Tag: Jakub Ćwiek

  • „Handel dziećmi od zaplecza”, czerwcowy felieton Jakuba Ćwieka.

    Tak się złożyło, że przy okazji jednego z niedawnych dużych eventów przyszło mi wśród stoisk poszukać tego sygnowanego logiem „Neli, małej reporterki”.

    Dla tych, którzy nie wiedzą, kim jest Nela, kilka słów wprowadzenia. To pseudonim jedenastoletniej obecnie dziewczynki, która podróżując wraz z rodzicami po całym świecie, gromadzi wiedzę i wrażenia, a potem jednym i drugim dzieli się z rówieśnikami. Podczas swojej trzyletniej kariery Nela napisała kilka książek, doczekała się też programu w publicznej telewizji i własnej audycji radiowej. W tym roku zdobyła w stosownej kategorii nagrodę „Bestseller Empiku”.

    Do tej właśnie Neli idę po autografy dla jej dwóch małoletnich fanek. Korzystam przy tym, a jakże, z przywileju, jaki daje mi status gościa na tej imprezie, dzięki czemu udaje mi się wejść od zaplecza. A tam… istna taśma produkcyjna. Sztab ludzi szykujący książki, układający mapy, prezentujący stosowne koszulki, by za ścianą wszystko grało i działało. Wszyscy grają do jednej bramki, są niczym elfy pracujące na sukces Mikołaja.

    Dla fanów i klientów dostępny jest przestronny, przeszklony boks. Pół pomieszczenia to sklepik, druga połowa to pokoik stylizowany na przyjazną dla odbiorcy dżunglę. To tam, przy stoliku zasypanym plakatami i mapami, stoi Nela. By się do niej dostać, dzieci muszą mieć specjalny kupon i pokonać uprzednio zabawowy tor przeszkód. Chętnych jest całe mnóstwo, ale nie tyle, co jeszcze dzień wcześniej w Krakowie. To tam pewna mała fanka stała z mamą w blisko tysiącosobowej kolejce przez trzy godziny, by ostatecznie odejść z kwitkiem. To z tego powodu owego dnia ja znalazłem się przy stoisku Neli.

    Przyznam, trochę puściłem wcześniej bokiem ten fenomen i teraz przyglądam mu się ze zdumieniem, a także trochę… niesmakiem? Tak, to chyba jedno z pierwszych uczuć jakie mną zawładnęło. Niesmak na widok całej wielkiej machiny uczepionej jednego dziecka, które stoi tam teraz, marnuje swoje dzieciństwo na podobne akcje i daje się doić. Pomyślałem z miejsca o Macaulayu Culkinie, słynnym odtwórcy roli Kevina, który po epizodzie jako najsłynniejszy dzieciak świata runął w pewnej chwili w świat dorosłych, niezdolny do sprostania oczekiwaniom. Przeczytana na szybko wikipedyczna notka o Neli – a zwłaszcza fragment o tym, że dziewczynka pisze książki sama, ale redaktorsko wspierają ją rodzice – przywiodła na myśl Christophera Paoliniego. Wielki literacki fenomen zasadzający się na tym, że szesnastolatek napisał książkę. Nic, że taką, która nie obroniłaby się jako dzieło dorosłego autora, nic, że przeredagowaną i przemieloną przez rodziców, zawodowych redaktorów tyle razy, że pewnie trudno tam o niezmienione zdanie. Liczył się wiek autora i że proszę, taki młody, a taki zdolny.

    Gala Bestsellerów Empiku, fot: smakksiazki.pl

    Stoję więc z boku i tak sobie właśnie myślę. Zaraz też lecę przekrojowo po całej popkulturze, umacniając się w swych sądach. No bo przecież Haley J. Osment czyli dzieciak z „Szóstego zmysłu’, bo gwiazdy „Małych gigantów” czy „Master Chiefów Juniorów” po galeriach handlowych, bo zwichrowany na zawsze Michael Jackson. Wreszcie bo te wszystkie dziewczynki w pokazach małych miss realizujące chore ambicje swoich mamuś.

    Potem jednak nagle dostrzegłem małą Nelę zza dzieciaków i zauważyłem, że dziewczynka się uśmiecha. Szczerze i autentycznie, bo nie samymi ustami, ale całą twarzą, oczami. To całe podpisywanie, bycie tu sprawia jej radość, jest przygodą, jedną z wielu jakich dostarcza jej życie. Bo hej, które dziecko nie marzy, by podróżować po świecie? Jak wiele maluchów chce, by ktoś je słuchał, zapisuje sobie swoje zmyślone lub prawdziwe przygody w pamiętniczku, prosi rodziców o kredki, kartki, zszywki i wydaje swoje własne książki?

    Znam taką jedną dziś już kobietę, gwiazdę zupełnie innej gałęzi popkultury, która, jak kiedyś Paolini, wydała książkę jako szesnastolatka. Poznałem ją niedługo po tym debiucie, gdy pracowała już nad następną publikacją. Powoli, systematycznie, ciężko, wspierana przez rodziców. Spełniała marzenie. I choć ostatecznie nie zajęła się pisaniem zawodowo, to wiem, że ten krok wiele jej dał. Bardzo ją ośmielił.

    I ta myśl sprawiła, że znowu wróciłem do Paoliniego i jego rodziców. Że właściwie zupełnie pominąłem fakt, iż każda kolejna książka młodego autora jest lepsza na poziomie fabularnym. A w to, zważywszy na infantylność Eragona, rodzice zdawali się nie interweniować. Czyli można dojść do wniosku, że progresu dokonał sam autor. Rozwinął się na przestrzeni czterech tomów i bodaj dziewięciu lat. Powiecie, że nic w tym niezwykłego? To przyjrzyjcie się jak wielu autorów zatrzymało się na poziomie swojego debiutu. Zwłaszcza jeśli ten okazał się sukcesem.

