Miałem ostatnio taką oto sytuację. Zaproponowałem grupie moich czytelników, w podziękowaniu za zakupienie książki w przedsprzedaży, specjalny bonus, który długo był dla nich niespodzianką, a w końcu okazał się linkiem do nagrania mojego roastu, który w Boże Ciało odbył się w warszawskiej klubokawiarni Worek Kości. Ujawniając tę informację, napisałem, w jaki sposób ów bonus można uzyskać, potem kilka razy przypominałem o tym w kolejnych, dłuższych i krótszych wpisach, wreszcie – napisałem podsumowanie roastu, w którym wskazałem wyraźnie: informacje, jak można otrzymać nagranie, znajdują się na końcu wpisu.
I teraz propozycja zabawy. Czy jesteście w stanie przewidzieć, o co zapytano mnie w komentarzach do tego konkretnego wpisu? Tak, z pewnością zgadliście. O to, jak uzyskać obiecany bonus.
Pomyślałem wtedy tak: to nie są przecież przypadkowi ludzie. To odbiorcy, którzy czytają moje książki, którzy dokonali zakupu przedpremierowo, co świadczy, zakładam, zarówno o sympatii do mnie jak i do tego, co piszę. Tekst, który napisałem, był taki jak je zwykle piszę, a informacja o tym, co jest na jego końcu, wpadła dosyć wcześnie. Co więc się stało?
Trochę zaniepokojony ruszyłem na t wędrówkę po sieci. Sprawdziłem profile znanych mi pisarzy, koleżanek i kolegów po piórze. Podobne sytuacje raz za razem. Sprawdziłem fanpage serwisów zajmujących się książkami, część fanpage’ów blogowych – te akurat sprawdzam regularnie, by sprawdzić czy mój felieton „Blogobojni” przyniósł jakikolwiek inny skutek prócz obrażenia się na mnie szeregu blogerek i kilku wydawnictw – i tam również to samo. Jezus Maria, ludzie związani z książkami, pasjonaci tychże, nie umieją czytać!
Oczywiście to wniosek mocno na wyrost. Na pewno większość z nas umie składać literki, słowa, a nawet zdania. Jestem też przekonany, że ogrom tego grona, czytając w sprzyjających czytaniu okolicznościach, świetnie sobie radzi z obcowaniem z książką, skupia się należycie, wyciąga wnioski. Problem jednak w tym, że takich okoliczności jest coraz mniej, więc większość tego, co czytamy, odbieramy tak, jak wpisy na Facebooku. Niedokładnie, na chybcika, po łebkach, przeskakując co gęstsze akapity, zbudowane ze zdań złożonych, jak choćby ten właśnie, w którym umieszczam mały, w założeniu raczej humorystyczny eksperyment. Oby nieudany. Zachęcam państwa do zabawy i umieszczenia przed swoim komentarzem, odnoszącym się do tego tekstu trzech liter, które wrzuciłem tu losowo, osobno i nie pasujących do reszty. Trudność polega na tym, że jedna z rzeczonych liter już była. Wyłapaliście?
www.unslash.com/Becca Tapert
Uważne czytanie i składanie literek to jednak jedno. Natłok treści i bodźców wokół sprawia, że nawet przyswajając je wszystkie, nie dajemy sobie czasu na ich utrwalenie i analizę. Treści z nami nie zostają, wypadają zupełnie z głowy zanim doczytamy akapit. Zostaje z nami tylko to, na co jesteśmy wyczuleni. Stąd tyle dyskusji pod byle pretekstem dryfuje w stronę utartych schematów, stereotypów, zabetonowanych przekonań. Przykładem niech będzie wciąż tu i tam głośno omawiany mój list do Mroza, w którym kluczową kwestią, jak się okazało, było tempo pisania Remigiusza, a nie to, co stanowiło jego właściwe sedno – kwestia i odpowiedzialności pisarza za angażowanie w swoją twórczość spraw ważnych społecznie.
Nieuważne czytanie połączone z brakiem czasu na własną analizę tekstu sprawia, że jako czytelnicy coraz częściej idziemy na skróty. Dołączmy do tego niedobory odważnych i uważnych krytyków – czyli tym samym oddanie całej funkcji krytyka w ręce amatorów – i dostajemy odbiorców, którzy książki lubią, czytają, ale nie wiedzą, jak je właściwie obsłużyć, więc sprowadzają do ograniczonej funkcji podstawowej. Co przypomina trochę starszą osobę uczącą się obsługi smartfona – ja będę z niego tylko dzwonił i pisał smsy i nie potrzeba mi nic więcej. Ale i tak kupują nowe modele co roku czy co dwa lata, bo jest okazja.
Tempo życia, zgiełk i natłok informacji – to oczywiście są niezwykle ważne czynniki wpływające na to, w jaki sposób czytamy. Ale nadal pozostaje dla mnie kluczowym, że… nikt nas w zasadzie czytać nie uczy. Język polski w szkołach to nieustanne zmaganie się z czasem, gotowe interpretacje kilku książek, które może i coś nam powiedzą o życiu, świecie, epoce (niewłaściwe skreślić, właściwsze dopisać) ale nie zbudują czytelniczej pasji, nie otworzą na myślenie, a wbite na stałe w program i walczące o swoje z lekcjami gramatyki i ortografii, same wręcz sugerują, że to czy tamto lepiej przeskoczyć, by zdążyć ze wszystkim. Zabierając się za tę czy tamtą książkę z kanonu lektur, właściwie masz już zdradzone wszystkie kluczowe punkty fabuły, dowiadujesz się, o czym będziesz mówić. Nic dziwnego, że sięgamy po streszczenia, bo tam jest to, co z książki będzie nam potrzebne. I to, co mamy z niej zapamiętać.
www.unsplash.com/Annie Spratt
Uczymy się literatury tak, jak uczymy się historii. Klasyczną trzyzetką. A potem na przykład pojawia się w Internecie setka bolesnych memów o łatwej Izabeli Łęckiej. Bolesnych nie dlatego, że nieśmiesznych, a raczej dlatego, że tyle przeciętny odbiorca zapamiętał ze skądinąd bardzo koślawej i wypaczonej gotowej interpretacji.
Na żadnym etapie życia nie uczymy się przyswajania kultury dla przyjemności. Nikt nie wyrabia w nas właściwych nawyków, by z satysfakcją czerpać radość z tej wymagającej jednak formy rozrywki. Nie uczymy się, że najlepiej czytać rozdziałami, bo to naturalny, sugerowany przez autora fragment tekstu, którego przyswojenie na raz pozwoli nam utrzymać tempo, rytm i nie szarpać wątków. Nie uczymy się samych siebie i tego, że czytanie przed snem dla sporej części nas niekoniecznie jest dobrym nawykiem, bo zmęczony umysł gorzej przetwarza i przyswaja informacje. Nie uczymy się analizowania zachowań bohaterów po swojemu, nie uczymy się schematów gatunkowych, które ktoś później przełamał. Nic, co dostajemy w standardowym procesie edukacji, nie pozwala nam na skonstruowanie aparatu analitycznego dla większości lektur, po które sięgniemy. Że już nie mówię o czasie na wykształcenie wyobraźni, choćby takiej przestrzennej.
A proces niestandardowy? Pisałem już o kampaniach społecznych, o grupach miłośników książek. Byłem na szeregu takich spotkań, brałem udział w wielu akcjach promujących czytelnictwo. I o ile widzę na poziomie kraju kilka fajnych inicjatyw, większość z tego, na co znajdują się obecnie fundusze, ma albo skostniałą formę dostosowaną do już dawno przekonanych i nawykłych do czytania po swojemu, albo wysypuje się na nieprzystającym do potrzeb wykonaniu bardzo pomysłowych inicjatyw. By nie pozostawić Was bez przykładu tego drugiego – pomysł na wrocławskie „Zakazane lektury” (panel dyskusyjny zakończony czytaniem fragmentu tekstu przez znanego aktora) to pomysł wyśmienity, boleśnie zdruzgotany formą.
Przetrwanie skierowanych w zasadzie do nikogo, puszczonych na żywioł paneli, stanowiących bardziej towarzyskie przekomarzanie przy udziale publiki niźli rzeczywiście promocję czytelnictwa czy zachęcenie do lektury konkretnego autora, to wyzwanie. A szkoda, bo trudno o milsze dopełnienie wieczoru literackiego niż wsłuchanie się w głos Marcina Dorocińskiego czy Arkadiusza Jakubika interpretujących Kapuścińskiego czy Lema.
www.unsplash.com/Anastasia Zhenina
Pytanie też, czy zdajemy sobie sprawę z potrzeby edukacji w zakresie czytania. Kiedy raz przez jedną bibliotekę zostałem poproszony o poprowadzenie zajęć z twórczego pisania, zaproponowałem – co robię często – by z kilku godzin warsztatów, pierwszą poświęcić na pogadankę o czytaniu. O tym, jak to robić, jakie popełniamy błędy etc. Biblioteka, z której do mnie dzwoniono, nie była z dużej miejscowości, więc po dłuższej pauzie usłyszałem tylko: myśli pan, że jak małe miasteczko, to młodzież tutaj nie umie czytać?!
I zanim powiedziałem, że uważam, iż akurat w tej kwestii wielkość aglomeracji to kwestia trzeciorzędna, pani się już rozłączyła, by nigdy później nie zadzwonić.
Największym jednak problemem, z którego nie zdajemy sobie przy tym zagadnieniu sprawy, jest to, że lepiej nie będzie. Rynek zaobserwował tendencję i się dostosowuje. Bo do tego, by zamiast się dostosowywać, coś zmienić trzeba wizji, odwagi i cierpliwości. A o te cechy trudno, zwłaszcza na niestabilnym książkowym rynku. Zresztą, wiemy o tym wszyscy, biznes nie przychodzi do nas po to, by nas uczyć, a żeby dać nam, co chcemy. Tyle, że my nie wiemy, czego możemy chcieć. Nikt nas tego nie nauczył.
