której jesteś troszkę podobny, rzeczona dziewczyna troszkę wstawiona i jeszcze przebywacie w pomieszczeniu, w którym złe światło działa na twoją korzyść. Już skorzystanie z okazji, nie wyprowadzając jej z błędu, jest paskudne. Ale zaplanowanie tego i zrobienie stosownego make-upu, byleby się tylko pomyliła i zorientowała po czasie, to już skrajna chujoza.
Ufam, że zgadzamy się co do przykładu i jego oceny. A skoro tak, przenieśmy to na rynek książkowy.
Nie tak dawno wydawnictwo SuperNova, znane w latach dziewięćdziesiątych z wydawania większości rodzimej fantastyki, dziś skupione na odcinaniu kuponów od zamieszania wokół Wiedźmina i Andrzeja Sapkowskiego, postanowiło wydać zbiór opowiadań konkursowych napisanych przez czytelników „Nowej Fantastyki” z okazji „urodzin” Wiedźmina. Konkurs zyskał przychylność samego autora, który podobno uczestniczył w wybieraniu tekstów. Zwycięskie opowiadania opublikowano w piśmie, a do tego zdecydowano, że antologia pojawi się również w wersji książkowej.
Podkreślę kluczowe słowo: antologia. Tu rozumiana jako zbiór tekstów różnych autorów, ze wskazanym tematem i zbiorczym tytułem. Pisałem do kilku takich antologii, widziałem ich jeszcze więcej, nawet takich dedykowanych konkretnemu autorowi (weźmy za przykład wydane w Polsce „Jest legendą…” poświęcone Richardowi Mathesonowi) i nieomal zawsze na okładce umieszcza się nazwiska autorów poszczególnych tekstów, choćby mniejszymi literami. Ale nie tu. Tutaj czytelnik, natrafiając na tę książkę, musi uważać, by zauważyć słowo przedstawia umieszczone pod wielkim ANDRZEJ SAPKOWSKI. Pod spodem jest równie wielki tytuł „WIEDŹMIN: SZPONY I KŁY”. Wszystko zaprojektowane jest tak, by przeciętny odbiorca, zauważając książkę w Empiku czy kiosku, uznał, że to nowa powieść lub zbiór opowiadań jednego autora.
I tutaj ktoś z Was, Szanowni Wydawcy, powie: No, trzeba było uważać. Zanim to jednak zrobicie, pozwólcie, że przypomnę że w polskim popie już tych słów użyto. Wypowiada je kasiarz Kwinto, rozbrajając bankowy alarm w filmie „VaBank”. Nie wiem, czy chcecie być przyrównani do człowieka, który rżnie innych na kasę.
Idźmy dalej. Robert Ziębiński, dziennikarz, pisarz, obecnie naczelny polskiej edycji „Playboya” opublikował swego czasu książkę zatytułowaną „Stephen King. Sprzedawca strachu”, ciekawą, choć trochę nierówną publikację na temat ekranizacji powieści Stephena Kinga, która jednak przeszła bez większego echa.
Zapytacie pewnie, skąd zdziwienie, skoro podobne prace generalnie nie są chodliwe? Otóż stąd, wydawcy – o ile wiem, w porozumieniu z autorem – wpadli na dość przewrotny pomysł promocji i zabawy okładką i tekstami na niej. Pierwsze wrażenie, gdy na nią spojrzymy, jest jednoznaczne: oto nowa książka Stephena Kinga, zatytułowana „Sprzedawca strachu”. W pierwszym wydaniu – nie wiem, czy były kolejne – Wydawnictwo Replika poszło w tej zabawie tak daleko, że… nazwiska Ziębińskiego w ogóle na pierwszej stronie okładkowej nie ma! Trzeba je było specjalnie doklejać w postaci specjalnej nalepki!
Przy tej zagrywce przyczynek do napisania tego felietonu wydaje się niewinnym wykorzystaniem nadarzającej się okazji. Chodzi mianowicie o książkę „Dziecięce zabawy” autorstwa Tomasza Mroza wydaną przez śląskie wydawnictwo Videograf.
Ktoś może powiedzieć: ale czego się człowieku czepiasz? Ma chłopak na nazwisko Mróz, to jakiego ma używać? Upał? Co, jemu nie wolno pisać książek, bo, tak się składa, jest ktoś taki, kto się nazywa podobnie? I to wszystko racja, tyle że argumenty nie dotykają sedna. To nie jest pierwsza książka Tomasza Mroza. Jeśli wejdziecie w sieć i pogooglacie, zobaczycie kilka tytułów opublikowanych w postaci ebooków wypuszczonych przez wydawnictwo RW2010. Różna tematyka, różne oceny, ale, powiedzmy to szczerze, nic, co zdołałoby autorowi zbudować nazwisko wśród odbiorców.
Tyle, że chwila! Akurat to nazwisko jest już zbudowane! Tu nie trzeba pracować specjalnie, bo MRÓZ, zwłaszcza w kontekście kryminału, coś już w tym kraju znaczy! Gdyby teraz odpowiednio to ograć, pójść w minimalistyczną okładkę budzącą skojarzenie ze skandynawskimi kryminałami, wstawić kapitalikami MRÓZ – na podobieństwo książek Remka – to ktoś się może w pędzie złapie? A może – tak, zakładam, tłumaczyć się mogą marketingowcy Videografu – ktoś przez pomyłkę sięgnie, ale mu się spodoba i zostanie z Tomaszem tak, jak jest teraz z Remigiuszem?
Cholera, idę o zakład, że niemal tak samo pomyślał koleś uprawiający seks z pijaną dziewczyną w knajpianej toalecie, której podał się za Johnny’ego Deppa: a może jej się spodoba i wtedy się przyznam, a ona i tak zostanie? A jak nie, przynajmniej zaliczę. Sami powiedzcie, to jednak obrzydliwe, nie?
Szanowni Wydawcy, jak wspomniałem na początku, wiem, że większości z Was problem nie dotyczy, bo nie zniżylibyście się tak bardzo dla paru groszy. Ale apeluję: czy to na spotkaniach branżowych, czy w kuluarach, gdy komuś z Waszych kolegów wpadnie do głowy kolejny raz odwalić taki pomysł, dajcie mu w ryj. Tak po prostu, szczerze, w imieniu polskiego, ale i światowego rynku książki. Bo, nawiązując do słów Gustawa Holoubka zapytanego kiedyś w programie, czy czegoś nie toleruje, to to, do czego nigdy i w żadnej branży dopuszczać nie wolno, to jawnego skurwysyństwa.
Jakub Ćwiek
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.