    Gala Bestsellerów Empiku, fot: smakksiazki.pl

    Dotarło do mnie, że rzeczywisty problem nie leży w tym, że zabiera się młodocianym dzieciństwo i je spienięża. Bo hej, mitologizujemy sobie ten czas, ale w rzeczywistości spędziliśmy go wszyscy na rozlicznych marzeniach o podróżach, sławie, przygodach. Słowem marzyliśmy o takich rzeczach jak dostają małe gwiazdy. Takich, jak ma teraz mała reporterka Nela. Rzecz i całe sedno w tym, że dzieci dorastają, zmieniają się, przestają być urocze. Niczym przywileje związane z legitymacją szkolną w pewnej chwili wygasa opcja ulgowego traktowania autora na zasadzie: zobaczcie, jest taki malutki czy malutka. Takie toto urocze. Nagle mamy do czynienia z nastolatkiem czy wręcz dorosłym człowiekiem, który wyrósł ze swojej dotychczasowej roli jak z przykrótkich spodenek, a jednocześnie, ukształtowany w konkretny sposób, uformowany w blasku reflektorów na zwierzę sceniczne ma pewne łaknienie sławy i wrażeń. W takim przypadku zderzenie z dorosłością może być wyjątkowo trudne, bo wiąże się z przeświadczeniem o zużyciu. Już nie jesteś słodka, moja droga, już dziękujemy, bo zobaczcie, tamten chłopiec gra na banjo i ujeżdża wilka!

    Dlatego stoję tam i się zastanawiam. Jest tu sporo ludzi, większość w koszulkach obrandowanych Nelą. Jej załoga robiąca na niej kasę dla Wydawcy i trochę dla niej samej. Gdzieś pewnie w pobliżu są rodzice dziewczynki. Patrzę na nich wszystkich i nie mogę przestać myśleć: Ile spośród tych osób jest naprawdę w Twoim teamie, mała? Ile zadba o to, by przygoda Twojego życia nie skończyła się, nim na dobre w to życie wejdziesz?

    Ale wiecie co? Jakoś tak, po zastanowieniu, wierzę w rodziców Neli, że poprowadzą ją właściwie. I w samą małą reporterkę również wierzę. Bo widzę w tych książeczkach radosną autentyczność, którą ciężko podrobić. Widzę jak opisane w nich historie trafiają do maluchów, jak budzą w nich pragnienie przygody. Widzę wreszcie uśmiech małej Neli, szczery, autentyczny, choć czasem zmęczony.

    Czy też inaczej, w małą wierzę już, a w jej rodziców dopiero chcę. Chcę ze wszystkich sił.

     

  • „Koszty uzyskania uwagi”, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Podczas jednego spotkania autorskiego zapytano mnie kiedyś, co jest najtrudniejsze w pisaniu. Nie pamiętam co wtedy odpowiedziałem, ale na pewno nie były to słowa, których użyłbym po dłuższym namyśle. Te bowiem brzmiałyby niewątpliwie: przekazywanie tego, co ma do powiedzenia zupełnie obcym ludziom. Z tą kwestią wiąże się bowiem najczęstszy, choć dość oczywisty i jakby wymuszony sytuacją, błąd debiutantów. Gdy piszą swoje pierwsze teksty, ich opowieści są dla bliskich i znajomych. Dla kogoś, kto zna sposób mówienia i myślenia autora, kto w podobny sposób uzupełni sobie wszelkie niedomówienia, uzupełni sceny według tych samych kontekstów. Debiutant zakłada, że człowiek, do którego pisze ma tę samą wiedzę, zbliżony sposób myślenia i światopogląd mieszczący się w konkretnych ramach. I faktycznie, dopóki tekst nie wyjdzie poza krewnych i znajomych Królika, wszystko się zgadza, działa, gra i buczy. Problem zaczyna się wtedy, gdy wypływamy na szersze wody – kierujemy opowieść do ludzi, którzy nas zupełnie nie znają.

    Kolejne pytanie z autorskiego, być może nawet tego samego, brzmiało: Czy pisanie fantastyki, tworzenie światów wymyślonych, nie jest aby trochę pójściem na łatwiznę. Bo przecież łatwiej coś tam sobie wymyślić niż dobrze osadzić w znanej rzeczywistości o twardych i niezmiennych regułach. To drugie wymaga wiedzy, to pierwsze tylko fantazji.

    Tu swoją odpowiedź pamiętam dość dobrze, mówiłem bowiem o tym, że fantastyka czyli wymyślanie czegoś od podstaw, jest o tyle trudniejsze, że odpowiadamy nie tylko za rozwiązania fabularne, ale i za każdy podstawiony zamiast oryginalnego, rzeczywistego, kawałek świata przedstawionego. Autor książki nie fantastycznej jeśli powołuje się na wciąż jeszcze niezbadane zjawisko, wystarczy, że wskaże iż coś takiego kiedyś się wydarzyło. Nie jesteśmy twórcami świata, nie musimy wiedzieć jak wszystko działa, by działało. Fabule i zawieszającemu niewiarę czytelnikowi wystarczy jeden czy dwa udokumentowane przypadki zjawiska. Fantasta jako demiurg, swoje posunięcia i nietypowe rozwiązania fabularne wyjaśniać musi – a przynajmniej powinien – zawsze.