I tak, literki były tylko dwie. Dziękuję za uwagę.
Macie swojego anioła stróża? Część z Was się pewnie teraz uśmiechnie pod nosem. Jak to, anioła stróża? Ano, tak to. Z Jakubem Ćwiekiem spotkałem się na moście, a raczej mostku, bo właśnie tam, kilkanaście lat temu, Kuba spotkał faceta, który mógł być jego aniołem stróżem. Zobaczcie zresztą sami, bo okoliczności przyrody są wyjątkowe, a opowieść Kuby jest wyjątkowa jeszcze bardziej.
Nie bierzcie autora „Stróżów” za wariata, bo opowiedziana przez niego historia naprawdę w Głuchołazach się wydarzyła. Spotkanie na moście było przyczynkiem do rozmowy o najnowszej książce Jakuba Ćwieka. Porozmawialiśmy o świecie Kłamcy, a także o tym, co Kuba planuje dalej w tym zagmatwanym, literackim świecie.
Przy okazji mojego niedawnego listu otwartego opublikowanego na tych łamach, a skierowanego do Remigiusza Mroza i poniekąd jego wydawcy, kilkakrotnie padł w moją stronę zarzut, że to wszystko z zazdrości. Nie mogłem znieść sukcesu młodszego kolegi, jego niebywałych nakładów, tłumów czytelników i pojawiania się w głównych mediach, więc podjąłem próbę „na zawistnika” i opublikowałem list. A ponieważ opinia ta, choć nie tak znowu liczna, zyskała poklask także u niektórych dziennikarzy związanych z literaturą – nie piszę krytyków, bo sobie tego nie życzą – pozwolę sobie sprostować. To nie tak, że uczucie zawodowego „ech, cholera, też bym tak chciał” jest mi zupełnie obce. Co to, to nie! Ale jest w tym kraju tylko jeden pisarz, któremu szczerze i mocno zazdroszczę jego ciężko zapracowanego sukcesu. To Andrzej Sapkowski.
Pamiętam, jak na konwencie miłośników fantastyki Polcon 2007 odbywającym się tamtego roku w Warszawie – Polcon to konwent wędrujący – rozmawiałem z moim przyjacielem, wybitnym tłumaczem Piotrem W. Cholewą na temat nominacji książki „Lux Perpetua” Sapkowskiego do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Przyznaję, nie jestem miłośnikiem tak zwanej trylogii husyckiej i dałem temu wyraz, a wtedy Piotr powiedział: Może i nie jest to najlepsza rzecz Andrzeja, fakt. Ale biorąc pod uwagę jego erudycję, warsztat, język, w swojej kategorii – w domyśle, gatunku – ściga się on w zasadzie tylko sam ze sobą.
I trudno było nie przyznać wtedy Piotrowi racji. Od tamtej pory minęła przeszło dekada, zdarzyło nam się kilka dobrych czy nawet bardzo dobrych polskich powieści fantasy, ale AS to nadal As. I nawet wyjątkowo nieudana „Żmija” nie była w stanie strącić Sapkowskiego z piedestału. Co najwyżej fani zauważyli, że czasem trzeba czegoś więcej niż wspomnianych erudycji i warsztatu i nawet ten pisarz nie da sobie rady bez dobrej historii.
To, czego Sapkowskiemu zazdroszczę najbardziej, to oczywiście stworzenia czegoś znacznie większego niż on sam. W jego przypadku jest to Wiedźmin, postać, która w tyle zostawia nazwisko autora, śmiało przekracza granice gatunków i mediów i prze tak długo, aż staje się ikoną. I owszem, ten czy ów, zachwycając się dziełem, wspomni twórcę tak, jak przy Bondzie wspomina się Iana Fleminga, przy Conanie Roberta Howarda a przy Batmanie – Boba Kane’a i ostatnio – oddając mu wreszcie sprawiedliwość – również Billa Fingera. Te wspomniane postaci jednak, niczym monstrum Frankensteina, żyją w naszej zbiorczej świadomości własnym życiem i dawno się uniezależniły. Teraz mogą już tylko rosnąć i się zmieniać, pozbawione wszelkich ludzkich ograniczeń.
Zazdroszczę Sapkowskiemu zadowolenia z tego, co posiada. To bowiem, czego absolutnie nie zrozumieli sieciowi pyskacze, zarzucający autorowi sfrajerowanie się przy podpisaniu umowy na prawa autorskie, to to, że autor tych kokosów z medium innego niż książkowe specjalnie nie potrzebował, w swoim mniemaniu zarabiał i zarabia dość. Mógłby więcej, owszem, ale to wymagałoby od niego zmian w podejściu, w sposobie życia. Pożegnania się z wydawcą, z którym był od początku, zatrudnienia agentów, którzy wymagaliby pokazywania się częściej w kolorowej prasie i telewizji, zmian wizerunkowych czy porzucenia jednego czy drugiego sezonu wędkarskiego na rzecz ważnego wydarzenia kulturalnego. A dla Sapkowskiego ważne było to, że jego książki odniosły sukces na świecie i dostaje za nie godne wynagrodzenie. A pieniądze? Dużo większym problemem, czego wielu nie zrozumiało, było to, że tak a nie inaczej skonstruowany marketing gry sprawił, że książki, już w jakiś sposób obecne na rynku, z mniej znanych, ale pełnoprawnych pozycji, stały się popularniejszymi, ale tylko okołogrowymi gadżetami.
Zresztą, wracając jeszcze do tego rzekomego sfrajerowania się, wystarczy spojrzeć szerzej, by spokojnie dostrzec, że Sapkowski finansowo wcale na tych swoich decyzjach licencyjnych źle nie wyszedł. Nie zaszkodził mu – a gdzieniegdzie wręcz pomógł, chociażby na rynkach azjatyckich – serial sygnowany nazwiskami Rywina, Brodzkiego i Szczerbica. Potem przyszedł czas na gry, akurat, gdy branża parła do przodu jak buldożer, a do kierowniczych stołków dotarli miłośnicy talentu Sapkowskiego. Zgrało się, twórcy podeszli do oryginału z szacunkiem i pomysłem i reszta jest historią. Dziś, podczas kolejnej wielkiej rewolucji serialowej, Wiedźmin wykluwa się spod skrzydeł jednego z największych i najważniejszych graczy. Trzeba było do tego wszystkiego czasu, ale Sapkowski czas miał i nie musiał się przecież nigdzie spieszyć. I tego czasu też mu zazdroszczę.
A, no i jeszcze czytelników, z tym, że tu muszę zaznaczyć, tylko niektórych. Zazdroszczę tych, którzy wychowani na Wiedźminie snują dalej opowieści czy to swoje własne – poszukajcie ilu twórców fantastyki i nie tylko przyznaje się do fascynacji twórczością Sapkowskiego – czy związane z uniwersum. Twórcy gier komputerowych, planszówek, karcianek, LARPów na wielką skalę jak chociażby „The Witcher School”, RPGów, filmików fanowskich, piosenek – posłuchajcie tych ludzi, jak mówią o swojej pracy, o Białym Wilku, o znakach, potworach. Zobaczcie jak przy tym wszystkim świecą im się oczy.
Oczywiście, rozwijając myśl z poprzedniego akapitu, nie da się zazdrościć tych bezmózgich oszołomów, którzy nie potrafią przeczytać książki ze zrozumieniem i potem atakują showrunnerkę nadchodzącego serialu za panujące w pokoju scenarzystów zróżnicowanie kulturowe i płciowe. To, że nad produkcją pracować będą ludzie związani z różnymi kulturami i środowiskami ma rzekomo, według nich, zabić kulturową, słowiańską jednolitość pierwowzoru, a także zrobić z niej kolejną opowieść o nietolerancji pełną odniesień do rasizmu, feminizmu i wszelkich innych izmów. Jakby ten cykl, pełnymi garściami czerpiący z większości europejskich mitologii, podań i baśni, kiedykolwiek był o czym innym!
Nie, tych czytelników Andrzejowi Sapkowskiemu nie tylko nie zazdroszczę, a wręcz współczuję. I przyznaję, jestem ciekaw, jak dzisiejszy masowy czytelnik odbierze zapowiadanego, nowego „Wiedźmina”. Od premiery „Sezonu burz” pięć lat temu wiele się wszak na rynku zmieniło i dziś panuje przekonanie, że dziury logiczne w fabule nie mają znaczenia, byleby się łatwo i lekko czytało. A w tym względzie, mimo swoich pojedynczych wtop, Sapkowski jest jednak starą szkołą…
I jeszcze jedno, nie wiem, czy moja zazdrość jest uczuciem dobrym czy złym, nie wiem, czy mi pomaga czy przeszkadza. Wiem natomiast, że w kontekście Sapkowskiego nieodmiennie motywuje mnie jedno. Miał trzydzieści osiem lat, gdy stworzył postać, która stała się ikoną. Ja i spore grono moich koleżanek i kolegów po piórze wciąż mamy czas…
Kilka słów wstępu. Udało mi się jakiś czas temu dotrzeć do informacji, że Remigiusz Mróz wyda w lipcu swoją czwartą w tym roku książkę. Ma nosić tytuł „Hasztag” oraz ma być skierowana, jak sam tytuł wskazuje, do ludzi, którzy sporo czasu spędzają przed komputerem. Czy tak będzie? Okaże się w lipcu, jednak musiałby się wydarzyć jakiś kataklizm, żeby ta książka się nie ukazała. To pewnie dobra informacja dla fanów autora, bo kolejna rzecz do przeczytania. Podzieliłem się informacją z kilkoma autorami, a Jakub Ćwiek zdecydował się napisać dość ostry list do Remigiusza Mroza. Zapraszam do lektury, a potem włączcie się do dyskusji w komentarzach.
