Tag: Jakub Ćwiek

  • „Ambitne książki nie istnieją”, styczniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Każdemu z nas zdarzyło się kiedyś posłużyć głupim skrótem myślowym. Powody po temu były z pewnością różne. Czasami nie za bardzo skupiamy się na rozmowie i wtedy, gdy przychodzi kolej na nasz komentarz, rzucamy sentencjonalne: „No, takie jest życie” choć przecież wcale tak nie uważamy. Chodzi nam raczej o to, że w życiu dzieje się różnie, czasami jest dobrze, ale bywa też źle i takie sytuacje mogą się zdarzać i wtedy po prostu trudno je konkretnie skomentować.

    Ale ponieważ nie chce nam się tematu rozwijać, rozmowa nas nie kręci, to posługujemy się skrótem, licząc, że rozmówca nas zrozumie. I czasem rozumie, bo on też się specjalnie nie zastanawia nad naszą odpowiedzią, uznając ją na przykład za „ech, stary, współczuję” albo „no, to faktycznie problem”. Rzecz w tym, że nikt w żadnym wariancie nie uważa, że sytuacja zaprezentowana odzwierciedla całe życie. Że życie właśnie takie jest.

    Skróty myślowe zalęgły się w naszym języku, a tym samym i kulturze, jak chwasty. I pal sześć jeszcze, jeśli objawiają się sporadycznym rzuceniem zdania z automatu. Problem rodzi się wtedy, gdy zaczynamy w nie wierzyć i dobudowywać do nich wtórne definicje.

    I tu w miarę płynnie, choć z przydługim wstępem, przechodzimy do sformułowania, które używane nagminnie, zwykło zniechęcać mnie mocno do używającego. Powiem więcej, kiedyś mocno mnie wkurzało, czasem skłaniało do interwencji i wielogodzinnych dyskusji. Dziś, jak wspomniałem, wyłącznie zniechęca. Mowa o sformułowaniu „ambitna książka”.

    www.unsplash.com/Alfons Morales

    To, że mamy do czynienia ze skrótem myślowym, jest oczywiste. Książka sama w sobie nie może być ambitna. Nie ma żadnych ambicji, bo jest tworem nieożywionym, przedmiotem, a ambicja to, za SJP, po pierwsze poczucie godności osobistej, a po drugie dążność do wybicia się, pragnienie twórczych osiągnięć, sukcesów. Ten pewuenowski uzupełnia: „silne pragnienie odniesienia sukcesu lub osiągnięcia doskonałości”. Już definicja pokazuje, że pisząc o ambicji, możemy mieć na myśli albo autora, albo czytelnika.
    Zatem po kolei.

    Kiedy autor jest ambitny? Według definicji – wtedy, gdy tworząc to, co tworzy, dąży na tym polu do doskonałości i/lub sukcesu. Jeśli stawia sobie konkretny cel, mimo trudów i przeciwności losu i świata zmierza do niego i na tej drodze zdobywa kolejne poziomy wtajemniczenia, to jest to autor ambitny, prawda? No to teraz tak, weźmy sobie dwóch autorów. Pierwszy nosi w sobie od dawna historię swojego życia. Albo życia kogoś bliskiego. Opowieść, którą wpajano mu od dzieciństwa. Właściwie nie tyle ją wymyślił, co dostał, bądź też, po prostu żyjąc, kształtował mimowolnie. Przy okazji ten ktoś czyta dużo określonego typu lektur, które w którymś momencie życia mu podpowiedziano, a które odznaczają się kwiecistym, wręcz poetyckim językiem, modnym w określonych środowiskach, przyjętym jako wyznacznik dobrego pióra. Załóżmy również, że rzeczony autor ma trochę talentu. Tak uzbrojony pisze swoją książkę, przenosząc na papier swoje życie i przemyślenia, jakie w związku z nim miał, by wreszcie uporządkować to, co w nim siedzi, a także wywołać swoją historią pewne emocje w czytelniku.
    I teraz autor drugi. Wychowany na westernach i kryminałach, a także komediach z dawnych lat, chciałby dać czytelnikom trochę frajdy, jakiej sam kiedyś doświadczył. Zaczyna tworzyć westerny, komedie, kryminały – czyli powieści gatunkowe, jednocześnie ucząc się, co ten termin właściwie oznacza. Też ma trochę talentu, jego styl wynika z tego, co chłonął i nie przepada za barokowym językiem, bo niektóre rzeczy wyraża się wprost. Dodatkowo, ponieważ chce, by jego książki były fajne, a przecież nie przeżył tego, co się w nich dzieje, siedzi na sieci, w bibliotece i ogląda dokumenty na Netfliksie, by dowiedzieć się czegoś o Dzikim Zachodzie, historii Nowego Jorku czy Majorce, gdzie dzieje się jego wakacyjna komedia.
    Który z nich jest ambitnym twórcą? A może obaj? Albo żaden? Czy terminu „ambitny twórca” używamy dopiero, gdy zobaczymy jakie emocje w czytelniku autor chciał wywołać? Jeśli smutek, gorycz, nostalgię to ambitny, a gdy śmiech czy strach – już nie?

    A może nie chodzi o emocje, a o wiedzę? O to, ile wiedzy posiadł i faktów autor wyczytał i ile udało mu się wpleść w fabułę swojej książki? Tylko to też pułapka, bo nagle może się okazać, że uważany za rozrywkowego Child wygra z uważanym za ambitnego McCarthym. Zależy, jaką weźmiemy powieść, na czym ta się skupia.
    Zatem może chodzi o to ile autora dana powieść kosztowała? Ile poświęcił, by ją napisać? Jeśli tak, to bardzo wysoko w hierarchii literackiej ambicji byłby Stephen King ze swoją bardzo przeciętną książką „Łowca snów”. Dlaczego tak uważam? Bo to była pierwsza powieść Kinga po wypadku, który mało nie pozbawił go życia. Według słów samego autora, pisanie jej było prawdziwą katorgą i bólem tak fizycznym, jak i psychicznym. Do tego stopnia, że nie był w stanie tworzyć dłużej niż godzinę dziennie. I to się w powieści odczuwa, ten ból. To, że czasem autor zagrywa starymi sztuczkami. jakby z automatu, a czasem gdy końcówka podrozdziału mocno słabnie, by potem kolejny podrozdział błysnął nową siłą następnego dnia. Czy takie książki jak „Łowca snów” nazywamy, skracając myśl, ambitnymi?

    Wreszcie język. Może sednem jest zabawa językiem. Książka jest ambitna, gdy cyzelujemy każde zdanie, by samo w sobie stanowiło małe dzieło sztuki? Tylko teraz pytanie: czy autor bądź autorka mówiący głosem ulicy, zwrotami z ulicy, językiem prostym i dosadnym, bo tak się przecież mówi, a wiarygodność opowieści tego wymaga, nie może już być twórcą ambitnym? A może ambicją jest granie na nosie snobistycznym krytykom, jak to ostatnio często robi Łukasz Orbitowski, który wypowiedzi bohaterów przenosi w mowę zależną i filtruje przez język narracji i tym samym pozostaje w zgodzie z sobą i z modą? Na tym polega autorska ambicja? Na sztuczce?

    www.unsplash.com/Chris Lawton

    Druga opcja – „ambicja książki” to tak naprawdę ambicje czytelnicze. To, czy książka posłuży nam do samodoskonalenia czy nie. Ale to już w ogóle bardzo trudne do rozstrzygnięcia, bo podobno – tak, wiem, że to również pewien myślowy skrót – mądry i ambitny człowiek potrafi wszystko wykorzystać na drodze do samodoskonalenia. Zależy, czego chce się nauczyć i czy jest otwarty na wiedzę czy myśli podyktowanymi mu zawczasu schematami, w myśl których taki na przykład komiks to medium dla półidiotów, a fantastyka nie może być jednocześnie wartościową prozą.

    A może chodzi o zmiany jakich dana pozycja dokonała na świecie? Jak zmieniła otaczającą nasz rzeczywistość i nas samych? Tylko czy wtedy taki „Ulisses” Joyce’a, było nie było arcydzieło modernizmu, aby na pewno wygra z… „Harrym Potterem” Rowling? Bo co, bo strumień świadomości? Bo eksperymenty językowe? Czym to jest wobec trwającej do dziś czytelniczej rewolucji.

    Gdyby dokonać teraz żartobliwego porównania, autorka książki o małym czarodzieju sprawiła, że dzieci na całym świecie zaczęły czytać książki, duże filmowe studio stanęło na nogi po zapaści, a feministki zyskały bardzo mocną reprezentantkę w postaci inteligentnej i przy okazji pięknej Emmy Watson. A Joyce co takiego zrobił? Scoverował starożytnego, popowego evergreena.

    Gdzie jest granica między rozrywką a ambicją? Czy ambicją nie może być dawanie rozrywki? I gdzie są jakiekolwiek wytyczne pozwalające na takie szastanie podziałami?

    Myślałem i myślałem i doszedłem do jednego, w gruncie rzeczy dość starego, wniosku. Literatura ambitna to taka, która pozwala nam spełnić snobistyczną fantazję o tym, że oto ktoś postrzega nas jako człowieka ambitnego.

    Tylko czy nie lepiej po prostu ambitnie się rozwijać wszystkimi dostępnymi środkami? W końcu chodzi o dążenie do bycia lepszym. A nie myślącym na skróty snobem.