    To dobra szkoła dla pisarza. Uczy jak nie tracąc napięcia czy nastroju płynnie wyjaśniać odbiorcy rzeczy niezrozumiałe. Jak wprowadzać w nietypową sytuację, by czytelnik mimo wszystko utożsamił się z zupełnie innym od siebie bohaterem i zrozumiał jego sytuację. Realne, ruszające nas problemy w nierealnym, ale dobrze objaśnionym świecie. Na tym często polega nasza, pisarzy, praca i fantastyka świetnie do tego przygotowuje. Wystarczy zresztą spojrzeć na listę autorów zdobywających teraz szturmem księgarniane półki. Ilu spośród nich było początkowo fantastami? Ilu uczyło się przedstawiania swoich racji właśnie na tym poligonie? Łukasz Orbitowski, Szczepan Twardoch, Jakub Małecki, Wit Szostak – dziś zdobywający szeroką publikę, nominacje do mainstreamowych nagród czy wręcz same nagrody – to tylko czubek góry lodowej. Wszyscy oni nieraz udowodnili, że wiedzą jak to działa.

    Tyle, że… mam wrażenie, że ostatnimi czasy przynajmniej jednemu zdarzyło się trochę zapomnieć. Mowa o Szczepanie Twardochu i jego wpisie skierowanym do Donalda Tuska, w którym pisarz oskarża byłego premiera o kradzież.

    www.unsplash.com/NeONBRAND

    Pozwólcie, że nakreślę sytuację – chodzi o tak zwane koszty uzyskania przychodu. Czym są, pewnie wiecie, ale i tak, by zbudować należycie kontekst – o tym wszak mówimy – wyjaśnię: to, zgodnie z nazwą, koszty jakie musimy ponieść, by uzyskać przychód. Opierając to na przykładzie, autor, który dostanie honorarium za spotkanie autorskie, musi na to spotkanie dojechać. Koszta dojazdu pozwolą mu na uzyskanie przychodu, ale mimo wszystko, same w sobie są stratą nie zyskiem i w jakiś sposób pomniejszają otrzymaną kwotę. Nie należy więc za nie konkretnie płacić podatku. Proste, prawda? Tak, bo póki co, to garść oczywistości.

    Problem zaczyna się jednak przy mniej oczywistych sprawach. Oto bowiem ustawa mówi, że aby uznać coś za taki koszt, należy wykazać związek poniesionych wydatków z dziełem, na którym zarobimy. I tu wszystko zaczyna się troszkę rozmywać.

    Pozwólcie bowiem, że oprę się na swoim własnym przykładzie – w moim „Kłamcy” jest dobrze licząc kilkaset popkulturowych nawiązań do wszelkiego rodzaju dzieł – od książek, przez filmy i komiksy, po gry komputerowe. I to nie tak, że one tam sobie są tak po prostu. Umieściłem je, by w dla każdego odbiorcy było jasne, że to nie jest nasz świat, a rzeczywistość wykreowana przez popkulturę właśnie. Stąd oczywiście masa hołdów złożonych znanej mi od dawna klasyce, ale i masa rzeczy, które mnie samego kręcą mniej, ale trafiają do odbiorcy i pozwolą jemu zbudować kontekst. Stąd dajmy na to nawiązania do „Zmierzchu” czy seriali, których sam z siebie nie oglądam. I teraz pytanie brzmi czy w takim wypadku powinienem odpisać sobie jako koszt wizytę w kinie na „Zmierzchu” (albo zakup książki)? Albo abonament na Netfliksa?

    Jeszcze zabawniej i trudniej byłoby, gdybym chciał w koszta wpisać swoje podróże do Stanów, które przecież stanowią inspiracje do książek. Już sobie wyobrażam wykazywanie, że to, co było moimi wakacjami jest tak naprawdę reaserchem, że to koszta jakie ponoszę, by potem mieć zysk. I jasne, da się, dobrzy księgowi nie takie rzeczy wciągali w wydatki, ale tu, w przypadku artystów, postanowiono trochę to uprościć i jednocześnie, w ramach wspierania kultury, uprzywilejować. Stąd pięćdziesiąt procent kosztów uzyskania przychodu. Dla jednych pisarzy to zysk, bo nigdy nie mieli takich kosztów, dla drugich trochę strata, bo koszta mogą mieć większe. Ci drudzy jednak mogą zawsze skorzystać z innych opcji rozliczania się z fiskusem.

    Tak czy owak koszty zryczałtowane uzyskania przychodu to przywilej podatkowy. Jeden z wielu, skierowany do konkretnej grupy z kilku konkretnych powodów. Kłujący w oczy w przypadku najbogatszych, zrozumiały w odniesieniu do większości, zmieniony względem stanu poprzedniego w sposób nieprzemyślany i tym samym krzywdzący1.

    www.unsplash.com/Igor Ovsyannykov

    Co w tym wszystkim robi Tusk? Otóż to za czasów jego rządu wprowadzono ową wspomnianą wcześniej zmianę – obostrzenie mówiące o tym, że owa ulga dotyczy wyłącznie przychodów do określonej kwoty, a powyżej niej tych kosztów nie można już rozliczać. I nie ma specjalnie znaczenia czy dochody w danym roku to wynagrodzenie za pracę wyłącznie tegoroczne czy też jest to rok tłusty po dwóch czy trzech chudych.

    I teraz tak, kwota limitu nie jest mała, bo to około osiemdziesięciu sześciu tysięcy rocznie. Artysta żeby ją przekroczyć musiałby osiągać przychód powyżej siedmiu tysięcy miesięcznie (przyjmując dla wygody wywodu uproszczone założenie, że wynagrodzenie dostaje w comiesięcznych transzach). Jeśli praca zajęła mu dwa lata, a w międzyczasie nie robił nic innego, musi sobie te pieniądze rozłożyć na rzeczony okres i wtedy jest mniej imponująco. Jeśli nad dziełem pracował trzy lata… i tak dalej i tak dalej. Słowem nieco skomplikowana kwestia związana z tym jak konkretna, powiedzmy sobie, dość wąska grupa ludzi musi sobie radzić ze swoimi problemami. Takimi co to dla innych są kosmosem. Czy też, ujmując to inaczej, krainą fantasy.