Remigiuszu,
Tytułem wstępu – dziękuję, że znalazłeś czas, by ten list przeczytać. Zdaję sobie sprawę, że moment, gdy go piszę i publikuję, jest dość niefortunny, bo akurat jesteś, jak widziałem we wpisie, na wakacjach. Tak się jednak złożyło, że o bezpośrednim powodzie jego napisania, o którym szczegółowo później, dowiedziałem się kilka godzin temu i postanowiłem nie zwlekać, uznając, że może nie jest jeszcze za późno.
Zanim zacznę, ustalmy to i owo.
Po pierwsze – jak wiesz Ty, wiem ja, ale już niekoniecznie wszyscy, którzy będą ten list czytać: mimo iż obaj jesteśmy pisarzami, nie stanowimy dla siebie konkurencji. Nawet mimo dość szerokiego rozstrzału poruszanych tematów, tematycznie czy gatunkowo się do siebie nie zbliżamy, nie „walczymy” o te same półki, nie spotykamy się na tych samych wydarzeniach (wyjątkiem są wszelkie imprezy targowe, etc.). To pozwala mi się wypowiadać z perspektywy kogoś stojącego z boku, a nie pretendenta, konkurenta czy kogoś niepotrafiącego się pogodzić z faktem, że został odstawiony na boczny tor. Wręcz przeciwnie, jak wiesz, a ja dawałem wiele razy wyraz także publicznie, mimo zastrzeżeń, kibicowałem Ci i kibicuję mocno, doceniając ogrom Twojego włożonego wysiłku i to, jak zaowocował.
No właśnie, Twój sukces to po drugie. Jesteś Królem Rynku i nie zamierzam z tym faktem dyskutować. W dodatku, na co warto zwrócić uwagę, Królem ulubieńcem ludu, czego mocno pilnujesz, o co dbasz już po zajęciu tronu i chwała Ci za to. Nie mam wątpliwości, jak wielką część Twojego sukcesu stanowi Twoje podejście do czytelników, czy to w sieci, czy na targach i spotkaniach. Ogromne kolejki czy setki reakcji pod wpisami śledzę bez zawiści czy zazdrości, a z podziwem, bo wiem, ile czasu i energii kosztuje wpisywanie każdemu starannej dedykacji – moje, przy znacznie krótszych kolejkach, nigdy nie były tak staranne – czy podejmowanie dyskusji z tyloma komentarzami w tylu różnych miejscach na Facebooku czy Instagramie. Gdybyś trafił tam, gdzie jesteś, jakimś szczęśliwym trafem, pewnie myślałbym sobie: ej, dlaczego akurat on. Ale w Twoim przypadku trudno zadawać sobie to pytanie. Bo jeśli ktoś miał trafić z takim rodzajem prozy i z tym pisarskim modelem, to właśnie Ty. Bo w ten model włożyłeś (a wraz z Tobą Twoi wydawcy, którzy mocno na Ciebie postawili) całego siebie. Ryzyko, które się opłaciło.
Dobrze, skoro to mamy ustalone, skoro już wiemy, że jesteś Królem, a ja nie życzę Ci źle, a konkurencją jestem ja, pomniejszy autor humorystycznej fantastyki, mniej więcej taką, jaką błazen królewski również noszący koronę, berło i płaszcz z gronostajem jest dla władcy, powiem coś, co właściwie tylko błazen może: to już nie jest, kurwa, śmieszne!
Przestało być takie całkiem niedawno. Do tej pory nawet mnie bawiło to, jak ludzie przecierają oczy z zaskoczeniem, że piszesz sześć książek rocznie, że przeskakujesz z tematu na temat, z gatunku na gatunek. Śmiałem się zawsze, gdy na kolejnych fotosach, plakatach, bilboardach na pół budynku pisano o tym, że Remigiusz Mróz powraca! Stary, jestem pewien, że Tobie również uniósł się kącik ust, gdy zdałeś sobie sprawę, że to tak, jakby fanfarami odtrąbiono każdy Twój powrót z łazienki. Sześć książek rocznie, jedna na dwa miesiące – prenumeruję magazyny wychodzące z mniejszą częstotliwością.
Ludzie mówią: niemożliwe, ale my wiemy, że to nieprawda. Da się pisać w takim tempie, choć wymaga to dyscypliny, zacięcia, zdrowia i nade wszystko podporządkowania innych dziedzin życia pracy. Ale to wybór każdego autora. Szanuję każdego, kto jest w swoim konsekwentny.
Inna rzecz, czy da się w takim tempie pisać dobrze. I tu pytanie oczywiście, co to znaczy dobrze. Literatura gatunkowa opiera się na pewnych modelach postaci, schematach fabuł, kliszach mniej lub bardziej zgranych. Da się napisać niezłą książkę, posługując się wyłącznie kliszami, zwłaszcza jeśli prezentujesz znane sztuczki odbiorcy, który ich z tego czy innego powodu nie zna. Takie książki pisze się automatycznie i jeśli tylko wyznaczysz sobie punkty graniczne (pomysły na zwroty akcji czy zagadki rodem z Browna) i mniej więcej wiesz, co ma paść w danej scenie, właściwie nie musisz się zastanawiać, pisząc. To jak wypełnianie formularza. Jak wykonywanie wyuczonych, wypracowanych ruchów.
Odnosząc to do bliskiej nam przecież sztuki iluzji – wiemy, jak działa numer z przepołowioną kobietą. Mając do dyspozycji pudło, modelkę i trochę czasu na naukę, każdy z nas mógłby go zrobić i zaprezentować. A choć pokazano go miliony razy przed milionami ludzi, opisano i ograno, jeśli trafisz na publikę, która o nim nie słyszała, nadal zadziała. Piękno schematu.
A dziś takich ludzi jest sporo, bo obaj wiemy, że wielu Polaków dopiero uczy się znajdować czas na lekturę, odkrywać zabawę w książkach czy w ogóle w opowieściach. I uczy się traktować czytanie jako formę relaksu.
Ze względu na powszechną obecność, na to jak jesteś widoczny, a Twoje książki dostępne wszędzie – no i nie ukrywajmy, ze względu na świetne fotosy przedstawiające człowieka, którego z miejsca mógłbym uznać za pisarza – jesteś wtedy dla tych ludzi, sięgających po lekturę dla przyjemności albo po raz pierwszy w życiu, albo po raz pierwszy po długiej przerwie, pierwszym wyborem. I często jedynym, bo umówmy się, jedna książka na dwa miesiące to dla przeciętnego, zarobionego człowieka tempo czytania, nie pisania. Zanim więc taki ktoś coś przeczyta do końca, Ty już jesteś z nowością. A że lubimy to, co znamy… idę o zakład, że jest w tym kraju sporo czytelników wyłącznie Remigiusza Mroza.
Jakub Ćwiek, fot: Mateusz Zatynny
Do tego skaczesz po tematach i poruszasz sprawy aktualne, ważne, w Twoich książkach pojawiają się echa spraw, o których rozmawia się w autobusach, ale i w domach przy stołach. Teoretycznie mógłbyś być idealną odpowiedzią na pytanie: gdyby miał pan wybrać tylko jednego pisarza, którego będzie pan czytał, to kto by to był? No oczywista, że polski Grisham, Coben, Gerritsen, King, Nesbo i Larsson w jednym! Coś pominąłem? A tak, polskie „House of Cards” na przykład!
Dobra, wybacz żart, ale trochę tak do całej tej sytuacji podchodziłem. Z rozbawieniem. No, może też i troszkę z żalem, bo w tych naszych Nowych Szatach Króla jawisz mi się właśnie jako ten Władca, który jak wszyscy dał się omamić. Komu? Podejrzewam, choć to tylko moje przypuszczenie, że Wydawcy, który czy to podsuwając Ci tematy, czy też odwrotnie, biorąc ledwie zalążek pomysłu jako już gotową powieść, gna z wydaniem kolejnych książek zanim ktokolwiek się zorientuje, że tak się tego, kurwa, nie robi! Że nieważne, jakbyś był, chłopie, zdolny, każdy pisarz potrzebuje redaktora, który niczym ten sługa Marka Aureliusza będzie mu stał przy uchu i mówił: jesteś tylko człowiekiem.
Kogoś, kto wskaże błędy, wątki zbędne, nielogiczności albo miejsca, w których nie chciało Ci się w opisie nawet specjalnie poszerzać notki z pierwszych wskazań Google’a. Człowieka, który będzie miał czas, odwagę i kompetencje, by przyjrzeć się temu, co napisałeś i powiedzieć „nie, to nie może być w ten sposób, bo to jakaś bzdura jest” albo ”to jak opisałeś Czarnego Delfina podejrzanie pokrywa się z treścią wikipedycznej notki. Potrzebujesz tu aby więcej materiałów?”.
Czytam wywiady z Tobą, czytam o Twoim podziale dnia i o tym, jak dzielisz go między pisanie, lekturę researchową, bieganie, czytanie dla przyjemności, oglądanie filmów i redakcję. Jeśli to dokładny i wierny opis Twojego dnia, dołóżmy tu jeszcze niezwykłą aktywność w social mediach – większość Twojego czasu to ślęczenie nad literkami. Od czterech lat ciągiem? W Twoim wieku, po wymagających studiach prawniczych? Kurde, z czego te książki mają powstawać, czym się ładować, skoro nie miałeś czasu ani nazbierać doświadczeń w tematach, które teraz pracowicie przetwarzasz, ani nawet nie masz czasu na wytchnienie, by mózg czasem po prostu myślał, mielił pomysły, dał im mutować, dał coś odrzucić. By, cholera jasna, odpoczął?