  • „Komiksowi synowie Eastwooda”, czyli Jakub Ćwiek bierze na warsztat opowieści rysunkowe

    Pamiętacie kiedy Johnny Cash ukradł Trentowi Raznorowi piosenkę „Hurt”? Nie, nie tylko nagrał swoją jej wersję , ale właśnie ukradł, zupełnie jakby zabrał z parkingu auto z umową sprzedaży podpisaną in blanco i wszystkimi papierami w schowku. Piosenka należała do swego twórcy, lidera Nine Inch Nails i nagle puff, przejął ją legendarny muzyk country u schyłku żywota. Jak to się w ogóle mogło stać?!

    Myślę, że dzieje się tak dlatego, że czasami opowieść i potencjalny wykonawca zestrajają się idealnie. Ten, kto opowiada, jego wrażliwość, doświadczenia, przemyślenia zgrywają się z materią wyjściową, z tekstem, z historią, z bohaterem i tak oto twór wirtualny nabiera realnego kształtu. Jak w tej ślicznej, romantycznej scenie z nowego Blade Runnera, gdzie hologramowa dziewczyna używa prawdziwej, by kochać się z głównym bohaterem. Coś stało się do bólu prawdziwe.

    Myślę o tym Hurt, a te moje rozmyślenia prostą drogą suną w stronę komiksowego Wolverine’a. Ścieżka skojarzeń jest tu dość prosta – w zwiastunie filmu Logan wieńczącego ekranowe przygody tego niezwykłego mutanta pojawiła się właśnie ta piosenka w jedynej, uważam, słusznej interpretacji Casha. Wolverine przefiltrowany przez te gorzkie słowa muzycznej spowiedzi Raznora/Casha nabrał ludzkiego, tragicznego wyrazu, rysów, uwydatniły się jego blizny, tak fizyczne, jak i psychiczne. Czy Hurt uczyniło film prawdziwym? Nie, ono tylko pokazało, za pomocą próbnika, czego możemy się spodziewać i co dostaniemy. I faktycznie dostaliśmy.

    To, co uczyniło film prawdziwym, to zgoda twórców, by pozwolili przefiltrować tę opowieść przez siebie. By skalibrowali swoje smutki, żale, lęki i gniew z tymi zapisanymi na kartach scenariusza. By swoje marzenia, plany i powinności zgrali z celami i ideałami bohaterów. Na tym, myślę, polega dobre opowiadanie historii. Dwóch doświadczonych autorów może wziąć na warsztat tę samą postać, ba!, tę samą opowieść i przedstawić ją skrajnie inaczej!

    www.unsplash.com/Ahmet Yalçınkaya

    Są autorzy, którzy zgrywają się z postaciami, zdają się je rozumieć lepiej niż ktokolwiek inny. Zwykle ci ludzie nie są twórcami danych postaci, przejęli je kiedyś tak, jak Cash przechwycił utwór Raznora, ale nagle okazało się, że mają na ich temat coś nowego do powiedzenia. Że je czują. Takim kimś jest dla Punishera Garth Ennis, twórca kultowego Kaznodziei, który w przerwach między taplaniem się w perwersjach i krwawej jatce mówi nam o wojnie Franka Castle – i o nim samym – rzeczy, których nie spodziewaliśmy się wyczytać w opowieści o gościu, którego przecież mamy lubić. Publikowana właśnie przez Egmont seria Punisher Max to opowieść o człowieku opętanym, pozbawionym jakichkolwiek granic, prócz tych, które wyznacza sobie sam. I które w taki czy inny sposób ciągle przesuwa. To postać z dna piekła, żywy trup z rynsztoka ludzkiej podłości, który stał się celem, wojną. Który nie pamięta, jak być człowiekiem.

    Ennis wie coś o nim, ale wie też sporo o nas, czytelnikach. Zdaje się krzyczeć, niczym Maximus z Gladiatora po dokonaniu na arenie krwawej rzezi: Jesteście zadowoleni? A może jeszcze Wam mało?! Masa tego, co dostajemy na kolejnych stronach albumów, to przemoc groteskowa, wykoślawiona, karykaturalnie obrzydliwa niczym Opowieści z krypty w konwencji kontynuacji Życzenia śmierci, ale zdarzają się historie, ich fragmenty, pojedyncze kadry, którymi twórca zadaje nam pytanie: Ile plugawości jesteście w stanie znieść, by stać się takimi jak Frank? A może by przestać zupełnie się przejmować? I czy nie kusi Was, aby sprawiedliwość stawiać ponad prawem?

    Tym, kim dla Punishera jest dziś Ennis, dla wspomnianego już Wolverine’a stał się Jason Aaron. Ten rosły brodacz mentalnie mocno osadzony w południowo-amerykańskim etosie twardziela dał się już polskim czytelnikom poznać autorskimi opowieściami takimi jak Skalp czy Bękarty Południa, ale o ile w tamtych opowieściach widać kunszt i talent, o tyle w historiach o Loganie można też dostrzec serce. Fanowską miłość przelewaną na papier, objawiającą się czasem krwawą rozpierduchą w chińskiej dzielnicy, a czasem kameralnymi opowieściami o dobrych spotkaniach w złym miejscu i czasie. Myślę, że podobnie jak Ennis, tworzący swojego szalonego Castle’a, Aaron wielokrotnie podczas pisania jednym okiem zerkał na ostatnią podróż Eastwoodowskiego Williama Munny’ego z Bez przebaczenia. O ile jednak w Punisherze przymusowy powrót niegdysiejszego zabójcy do dawnego życia już na zawsze pozostawia go bestią, Aaron dla swojego bohatera szuka odkupienia. Jakby zdawał się mówić: tak, jak Munny, Logan już kiedyś odzyskał swój spokój. Może uda się jeszcze raz? I nawet jeśli on sam, jako scenarzysta, w to nie wierzy, karmi tą wizją-nadzieją tak bohatera, jak i nas. Przynajmniej ja tak mam, że nawet znając już koniec tej historii, czytając aaronowskie opowiesci o Rosomaku, wciąż, wbrew wszystkiemu, mam nadzieję, że mu się uda. Z ennisowskim Mścicielem już dawno się nie łudzę.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donell

    I na koniec jeszcze pozornie niezwiązana z tematem anegdota. Podobno, a tak się składa, że znam tę opowieść z pierwszej ręki, Neil Gaiman miał kiedyś w planach wycofanie się z pisania jednej opowieści o Sandmanie, a powodem miała być książka jego przyjaciela Jonathana Carrolla realizująca niezależnie ten sam w zasadzie pomysł. Gdy Carroll o tym usłyszał, zbeształ Gaimana, mówiąc, żeby się nie ważył odpuszczać. Nawet ta sama historia opowiedziana przez dwie różne osoby, to dwie skrajnie różne opowieści – powiedział wtedy. Zgadzam się z tym i dodam jeszcze, że niektóre historie po prostu pasują do konkretnych autorów. I cieszę się, że dwie spośród moich ulubionych postaci komiksowych trafiły na swoich kronikarzy. A jeszcze bardziej cieszę się, że polski czytelnik może te opowieści otrzymać w tak ładnej wydawniczo formie.

  • „Ryzykanci”, ostatni w tym roku felieton Jakuba Ćwieka

    Wielokrotnie podczas spotkań zapytany o popkulturę dzieliłem ją na potrzeby wypowiedzi – bo wiem, że to duże uproszczenie, w dodatku niepotrzebnie wartościujące – na dobrą i złą. Tę pierwszą pojmowałem jako końcowy efekt sytuacji, w której twórca, mając coś do przekazania, znajduje język, formę i medium tej wypowiedzi trafiające do szerokiego odbiorcy. Druga to taka, gdy twórca kalkuluje na chłodno, co się ludziom spodoba, na co z takich czy innych powodów jest zapotrzebowanie i się tej kalkulacji na chłodno poddaje. Co warte podkreślenia, drugiej popkultury jest zawsze wielokrotnie więcej, bo nie tylko ona sama się namnaża, ale i, wyczuwszy trend, błyskawicznie konstruuje klony końcowego efektu pierwszej. To stąd, nie znając genezy tej czy tamtej opowieści, łatwo się w tym wszystkim pomylić. Pierwszy z brzegu przykład? Tolkien i wszyscy jego naśladowcy, którzy zafundowali większości z nas przesyt heroicznym fantasy.

    Piszę o tym akurat teraz nie bez powodu. Oto jestem w trakcie lektury najnowszej książki Zygmunta Miłoszewskiego i uważam, że należy mu się za nią solidny medal. Już tłumaczę, dlaczego.

    Na ile udało mi się przez te naście lat zawodowego pisania poznać rynek, większość czytelników, niezależnie od swojego światopoglądu, w kwestii podejścia do doboru lektur wykazuje się zaskakującym czasami konserwatyzmem. I nie mówię tu już nawet o dyktowanym poglądami odbiorze tej czy tamtej pozycji. Mam na myśli raczej bardzo wąski dobór lektur w oparciu o ukształtowany środowiskowo gust. To troszkę jak dekorowanie mieszkania czy trendy modowe – kryminały pasują mi do butów, bliskozasięgowy reportaż i latte to mój ulubiony zestaw popołudniowy, a romanse to nie, bo gryzą się z apaszką i kuchnią pod wymiar.