    I teraz wróćmy do Twardocha i jego wpisu skierowanego do byłego premiera. W rzeczonym liście pisarz odnosi się do wypowiedzi polityka, który przyznał, że przeczytał książkę Twardocha. Autor ma nadzieję, że ta się nie podobała, bo wtedy okradzenie przewodniczącego Rady Europejskiej z jego cennego czasu będzie małym rewanżem za odebranie omówionego tu już przywileju.

    Wpis – co oczywiste, bo tak został stworzony i upubliczniony – poszedł w świat. I nagle się okazało, że… Twardoch popełnił błąd nowicjusza. Wrzucił czytelników w nieznany im świat bez słowa wyjaśnienia, bez zarysowania kontekstu, w krótkiej depeszy. Nie osadził czytelnika w swoim świecie i nie dał mu się wczuć, tym samym tracąc kontrolę nad odbiorcą. Bo który tak zwany normalny zjadacz chleba wie o co chodzi z tymi kosztami uzyskania przychodu? Skąd, na co i po co oraz dlaczego ci mają a my nie?

    Zaraz wykorzystali to zresztą dużo mniej od Twardocha zdolni kreatorzy codziennej rzeczywistości. Serwis natemat.pl, któremu z wydźwiękiem antytuskowym było nie po drodze, natychmiast napisał w coraz bardziej sobie bliskim, tabloidowym stylu, o burżuju, który upomina się o pieniądze choć ma już tyle, że przeciętny Polak nawet o takich nie marzy.

    Z drugiej strony nie lepsze prawicowe serwisy zapomniały już najwyraźniej o tym, co Twardoch kazał zrobić Polsce po tym jak sądy nie uznały istnienia narodowości śląskiej i z miejsca uczyniły swoim tymczasowym bohaterem tego, którego mieli za zdrajcę i sprzedawczyka. W ten oto sposób Twardoch, uzdolniony pisarz, bywało że władca naszych emocji, a swego czasu uzdolniony twórca innych światów, zamiast wykreować zrozumiałą dla wszystkich opowieść, w której ktoś zwróci uwagę na jego racje, stał się wyłącznie bohaterem lub antybohaterem cudzych historii granych w takt konkretnych interesów.

    www.unsplash.com/Vitaly

    A przecież można by inaczej. Bo co to za problem przedstawić, zgodnie z prawdą zresztą, Donalda Tuska jako człowieka, który najpierw – gdy propozycja cofnięcia przywileju wypłynęła od rządu PiS – stał na straży przywileju jako obowiązku Narodu wobec artystów, sztuki i przyszłych pokoleń, a potem nagle zmienił zdanie, gdy sam przejął władzę? Tak, to mogła być bez trudu opowieść o politycznej hipokryzji, o graniu na emocjach, na wielkich wartościach i zwyczajnym oszukiwaniu ludzi niezależnie od ich majątkowego statusu. To bez trudu mógł być ten przypadek, gdzie bohaterem opowieści zostaje człowiek, co do którego możemy mieć mieszane uczucia, ale trzymamy z nim i po jego stronie, bo mimo wszystko sprzeciwia się wyraźnemu, większemu złu i obłudzie. Nie wiem bowiem czy można powiedzieć, że Tusk artystów, w tym Szczepana, okradł, ale bez dwóch zdań w paskudny, wyrachowany sposób okłamał i oszukał. I tu mamy już wspólną płaszczyznę, prawda? Nie lubimy, gdy politycy w tak perfidny sposób robią nas w wała…

    Wracając do tego, co mówiłem na początku, szkoda, że Szczepan Twardoch, podnosząc tę kwestię, zapomniał o być może jedynej przydatnej mu teraz nauki jaką mógł wyciągnąć ze swojej fantastycznej przeszłości – nieznany odbiorcy świat należy mu wyjaśnić, uczynić dostępnym, bliższym, a dopiero potem oczekiwać od niego reakcji na wydarzenia. Inaczej naszą hermetyczną historię zrozumieją tylko garstka krewnych i znajomych.

    Jakub Ćwiek

    1 Pozwolę sobie podkreślić iż nie neguję samej zmiany przepisu, a jedynie to jak została ona przeprowadzona i jak wielu spraw nie bierze pod uwagę.

  • „Pisarze albo rzecz o smutnych dziwkach”. Felieton Jakuba Ćwieka.

    Nawiązując do felietonu, który zaraz przeczytacie, pamiętam dokładnie dwie sytuacje. Pierwsza, gdy jechałem na pierwszy wywiad z Eduardo Mendozą, jednym z moich ulubionych, no dobra, ulubionym zagranicznym pisarzem. Zastanawiałem się, czy będzie fajny, czy będzie bucem, czy może trochę taki, a trochę taki. Okazało się, że jest super człowiekiem. Druga sytuacja, o większym kalibrze emocjonalnym, to pierwsze spotkanie z Kazikiem Staszewskim. Pierwsze i jak do tej pory jedyne, nie licząc koncertów, gdzie jestem jednak cząstką anonimowej masy. Wychowałem się na jego muzyce, przyjmuję ją bezkrytycznie. Pytanie było proste: czy jeśli Kazik na żywo okaże się bucem i gburem, to wyrzucę wszystkie jego płyty i przestanę go słuchać? Podobnie jak Mendoza, okazał się kapitalnym facetem i po trzech minutach byliśmy już po imieniu, więc nie musiałem na to pytanie odpowiadać. To tyle ode mnie, jeśli chodzi o delikatne wprowadzenie w temat. Teraz czas na danie główne, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Pewnego razu na blogu pisarza Neila Gaimana pojawiło się pytanie od fana. Nic dziwnego, autor sam do tego zachęcał wielokrotnie, a ponadto ośmielał pytających, odpowiadając konkretnie i rzeczowo na większość pytań, nie tylko tych dotyczących jego własnych książek czy planów. I to konkretne pytanie było właśnie z tych „innych”. Chodziło o to, jak zmusić G.R.R. Martina by przestał się obijać, jeździć na spotkania czy taplać w pieniądzach po sukcesie serialu i wziął się wreszcie do roboty, bo fani czekają.

