Podobno pierwszą wskazówką dla tych, którzy chcą pisać, powinno być: pisz dużo i regularnie, czytaj tak samo tylko dziesięć razy więcej. Uważam, że to słuszna porada i, odpowiadając na zadane – zwykle z partyzanta – pytanie o sugestie dla przyszłych pisarzy czy pisarek, długo odpowiadałem właśnie wariacją na temat tego zdania. Często też odwoływałem się do innego evergreena, którego co prawda chętnie używa Stephen King, ale już zeszłoroczny noblista Kazuo Ishiguro ma za ścieżkę złą i wiodącą na pisarskie manowce: pisz o tym, na czym się znasz.
Z całego serca wierzę, że zarówno jedno, jak i drugie jest receptą na pisanie. Może nie od razu na odniesienie sukcesu – do tego nieodmiennie potrzebne jest szczęście – ale na dotarcie do momentu wymarzonej publikacji, a kto wie, może i w przyszłości na utrzymywanie się z tego zawodu. Nie da się jednak zaprzeczyć, że oba zdania, powtarzane tak często, dorobiły się już etykietki truizmu, wyświechtanego banału, który dodatkowo wymaga bardzo wielu szczegółowych wyjaśnień. No bo ile to jest dużo i co znaczy „regularnie”? Raz na tydzień po dziesięć stron? Codziennie po piętnaście? I jeśli czytać to co czytać? I jak pogodzić to, że zarówno czytanie, jak i pisanie, czerpie z tej samej przegródki naszego codziennego czasu poza pracą, rodziną, spaniem, jedzeniem i nowym odcinkiem „Rolnik szuka żony”?
A to zdanie o pisaniu o tym, na czym się znamy. Co znaczy „znać się”? Trzeba mieć magistra, doktorat, pasję od małego, a może odwiedzić kilka for w necie i przeczytać od pierwszego do ostatniego wpisu?

Zastanawiałem się długo, jak na te pytania dodatkowe odpowiedzieć zbiorczo i jak przygotować sobie kilka słów jednocześnie prawdziwych i zwięzłych, stanowiących idealny wpis do wikicytatów i praktyczną poradę dla tych, którzy naprawdę chcą zacząć i nie wiedzą jak. I gdzieś w tym całym dumaniu nad problemem pojawiła mi się porada najpraktyczniejsza i jednocześnie najważniejsza ze wszystkich. Od tamtej pory na pytanie o porady dla młodych pisarzy odpowiadam właśnie tak:
Porozmawiaj z najbliższymi. Nieważne, czy są to rodzice, żona i dzieci, dziewczyna, czy trzy koty, które co prawda patrzą i nic nie mówią, ale w ich oczach widać zrozumienie. Porozmawiaj z nimi, bo jeśli oni są dla ciebie ważni, a pisanie jest czymś, co chcesz robić, to oto pojawił się wam w domu poważny problem do rozwiązania.
Pamiętam taką rozmowę, gdy urodziło mi się drugie dziecko. Oboje z żoną pracowaliśmy zawodowo, ona zmianowo, ja na pół etatu w Centrum Kultury. Na rynku był już pierwszy „Kłamca”, czytelnicy przyjęli go bardzo ciepło i już było wiadomo, że szykowana kontynuacja będzie książką wyczekiwaną. Jeszcze nie zarabiałem na nim majątku, ale już dość, by na przykład pospłacać długi i odłożyć na wakacje:
– Co myślisz o tym, żebym to ja wziął urlop macierzyński, czy jak to się tam…
– Tacierzyński.
– No to tacierzyński. Jezu, jak to brzmi. No, ale co myślisz, żebym to ja poszedł na urlop i zajął się dzieciakami, a przy okazji mógł trochę popracować nad nową książką?
– Myślałam o tym, chyba nie chcę znowu robić przerwy w pracy.
– No widzisz, a ja bym chętnie przestał myśleć o pierdołach z biura. I tak zarabiasz więcej, a ja mógłbym i zająć się dziećmi, i jednocześnie trochę więcej popisać.
– No ale popisać? Myślisz, że dasz radę przy dzieciach?
– Będę pisał, jak będą spały.
– A jeśli nie będą? Jeśli młody będzie dokazywał cały czas?
Wzruszyłem ramionami:
– Zawsze jest ryzyko. Ale z młodą się udało, może młody też będzie cichy.

I był. A decyzja podjęta wtedy sprawiła, że właściwie dzisiaj piszę te słowa. Bo faktycznie porządkowałem sobie dzień i obowiązki pod konkretne czynności, rozsądna rozmowa i konsekwentne podążanie tą ścieżką pozwoliły mi na zaplanowanie działań i rozłożenie sił, a nade wszystko na regularność. Pozbawiony trosk z biura, pisałem albo gdy dzieci spały, albo gdy, bawiąc się czy leżąc w łóżeczku, słuchały starannie dobranego soundtracku złożonego z rockowych przebojów. Trochę wydzielonego czasu dla książki, trochę więcej dla rodziny, trochę dla siebie. Działało, choć na przykład wywołało u mnie zabawny odruch, wedle którego nie jestem w stanie pisać ciągiem, bez wstania i rozprostowania się, dłużej niż godzinę – zwykle czterdzieści pięć minut. I nie wiąże się to wcale z bólem pleców czy zesztywnieniem, ale z faktem, że gdy pisałem „Kłamcę 2” i „Liżąc ostrze” robiłem to często nocami, mając na piersi, w chuście, syna. Ten spał grzecznie, ale co jakiś czas się przebudzał i musiałem wstać, pochodzić trochę, by go ukołysać do snu i dopiero wtedy wrócić. Czas ten wykorzystywałem na konsultowanie z młodym szeptem kolejnych scen, a gdy wracałem, wiedziałem już, jak powinny brzmieć kolejne zdania.
Porozmawiaj z najbliższymi. Ja sam nie zawsze się do tego stosowałem i moje dość poplątane życie to też pasmo konsekwencji nieprzegadania takiej czy innej sprawy. Bo zdarzało mi się moje pisanie stawiać wyżej niż całą resztę spraw, zwłaszcza odkąd udało mi się odnieść jako taki sukces. Bo rzucałem na szalę za dużo, miałem żal, że nie wszyscy, nawet najbliżsi, widzą to tak samo. Tematy nieprzegadane, drzazgi ropiejące w milczeniu aż po amputację.
Porozmawiaj z najbliższymi. I gadaj do skutku, nawet jeśli wydaje ci się, że to beznadziejne przypadki. Mam bliskich, którym mogę do znudzenia powtarzać, że to nie tak, że oderwę się na pięć minutek i co to szkodzi, przecież to ledwie chwilka. Bo potem powrót do kreowanego świata, do opowieści, może zająć godziny. Ale tego akurat doświadczył chyba każdy pracujący w domu, nie tylko pisarz – jak w domu, znaczy nie pracujesz, znaczy możesz skoczyć na pocztę, do sklepu, na warsztat… Ale po latach widzę, że nawet tam, gdzie było najtrudniej, kropla drąży skałę. Rozmowa działa swoje małe cuda.