    Zygmunt Miłoszewski, fot: smakksiazki.pl

    I nie chodzi tu już nawet o przywoływanie snobistycznego podziału na literaturę ambitną i rozrywkową (nieodmiennie każdego, kto na poważnie używa tego podziału, mam za solidnie ograniczonego), ale o zaczopowanie się w ramach jasnego, określonego pola lektur. Zamknięcie się w tej wyszydzanej, bo i nadużywanej przez coachów wszelkiej maści strefy komfortu. Czytelnik czyta A i tak dobiera sobie autorów, by mu to A dostarczali. Autor, który chce pisać B idzie do czytelników B, a obaj mają szczerą nadzieję, że kiedyś uda im się te grupy jakoś ze sobą połączyć, bo fajnie byłoby pisać co się chce, co w duszy gra, a nie tylko pod dyktando.

    Weźmy takiego Remka Mroza. Tempo jego pracy jest niezwykłe, wyczucie trendów bardzo dobre – Remek pisze to, co ludzie chcą czytać, więc – wedle mojej kulawej definicji – tworzy popkulturę złą. Odwróconą. Nie znaczy to z automatu, że jego książki muszą być złe, bo ta definicja z założenia nie ma wartościować materiału, ale wpływ na rozwój. Książki dające masowemu czytelnikowi dokładnie to, czego ten chce, to odpowiednik nocnego kebsa po imprezie. Każdy czasem potrzebuje, ale trudno w oparciu o niego układać dietę.

    No ale miało być o Remku. Kiedy słuchałem jego „Czarnej Madonny”, widziałem w niej pewną próbę ucieczki, może nawet raczej buntu. Oto Mróz, konsekwentnie i pracowicie budujący sobie bazę odbiorców, przyzwyczajający ją do tego, że jego nazwisko jest wyznacznikiem pewnej formuły snucia opowieści, konstruowania dialogów, proporcji między wyszukaną wiedzą a akcją etc., nagle robi skok w grozę. „Czarna Madonna” to horror, a więc nisza niszy. Raz, że to fantastyka, a ta ma określoną grupę odbiorców, ale i wysoki próg wejścia dla muszących się przełamać obcych. Dwa, że powieści grozy, kojarzące się nieodmiennie z okładkowymi makabreskami z lat dziewięćdziesiątych, mają w Polsce status porównywalny do porno. Jeden King wiosny nie czyni, kilka hermetycznych for i paru sensownych autorów gustów powszechnych nie zmieni, o czym przekonał się swego czasu boleśnie Zygmunt Miłoszewski ze swoim Domofonem. A Mróz spróbował. I to podjął tę próbę, będąc u szczytu popularności, w chwili, gdy właściwie nie musi podejmować podobnego ryzyka. Ba, jedyne, co mógł, to stracić, bo zyskać raczej nie miał czego.

    Remigiusz Mróz, fot: smakksiazki.pl


    Nie uważam „Czarnej Madonny” ani za książkę specjalnie udaną ani za rzeczywiście pełnoprawną ucieczkę. W pewnym momencie, rzekłbym nawet, że dość szybko, autor wraca w wytarte brownowskie koleiny, miota bohaterami po świecie, ucieka od tej grozy, z którą wystartował. Ale bezsprzecznie próba jest. Inaczej niż w przypadku pseudonimu z Wysp Owczych, który można było odebrać jako podczepianie się pod dogasającą modę na Skandynawów, tu mamy do czynienia z próbą faktycznego podzielenia się autora z czytelnikami czymś wyraźnie jego. Czy ta próba się udała? Nie znam wyników kasowych Madonny, ale tak rozbieżnych recenzji u swojego twardego elektoratu Remek nie miał jeszcze nigdy. Często tu i tam padało zdanie, że być może to czas, by przestać w ciemno kupować nazwisko, bo, jak widać, nie zawsze dostarcza.

    I teraz pytanie: czy Remek odważy się ponownie eksperymentować?

    Myślę sobie o podjętym przez Mroza ryzyku, ale przed oczami staje mi inne podejście – hardość od początku: po mojemu albo wcale. Taki Twardoch idący konsekwentnie swoją ścieżką i opowiadający historie szukające swojego czytelnika. Jasne, że Szczepan rozwijał się w swoim pisaniu cały czas, uczył się, jak opowiadać swoje złożone historie, jednocześnie pozostając sobą i zdobywając odbiorcę. Gdzieś tam, w pewnym momencie, po chwilowym zachłyśnięciu się sukcesem „Morfiny” nabrał nawet durnego przekonania – które sformułował w wywiadzie – że literatura nie potrzebuje popu. Potem jednak zmądrzał i napisał „Króla” – swoją najbardziej popową książkę, jednocześnie zdobywającą mu masowego odbiorcę i realizującą jego wobec literatury założenia. Na ile rozmawiam z różnymi ludźmi (w tym bibliotekarzami czy księgarzami z małych miasteczek), po nominacjach i nagrodach Twardoch dla masy ludzi przestał wreszcie być autorem, z którego książką warto się pokazać. Stał się takim, którego da się czytać.

    Gdzieś pomiędzy ścieżką Mroza a Twardocha – choć zdecydowanie bliżej temu drugiemu – jest Orbitowski, który wyszedł z gatunkowej niszy, potem kawał czasu poświęcił, by papierem ściernym zetrzeć łatkę, poszukać siebie, swoich opowieści, swoich na nie słów, by wreszcie wrócić odmieniony i dojrzały jako twórca dający to, czego chce. Co zaskakujące, Łukaszowi udało się podczas tej wędrówki utrzymać ze sobą większość grupki towarzyszącej mu na początku. Trochę w nawiązaniu do jego najnowszej pozycji mógłbym go tu przyrównać do Mojżesza, który idzie pewnie ku obiecanemu, nie zwracając uwagi na utyskiwania. Jestem w tej grupie, choć muszę przyznać, że jak Żydzi na pustyni, tak i ja miałem chwilę zwątpienia w postaci Widm. Ale wytrwałem.

    Łukasz Orbitowski, fot: Wydawnictwo SQN/ Aga Krysiuk

    Bo, mówiąc szczerze, to wydaje mi się kluczowe – wytrwać. Wszystkie trzy zaprezentowane postawy łączy jedno – podjęte przez pisarzy ryzyko. Coś, co, zwłaszcza w pisaniu, najłatwiej podjąć na początku, gdy jeszcze nie mamy nic do stracenia. Bo wtedy jedyne, co kładziemy na szali, to garść naszych frustracji, może niespełnione marzenie. Ale przecież zawsze jest jeszcze pseudonim, zawsze możemy pójść inną drogą, coś zmienić. Później robi się coraz trudniej. Czy to upór w konsekwentnym czekaniu na swój moment, aż krople wydrążą skały tak, by można było przejść po prostu, wyprostowanym i gotowym, czy bycie zagubionym, szukającym się liderem garstki, obiecującym w końcu ziemię obiecaną czy wreszcie ryzykowna wolta na szczycie, której nie spodziewa się nikt…

    A, no i właśnie, bo mieliśmy do niego wrócić. Jest jeszcze Miłoszewski. Jedno z największych nazwisk na giełdzie polskiej literatury, uważany – myślę, niesłusznie – za króla polskiego kryminału i – tu już jak najbardziej zasłużenie – za świetnego pisarza. Zadebiutował rodzimym horrorem i choć książka była dobra, choć opierała się na dobrych amerykańskich, znakomicie zlokalizowanych wzorcach, sukcesu nie odniosła. Udało się z kryminałem, ale to już na trendzie, na fali, z odrobiną szczęścia. Potem brownowski „Bezcenny”, który choć z potencjałem, nie był jednak Szackim i część ludzi tym odrzucił (był też średnio udany, choć chyba z jedną z najlepszych scen otwarcia jakie czytałem w polskiej literaturze współczesnej). Gniew skończył się tak, że czwarta część, idę o zakład, wyprzedałaby ze dwa realistyczne nakłady w przedsprzedaży. A on nie. On idzie w inną stronę i próbuje z Narodową komedią romantyczną. I jakby tego ryzyka było mało, wolta jest podwójna, bo ta powieść – co skrzętnie ukrywają spece od marketingu WAB – to czysta fantastyka! Modelowa wręcz historia alternatywna, stanowiąca odłam fantastyki właśnie. Sprytne i uroczo przebiegłe, panie Zygmuncie!

    (Choć zakładam, że jeden z drugim zaślepiony pogardą gatunkową czytelnik nawet tego nie zauważy albo zracjonalizuje w jakiś niezamierzenie zabawny sposób).

    Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, fot: materiały prasowe

    No ale było o ryzyku pisarskim, a ani słowa o czytelniczym. A to istnieje również. Otóż książka może się nie spodobać. Może nam nie zagrać. Wydamy wtedy pieniądze, poświęcimy czas i to wszytko pójdzie na zmarnowanie. W dzisiejszych czasach, gdzie w tle wszystkiego słyszymy taktometr, należy uważać co się bierze do ręki i oferuje swoją uwagę. Ale…

    Jeśli chcemy, by autorzy podejmowali ryzyko, a tym samym rozwijali siebie i literaturę wokoło, my również, jako czytelnicy, nie możemy trzymać się wąskiego poletka, na którym – jak kiedyś przypadkiem odkryliśmy – jest nam dobrze. Musimy czasem pójść za autorem, którego lubimy, pozwolić mu to i owo sprawdzić. Czasem lekko się ugiąć. Bo pomyślcie – ilu autorów byłoby skłonnych pisać opowiadania, ale tego nie robi, bo na wydawanie zbiorów opowiadań niechętnie patrzą wydawcy, a z kolei masowy czytelnik nie uznaje formy ebookowej? A przecież opowiadanie to najlepsza próbka autora w nowym gatunku.