    Gaiman odpowiedział wtedy zdaniem, które zabrzmiało wyjątkowo ostro: Zapamiętaj sobie, kolego, George Martin nie jest Twoją dziwką.

    Te słowa odbiły się bardzo szerokim echem. Część ludzi przyznała Gaimanowi rację, część oburzyła się na jego wypowiedź. Wielu też było takich, którzy, zgadzając się z sednem, wytknęli autorowi “Amerykańskich Bogów” paskudne potraktowanie fana, pouczali go odnośnie formy i wskazywali, jak powinien to ująć, by anonimowy fan i jego roszczeniowa postawa nie poczuli się urażeni.

    Inna sytuacja. Andrzej Sapkowski, rok może 2004, w każdym razie na długo nim padła jego sławetna wypowiedź o grach. Trwa spotkanie w Chorzowskim Parku Rozrywki w ramach akcji urządzonej przez Śląski Klub Fantastyki. Do Sapkowskiego podchodzi człowiek i pyta o to, kiedy będzie następna książka i co on sobie myśli, by kazać tyle czytelnikom czekać.

    Widzę twarz Andrzeja, to, jak uważnie – jak nie on zupełnie – przebiera w słowach i przełyka przekleństwa.

    Książka to nie worek kartofli do obrania, proszę pana – odpowiada w końcu, biorąc książkę do podpisu. – Więc będzie pół roku po tym, jak skończę i oddam wydawcy.

    www.unsplash.com/Camille Kimberly

    Dwie godziny później jestem świadkiem rozmowy tego właśnie jegomościa o tym, jaki to z Sapkowskiego cham i prostak. Jak nie umie ze zwykłym fanem rozmawiać i się zachować.

    Wrócimy do tego jeszcze, a póki co, szybki szkic tła dla dziś. Żyjemy w czasach Internetu 2.0, to znaczy takiego, w którym każdy, przynajmniej w teorii ma prawo nie tylko odebrać komunikat, ale i go nadać. Facebook czy inne media społecznościowe służą nam do kontaktu z markami, a czasem, jak pokazują rozchodzące się viralowo akcje, z idolami. Sam współorganizowałem akcję, w której chcieliśmy się skontaktować przez Twittera z kanadyjskim aktorem, Nathanem Fillionem. I udało się.

    Żyjemy też w czasach, w których każdy mający coś do powiedzenia może to zrobić na forum i ma z tym szansę wypłynąć. Blogi czy vlogi przestały pełnić funkcję li tylko publicznego pamiętnika – ich twórcy zyskali możliwości, wpływy, stałych odbiorców. Część z nich stała się “influencerami” czyli ludźmi mającymi wpływ na innych, kształtującymi wzorce zachowań.

    To dobrze, można by pomyśleć. To krok w stronę pełnej wolności słowa. I trudno mi się z tym nie zgodzić, gdy chodzi o założenie. W praktyce jednak… Cóż, kolejnych kilka przykładów.

    Znowu Andrzej Sapkowski, bo to przykład nośny, a postać budzi (słusznie) skrajne emocje. Znowu Katowice, tym razem spotkanie w Empiku Silesia, które miałem przyjemność prowadzić. W panelu trzech autorów: Andrzej Sapkowski, Maciej Żerdziński i Witold Jabłoński. Wydarzenie miłe, zajmujące, po nim, co oczywiste, kolejka do autografów. Jest też telewizja, która pyta mnie, czy Sapkowski (bez pan) udzieli im wywiadu. Pytam Andrzeja, a on mówi, że oczywiście, ale gdy podpisze książki, bo jest tu przede wszystkim dla swoich pracodawców, którymi są czytelnicy. Telewizja może poczekać. Więc czeka. Andrzej kończy, mówi kilka słów i idziemy wspólnie na obiad do pobliskiej restauracji. Tam, gdy siedzimy i raczymy się piwem, zjawia się spóźniony fan z plecakiem książek.
    „Cieszę się, że zdążyłem” mówi, wywalając te książki na zastawiony stół, przy którym jemy. ” Dla Grzegorza. I jakby mógł pan…”

    „Właściwie to się pan spóźnił… ” odpowiada Sapkowski. „A ja jestem już po pracy i teraz mam swój wolny czas z przyjaciółmi.”

    „To znaczy nie podpisze pan?”

    „Nie, przykro mi.”

    Jakiś czas później wróciła do mnie ta historia przedstawiona skrajnie inaczej, rozpisana szeroko na internetowym forum. Sapkowski był w niej bucem lekceważącym fana. Bo podpisanie książki zawsze i wszędzie jest jego zakichanym obowiązkiem.

    Pamiętam, pomyślałem wtedy, że największym problemem jest tutaj brak porozumienia z czytelnikami. Andrzej nie udzielał się w sieci, więc nie miał jak zareagować. Wystarczy, że czasem coś naprostuje.

    www.unsplash.com/Jason Yu

    Zdanie zmieniłem dwa lata później, gdy zdarzyło mi się skomentować recenzję własnej książki. Nieco wcześniej doświadczyłem czegoś paskudnego – mój literacki debiut, choć w księgarniach znikał z półek w zaskakującym tempie, nie spodobał się części internautów związanych z dwoma dość dużymi forami fantastycznymi. Zwłaszcza na jednym z nich rozpoczęła się nagonka trwająca dni i strony, pozbawiona choćby cienia merytoryki, za to mocno uderzająca personalnie. Chciałem zareagować, ale starsi sieciowi koledzy odradzili: zobacz, jak są nakręceni. Nic im nie powiesz. Dlatego przeczekałem, potem napisałem, że ok, nie zgadzam się z opiniami, ale to cenne doświadczenie. Ci, którzy mnie opluwali, teraz pochwalili za postawę.