Na miejscu Twojego wydawcy już jakiś czas temu powiedziałbym Ci „Remigiusz, musimy poważnie pogadać. Jesteś fantastyczny, ale nam na Tobie zależy i dlatego, stary, chcemy Ci zaproponować takie coś – my od teraz będziemy puszczać trzy Twoje książki rocznie i troszkę dłużej nad nimi popracujemy. Zarobiłeś dla nas pierdyzalion pieniędzy, sam też przecież nie narzekasz, możemy sobie pozwolić na sztab researcherów i redaktorów. Kurde, jesteśmy na takiej pozycji, że jak zechcesz napisać o Wietnamie, to wywołamy Ci Wietnam i wyślemy tam z oddziałem piechoty!”
Jedynym powodem dla którego tak nie robią, jest obawa, że to, co się wokół Ciebie dzieje, to coś, co się dziać nie powinno i trzeba natrzaskać jak najwięcej kasy zanim się rypnie. Pracujemy więc nad tym, co się liczy, czyli okładką, reklamą, dobrym, nośnym tematem, na którym ludzie się skupią w wywiadach, a odpuścimy rzeczy, które nas opóźniają, jak redakcja merytoryczna czy weryfikacja powierzchownego, internetowego researchu. Przeciętny czytelnik i tak powie „chciałem się tylko rozerwać i się rozerwałem”. Nie oczekiwałem podręcznika.
W tym miejscu jednak, choć nieco straszno, wciąż jeszcze było również śmiesznie. Zabawnie było oglądać Twoje zdobywanie salonów i to jak ludzie robili „ha ha ha, ten wariat Mróz, święty Remigiusz od zbłąkanych blogerek”, a potem, gdy rosły nakłady, gdy pojawiłeś się z serią w Newsweeku, z wywiadem głównym w Wyborczej Kultura czy w programie Michała Nogasia, ludzie, którzy się z Ciebie śmiali, zaczynali starannie ważyć słowa. Przyznaję, zastanawiałem się wtedy, czy zmieniali przekonania? Dojrzewali do autora czy to po prostu słynna kapitalistyczna tortura dopisywania zer na czeku, łamiąca w końcu kołem większość poglądów i ideałów? I miejmy jasność, Remku, nie z Ciebie się tu śmieję. Ty robisz swoje tak, jak Ci się sprawdzało i jak działa.
Po prostu jeden z drugim, zamiast, jak sobie wcześniej zamierzyli, wskazywać ludziom pewne kierunki, ci krytycy z bastionów działów kulturalnych, niczym doradcy królewscy robionego w konia władcy, uznali, że lepiej z tłumem chwalić nowe szaty. Ku uciesze tych, co w tej zabawie rozdają karty.
Możesz powiedzieć, że dobra, rozumiesz, ale trochę długo rysuję ogólną sytuację i czas przejść do konkretów. Gdzie, moim zdaniem, przebrała się miarka i przestało być w ogóle zabawnie? Otóż, drogi Remku, przy „Nieodnalezionej”.
Przyznam, że zanim sięgnąłem po tę książkę, przeczytałem sporo wywiadów i materiałów prasowych. Pominąłem te mówiące o Tobie jako Cobenie, takie chwyty ani mnie nie bawią, ani nie uważam ich za służące autorowi. Ujęło mnie jednak, że ta książka to stand alone, że poruszasz w niej ważny temat przemocy domowej i to najwyraźniej dobrze, skoro fundacja antyprzemocowa bierze Cię na ambasadora.
Byłem akurat świeżo po lekturze Twojej ”Czarnej Madonny”, która nie podobała mi się wyjątkowo i zamierzałem już uznać, że ej, po prostu nie będę więcej po Twoje rzeczy sięgał, a tu nagle i recenzje dobre, i temat ważny, podobno opisany z wyczuciem, a sama powieść skonstruowana świetnie. Wziąłem, przeczytałem (a właściwie przesłuchałem) i… nie, nie zdenerwowałem się. Zalał mnie wkurw!
Na ludzi, którzy Cię za to chwalą, na ludzi, którzy mówią, że jak wspaniale, że Ty, najpopularniejszy autor w kraju poruszasz taki ważny i wcale nie medialny temat, że się odważyłeś, że opowiadasz historię tak mroczną, z takim pogłębieniem bohaterów, postaci. Czytam te recenzje, słucham fragmentów, znowu recenzje, znowu fragmenty i mówię: że do jasnej cholery, co?! Wiarygodne postaci, poruszenie tematu z wyczuciem?! Łaskawe pochylenie się bestsellerowca nad tematem podnoszonym tak rzadko?
Po pierwsze, zrobił to już Miłoszewski w „Gniewie”, więc to nie tak, że zrobiłeś to pierwszy. Po drugie, przemoc w rodzinie to temat nośny w cholerę, a u Ciebie, do czego się zresztą przyznajesz i wspominasz o tym, pojawił się przy okazji skandalu z pewnym posłem i jego żoną.
Kolejno, google research działa, gdy sprawdzasz historię brata Jezusa albo rosyjskie więzienia. Gdy oprzesz jeden z głównych wątków swojej powieści na źle przetłumaczonej transkrypcji z czarnej skrzynki feralnego lotu sprzed czterdziestu lat, też się nic przecież nie stanie. To tak jak u mnie – umówmy się, mogę się w swoich książkach wygłupiać świadomie, ale nawet, jak się wygłupię za sprawą niewiedzy, wielkiej szkody nikomu nie wyrządzę. Ot, najwyżej trochę fantastyce, że wypuszcza chłam i mój Boże gdzie Lem i więcej Dukajów.
Ale gdy Ty piszesz o przemocy domowej? Gdy wiesz – bo już, Remigiuszu, wiesz – że Twoje wydawnictwo czy wydawnictwa, a także efekt kuli śniegowej sprawią, że w mediach wyrośniesz na chwilowego eksperta czy właśnie ambasadora tematu, nadal robisz google research i lecisz po schematach?! Chłopie, wdzięczny bóstwom wszelakim, że jako pisarz nigdy jeszcze nie czułem na karku takiej odpowiedzialności jaką Ty powinieneś, wiem, że prędzej bym tej cholernej książki nie napisał, niż pozwolił sobie na granie na wyłącznie spranych, filmowych schematach! Ot choćby suma obrażeń z każdej nocy, a częstotliwość wizyt w szpitalu z rozpieprzonymi organami. Relacja bohaterka a dziecko, reakcje dziecka na to, co się dzieje, jak ono się zachowuje. Cisza i narastająca beznadzieja zamiast efekciarstwa sypialnianego ringu. Jakbyś cały czas wiedział, że o tym czy o tamtym wspomnieć trzeba, bo gdzieś w czymś co czytałeś padło, ale nie masz pojęcia. jak to prowadzić, bo nie miałeś czasu, by to przepracować. Napisać scen, które może i ostatecznie polecą z tekstu, ale dadzą Ci solidny obraz sytuacji. Diabeł tkwi w szczegółach, a te szczegóły biorą się z rozmów z ludźmi, którzy przestają być dzięki temu statystyką. Z drobnych opowieści o narastającym lęku, beznadziejności, o tym, jak działa przemoc ekonomiczna, seksualna i tak dalej. Wiedziałbyś to, i jestem pewien, wprowadził do książki, gdybyś nie wpadł w nierealny wir pracy. Gdybyś miał odważnego, doświadczonego redaktora, który by Cię poprowadził i czasem kazał przemodelować tekst. Gdyby nie pojawiła się presja – wciąż nie wiem, wydawnicza, społeczna, wewnętrzna – na napieprzanie sześciu tytułów w roku i robienie z tego atutu! To nie jest atut, Remigiuszu. Masz wiele świetnych pomysłów, masz wyczucie trendów, ale za sprawą tempa nie masz nic, co by Twoje książki czyniło Twoimi. Nie dajesz sobie czasu na przefiltrowanie przez siebie ważnych tematów i w związku z tym Twoje książki mógłby napisać każdy z odrobiną pisarskiej wprawy, tak, że nikt by się nie zorientował. Co nie miałoby miejsca, gdybyś dał sobie czas. I nie zlałbyś wtedy tak ważnego tematu pobieżnym researchem i przez to takim jego odrealnieniem.
Dobrze, teraz czas na wyjaśnienie, dlaczego piszę to akurat w tej chwili, gdy powinienem się raczej cieszyć, że jesteś na wakacjach i bierzesz oddech. Cieszę się z tego, naprawdę. Ale też usłyszałem właśnie, że ruszyła maszyna promocyjna Twojej nowej powieści o roboczym tytule ”Hasztag”, traktująca między innymi o problemach młodzieży w sieci. To ważny, trudny temat, wymagający młodego autora, który pewne rzeczy wyczuje – tu jak najbardziej wierzę, że spełniasz warunek – oraz bardzo dogłębnego sprawdzenia wszystkiego, co ważne i warte poruszenia. Gdy ta książka wyjdzie, zwłaszcza w lipcowym sezonie ogórkowym, będzie, wiesz o tym, wie o tym Twój wydawca, tematem ważnym, omawianym na wszystkie możliwe sposoby. Twoja książka stanie się nie tylko przyczynkiem do rozmowy ale i w pewnym stopniu, jak to się stało z „Nieodnalezioną”, punktem odniesienia. Bazą pod wyobrażenia sobie przez ludzi, jak to działa.
www.unsplash.com/Markus Spiske
Nie wiem, jak napisałeś tę książkę, bo z oczywistych względów jeszcze jej nie czytałem. Ale wiem, że to będzie Twoja czwarta książka w tym roku, więc sam rozumiesz, mam pewne obawy. Ale nawet jeśli poszedłeś starym kluczem, jeśli napisałeś tę książkę z podejściem jakie miałeś do ”Nieodnalezionej” nie jest jeszcze, jak rozumiem, za późno. Książki nie ma jeszcze w druku, a Ty masz szansę i wszelkie możliwości, by powiedzieć, żehej, stop. Jednak to i owo zmienię. To za ważny temat, by potraktować go po łebkach. Ludzie na mnie liczą.