    Ilu autorów nie zaryzykuje fajnych historii w innym gatunku, bo czytelnicy są wierni swoim uprzedzeniom gatunkowym bardziej niż pisarzom? Narzekamy czasem na książki pisane pod szablon, ale kiedy ostatni raz sami odsunęliśmy nasz szablon obok?

    Nie mogę mówić za wszystkich pisarzy, ale większość tych, których znam, podejmuje ryzyko w małych formach i chętnie podjęłoby je w większych. Pytanie: damy im szansę?

  • „Jak rozmawiać z pisarzami”, listopadowy felieton Jakuba Ćwieka

    Któregoś dnia miałem dołączyć do mojego przyjaciela, Maćka Linke, utytułowanego zawodnika sportów walki, w jednej z filii jego szkoły, gdzieś w Polsce. Byłem wtedy w tracie pisania książki, więc świadomie zrezygnowałem z samochodu na rzecz pociągu, w którym dałbym radę wklepać rozdział albo dwa po drodze. Z dworca miał mnie odebrać jeden z zawodników Maćka.

    I odebrał. Przywitaliśmy się, wymieniliśmy ze dwie grzeczności i dalszą drogę odbyliśmy w milczeniu, słuchając radia. Jedna krzyżówka ze światłami, druga, korek w centrum miasta, a my ani słowa. W końcu, gdy dojechaliśmy na miejsce, ja dziękuję, podając mu rękę, a on uśmiecha się nieco zakłopotany i mówi: sorry za tę ciszę, ale ni chuja nie wiem o czym gadać z pisarzem.

    – Rozumiem – odparłem. I rzeczywiście rozumiałem, nie była to zwykła kurtuazja. Ja naprawdę nie mam pojęcia.

    Z większością pisarzy, jakich znam, rozmawia się dość trudno. Znaczy już nie, już się dotarliśmy, ale początki bywały ciężkie. Podkreślam to „z większością” bo oczywiście są od tej reguły wyjątki, choć raczej nieliczne. I owa trudność, na ile mogę wysnuć taki wniosek w oparciu o własne obserwacje, nie konkretne badania i statystyki, wynika z kilku czynników i zachowań tak samych pisarzy, jak i ich potencjalnych rozmówców.

    Zacznijmy może od tych pierwszych.

    www.unsplash.com/Aaron Burden

    O pisarzach zwykło się mówić, że mają spore ego. To nie tylko prawda, ale i niejako warunek wpisany w ten zawód. Jeżeli ktoś nie pisze terapeutycznie, by przepracować własne traumy albo do szuflady, bo nie może się powstrzymać nawet mimo dziesiątek, jeśli nie setek odrzuceń, to powodem jego pisania jest ego. Ono mówi mu: hej, ja wiem, że jest na rynku kilka milionów książek, a przeciętny człowiek przez całe życie nie dobije swoich czytelniczych osiągów do dziesięciu tysięcy, ale przecież twoja książka będzie wyjątkowa. Ona wepchnie się bez kolejki. No wymiatasz!

    Taki pisarz układa sobie w głowie dialogi i monologi, recyklinguje researchowe ciekawostki na potrzeby konwersacji i właściwie szuka miejsca w rozmowie, by ubogacić cię czasem potrzebną, ale zwykle nie, wiedzą, którą nabył. Zabawnie obserwuje się to z boku: widać grupę rozmówców, a wśród nich pisarza. Kwestie skaczą od osoby do osoby jak piłka odbijana w kółeczku i wszyscy cieszą się z tych odbić. A pisarz czeka okazji, by piłkę przetrzymać i pożonglować. By błysnąć opowiastką, przetestować narrację, znaleźć się tam, gdzie lubi – w sterowni opowieści, którą będzie mógł snuć. Ta obserwacja staje się mniej zabawna, gdy orientuję się – a orientuję każdorazowo – że sam robię dokładnie to samo.

    Spore ego wcale nie wyklucza społecznych lęków. Specyfika pisarskiej pracy często wymaga spędzania czasu samemu ze sobą i swoimi światami. Pisarz na jakiś czas każdego dnia staje się odludkiem i w zależności od tego, ile czasu poświęca swojej pracy i jak to odreagowuje, zostaje tym odludkiem również później w mniejszym lub większym stopniu. Jednocześnie jest kimś, kto na kartach powieści mógł przetestować w warunkach „laboratoryjnych” właściwie wszystkie społeczne sytuacje. Trochę taki De Niro z „Taksówkarza” ćwiczący swoje kwestie przed lustrem. Uzyskane w ten sposób złudne poczucie kontroli w konfrontacji ze światem rzeczywistym sprawia czasem, że pisarz towarzysko odnajduje się średnio. W środowisku sobie obcym, a tym bardziej nieczytającym, pisarz odnajduje się zwykle jeszcze trudniej. I teraz kwestia szalek wagi. Jeśli ego jest większe niż lęk, pisarz rozpoczyna grę w odbijaną piłeczkę. Jeśli jest odwrotnie, staje w kącie i obserwuje, wmawiając sobie i światu, że tak już ma. Że bycie milczącym obserwatorem to jego rzecz, bo on to potem wykorzysta. Osobiście uważam, że to smutne – takie bycie człowiekiem na tyle inteligentnym i sprawnym narracyjnie, by przed samym sobą tłumaczyć swoje społeczne fobie pracą. No ale cóż, spora część nas tak robi.

    www.unsplash.com/Phil Coffman

    I teraz kwestia rozmówców takiego pisarza. Mieliście kiedyś tak, że poznaliście artystę i było wam głupio, bo rozmowa zeszła na jego pracę, a wy, nawet jeśli wiedzieliście, kto to jest i czym się zajmuje, nigdy nie widzieliście jego filmów czy nie słyszeliście piosenek, nie lubicie takich albo zwyczajnie nie było okazji? Rozmowa nawet jeszcze nie poszła w tym kierunku, nikt nie poruszył tematu: czym się zajmujesz, ale wam już zdążyło się zrobić głupio? Rzucacie wtedy coś ogólnego, udając zainteresowanie; może nieśmiertelne pytanie o to, skąd autor czerpie pomysły, które jest odpowiednikiem windowego „co tam w szkole?” jakie staruszki-sąsiadki zadają dzieciom z tornistrami. Czasem masz ochotę spojrzeć i powiedzieć: A co cię to, człowieku, obchodzi?

    Ale tego nie zrobisz, bo wiesz, że twój rozmówca chce być miły. Tylko naprawdę nie wie, o czym z Tobą rozmawiać. Bo nie czyta książek, bo nie czyta książek z gatunku w którym piszesz, bo nie czytał Twoich książek i pewnie się o to obrazisz. Bo nie chce palnąć gafy, by się w tej książce nie znaleźć jako jakiś głupek. Bo wreszcie jak do kurwy nędzy rozmawiać z powołanym?! Z księdzem to jeszcze wiesz, mówisz „szczęść Boże” i starasz się nie przeklinać i nie rzucać żartów o Jezusie. Ale z pisarzem? Nie wiesz, jak działa to całe natchnienie, ale wiesz, bo utwierdzono cię w tym przekonaniu, że pisanie to taki zawód, który wymaga, by coś na ciebie zawczasu spłynęło. A kiedy już spłynie, to nie umiesz mówić o niczym innym.

    Zresztą widzisz to potem, gdy stoisz ze znajomymi w kółeczku, rozmawiacie sobie na swobodny temat, każdy ma coś do powiedzenia i nagle ten się wcina i wali tyradą. Jakieś ciekawostki o korowaniu drzew w Amazonii, o seryjnych mordercach w Indiach, zupełnie jakby książkę pisał.

    No ale ej, nie dziwmy się, takie są nasze nawzajem role! Wpisując się w schematy, tymi schematami płyniemy.

    www.unsplash.com/Jay Wennington

    Dlatego, przyznam się wam, nie lubię, gdy znajomi przedstawiając mnie swoim znajomym, mówią o mnie w pierwszych zdaniach, że jestem pisarzem, jakby to było coś ważnego do podkreślenia od pierwszej chwili. Po pierwsze bywa to naprawdę krępujące dla wszystkich, ale po drugie – to zupełnie zbędne. W większości przypadków to i tak wyjdzie, bo – jak wspominam wyżej – pewne nawyki, zachowania już się w nas wyrobiły i dadzą o sobie znać. Wtedy, gdy już staniemy się gadatliwym człowiekiem z przerostem ego albo przerażającym odludkiem (wreszcie opcja trzecia, wstawionym wieszczem i dowcipkującym mędrcem), na swoją obronę będziemy mieli ową pisarskość.

    Zdarzają się jednak takie sytuacje, gdy sprawa nie wyjdzie, a nam w spokojnej, międzyśrodowiskowej konwersacji uda się z kimś pogadać normalnie i tym samym trochę odpocząć. Bo myślę, pisarzom też tego trzeba, takiej totalnej, nieobciążonej pracą normalności.