    I wtedy właśnie ten komentarz. Rzecz dotyczyła mojej powieści „Liżąc ostrze”, książki z, wciąż tak uważam, fajnym pomysłem, choć pełnej wad typowych dla początkującego pisarza. Tyle, że recenzja zawierała błędy merytoryczne i właściwie dopisywała do fabuły wydarzenia, których nie było albo interpretowała sceny wbrew ich konkretnie i łopatologicznie wyjaśnionej treści. W zasadzie wyłącznie do tego się odniosłem w komentarzu, ale to i tak było za dużo. Wtedy się dowiedziałem, że autor nie ma prawa komentowania recenzji, bo to czyjaś opinia, a taki komentarz to brak dopuszczania do wolności wypowiedzi. Wtedy też po raz pierwszy usłyszałem, że używam swojego wpływu na czytelników, by zastraszyć recenzentów. A że brzmiało to przekonująco, a ja bardzo chciałem pozostać pisarzem-fanem, postanowiłem – ok, żadnych więcej komentarzy odnośnie do recenzji własnych książek. Trzymajmy się tych zasad.

    Tyle, że te nie są jasno określone. Stephen King został gburem, gdy powiedział czytelnikowi, że nie podpisze mu trzydziestu książek, bo ma ograniczony czas, a ludzie czekają w kolejce i zresztą było mówione, że książka na osobę. Chuck Palahniuk, który od lat pomaga młodym pisarzom na całym świecie (kiedyś nawet z nim korespondowałem jako zwykły fan z połamanym angielskim) pisał kiedyś o tym jak to został oskarżony o blokowanie rynku, bo nie zobowiązał się do promowania wojowniczej powieści pewnej czytelniczki. Generalnie plagą pisarzy są ludzie, którzy wysławszy własne teksty do zaopiniowania lub wypromowania, nie przyjmują do zrozumienia grzecznej odpowiedzi, że autor nie może, bo ma inne zobowiązania. Pisarz nieudzielający pomocy przyszłym kolegom po fachu to buc tłamszący rynek. Kiedyś, podczas rozmowy z Gaimanem zapytałem go o to, a on odpowiedział: wcześniej pomagałem każdemu, pisałem długie listy z uwagami. Ale z czasem, gdy stawałem się popularniejszy, tych listów było coraz więcej, podobnie jak moich obowiązków i zobowiązań. Więc przestałem. I wiele osób miało mi to za złe, bo nagle przestałem być kumplem, a stałem się wielkim autorem.

    Smutna refleksja, której prawdziwości przyszło mi później doświadczyć na własnej skórze. Przyznam, że to był czas, gdy szukałem jeszcze złotego środka, gdy myślałem jak to wszystko pogodzić. Ale to, cóż… nierealne.

    Bo jaki powinien być idealny pisarz popularny? Nade wszystko milczący, chyba, że zapytany. Wtedy, niezależnie od formy, od własnego nastroju i od intencji pytającego, powinien odpowiedzieć konkretnie, wyczerpująco i możliwie zajmująco. Powinien być skromny, bo przecież wiadomo, że książka broni się sama, promocja to komercja, a człowiek piszący dla mas to człowiek bez ambicji. Czyli nie pisarz przez duże P. Dalej, pisarz powinien być uczynny. Przyjmować do zaopiniowania, recenzji a nawet redakcji każdy tekst, w każdym z nich znaleźć zachęcający pozytyw i jak dobre, chwalić publicznie, jak złe, cichutko i delikatnie wskazać rzeczy do poprawy. Powinien zawsze i wszędzie być gotowy na spotkanie z potencjalnym fanem. Prezentować odpowiedni nastrój, wygląd, wyrażać gotowość. Dobrze jest jeśli raz spotkane osoby pamiętał z imienia. Przy spotkanych więcej niż trzy razy to już obligatoryjne. Wreszcie, w nawiązaniu do początku, pisarz, który jest w trakcie trwającego procesu twórczego powinien na ten czas zawiesić wszystkie inne czynności, w tym życie towarzyskie i rodzinne. Bo do tego i tylko tego się sprowadza – do funkcji. Przesadzam?

    www.unsplash.com/Jason Yu

    W ciągu ostatniego pół roku spod blisko pięćdziesięciu zdjęć z wakacji jakie zamieściłem na Instagramie kasowałem dziesiątki komentarzy z pytaniami, czemu się bawię jak nienapisane jest to, to czy tamto. Część, wydawałoby się, żartobliwa, część zupełnie poważna.

    To, czego pisarz nie powinien żadną miarą, to się odnosić do opinii na swój temat. Bo wiadomo, że gdy zbierze grupę odbiorców, to ma większą siłę przebicia i jest w stanie zmieść inne niż swoje stanowisko samą kategorią wagową. To ten sam rodzaj kagańca, który sprawia, że każda osoba ćwicząca sztuki walki boi się bronić w ulicznej bójce, bo granice dozwolonej obrony są równie płynne.