Wiem, że Cię na to stać, Remiguszu. Stać w sensie ekonomicznym, ale i stać jako autora, którym jesteś, a który po tych krótkich wakacjach ma szansę wyskoczyć z kolein.
I pamiętaj, to, że porada pochodzi od błazna w papierowej koronie, nie znaczy, że jest żartem. Zawalcz o uczciwe, rzetelne podejście do tego trudnego tematu, jaki chcesz poruszyć, a masz moje słowo, że wtedy, nawet jeśli w końcu to i owo się sypnie, jeśli ktoś stanie, pokaże na Ciebie palcem i powie:
Dawno temu, na długo nim popularny zrobił się u nas Bear Grylls, kupiłem sobie podręcznik survivalu. Był świetny! Uwielbiałem przeglądać kolejne strony, i na podstawie opisanych tam instrukcji, a to skraplać wodę w kubeczku na dnie dziury, a to we właściwy sposób budować szałas. Chodziłem z tą książką wszędzie. Oczywiście szczelnie zapakowałem ją w folię, na wypadek, gdyby… spadł deszcz, zaczęła się powódź albo porwali mnie czescy partyzanci mieszkam przy granicy – i wywieźli nad morawskie jeziora. Miałem swój osobisty zestaw ze skalpelem, krzesiwem, igłą i nitką i ogólnie czułem się super. A gdy jeszcze jeden z moich kolegów, ten, który do tej pory skrupulatnie spisywał w notesie patenty z serialowego MacGyvera, poprosił, bym dał mu tę książkę skserować, wręcz kipiałem z dumy. I oczywiście nie dałem, bo dlaczego miałem się tą wyjątkowością dzielić?
Dziś nie mam już ani tej książki, ani swojego osobistego zestawu. Do niedawna miałem w plecaku scyzoryk, ale go zgubiłem, i latarkę, w której wyczerpały się baterie. Jedyne, co regularnie kupuję z rzeczy przydatnych preppersowi, to srebrna taśma. Nie, nie pytajcie.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Bo ostatnio zastanawiałem się dlaczego właściwie czytam książki Lee Childa o Jacku Reacherze.
Dla tych, którzy nie wiedzą. Jack Reacher to blisko dwumetrowy, barczysty, amerykański włóczęga, niegdyś znakomity żandarm wojskowy, choć często dyscyplinowany za dochodzenie do sprawiedliwości drogami na skróty. Po zakończeniu służby Reacher pozbył się wszystkiego prócz składanej szczoteczki do zębów i skłonności do ładowania się w wyjątkowo niebezpieczne kłopoty i ruszył w niekończącą się podróż przez kolejne stany Ojczyzny, której oddał większość życia.
Każda książka o jego przygodach jest w zasadzie podobna. Komuś gdzieś dzieje się krzywda, a Reacher znajdujący się w danym miejscu z mniej lub bardziej przypadkowego powodu, decyduje się pomóc, bo co ma w zasadzie do roboty? Do roboty nikt go nie gonił, bić się potrafił jak mało kto, a i z wiedzy nabytej tu i tam wypadałoby czasem skorzystać, by nie zardzewiała. Trochę, wiecie, jak w tym dowcipie o Czerwonym Kapturku, co to nie miał się czego bać, bo pieniędzy nie miał, las znał, a seks lubił.
No właśnie, wiedza. Jednym z powodów dla których Jack Reacher jest w stanie tak dobrze odnaleźć się w każdej sytuacji, jest jego ogromna wiedza na właściwie każdy temat i niezwykła umiejętność zastosowania tej wiedzy – czasem bardzo nietypowo – w praktyce. W ubiegłym roku zresztą pojawiła się obok corocznej publikacji okołoreacherowej dodatkowa książeczka zawierająca tak zwane zasady Reachera. I tam, oprócz wyrwanych z kontekstu cytatów, dorzucono, w ramach ciekawostek, wiele zagrywek i trików, którymi niegdysiejszy żandarm popisuje się w kolejnych tomach. Na przykład, jak się skutecznie uzbroić się w przypadkowej łazience.
Przeczytałem tę książeczkę i, tak jak czytając tom po tomie przygody Reachera, próbowałem zapamiętać jego patenty na to czy na tamto. Robiłem tak zresztą odkąd pamiętam, czerpiąc zachowania nie tylko z powieści Childa. Wchodząc do nowego lokalu odruchowo zastanawiałem się nad liczbą wyjść, zbliżającą się grupkę rosłych drabów oceniałem pod kątem tego, który w razie czego jest najsłabszy, który najsilniejszy i jak by to wykorzystać. Ale dopiero lektura Zasad Reachera skłoniła mnie do zadania sobie pytania: czy ja faktycznie się uczę jak zostać zabójczym włóczęgą? I jeśli tak, czy robi tak ktoś jeszcze?
Wtedy przypomniało mi się jak w „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika” King zwracał uwagę na to, jak wielu czytelników literatury popularnej usprawiedliwia czytanie bestsellerów możliwością pozyskania nowej wiedzy. Czytają Grishama, bo jest tam wiele ciekawostek prawnych, Cooka, bo medycyna, Childa, bo ten mało i wielkomiejski survival. Tak tłumaczą się przed znajomymi, tak być może wmawiają samym sobie.
Zaciekawiony porozmawiałem ze swoimi znajomymi, miłośnikami między innymi Childa właśnie. I wiecie co? W nich też tkwi to przekonanie, że, czytając Reachera, nie tylko dobrze się bawią, ale i zdobywają przydatną wiedzę, którą będą mogli realnie wykorzystać.
A tymczasem umówmy się – prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek w naszym życiu zdarzy się sytuacja, gdy będziemy musieli wygrzebać fugę, wyrwać łazienkowego kafla i naostrzyć go jako broń jest bardzo małe. Jeszcze mniejsze, że w tak dramatycznej sytuacji przypomni nam się motyw z dawno czytanej książki. Wmawiamy to sobie po prostu, jak ja, gdy jako dzieciak upierałem się, że gdybym teraz wylądował sam w dżungli, to wydostałbym się stamtąd, nie cierpiąc od głodu, odwodnienia, chorób czy udaru ani jednego dnia. Może i są takie jednostki, ale na pewno się do nich nie zaliczam ani ja, ani większość spośród tych, którzy wyzerowali ten czy tamten nakład powieści Childa.
Skoro więc to nie gromadzenie praktycznej wiedzy ulicznej jest prawdziwym powodem, wróćmy do pytania, dlaczego czytam powieści o Jacku Reacherze. Czyżby z powodu mamoniowej zasady o tym, że najbardziej wchodzą rzeczy już znane? To pewnie też. Nie bez znaczenia jest również fakt, że każda z tych książek jest napisana sprawnym, wykalkulowanym pod zajętych ludzi stylem (krótkie rozdziały, rzetelne wyjaśnienia zawiłości, szczegółowe i proste przedstawianie zastosowanych rozwiązań fabularnych).
Przede wszystkim jednak postać Reachera napawa mnie otuchą. Fajnie jest wiedzieć, że oto gdzieś tam krąży wielki facet z doskonałym przeszkoleniem, który interesuje się życiem zwykłych ludzi i jest wrażliwy na niesprawiedliwość. Zwykle nie trzeba go nawet prosić o pomoc, bo bywa i tak, że – nauczony doświadczeniem – potencjalne kłopoty dostrzega szybciej niż osoba, która będzie na nie narażona. A gdy już dostrzeże, z miejsca bierze się do pracy.
I tak, ja wiem, że to stary, zgrany motyw bezimiennego rewolwerowca, który finalnie odjeżdża samotnie ku zachodzącemu słońcu. Wiem, że postaci takich jak Reacher było wiele i jeszcze wiele będzie. Że ten konkretny bohater to taki trochę John Rambo, a trochę agent NCIS, skonstruowany tak, by grać na emocjach Amerykanów, mających taki a nie inny stosunek do armii, weteranów i patriotyzmu. Naprawdę, wiem to wszystko.
Ale też wiem, że gdy czytam o śledztwie, które – jak w najnowszej książce Childa „Nocna runda” – zaczyna się od znalezionego w lombardzie sygnetu, myślę: chciałbym być czasem jak Reacher. Po prostu w odpowiednim momencie okazać zainteresowanie komuś, kto tego potrzebuje i użyć wszelkiej dostępnej mi wiedzy, by udzielić mu wsparcia. Obym tylko nie musiał używać do tego noża z kafelka.
Swego czasu Arthur C. Clarke pisał, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Niewątpliwie ma to swoją przyczynę w fakcie, że – to z kolei za autorem „Złotej Gałęzi” George’em Frazerem – magia może uchodzić za bękarcią siostrę nauki. Chodzi o to, że sposób działania dwóch powyższych jest w założeniu taki sam – na podstawie tak a nie inaczej zbudowanej wiedzy o świecie, za pomocą określonych czynności i przy użyciu konkretnych rekwizytów możemy na otaczający nas świat wpływać.
Zasadnicza różnica opierająca się na tym, że niektóre z tych zjawisk można wyjaśnić i wytłumaczyć, a inne nie (bo są na przykład dziełem przypadku) ma znaczenie dla wąskiej grupy dociekliwych. Całej reszcie nie robi różnicy, czy pilot od telewizora działa dzięki prawom nauki czy magii. Choć, zapytani, oczywiście zaprezentują tę sprawę inaczej. Bo większość społeczeństwa, mimo iż nie ma pojęcia o zasadach, jakie rządzą ich światem, woli na co dzień uchodzić za osoby twardo stąpające po ziemi.
– Ja nie czytam fantastyki – powiedziała mi ostatnio pani w jednej bibliotece, mierząc mnie takim wzrokiem jakbym sprzedawał dzieciom narkotyki pod szkołą.