    Warto o tym pamiętać, że to zawód, który wykonujemy, jest wyjątkowy. Nie my…

  • „Fałszywe święto, czyli rzecz o targach”. Felieton Jakuba Ćwieka

    Nadeszła jesień i rozpoczął się dla rynku książkowego sezon targowy. Kiedy piszę te słowa, właśnie dobiega końca wydarzenie we Frankfurcie, jesteśmy nieomal w przededniu Targów w Krakowie, a potem jeszcze Katowice, Łódź, Wrocław – wszystko to jeszcze zanim po raz pierwszy w tym roku zafałszujemy kolędy.

    Można by powiedzieć, że to fajnie, bo po raz kolejny zadamy kłam histerycznemu wieszczeniu końca książki. Ponownie licznie i tłumnie będziemy obchodzić te przeciągające się aż po zimę książkowe święto. Istny festiwal czytelniczy. Pokażemy, jaką stanowimy my, czytelnicy, siłę.

    Tyle, że wcale nie…

    Uważam, że nazywanie targów książki czytelniczym świętem jest określeniem mocno nieadekwatnym. Choć nie, to eufemizm. Nazywanie ich w ten sposób bliskie jest przyznaniu pokojowego Nobla Barrackowi Obamie. Gdzieś tam komuś gdzieś dzwoni, że pokój i POTUS (jak akronimicznie określa się prezydenta Stanów Zjednoczonych) mają ze sobą jakiś związek, wzajemny wpływ i tym podobne. Ale żeby zaraz nagroda?

    Z Targami jest podobnie. Ich związek z książkami jest dość oczywisty – książki tam są. Ich związek z czytelnikami też – ludzie, którzy na targi książki przychodzą, bardzo często czytają książki. Samo wydarzenie jednak zaprzecza generalnie wszystkiemu, czym czytanie jest.

    Przede wszystkim, tak uważam, czytelnictwo i czytanie należałoby świętować w sposób następujący: po pierwsze, czytając. Po drugie, prowadząc na temat książek ciekawe rozmowy między czytelnikami, ale i z autorami. Po trzecie, to wielce wskazane, zachęcać się wzajemnie do fajnych, interesujących lektur. Po czwarte wreszcie – umożliwić tychże książek zakup.

    No i o co ci chodzi, Ćwiek? – powie ktoś w tym momencie. Przecież to wszystko na Targach jest! I faktycznie, na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z każdym z tych elementów. Ale przyjrzyjmy się im bliżej.

    www.unsplash.com/Tom Hermans

    Czytanie. Jestem dość hardkorowym czytaczem czy ogólnie odbiorcą treści, a przez to rozumiem, że nie przeszkadza mi gwar dajmy na to komunikacji miejskiej – w skrajnych przypadkach mam słuchawki. Nauczyłem się też na przykład chodzić z książką przed nosem lub audiobookiem w uszach po ulicach. Nie rozpraszam się łatwo i mam dość dużą swobodę szybkiego wskakiwania w tekst i jego nastrój, nawet po dłuższej przerwie. A mimo to na Targach, nawet w wyznaczonych do tego kącikach, czytanie to zajęcie ekstremalne. I to wcale nie dlatego, że jestem autorem, ciągle mnie ktoś zaczepia, rozpoznaje, zagaduje. Nie, jest tam zwyczajnie masa przewalających się ludzi, z których każdy szuka choć odrobinę wytchnienia od tłumu, z którym płynął ostatnie dwadzieścia stoisk z umiarkowaną opcją nawet przejrzenia ofert. Leżak, fotel, kanapa jawią się jako rajska wyspa, z tym, że atakowana nieustannie przez łodzie uchodźców. I albo jesteś tym uchodźcą, krążącym, by dorwać zwalniające się miejsce, albo siedzisz na tej kanapie i każde słowo jest wyrzutem sumienia, bo czujesz na sobie tysiące spojrzeń. A nawet jeśli jesteś twardy, robi się wokół ciebie ciaśniej, ciaśniej, ciaśniej i uświadamiasz sobie nagle, że siedząc, jesteś niżej niż wszyscy, że fala już Cię ogarnia, dusisz się. Wtedy zamykasz książkę, wstajesz i ani się obejrzysz, wyspa Twojego fotela ma już nowego króla. Takie to czytanie.

    Ciekawe rozmowy owszem, są, zdarzają się. Zwykle wiąże się to z fajnym doborem panelistów i prowadzących, którzy jednak ograniczeni czasem, mnogością kolegów na jednej kanapie i możliwościami hali targowych, właściwie nie mają możliwości większych niż zasygnalizowanie jakiejś tezy. Rozwinąć właściwie myśl? Albo się nie zdarza, albo niknie to wszytko niczym łzy na deszczu w zalewie komunikatów z radiowęzła, muzyki z innych stoisk, reklam i zapowiedzi z kolejnych. To kakofonia, która dociera do nas w przelocie, bo przecież, jeśli nie załapaliśmy się na kilka siedzeń, to płyniemy z prądem.

    Katowice z lotu ptaka, zdjęcie dzięki uprzejmości www.tvs.pl

    Spotkania z pisarzami? Tak, jasne, są. Czasem nawet, zdarza się, uda się zamienić dwa słowa, choć zwykle jednak autorska obecność na stoisku to podpisywanie pod presją kolejki, albo – jeśli autor mniej znany – wyłapywania potencjalnych czytelników na uśmiech i błagalne spojrzenie. Ale spotkania z pisarzami są. Pomiędzy dużo atrakcyjniejszymi spotkaniami z politykami, aktorami, piosenkarzami, sportowcami – i jasne, pretekstem zawsze jest jakaś tam książka czy uformowany w książkę produkt medialny, ale bądźmy szczerzy – za wyjątkiem kilku autorów, którym udało się zdobyć rozpoznawalność z twarzy, akurat pisarze są w tym ogonku ogonków na szarym końcu.

    Wreszcie polecanie dobrych książek. Problem w tym, że na Targach każda książka jest najlepsza. Jest wyśmienitością, bo o to przecież w targach chodzi. By sprzedać. By ładnie zapakować, dodać zakładkę, odjąć z ceny, to na prezent, to dla mnie, a to dla dziewczyny, żeby nie marudziła, że czytam, a to na stosik, a to bo wszyscy stoją, a to, a to, a tamto… W końcu wracasz ze stosem najlepszych książek na świecie, takich, których inaczej byś nie kupił, a tak to podobał ci się tytuł albo oprawa stoiska, albo po prostu wpadłeś w zakupowy szał. Kładziesz te książki na stosie publikacji kupionych jeszcze na poprzednich targach, bo cholera mało czasu ostatnio, a ty ciągle masz co czytać przecież.

    A mimo to, wbrew wszystkiemu, co napisałem powyżej, lubię Targi. Te warszawskie, krakowskie, wrocławskie, katowickie (na łódzkich jeszcze nie byłem). Lubię teraz jako autor, lubiłem jako czytelnik. Tyle, że lubię je nade wszystko jako opcję do przejścia się, pozwiedzania, nacieszenia oczu. Tak, jak przyjemność zawsze sprawia mi odwiedzenie sieciowej księgarni w galerii handlowej. Może coś się rzuci w oko, może coś sobie zapiszę. Ale tak jak salonu Empiku nie nazwę Świątynią Książki, tak Targów nie nazwę Świętem Czytania.

    Zresztą książka nie potrzebuje Świątyń ani Świąt. Książka jest nieomal samowystarczalna. Potrzeba jej wyłącznie Ciebie, drogi Czytelniku. Twojej całkowitej uwagi i zaangażowania. Reszta nie ma znaczenia.

    Jakub Ćwiek

  • „Ja tu z polecenia”, wrześniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Wyobraź sobie, że czytasz fajną książkę. Dajmy na to mroczny kryminał czy, z bliższego mi poletka, zabawną fantastykę. Patrzysz na okładkę, zapamiętujesz nazwisko autora i potem, w księgarni, szukasz kolejnych jego tytułów. I te znowu trafiają w Twój gust. Kolejny pisarz bądź kolejna pisarka trafia na personalną listę ulubionych czy choćby bardzo lubianych.

    A teraz wyobraź sobie, że nazwisko tego właśnie autora znajdujesz na innej książce niż jego, pod kilkoma zdaniami rekomendującego publikację komentarza. Jaka jest Twoja pierwsza myśl? Już ją masz? Świetnie, to teraz przytrzymaj przez chwilę, wrócimy do tego.

    Nie pamiętam pierwszej napisanej przeze mnie rekomendacji. Kołacze mi w głowie, że to była ta na książce „Na ziemi niczyjej” napisanej wspólnie przez Annę Brzezińską i jej męża, Grzegorza Wiśniewskiego. Jeśli faktycznie tak było, nie mam powodu do wstydu. Książka jest wyśmienita a i sama rekomendacja, wciąż do znalezienia w sieci, niczego sobie. Sprawdzam teraz i nieskromnie uważam, że znalazłszy się między Dukajem a Orbitowskim nie przyniosłem sobie wstydu.

    www.unsplash.com/Clem Onojeghuo

    Inna sprawa, że, choć ładnie ubrana w słowa, nadęta ta polecanka jak nie wiem. Porównywanie książki o wojnie do wyklejanej mozaiki, mówienie z absolutną pewnością, że czytanie „Na ziemi niczyjej” jest jak słuchanie weteranów… no, przyznam Wam, poleciałem.