    Zreszta ograniczeń jest dużo więcej, wszystkie wynikające z rzekomej siły i przewagi. Ponieważ autor dociera do większej grupy odbiorców niż przeciętny Kowalski, to nagle rzeczony Kowalski może mu jasno określić ograniczenia. Na przykład: nie powinieneś się wypowiadać na tematy polityczne, nie wypada ci. Nie powinieneś jasno się określać w trudnej światopoglądowo sprawie. Masz czytelników, nie wypada, byś przeklinał. Często dodatkowo pada: lepiej byś się zajął pisaniem książek. Te słowa wyjątkowo często pojawiały się pod każdym światopoglądowym wpisem Kinga o Trumpie czy J.K.Rowling, gdy mówiła o rasizmie czy tolerancji dla odmienności seksualnej. Czy tylko ja widzę tu podobieństwo do: „hej, powinnaś siedzieć w kuchni, a nie wypowiadać się, gdy rozmawiają mądrzejsi”?

    Z tą rzekomą siłą i strzałami z armat do muchy wiąże się zresztą całkiem świeża anegdota. Otóż w sieci pojawiła się recenzja mojej książki. Napisana na blogu, przez osiemnastolatkę, wyróżniała się na tle wielu pozostałych tekstów kilkoma cechami: po pierwsze autorka recenzując kryminał noir nawet nie zgooglała tego pojęcia, otwarcie się przyznając, że konwencji nie zna i to może w oczach niektórych czynić ją ignorantką. Po drugie, zdając sobie sprawę, że recenzuje drugi tom cyklu, podstawą zarzutów uczyniła postaci, których zachowania i intencje są niejasne. Wreszcie w dziale polecenia poleciła książkę ludziom, o których, jak sama wcześniej napisała, niespecjalnie ma pojęcie, nie wie co lubią i co warto im polecać.
    Tym, co trafiło mnie najmocniej była oczywiście notka na końcu, że autorka recenzji dostała książkę od mojego wydawcy. A że nie tak dawno pisałem o tym felieton, opublikowałem tę w gruncie rzeczy przychylną dla mnie opinię jako przykład wspierania ignorancji. I wtedy okazało się, że samym faktem komentowania z konkretnym wskazaniem przekraczam zasady obrony koniecznej. Więcej, pouczyła mnie w tym względzie blogerka, której wpływ na social mediową społeczność może znacząco przekraczać mój. Podstawą pouczenia było to, że linczuję dziewczynę, która uprawia tylko swoje hobby, że jestem silniejszy i że to krzywda, w dodatku niewspółmierna do maleńkiej przecież winy. Argumentami kluczowymi był mój profesjonalizm względem jej (recenzentki) amatorstwa i zasięgu. Nie meritum sprawy, nie zgoda na bylejakość, ale to, co wolno profesjonaliście, a co amatorowi w social mediowej rozmowie. Niedługo potem pada argument, że gdybym nie odniósł się do jednej recenzji, a kilku, gdybym poszukał, pouczył, napisał prywatny komentarz. Słowem, gdybym załatwił sprawę po cichu, byłoby super. A tak to stracę czytelników czyli pieniądze.

    Bo kluczowe są pieniądze. Jeśli ktoś bierze za pracę pieniądze, to powinien siedzieć cicho. Tego oczekuje klient. Tego i profesjonalizmu. Staranności w zakresie powierzonego zadania. Przykładania się do pracy. Amator jest z tego wszystkiego zwolniony. Przeciwnie, to on jest tym oczekującym.

    www.unsplash.com/Florian Klauer

    Żeby nie było, że tylko jojczę jako autor, przykład kiedy to ja zawaliłem jako fan. Domknie się klamrą, bo będzie o Gaimanie. Podczas swojej pierwszej wizyty był dla mnie super miły i zrobił coś, czego nie musiał, a co było bardzo ładnym gestem – w uznaniu, że jeździłem za nim po całej Polsce zaprosił mnie na spacer, byśmy mogli zrealizować wywiad, na który nie znalazł się czas w grafiku.

    Przy drugiej wizycie, kilka lat później, mieliśmy akurat z grupą teatralną „Słudzy Metatrona” na tapecie „Kaliope” na bazie nowelki z jego Sandmana (na który to spektakl Gaiman wyraził zgodę) i chcieliśmy go mu zaprezentować. Udało się zorganizować do tego celu scenę piwnicy pod baranami, dograć terminy, przystosować przedstawienie do mniejszej sceny. Godzinę przed spektaklem przekazano nam, że Gaiman się nie zjawi. Ot tak. Nawet nie zrobił tego sam. Ktoś przekazał.

    Poczułem żal i gniew. Bo ej, jak to tak? To my się tu staramy, my wszystko układamy, umawiamy się i tu nagle coś takiego? Powiedziałem mnóstwo paskudnych rzeczy i w geście głupiego protestu rozdałem ludziom książki gościa, który był spoko, ale sława mu odbiła i stał się zwyczajnym bucem mającym fanów w dupie.

    Pół roku później udało mi się poznać prawdę o tym jak wydawca przeładował autorowi grafik, jak rzeczy ad hoc sprawiły, że karnie prawie nie spał i jadł w biegu przez dwa dni (i to po przelocie ze Stanów) by dopełnić zobowiązań. Więcej, że mimo tego, że ledwo się trzymał, podpisywał książki do ostatniego fana, a tych miał zatrzęsienie. Jedyne co odpuścił wtedy, wcześniej nieomal zasypiając na autorskim, to nasz spektakl, o którym zwyczajnie zapomniał. Pewnie gdyby mu przypomniano, przyszedłby i tak, by spać w pierwszym rzędzie.

    Myślę o tym wszystkim dzisiaj, gdy słyszę o tym jak on czy inny autor odjechał, gdy stał się Jaśnie Panem Pisarzem.

    Myślę o Gaimanie, którego pewnego letniego wieczora miałem w swym mniemaniu za swoją dziwkę.

    Jakub Ćwiek

     

  • „OTO SĄ MORDERCY KSIĄŻEK”, czyli felieton Kuby Ćwieka.