Uśmiechnąłem się i wskazałem na książkę, którą właśnie brała. „Jak zawsze” Zygmunta Miłoszewskiego.
– W takim razie nie wiem po co ją pani wypożycza – odparłem.
Nie odpowiedziała.
A ja poczułem się jak w tym starym dowcipie o rabinie, co przychodzi do mięsnego i wskazując na kolejne szynki, prosi o dwadzieścia deko tej rybki, tamtej rybki…
– Ależ panie, to jest szynka – odpowiada rzeźnik, na co rabin wzrusza ramionami.
– A czy ja się pana pytam, jak się te rybki nazywają?
Z tego co wiem, to „Jak zawsze” sprzedawane było jako komedia narodowo-romantyczna, co w zasadzie kłamstwem nie jest, choć w sumie trudno mi do końca orzec, czy wiem, co ten śmieszny zlepek słów znaczy. Tego, czego jestem pewien, to to, że słowo „fantastyka” na wszelki wypadek nigdzie nie pada. Słusznie, bo obstawiam, że zaszkodziłoby tej wyśmienitej powieści mocno. Bo etykieta jest jednak silniejsza niż nazwisko lubianego autora i trzeba pozycji znacznie mocniejszej niż ta Miłoszewskiego, by coś na tym polu zawalczyć otwarcie. Zresztą po co? Dlaczego ktokolwiek miałby?
Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl
A może chodzi tu jednak o coś innego? O to, że na pewnym poziomie ignorancji zacierają się granice tego, co prawdopodobne i nieprawdopodobne? Wtedy tylko etykietki mówią nam, jak się do danej pozycji odnieść. No bo nie trzeba wysilać umysłu, nie trzeba niczego zakładać, by wiedzieć, że jak jest napisane „fantastyka”, to w powieści będzie coś fantastycznego czyli nie do końca odzwierciedlającego naszą obecną rzeczywistość. Dzięki temu odbiorca już na starcie wie, że w tej pościeli jest ziarnko grochu i może udawać, że go uwiera.
Inaczej jest, gdy powieść takiej etykietki nie otrzyma. Wtedy nie możemy za bardzo na starcie zakładać, że coś jest oderwane od rzeczywistości i do oceny wiarygodności fabuły i jej spójności potrzeba nam zdobytej wcześniej wiedzy o świecie, dociekliwości i zdolności łączenia faktów w logiczną całość. Jeśli ich nie mamy, opieramy się wyłącznie na wyjaśnieniach autora.
W tym miejscu chciałem się powołać na konkretne badania, ale ponieważ ich wyniki czytałem raz, dawno temu, a moje Google-Fu jest zbyt słabe i nie udało mi się do nich dogrzebać, przywołam je w formie bardziej zasłyszanej anegdoty, której wiarygodność każdy powinien sobie sam zweryfikować przed dalszym powtarzaniem. Otóż podobno na podstawie eksperymentu wykazano, iż dla wielu ludzi (tu padały procenty, o których odtworzenie się nie pokuszę) dużo ważniejsze niż treść i sensowność wyjaśnienia jest sam fakt, że ktoś cokolwiek wyjaśnia. W rzeczonym eksperymencie wyglądało to tak, że ten sam człowiek grzecznie i uprzejmie, ale wpychał się do stojących od kilku godzin kolejek. Za pierwszym razem mówiąc tylko „przepraszam” i „dziękuję”, za drugim – stosując bzdurne wyjaśnienia na zasadzie: przepraszam, ale muszę wejść do tej kolejki, bo muszę się w niej znaleźć, właśnie w tym miejscu. Słowem nic, co powinno kogokolwiek przekonywać, ale powiedziane takim tonem, który sprawiał, że ludzie ustępowali. Oczywiście nie wszyscy. Jest tutaj wiele czynników „brudzących” czystość tezy do udowodnienia, ale w późniejszych wynikach i relacjach nader często pojawiało się: nie słuchałem uważnie, ale on wydawał się przekonany o swojej racji.
Przenosząc to na nasze literackie etykietkowanie, autor fantastyki byłby tu kolejkowiczem podejrzanym. Widząc go, ludzie zaczęliby się z jakiegoś powodu zastanawiać, co on tutaj robi, nabraliby wątpliwości już na sam widok. Czujni nie wpuściliby go do kolejki, odganiając zanim się odezwie. A jak zachowujemy się wobec autorów spoza tej etykietki?
I tu z pomocą przychodzi casus dwóch powieści Remigiusza Mroza (szczere dzięki, Remek) oraz ich dość mocno odmiennego odbioru. Jedna z tych powieści to „Czarna Madonna”, druga to „Nieodnaleziona”. Pierwsza książka to również pierwsza próba (a przynajmniej pierwsza na tak dużą skalę) zmierzenia się Mroza z horrorem. Element grozy wybrany dość sprytnie, bo egzorcyzmy to ten motyw strasznej fantastyki, którego w katolickim kraju nie sposób po prostu zametkować. Z jednej strony jest więc czym straszyć, posługując się całą masą już ogranych środków, z drugiej, to nie tak, że człowiek ochrzczony i od dzieciaka programowany na widzenie diabła wszędzie może temat tak po prostu odłożyć na półkę z wampirami, zombie etc. Do tego jeszcze tytułowa „Czarna Madonna”, w swym najbardziej znanym wariancie obraz święty i cuda czyniący, a jednocześnie niepokojący. Słowem fantastyka, ale taka, której lepiej nie odrzucać w całości, bo jeszcze obrazi się Bóg, Jasnogórski Obraz, anioł stróż czy wierząca babcia.
Nawet jednak to bezpieczne zagranie nie ustrzegło Remigiusza przed mieszanymi reakcjami czytelników etykietkujących. Nie to, że książka nie odniosła sukcesu, bo Mróz już dawno przekroczył pewien punkt krytyczny, który sprawia, że póki co poniżej pewnego pułapu nie spadnie. Ale temat i poruszone wątki sprawiły, że naprawdę masa czytelników na rozlicznych forach zaczęła dociekać, sprawdzać nieszczelności fabuły czy ogólnego wydźwięku treści. Bo skoro to fantastyka, to można bezpiecznie założyć, że jakieś nieścisłości w niej są. Etykietka budzi w odbiorcy nieomal paranoiczną czujność.
Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl
Z kolei wydana w ubiegłym roku, cobenowska w duchu „Nieodnaleziona” zebrała pozytywne recenzje nawet tam, gdzie trudno się było spodziewać, że je dostanie. Powód? Prócz wspomnianego już efektu kuli śniegowej Mroza (jakże to ślicznie grające z nazwiskiem określenie!) odpowiednio dobrany ważny temat w tle i… powszechna ignorancja, sprawiająca, że autor może zrobić z czytelnikiem, co chce. Bo tu już tak gęstych wątpliwości co do fabularnych detali nie było. Nikt nie przejmował się specjalnie analizą tego czy zastosowany przez autora opis przemocy domowej, ataków, ciosów jest choć w najmniejszym stopniu realny. Czy rzeczywiście istnieje choć cień szansy, by tak główna bohaterka zwyczajnie przetrwała tak opisane ataki szału, nie mówiąc już o utrzymaniu pozorów przed synem, otoczeniem czy kimkolwiek. Czytelnikowi w tym temacie wystarczy świadomość, że w wielu domach dzieją się rzeczy straszne, a autor czasem wtrąci, że pod sam koniec bohaterka wyglądała źle.
A zbudowany na granicy jakiejkolwiek racjonalności złożony system zagadek serwowany bohaterowi? Czyż nie wystarczy chwila refleksji – kogokolwiek, bohaterki, autora, czytelnika – by podważyć zasadność stopnia komplikacji tychże? Czy poczucie nieustannego zagrożenia i konieczność zbudowania więzi z bohaterem faktycznie dla kogokolwiek usprawiedliwia, jak chce autor, takie ryzyko fiaska?
Jeżeli porównywać powierzchowność i schematyczność researchu „Czarna Madonna” i „Nieodnaleziona” stoją na podobnym poziomie. I nie, nie chcę tu, broń Boże, Remkowi dowalać. Taką ma metodę, że spraw poruszanych nie bada dogłębnie, a jedynie tyle, ile mu potrzeba do zaplanowanej treści.Inny model przy tym tempie pracy zwyczajnie nie jest możliwy.
Podobnie na poziomie konstruowania fabuły opartej na regularnych, mniej lub bardziej spójnych z treścią, twistach, obie te książki (a i większość innych remkowych) działają podobnie. Więcej nawet, zagrywka polegająca na „teraz ci wszystkiego nie powiem, dowiesz się w swoim czasie”, zastosowana zarówno w „CM” jak i w „N” ma dużo więcej sensu w nadnaturalnym horrorze, niż w pozbawionym fantastyki thrillerze. W obu przypadkach od tego czy bohater dowie się czegoś zawczasu zależy jak się zachowa dalej. O ile jednak w „Madonnie” tajemniczość mężczyzny na lotnisku protagonista może sobie wyjaśnić jego złożoną, enigmatyczną naturą, o tyle w przypadku własnej dziewczyny wiodącej go od miejsca do miejsca i udzielającej strzępków informacji powinna choć zaniepokoić. Skłonić do narastającej z każdym kolejnym etapem „zabawy” wątpliwości – dlaczego tak? Dlaczego potęgujemy ryzyko?
W tej drugiej książce jedyne, co czytelnik dostaje w ramach wątpliwości to „przepraszam, że się wpycham, ale muszę być w tej kolejce, bo muszę w niej być”. Wyjaśnienie, które jest zdolne zaspokoić tylko odbiorcę, który na ciągu przyczynowo-skutkowym skupia się niespecjalnie, a i nad realistyczność całości stawia porozrzucane tu i tam elementy zaskoczenia. Inaczej mówiąc, Mróz wyjaśnia zamysł czytelnikowi i robi to z grubsza, wiedząc, że ten ostatni nie zapyta: ej, ale dlaczego bohater na to poszedł? Żadnych dodatkowych tłumaczeń, bo i nie ma żadnych dodatkowych pytań. Nikt nie chciał akurat tego wiedzieć.