    Oczywiście mogłem, bo raz, że nikt mi przecież później nie każe tych słów bronić, wykazywać słuszności i zasadności przesadzonych fraz, a dwa, że trochę jakby tego ode mnie oczekiwano. Nie po to się wszak bierze do rekomendacji pisarza, by napisał „#spoko, polecam”, ale by wymodził coś ładnego, nadającego się potem do materiałów prasowych.

    No bo właśnie taki jest rzeczonych rekomendacji cel. Zareklamować i sprzedać dzieło. Użyć reguły autorytetu, odwołać się do zbudowanej marki jednego autora, do jego czytelniczej bazy, by przekonać ją do kogoś nowego. Za to się oczywiście płaci.

    Pamiętam, jakim zaskoczeniem był dla mnie pierwszy przelew za rekomendację. Niezależnie od tego bowiem, czy książka Ani i Grześka była pierwszą, gdzie udzieliłem się na okładce, na pewno nigdy wcześniej nikt mi za rekomendację nie zapłacił. Powiem więcej, dostałem za te dwa zdania przeszło dwukrotnie więcej niż dwa, trzy lata później za felieton do branżowego pisma.

    Naprawdę nie rozumiałem, za co te pieniądze. Ania zapytała, czy chcę przeczytać ich książkę przedpremierowo. Powiedziałem, że chętnie. Gdy przeczytałem i się zachwyciłem, zaproponowała bym może, jeśli uważam to za słuszne, napisał rekomendację. Zrobiłem to z największą ochotą, a za rekomendację dostałem książkę. Świetny układ, nie?

    Ale pieniądze to było dla mnie już coś za dużo. Jakbym chwalił za kasę. Dopiero Ania wyprowadziła mnie z błędu, mówiąc mi właśnie o tych czytelniczych bazach i o tym, że płaci mi za użyczenie własnej częstotliwości nadawania. Nie za słowa, ale za to, do kogo dotrą.

    Potem rekomendowałem książki wiele razy, raz biorąc od wydawcy pieniądze, innym razem nie. Były wśród tych pozycji tytuły znajomych, które rekomendowałem bez dystansu. Nie ze złej woli czy chęci oszukiwania kogokolwiek. Po prostu nie potrafiłem oddzielić procesu tworzenia, którego byłem świadkiem, od samodzielnego efektu końcowego. Znałem autorski kontekst i on pospołu z dziełem działał. Czy sama książka również działała?

    Były wśród rekomendowanych przeze mnie pozycji tytuły literackich gigantów, z jakichś powodów potrzebujących w naszym kraju polecanki od lokalnego autora. W ten sposób mogłem zachęcić czytelników do przeczytania opublikowanego pod pseudonimem debiutu Michaela Crichtona albo książki mistrza grozy, Jacka Ketchuma.

    Były też polecenia książek debiutantów, o tyle ważne, że pisząc je, czułem, że wprowadzam na rynek kogoś nowego.

    I jeśli mogę być z czegoś naprawdę dumny, to z tego, że żadnej książki nie poleciłem wbrew sobie. Że choć czasem popisywałem się frazą, tworzyłem te polecanki niejasnymi, wydumanymi i w gruncie rzeczy niewiele mówiącymi zdaniami, to jednak zawsze nadrzędne przesłanie „przeczytaj, bo warto” płynęło z głębi czytelniczego serca.

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Zaznaczam to, bo… nie jest to oczywiste. Kilkanaście razy, z różnych wydawnictw, dostawałem na przykład ofertę: książka taka i taka, streszczenie, kilka słów o autorze, fragment, całkiem solidna stawka. „Rekomendacja musi się zamknąć w dwóch krótkich zdaniach.” podkreślano. A gdy pytałem o samą książkę, mówiono mi, że jest jeszcze w przygotowaniu.

    Innym razem oferowano mi pieniądze za możliwość wykorzystania cytatu z recenzji innej książki autora, bez zaznaczania, że chodzi o tamtą pozycję. Zupełnie jakbym napisał te słowa właśnie z myślą o nowej książce, której nie widziałem na oczy. Swoją drogą i tak znalazłem się w korzystnej sytuacji, bo zaproponowano mi pieniądze i w ten sposób dowiedziałem się o planowanej rekomendacji przed czasem. Znam przynajmniej dwa przypadki, gdy fragment z nie tej recenzji poszedł na prawie cytatu.

    Ale nawet gdy wszystko przebiega tak, jak powinno, problemem wciąż jest czas. Nie na napisanie rekomendacji, bo to trwa zwykle z parę minut. Godzinę, jeśli chcemy być kreatywni i elokwentni. Chodzi oczywiście o przeczytanie książki. Podrzucone w szczotkowej wersji rozklejające się tomiszcze czyta się tak sobie, a presja czasu zdecydowanie nie pomaga. W końcu zbliża się moment, gdy rekomendację trzeba oddać, a tu jeszcze dwieście stron, własna praca, zamieszanie rodzinne. Wtedy pisze się coś dobrze brzmiącego i na tyle ogólnego, że prawdziwego. Bo o ile dopuszczam do siebie myśl, że są autorzy, których rekomendację można po prostu kupić i dostać taką z szablonu, to jednak, na ile się orientuję, nikt nie jest takim cynikiem względem swoich odbiorców.

    Bo właśnie o nich chodzi. O swoich odbiorców, bo tylko na nich zadziała nazwisko konkretnego autora. Pytanie jednak, i tu wracamy do początku tego tekstu, czy nawet przy zachowaniu wszelkich zasad uczciwości, taka rekomendacja jest dla kogokolwiek przydatna?

    Bo wielu ludzi zdaje się zapominać, że zwykle książki nie czyta pisarz, a czytelnik. A to zupełnie inny rodzaj percepcji. Wgłębiając się w fabułę, odbieramy ją częściowo za pomocą narzędzi używanych przy pisaniu, ale jednak większość z nas bardziej jest czytelnikami niż pisarzami. I czasem jako czytelnikom podobają nam się zupełnie inne rzeczy niż jako autorom. O czym innym piszemy, co innego chcemy czytać. I rekomendujemy.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    Dostając jednozdaniową opinię, czytelnik nakłada sobie natomiast na te słowa obraz autora tej i tej książki, być może traktuje to jak netfliksowe: skoro podobało ci się to, to spodoba ci się także to. A dla mnie ten związek nie jest oczywisty.

    Rozwiązaniem są recenzje. Nie jednozdaniowe hasła reklamowe opatrzone takim a nie innym nazwiskiem, ale recenzje tych samych autorów na temat książek. Jasne, że się nie zmieszczą na okładce, ale przecież moglibyśmy wprowadzić nowy, dobry zwyczaj i pisać na ostatniej okładkowej stronie: w środku krótkie recenzje Jakuba Ćwieka, Mariusza Czubaja i Jacka Dukaja. I tak zwykle oglądamy książkę przed zakupem. Czemu nie poświęcić kilku ostatnich stron na takie właśnie bezspoilerowe opinie pozwalające rozwinąć myśl?

    Wtedy nie byłoby wyłącznie powoływania się na regułę autorytetu. Nie byłoby niebezpieczeństwa – albo byłoby mniejsze – że rozjadą nam się gusta z literackim idolem i przez to przeczytamy gniota pokroju „Dziewczyny z pociągu”, po którą ja sięgnąłem jeszcze przed boomem na nią za sprawą rekomendacji Kinga.

    Słowem, jeśli się da, pokażmy, że w tym wszystkim nie chodzi tylko o kasę, a przede wszystkim o polecanie dobrych, fajnych książek.

    Jakub Ćwiek

  • „Życie jest przereklamowane”, felieton Jakuba Ćwieka

    Czasami jest tak, że gdy przyjeżdżam na spotkanie autorskie do jakiejś miejscowości, lokalne media chcą zrobić ze mną wywiad. I choć oczywiście zdarzają się bardzo miłe, interesujące wyjątki, zwykle są to pytania klasyki z nieodzownym „skąd Pan czerpie pomysły”. I raz właśnie podczas takiego wywiadu na tego właśnie evergreena odpowiedziałem: Proszę pani, to proste. Moje historie są na faktach.

    Pani dziennikarka popatrzyła wtedy na mnie zaskoczona, coś na szybko sprawdziła w notatkach.

    – Przepraszam – powiedziała po chwili, wyraźnie zaczerwieniona – Musiałam coś źle doczytać, bo miałam wrażenie, że jest pan pisarzem fantastyki.

    – Tak – potwierdziłem. – To coś zmienia?

    Jej twarz znowu się zmieniła, tym razem przechodząc z zaskoczenia do zimnego, lodowatego wręcz gniewu profesjonalisty, z którego ktoś sobie robi jaja.

    – Proszę pana, ja tu poważny wywiad robię, proszę się nie wygłupiać – powiedziała, a ja karnie pokiwałem głową i dalej poszło już klasycznie.

    Tylko, że prawda jest taka, że choć faktycznie się wygłupiałem, to jednak powiedziałem całą prawdę. Moje książki, wszystkie bez wyjątku, oparte są na faktach. Z tym, że nie upatrywałbym w tym jakiegoś szczególnie ważnego newsa, bo weźcie proszę pod uwagę, że – wybaczcie bezpośredniość i wulgarność zwrotu – w przypadku prozy ta fraza… gówno znaczy.

    fot: unsplash.com/rawpixel

    Na faktach” mówi bowiem czytelnikowi dokładnie tyle: w oparciu o zaistniałe fakty autor stworzył fabułę swojej książki. Czy zatem jeśli pojadę na wakacje nad morze (fakt), zobaczę bogatych rodziców (fakt) i ich małą córeczkę, która rozmawia z lodziarzem w pewnym oddaleniu od rodziców (fakt), to czy wymyśloną i napisaną na tych wakacjach książkę o córce bogatych przedsiębiorców porwaną przez lodziarza dla okupu mogę nazwać książką opartą na faktach?