I żeby nie było wątpliwości, to nie jest trik wymyślony przez Remigiusza czy tylko przez niego stosowany. Właściwie nie jestem nawet pewien, czy to na pewno trik, bo równie dobrze może być to po prostu bardzo sprawne dostosowanie własnych sił przerobowych do ukształtowanych oczekiwań odbiorcy. Skoro czytelnikowi takie rozwiązania wystarczają, a Mrozowi ułatwiają pracę, po co miałby cokolwiek na tym polu zmieniać?
Z drugiej strony wspomniany wcześniej Miłoszewski, budując swoją alternatywną rzeczywistość, kładzie największy nacisk właśnie na to, by wszelkie zachowania jego bohaterów były spójne i sensowne (choć nie zawsze racjonalne, co oczywiste) w ramach świata przedstawionego. Świadom tego, że kołek do zawieszenia niewiary nadwyręża już wyjściową ideą, stara się, by wszystko poza tym elementem grało. Pozbawiony wsparcia czytelnika przyjmującego wszystko na gębę i „bo przecież tak bywa w życiu, widziałem w wiadomościach”, musi się sporo nagimnastykować, by zachować wewnętrzną spójność. Szczęśliwie doceniło to wystarczająco wielu czytelników.
Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe
Teraz jednak pytanie: czy odbiorca przyjmujący wyjaśnienia najprostsze i nie zadający pytań o sensowność wydarzeń akceptuje taki stan rzeczy, bo to jest jego świadomy wybór i nie obchodzi go wiarygodność? Wtedy w porządku, ale po co o nią postulować, odrzucać dobre powieści tylko ze względu na gatunkową przynależność i zmuszać taki marketing WAB do kombinowania, jak za wszelką cenę uniknąć określenia „Jak zawsze” historią alternatywną? Czy chodzi tylko o to, że nie chcemy, by przylgnęła do nas etykietka fantasty-eskapisty?
A może o to, że czytelnik jednak liczy na wiarygodność, podświadomie jej pragnie, tylko zwyczajnie na jego poziomie to, co jest realne i to, co nie jest, stało się zwyczajnie nieodróżnialne?
I nie, proszę nie oczekiwać gotowej odpowiedzi, bo szczerze przyznaję, nie wiem. Wciąż się nad tym zastanawiam.
PS. Ze względu na to, że sam zajmuję się fantastyką i mam świadomość, że uwagi o odrzuceniu tejże w jakiś sposób przez określony (szeroki) typ odbiorcy mogą być odebrane jako żalenie się, pragnę naprostować. Absolutnie nie czuję się traktowany źle, ani też nie uważam czytelników fantastyki za z założenia inteligentniejszych od odbiorców, dla przykładu, kryminału. Niniejszy tekst nie ma na celu wartościowania miłośników określonych gatunków ani autorów te gatunki tworzących.
Podobno pierwszą wskazówką dla tych, którzy chcą pisać, powinno być: pisz dużo i regularnie, czytaj tak samo tylko dziesięć razy więcej. Uważam, że to słuszna porada i, odpowiadając na zadane – zwykle z partyzanta – pytanie o sugestie dla przyszłych pisarzy czy pisarek, długo odpowiadałem właśnie wariacją na temat tego zdania. Często też odwoływałem się do innego evergreena, którego co prawda chętnie używa Stephen King, ale już zeszłoroczny noblista Kazuo Ishiguro ma za ścieżkę złą i wiodącą na pisarskie manowce: pisz o tym, na czym się znasz.
Z całego serca wierzę, że zarówno jedno, jak i drugie jest receptą na pisanie. Może nie od razu na odniesienie sukcesu – do tego nieodmiennie potrzebne jest szczęście – ale na dotarcie do momentu wymarzonej publikacji, a kto wie, może i w przyszłości na utrzymywanie się z tego zawodu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że oba zdania, powtarzane tak często, dorobiły się już etykietki truizmu, wyświechtanego banału, który dodatkowo wymaga bardzo wielu szczegółowych wyjaśnień. No bo ile to jest dużo i co znaczy „regularnie”? Raz na tydzień po dziesięć stron? Codziennie po piętnaście? I jeśli czytać to co czytać? I jak pogodzić to, że zarówno czytanie, jak i pisanie, czerpie z tej samej przegródki naszego codziennego czasu poza pracą, rodziną, spaniem, jedzeniem i nowym odcinkiem „Rolnik szuka żony”?
A to zdanie o pisaniu o tym, na czym się znamy. Co znaczy „znać się”? Trzeba mieć magistra, doktorat, pasję od małego, a może odwiedzić kilka for w necie i przeczytać od pierwszego do ostatniego wpisu?
www.unsplash.com/Picsea
Zastanawiałem się długo, jak na te pytania dodatkowe odpowiedzieć zbiorczo i jak przygotować sobie kilka słów jednocześnie prawdziwych i zwięzłych, stanowiących idealny wpis do wikicytatów i praktyczną poradę dla tych, którzy naprawdę chcą zacząć i nie wiedzą jak. I gdzieś w tym całym dumaniu nad problemem pojawiła mi się porada najpraktyczniejsza i jednocześnie najważniejsza ze wszystkich. Od tamtej pory na pytanie o porady dla młodych pisarzy odpowiadam właśnie tak:
Porozmawiaj z najbliższymi. Nieważne, czy są to rodzice, żona i dzieci, dziewczyna, czy trzy koty, które co prawda patrzą i nic nie mówią, ale w ich oczach widać zrozumienie. Porozmawiaj z nimi, bo jeśli oni są dla ciebie ważni, a pisanie jest czymś, co chcesz robić, to oto pojawił się wam w domu poważny problem do rozwiązania.
Pamiętam taką rozmowę, gdy urodziło mi się drugie dziecko. Oboje z żoną pracowaliśmy zawodowo, ona zmianowo, ja na pół etatu w Centrum Kultury. Na rynku był już pierwszy „Kłamca”, czytelnicy przyjęli go bardzo ciepło i już było wiadomo, że szykowana kontynuacja będzie książką wyczekiwaną. Jeszcze nie zarabiałem na nim majątku, ale już dość, by na przykład pospłacać długi i odłożyć na wakacje:
– Co myślisz o tym, żebym to ja wziął urlop macierzyński, czy jak to się tam…
– Tacierzyński.
– No to tacierzyński. Jezu, jak to brzmi. No, ale co myślisz, żebym to ja poszedł na urlop i zajął się dzieciakami, a przy okazji mógł trochę popracować nad nową książką?
– Myślałam o tym, chyba nie chcę znowu robić przerwy w pracy.
– No widzisz, a ja bym chętnie przestał myśleć o pierdołach z biura. I tak zarabiasz więcej, a ja mógłbym i zająć się dziećmi, i jednocześnie trochę więcej popisać.
– No ale popisać? Myślisz, że dasz radę przy dzieciach?
– Będę pisał, jak będą spały.
– A jeśli nie będą? Jeśli młody będzie dokazywał cały czas?
Wzruszyłem ramionami:
– Zawsze jest ryzyko. Ale z młodą się udało, może młody też będzie cichy.
www.unsplash.com/Caleb Woods
I był. A decyzja podjęta wtedy sprawiła, że właściwie dzisiaj piszę te słowa. Bo faktycznie porządkowałem sobie dzień i obowiązki pod konkretne czynności, rozsądna rozmowa i konsekwentne podążanie tą ścieżką pozwoliły mi na zaplanowanie działań i rozłożenie sił, a nade wszystko na regularność. Pozbawiony trosk z biura, pisałem albo gdy dzieci spały, albo gdy, bawiąc się czy leżąc w łóżeczku, słuchały starannie dobranego soundtracku złożonego z rockowych przebojów. Trochę wydzielonego czasu dla książki, trochę więcej dla rodziny, trochę dla siebie. Działało, choć na przykład wywołało u mnie zabawny odruch, wedle którego nie jestem w stanie pisać ciągiem, bez wstania i rozprostowania się, dłużej niż godzinę – zwykle czterdzieści pięć minut. I nie wiąże się to wcale z bólem pleców czy zesztywnieniem, ale z faktem, że gdy pisałem „Kłamcę 2” i „Liżąc ostrze” robiłem to często nocami, mając na piersi, w chuście, syna. Ten spał grzecznie, ale co jakiś czas się przebudzał i musiałem wstać, pochodzić trochę, by go ukołysać do snu i dopiero wtedy wrócić. Czas ten wykorzystywałem na konsultowanie z młodym szeptem kolejnych scen, a gdy wracałem, wiedziałem już, jak powinny brzmieć kolejne zdania.
Porozmawiaj z najbliższymi. Ja sam nie zawsze się do tego stosowałem i moje dość poplątane życie to też pasmo konsekwencji nieprzegadania takiej czy innej sprawy. Bo zdarzało mi się moje pisanie stawiać wyżej niż całą resztę spraw, zwłaszcza odkąd udało mi się odnieść jako taki sukces. Bo rzucałem na szalę za dużo, miałem żal, że nie wszyscy, nawet najbliżsi, widzą to tak samo. Tematy nieprzegadane, drzazgi ropiejące w milczeniu aż po amputację.