    Przykład może się wydawać absurdalny, ale zauważcie – nikt nie mówi, jakie powinno być właściwe stężenie udokumentowanych wydarzeń w fikcyjnej opowieści, by ta mogła uchodzić za „opartą na faktach”. Powołam się tu na przykład filmowy. Dziewięć lat temu na ekrany wszedł film zatytułowany „Nieznajomi” (oryginalnie „The Strangers”), krwawy dreszczowiec opowiadający o małżeństwie, które chce wypocząć w domku na odludziu. Tam zjawiają się trzy osoby i zamieniają życie pary w piekło. Powód? Bo akurat byli w domu. Cały film to miły dla oka, ale nie jakiś specjalnie udany festiwal trzaskających drzwi, groźnych ujęć, wrzasków, zakończony krwawą masakrą. Informacja na plakacie potęguje wrażenie. Mówi „oparte na prawdziwych wydarzeniach!”. Na tym się zresztą zasadza cała reklamowa strategia produkcji. Wszystko pięknie, ale całe fakty to historia z dzieciństwa reżysera, który opowiedział, jak to kiedyś zapukała do niego jakaś kobieta i zapytała o kogoś, kto tam nie mieszkał. Potem okazało się, że to była czujka włamywaczy sprawdzających, czy ktoś jest w domu. Reszta scenariusza filmowego to mniej lub bardziej luźne inspiracje akcjami rodziny Masonów i innymi filmami już wcześniej ogrywającymi podobne tematy.

    Weźmy coś bliżej naszego podwórka, zarówno geograficznie, jak i tematycznie. Dziennikarz, pisarz i wydawca Tomasz Sekielski wpadł na skądinąd całkiem sprytny pomysł serii „Na f/aktach” polegającej na tym, że znanym pisarzom daje się akta głośnych, swego czasu bulwersujących spraw kryminalnych, a ci mają w zamian stworzyć dobrą książkę opartą na faktach. I choć zdecydowanie będę ostatnim, który uzna ten pomysł za zły – wszak to jemu zawdzięczamy póki co najlepszą książkę Łukasza Orbitowskiego – to jednak ilekroć widzę książki serii, uśmiecham się pod nosem w ten specyficzny sposób zarezerwowany dla momentów, gdy dostrzegam, że ludzie nabierają się na zgraną sztuczkę iluzjonisty. Bo tym ta seria jest w istocie – sprytnym, świetnie pomyślanym, ale i w jakiś sposób wyrachowanym sposobem na zbijaniu kapitału na ludzkiej skłonności do voyeuryzmu, ale… i czytelniczych kompleksach.

    www.unsplash.com/Ben White

    Już wyjaśniam to drugie. Stephen King, w swoim „Jak pisać. Poradnik rzemieślnika” mówił o tym, jak ważne jest dla wielu czytelników, by w książkach beletrystycznych znajdowały się strzępy efektownej wiedzy w postaci ciekawostek. Upatrywał w tym części sukcesu chociażby Johna Grishama, który owszem, wymyślał swoje fabuły, ale przecież podobno opierał je czasem na prawdziwych sprawach, a w to, co pisał, nieustannie wpatał prawne ciekawostki . Dzięki temu wstydząc się, że folgujesz swemu plebejskiemu gustowi, bojąc się, co pomyśli sobie o tobie towarzystwo, do którego aspirujesz, możesz się zawsze bronić, że dowiedziałeś się z tej książki tego, tego i tamtego. To są skrawki prawdy lub wiedzy, które wyłowiłeś z tej całej fikcji. Prawie jakbyś wyławiał perły.

    Czytając, nie tylko zanurzałeś się w prawdziwej rozrywce, ale też pogłębiałeś swoją wiedzę, o rzeczy, które nie przydadzą ci się nigdy. A jeśli książkę dobrałeś uważnie, jeśli blurb otwiera lub zamyka zdanie „oparte na prawdziwych wydarzeniach”, jesteś podwójnym zwycięzcą, bo nie tylko posiadłeś wiedzę, ale i na własnych, czytelniczych zmysłach doświadczałeś prawdziwości starego porzekadła, że „życie jest najlepszym pisarzem”.

    Tyle, że… nie jest. Życie to fatalny pisarz, który ma momenty. Czasem pisze świetne sceny, ma masę naprawdę mocnych pomysłów, ale rozwleka akcję, rozbija ją na niepotrzebne wątki, mnoży bohaterów, wprowadza dłużyzny, tonę zbędnych dialogów, wreszcie – kompletnie nie dba o solidne podbudowanie postaci czy wydarzeń. U niego rzeczy się po prostu dzieją. Potrzeba potem godzin edycji, skracania i wycinania wątków, uproszczeń, przerabiania postaci, przyjmowanie odpowiedniej perspektywy, by coś z tego wreszcie osiągnąć. I to właśnie nazywamy dobrą książką.

    Dlatego do serii „Na f/aktach” trzeba było zaprosić pisarzy. By coś z tymi historiami z potencjałem zrobili ludzie, którzy zniekształcają, przycinają, a czasem łamią i sklejają na nowo. I to oni, nie życie, są tu pisarzami. Są tymi, którzy w opowieści mają ostatnie słowo. Życie jedzie tu na ich talencie i umiejętnościach, zbierając laury, gdy się uda, i wychodząc obronną ręką, gdy ktoś coś spieprzy. Słowem, życie choć pisarzem jest nieudolnym, ustawiło się fantastycznie.

    Ale pozwoliliśmy mu na to. Pozwoliliśmy, podchodząc do etykietek „na faktach” czy „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami” z beztroską facebookowego scrollera czerpiącego wiedzę z memów. Widzimy coś takiego i już nie sprawdzamy proporcji, nie zastanawiamy się, ile w tym jest prawdy, ile domysłów, ile fikcji. „Na faktach” oznacza dla nas coraz częściej – historia totalnie prawdziwa, lekko udramatyzowana.

    A tymczasem, co udowadnia sztandarowe dla serii „Na f/aktach” dzieło Orbitowskiego, a także chociażby wyśmienita choć przerażająca książka Jacka Ketchuma „Dziewczyna z sąsiedztwa”, dobra historia nie potrzebuje podkreślania, że wzięła się z życia. Jest dobrze skonstruowana, wydarzenia wynikają jedne z drugich, nikt nie musi używać tarczy „ja wiem, że to się wydaje nielogiczne i bezsensowne, ale tak właśnie było w rzeczywistości, więc proszę mnie nie winić”. Bo to z kolei jest tchórzliwym szukaniem poza książką czegoś, co powinno być jej integralną częścią. Usprawiedliwianie swojego błędu w sztuce. Bycie demiurgiem na pół gwizdka!

    www.unsplash.com/Tom Hermans

    Żeby nie było wątpliwości do kogo, czy raczej przeciw komu kieruję te słowa. Na pewno nie jest to żaden zarzut wobec wydawnictwa Od deski do deski – rozumiem ideę stojącą za publikowaniem na książkach informacji „opowieść jest na faktach”, czy nawet tworzenia serii opartej na wspomnianej wyżej idei. Wydawca podąża za czytelniczymi oczekiwaniami i je spełnia. Popyt i podaż, sprawa oczywista. Chodzi mi raczej o coraz liczniejszą grupę czytelników, tych, nazwijmy ich prawdofili, uczących autorów lenistwa, tchórzostwa i asekuranctwa.

    Bo jeśli czytelnik musi przeczytać na okładce czy we wstępie, że coś się wydarzyło, żeby uwierzył, że mogło się wydarzyć, to pisarz się zwyczajnie nie spisał. Nie dał od siebie tego, co dla pisarstwa kluczowe, nie przekonał nas do swojej wizji świata, a jedynie oparł się na magiczności zwrotu „na faktach”.

    Stąd apel:

    Mamy reportaże, mamy wszelkie inne książki non-fiction, gdzie szukanie i odkrywanie prawdy ma znaczenie i jej wysoka procentowa zawartość warta jest podkreślania na każdym kroku. Ale jeśli chodzi o beletrystykę, poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami, niechże prawda faktów zostanie za kulisami, a najlepiej w ogóle w warsztacie. Tam jest jej miejsce. W prozie liczy się nade wszystko prawda emocji. A tę osiąga się w zupełnie inny sposób.

    Jakub Ćwiek

  • Król Ćwiek i (ponad) trzystu krasnoludków

    Kto nie był we Wrocławiu i nie pogłaskał krasnala, niechaj pierwszy rzuci kamieniem. Umówmy się, to taki sam rytuał jak wrzucenie monety do fontanny w Rzymie, czy zrobienie sobie fotki na tle figury Jezusa ze Świebodzina. Must have. Jakub Ćwiek poszedł krok, no dobra, kilometry dalej i…

    No właśnie, i co? Nie zdradzę za dużo, bo zrobi to sam autor już dziś o 20:00, kiedy to na swoim fanpejdżu spotka się z Wami i odpowie na wszelakie pytania. Na ten moment musi wystarczyć ten filmik i jego klimat. Enjoy! Jedno jest pewne: Wrocław jaki znaliście do tej pory, odejdzie bezpowrotnie. 