Porozmawiaj z najbliższymi. I gadaj do skutku, nawet jeśli wydaje ci się, że to beznadziejne przypadki. Mam bliskich, którym mogę do znudzenia powtarzać, że to nie tak, że oderwę się na pięć minutek i co to szkodzi, przecież to ledwie chwilka. Bo potem powrót do kreowanego świata, do opowieści, może zająć godziny. Ale tego akurat doświadczył chyba każdy pracujący w domu, nie tylko pisarz – jak w domu, znaczy nie pracujesz, znaczy możesz skoczyć na pocztę, do sklepu, na warsztat… Ale po latach widzę, że nawet tam, gdzie było najtrudniej, kropla drąży skałę. Rozmowa działa swoje małe cuda.
www.unsplash.com/Lukas Budimaier
To wszystko wymaga solidnego przegadania. Ustalenia i obustronnych deklaracji, że na przykład: piszę dwie godziny dziennie, a pozostały czas mam na inne sprawy. I tak, wyniosę tę choinkę, nie musisz mi co pół roku przypominać. Możemy założyć, że pisanie traktujemy jak pracę od ósmej do szesnastej, jak wcześniej napiszę limit to szef puszcza mnie z roboty przed czasem, ale poza przypadkami skrajnymi, nie siedzę po godzinach. Bo może i jestem artystą i może to faktycznie ja spisuję te historie, ale pisanie w wymiarze praktycznym to praca zespołowa. Mogę pisać, bo moja bliska osoba pójdzie za mnie na pocztę, zrobi zakupy, a czasem po prostu poczeka z opowiedzeniem tego, co u niej, aż skończę. Albo zmotywuje masażem.
Mogę pisać, bo w pewnym momencie mówię sobie: stop, wystarczy. Z mojego życia mogę wycinać teraz tylko taki kawałek dziennie. Na tyle się umówiliśmy i będę się tego trzymał.
Mam koleżankę, autorkę niespecjalnie znaną, ale już po drugiej książce, która spotykała się kiedyś ze mną, by pisać w kawiarni. Siedzieliśmy komputer w komputer, popijaliśmy kawę i nie rozmawialiśmy ze sobą, co najwyżej w krótkich przerwach testowaliśmy fragmenty. To pisanie z nią trwało zwykle około dwóch godzin z jedną przerwą po środku podczas której jej mąż przywoził przyjaciółce maleństwo z którym spacerował do nakarmienia, a ja z szanownym małżonkiem wychodziliśmy przed lokal na papierosa.
– Jak idzie? – pytał.
– Chyba dobrze – odpowiedziałem, na co on się uśmiechnął.
– Fajnie, bo idziemy dziś wieczorem do kina i dobrze, jakby nie robiła w głowie poprawek.
A potem wracał do lokalu, brał dziecko, całował żonę i szedł na drugą rundę spaceru.
Porozmawiaj z najbliższymi. Także z dziećmi. Ja na przykład często piszę przy swoich obecnie już nastolatkach. Siedzimy w jednym pokoju, one czytają, oglądają Netfliksa czy HBO – bo przecież nie telewizję, fuj! – albo grają w gry. Ja siedzę ze słuchawkami na uszach, tyłem do ekranu i jestem wyłączony jak podczas pisania w pociągu. Dzieciaki wiedzą, że tura pisania to u mnie do godziny, znają tę historię. Dlatego jeśli są jakieś kwestie do przegadania, trzymają je i przegadujemy, gdy zdejmę słuchawki. Wcześniej mnie dla nich nie ma. Taka umowa. Przegadana, przedyskutowana.
Pisanie to praca zespołowa, zawsze to powtarzam. Częściej jednak, mając na myśli redaktora, korektora, wydawcę, autora okładki i tak dalej. Ale zespół to także żona, dziewczyna, dzieci, rodzice czy najbliżsi przyjaciele. W kwestii naszego pisania zależy od nich więcej, niż można na pierwszy rzut oka dostrzec.
I dlatego warto o nich pamiętać nie tylko w ładnie brzmiących dedykacjach.
Czy też właściwie – odszedł ponownie, bo przecież był już kiedyś Tom „Black Jack” Ketchum, rabuś z dzikiego zachodu, który za sprawą swojej odwagi, bezkompromisowości i czasem bezwzględnego okrucieństwa stał się legendą Dzikiego Zachodu.
Ten Jack Ketchum, którego miałem okazję poznać odrobinę tylko lepiej niż przelotnie, naprawdę nazywał się Dallas Mayr. Zasłynął w zasadzie tym samym, co człowiek od którego wziął imię. Tyle, że on rzeczoną bezwzględnością i okrucieństwem epatował wyłącznie w swoich książkach.
Poza nimi był Dallasem o twarzy jakby głęboko ciosanej nożem, człowiekiem o najbardziej przenikliwym spojrzeniu, jakiego dane mi było spotkać. Patrzył na ciebie i w ciebie. A ty zastanawiałeś się, co takiego zobaczył, że się tak dziwnie uśmiecha.
Niewiele mogę napisać o jego książkach rzeczy, których już nie napisano, więc się tego nie podejmę. Powiem tylko, że chyba jedynie raz udało mi się dotrzymać buńczucznego „Tym razem mnie nie złamiesz, Jack. Tym razem nie sprawisz, że będę łkał w kącie lub osowiale gapił się w ścianę.” Bo niemal za każdym razem trafiał w miękkie, potrafił sprawić, że czułem się zbrukany ludzką podłością i przytłoczony ciężarem bólu, jaki przyszło dźwigać jego połamanym bohaterom. „Dziewczyna z sąsiedztwa” i „Rudy” są mi do dziś niezabliźnionymi ranami. „Jedynego dziecka” nie odważyłem się przeczytać.
Z tego co wiem, żył jak chciał. Kochał zwierzęta, Nowy Jork, a pisać więcej nie musiał, więc robił to, nie czując presji. Miał swoje nawyki i zwyczaje, a w lokalu, w którym bywał codziennie o siedemnastej, znali go i uwielbiali wszyscy. Gdy tam trafiliśmy z naszą popową trasą, klął na papieża Franciszka, bo przez niego nie mogliśmy zobaczyć Central Parku. Później zorganizował nam po znajomości wycieczkę po biurze Stephena Kinga w Bangor, aż wreszcie opowiedział tak przejmującą historię o nocy, gdy Manhattan płakał po Lennonie, że nawet teraz, pisząc o tym, czuję szczypanie w oczach. Był tam wtedy, w parku. Ramię w ramię z innymi śpiewał Imagine.
Potem był tu z nami we Wrocławiu, na Polconie, siedział w ogródku i z szerokim uśmiechem rozmawiał z każdym, kto do niego podszedł. On, człowiek do którego przyległa kingowska etykietka „najstraszniejszego człowieka w Ameryce”. Czasem go to bawiło, coraz częściej zbywał machnięciem ręki.
A teraz umarł.
Odszedł Jack Ketchum. Znowu.
Ale co naprawdę smutne, wraz z nim odszedł Dallas Mayr. I za nim będę tęsknił.
Starsi z Was pewnie kojarzą piosenkę zespołu Big Cyc, z której dowiadujemy się, że „nigdzie nie zarobisz tak jak tam, wspaniałe miasto Amsterdam”. Nie o pieniądze jednak chodzi przede wszystkim, chociaż wiadomo, że też, ale raczej o szeroko rozumiany rozwój i nie ukrywajmy, także prestiż. „Jednooki Król” Jakuba Ćwieka został właśnie przetłumaczony na niderlandzki. Okazuje się, że to nie koniec, a początek europejskiej ekspansji Kuby.
Kubo, rozumiem, że teraz Holandia nie kojarzy Ci się już tylko z tulipanami i Ajaxem Amsterdam?
Moje dotychczasowe skojarzenia z Holandią są inne. Kiedyś dostałem tam takie coś, po czym strasznie zabawny wydał mi się dowcip tamtejszej polonii „Mówili, że tu wszędzie tulipany i tulipany. A to zwyczajne geje są!”. Dziwnym sposobem, śmieszy mnie to wyłącznie w niektórych zadymionych lokalach Amsterdamu. Do tematu jednak. Tak, już niedługo Pan o trudnym nazwisku przeczyta tam materiał o tytule, który na pewno źle bym zaakcentował. I ten materiał to tłumaczenie „Jednookiego Króla” na niderlandzki. Strasznie się, powiem Ci, cieszę.
Jak w ogóle doszło do tego, że audiobook trafił do, umówmy się, dość egzotycznego kraju, jak na polskich pisarzy?
Najpierw uściślijmy, że audiobook to nietypowy. „Jednooki Król” jest dziesięcioodcinkowym serialem audio i napisałem na zamówienie Storytel Polska, które w ubiegłym roku wystartowało z projektem Origins. Są to produkcje napisane od zera dla nich na podobieństwo na przykład seriali oryginalnych Netfliksa. Tylko w audio. „Jednooki Król” w wersji polskiej spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem słuchaczy – duża w tym zasługa świetnej realizacji i nade wszystko głosu i interpretacji Marcina Perchucia – i to sprawiło, że uznano go za potencjalnie dobrą wizytówkę polskiego Storytela w innych krajach. Holandia była jednym z pierwszych krajów, które wyraziły zainteresowanie zaprezentowaniem „Jednookiego Króla” u siebie.
Wieść gminna niesie, że wkrótce porzucisz tulipany i zostaniesz Wikingiem, prawda to?
Właśnie po to zapuszczam brodę!!! Tak, Król wędruje dalej, tym razem na północ. A ja z nim. Na obecną chwilę oprócz Niderlandów, zamówienie na swoją wersję „Jednookiego” złożyły Szwecja i Dania, a odpowiedzialny za Origins Marcin Zwierzchowski wciąż pracuje nad tym, by zainteresować produkcją kolejne kraje. Być może ułatwi mu działania drugi sezon nad którym powoli, ale konsekwentnie pracuję. Premiera pewnie jeszcze w tym roku, choć na ten moment trudno o precyzyjniejszą datę. Tak czy owak nie tylko jest się z czego cieszyć, ale i na co czekać.
Jeśli chcecie kupić wersję niderlandzką, to kliknijcie tutaj.
Zarządzaj zgodą
Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Funkcjonalne
Zawsze aktywne
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Preferencje
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Statystyka
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Marketing
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.