  • „Medium gorszego Boga”. Lipcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Czasem tak sobie myślę, jak bardzo łatwo i skutecznie dokonujemy naszych codziennych samoograniczeń. I jak ubodzy się przez to stajemy.

    Wróciłem właśnie ze swej corocznej pielgrzymki do mekki popkultury jaką jest San Diego Comic-Con. Ten czterodniowy festiwal mający swój początek w latach siedemdziesiątych – kiedy to był okazją do nerdowskich rozmów i wymiany komiksowych zeszytów – jest dziś gigantycznym wydarzeniem omawianym w najlepszym czasie antenowym najważniejszych amerykańskich stacji. To tu ogłaszane są kinowe, telewizyjne i komiksowe premiery, tu zjeżdżają się największe gwiazdy a setki tysięcy fanów wydają miliony dolarów na mniej lub bardziej ekskluzywne produkty związane z ich hobby.

    Wiem, że to wyjątkowe wydarzenie i miejsce. Że nie można go porównywać w zasadzie z żadnym innym, także w Ameryce (następny w kolejce Comic-con w Nowym Jorku to nawet nie połowa rangi imprezy w San Diego) ale i tak, gdy wracam do nas, do Polski, z miejsca robi mi się przykro. Bo Stany, a już SDCC w szczególności, uzmysławiają mi każdorazowo prawdziwość pierwszych dwóch zdań tego felietonu. Na zasadzie kontrastu uwypukla się problem.

    www.unsplash.com/Sebastian Spindler

    Bo nieważne, jak szybko będziemy mieli premiery w kinach i telewizji, jak mocno pod tym względem dorównamy fanom zza oceanu, wciąż zostaniemy wobec nich w tyle. Dlaczego? Bo wciąż, jako społeczeństwo, nie potrafimy należycie zaakceptować komiksu.

    Jasne, wiele się pod tym względem zmieniło w ciągu ostatniej dekady. Od kiedy na ekranach kinowych pojawił się Ironman, a potem kolejne produkcje Marvel Cinematic Universe, gdzieś tam coś drgnęło w świadomości jednego czy drugiego odbiorcy. Kilka wydawnictw, jak choćby Egmont, Mucha Komiks, Kultura Gniewu czy Timof i cisi wspólnicy, złapało nie tylko oddech, ale i wiatr w żagle, śmiało poszerzając oferty. Pojawiły się kioskowe serie wydawnicze, dzięki którym poznaliśmy co ważniejsze wydarzenia ze świata superbohaterów. Imprezy takie jak Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi czy Komiksowa Warszawa (ostatnio dźgnięta w plecy wycofaną dotacją z Ministerstwa) rok po roku zyskiwały na znaczeniu u przeciętnego odbiorcy. Nadal jednak w powszechnej opinii pokutuje przekonanie, że komiks to forma niedojrzała, dziecięca, a w najlepszym przypadku prosta i nieangażująca rozrywka.

    Ale jest jeszcze większy problem. My po prostu nie potrafimy komiksów czytać. Zaczynając od tak elementarnych kwestii, jak śledzenie fabuły i kolejność kadrów, przez uważne dzielenie uwagi na to, co w dymkach i co w narysowanym świecie przedstawionym, po brak umiejętności skupienia się na detalu i często gubieniu kontekstu. Jakże często zdarza mi się słyszeć w kontekście komiksu te same słowa, co w odniesieniu do audiobooka – ja się po prostu nie potrafię na tym skupić, rozprasza mnie forma. O ile jednak w przypadku książki mamy tej formy wybór, o tyle komiks jako osobne medium z bardzo konkretnymi, wyjątkowymi środkami wyrazu, nie ma alternatywy. Nie jest nią bowiem ani filmowa adaptacja, ani ewentualna wersja książkowa. Komiks to komiks. Powtarzając definicję znawcy medium Scotta McClouda, komiks to celowa sekwencja sąsiadujących ze sobą obrazów plastycznych i innych, służąca przekazywaniu informacji i/lub wywoływaniu reakcji estetycznej u odbiorcy.

    www.unsplash.com/Mitch Rosen

    Do dziś pamiętam, jak na jednym ze spotkań Neil Gaiman wyjaśniał wyjątkowość tego medium, mówiąc, że odnalazł w nim coś, czego nie mógł zastosować w książce. Pusty kadr. Miejsce, gdzie nikt nic nie mówi, nic się nie dzieje, czas zastyga. Żadne inne medium nie dało mu nigdy tej możliwości i to ona zachęciła go do eksplorowania tego obszaru. W wyniku tej eksploracji powstał między innymi Sandman – wielotomowe dzieło o istocie życia i opowieści, o Bogach, mitach, popkulturze i po prostu życiu. Rysowana charakterystyczną, oniryczną kreską opowieść przy której znani i doceniani powieściowi „Amerykańcy Bogowie” tego autora wydają się płytcy i zachowawczy.

    Albo taki, wznowiony właśnie przez Egmont „Kaznodzieja” duetu Ennis/Dillon – obrazoburcze, kontrowersyjne podsumowanie Ameryki, rozprawiające się z niemal każdym mitem czy legendą Stanów w sposób jednocześnie groteskowy, surrealistyczny co i po steinbeckowemu przejrzysty. Trudno to sobie wyobrazić w literaturze, ale w komiksie wypracowywany dekadami model, stopniowe przenoszenie narracji w obraz, a dialogu, także tego wewnętrznego, w słowo pisane, stopniowo wykształcił poetykę wpływającą także na inne media. To dlatego tak łatwo opowiada się producentom „The Walking Dead” ich opowieść o pogrążonej w chaosie Ameryce pełnej żywych trupów. Łatwo, ale i niekompletnie, bo telewizja to medium ograniczone na wiele sposobów i pewnych rzeczy zwyczajnie przeskoczyć nie sposób. Trudno też dokonać tego, co komiksowi udaje się za sprawą często dość umownej szaty graficznej – przeświadczenia, że w miejsce niewyraźnej twarzy czytelnik może sobie wstawić własną.

    Komiks małymi krokami zawłaszcza sobie też wyeksploatowane gatunki literackie, nadając im nowy sznyt i posmak nowości. Nie wyobrażam już sobie rozmowy o southern noir (czy w ogóle noir) bez odniesień do komiksów. Tak „Skalp”, „Bękarty południa” czy „Ludzie gniewu” (wszystkie trzy ze scenariuszami Jasona Aarona) to opowieści godne porównań do największych książkowych dokonań gatunku. A co powiecie na przypadek, gdy autor kultowej powieści stwierdza, że kontynuować może ją wyłącznie za pomocą komiksu, bo inaczej się nie da? To właśnie miało miejsce w przypadku „Fight Club” Chucka Palahniuka.

    W życiu codziennym, przetkanym facebookiem, komiksem komentujemy sobie rzeczywistość, tak wzniosłą jak i przyziemną, ubierając ją w gazetowe paski z często bardzo trafną puentą…

    Cholera, właśnie zdałem sobie sprawę, że trudno mi pisać ten tekst, nie mając nieustannego poczucia ocierania się o truizmy. Mam to szczęście, że na równi z pisarzami wychowywali mnie Christa czy Rosinski i Van Hamme, a potem scenarzyści z DC i Marvela, a i dziś obracam się w środowisku ludzi ceniących sobie komiks, znających się na nim dużo lepiej niż ja. Poszerzanie kręgów znajomych uzmysławia mi jednak, że ludzie zgłębiający to medium są niszą. Większość je bagatelizuje, czasem z niego drwi, a jednocześnie bezrefleksyjnie przyjmuje maskę Guya Fawkesa jako symbol anarchistycznej rewolucji.

    Alan Moore, twórca komiksu „V for Vendetta” , z którego pochodzi pomysł nadania współczesnemu anarchiście twarzy katolickiego terrorysty, to zresztą temat na osobny felieton, ale i zupełnie samodzielny, wystarczający powód, by sięgnąć po komiks jako wymagające, pełnowartościowe medium. I nie da się go poznać inaczej, bo żaden jego komiks nie został przełożony na film bez straty. Nawet stosunkowo udany „Watchmen” dokonujący już trzy dekady temu rozliczenia z tym, czego my nigdy nie pojęliśmy w pełni – z ideą superbohaterstwa – zatrzymuje się gdzieś w pół kroku.

    Zmierzam do tego, że samoograniczeniem, świadomym rezygnowaniem z jednego medium, robimy sobie krzywdę. Zaczynamy gubić konteksty, a coraz więcej dzieł staje się dla nas niezrozumiałych. Już teraz uczestniczymy w wielkim pochodzie superbohaterskiego kina tylko na pół gwizdka. A będzie jeszcze trudniej. Wyśmienity serial „Legion” zostawia w nas wrażenie, że czegoś w nim nie rozumiemy, jakbyśmy oglądali coś w języku, którego dopiero się uczymy i nie znamy jeszcze wszystkich słów.

    Tyle słów, a przecież cały ten felieton, sprawny komiksiarz zamknąłby w trzech kadrach i zakończył puentą: warto czytać komiksy. I może to jest argument ostateczny. Ponoć cechą naprawdę dobrej opowieści jest to, że nie ma w niej zbędnych słów. Uważam, że w komiksie zdarza się to częściej niż w książkach.

    Może to was przekona.

    Jakub Ćwiek