    Kilka dni temu opinia publiczna poznała kolejny raport odnośnie do poziomu czytelnictwa w naszym kraju. Teraz wszyscy, którzy nie mają tego kompletnie gdzieś – a powiedzmy sobie szczerze, większość jednak ma – są w żałobie, noszą się na czarno i w każdym mijanym przechodniu widzą potencjalnego idiotę i wtórnego analfabetę. Czyli w zasadzie nic się nie zmieniło.

    Taka jest już jednak świecka tradycja, że gdy Biblioteka Narodowa ogłasza wyniki, to potem ludzie w bezpośredni sposób związani z książkowym rynkiem, jak chociażby ja, są pytani o taki stan rzeczy, o przypuszczenia, dlaczego tak się dzieje i skąd to się bierze. A ja zawsze w pierwszej kolejności mówię: Hmmm, być może dlatego, że jedyny moment, w którym pisarz wzbudza zainteresowanie mediów to chwila, gdy dyskutujemy o… nieczytaniu? To jakby dość wyraźna wskazówka od czego ekspertami są ludzie pióra.

    Ale powodów jest rzecz jasna więcej. Zacznijmy od tego najbardziej prozaicznego – traumy. Zapytajcie kogoś, kto nie czyta o jego ostatni kontakt z książkami. Co usłyszycie? Najpewniej: lektury szkolne. To, w jaki sposób do nich przymuszano, to jak wciskano absolutnie bezwartościowe literacko pierdoły , jak choćby patriotyczny „Zmierzch” czyli „Nad Niemnem” Orzeszkowej, zostawiło w nich traumę do końca życia. To, jak w ich umysłach orano Sienkiewicza czy Bułhakowa, jak szatkowano te opowieści, sprowadzając całe z nimi obcowanie do zapamiętywania bezużytecznych faktów pod kartkówki, nie mogło się dobrze skończyć. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, to w większości nie jest atak na nauczycieli. To po prostu systemowy bubel, który coś, co powinno być przyjemnością, co powinno uczyć łaknienia świata, sprowadza do przykrego obowiązku.

    www.unsplash.com/Redd Angelo

    I dla nauczycieli, i dla uczniów. Bo powiedzmy sobie szczerze – jak mogłem wierzyć mojej polonistce w liceum mówiącej mi o niebywałych wartościach literackich dowolnej lektury, skoro przy pierwszej okazji, zupełnie przypadkowej, wyszło, że nie odróżnia Hellera od Vonneguta? Ktoś taki miałby skłonić mnie do czytania i dobierać mi lektury?

    W ogóle, na co ktoś wreszcie powinien zwrócić uwagę – należałoby po pierwsze rozdzielić w szkole dwa przedmioty. Po pierwsze – „Język polski”, na którym uczniowie winni się uczyć gramatyki, ortografii i że „bynajmniej” i „przynajmniej” bynajmniej nie znaczą tego samego. Po drugie, „Literatura”, dzięki której można by pokazać trendy, zaprezentować ważne tytuły, nazwiska i tym samym ułatwić ludziom odkrywanie wspaniałego świata książek. Nie tylko ramotek, ale i rzeczy współczesnych, które nas teraz dotyczą i które nas obchodzą. My tymczasem budzimy w uczniu liceum bezpośrednie skojarzenie książki z bólem i cierpieniem. Bo cały semestr literatury łagrowo-obozowej to zdecydowanie za dużo dla każdego.

    Ale przecież nie tylko o to chodzi. Ostatni tekst na tym blogu pisałem o praktykach marketingowych. O tym, jak kurczący się rynek próbuje tanim kosztem zalać nas pozytywnymi opiniami o publikacji i używa do tego zjawiska na kształt marketingu szeptanego – blogów literackich. Jeśli dodać do tego powszechne praktyki dobitnego sugerowania autorom co powinni pisać – a wiem o takich zarówno z drugiej, jak i pierwszej ręki – mamy wyraźny sygnał, że coraz częściej nie chodzi o literacką wartość. Nie chodzi o to, co książka może dać czytelnikowi. Chodzi o to, by ją sprzedać. I potencjalny czytelnik to czuje, nawet jeśli tylko podświadomie. I zaczyna kalkulować. Bo skoro X pisze jak Y, to zamiast go czytać, poczekam na już zapowiedziany film. Film zabierze mi z życia dwie godziny, nie dziesięć, i będzie kosztował dychę taniej. A jeśli do okładkowej ceny książki dorzucę piętnaście zeta to mam dwa bilety. Randka, czyli wartość dodana.

    I tu dochodzimy do następnego aspektu – cen książek. Nie odkrywam tu Ameryki, mówiąc, że książka jest droga. Nie zdradzam wielkich tajemnic, mówiąc o tym, że gdyby nie dość barbarzyńskie praktyki – którym w żaden sposób nie zaradzi szykowana ustawa o jednolitej cenie książki – mogłaby być tańsza. O tym, że od każdego sprzedanego egzemplarza autor ma około dziesięciu procent, to pewnie wiecie, prawda? A o tym, że wydawca, ponoszący większość kosztów, ma z tego niewiele mniej też? Jak to zwykle w biznesie na wszystkim wygrywają pośrednicy, niczym w klasycznym przekręcie: biorąc coś za (prawie) nic. Nie dziwi więc, że wydawca, ale i autor, mierzą raczej w potencjalne hiciory, nie podejmując ryzyka, prawda? Upada więc argument, dlaczego warto.

    Jest w tym wszystkim jeszcze odbiorca, w jakiś sposób ukształtowany przez ten koślawy system na książkowego konserwatystę. To ten, który nie kupi czytnika, bo raz, że nie jest wiele taniej, a dwa, że wciąż jest masa fetyszystów papieru wmawiających mu, że ebook nie jest pełnowartościową książką. Ten czytelnik, który nie ma czasu na książkę – nie, nie drwię, naprawdę nie ma – ale nie spróbuje się zmierzyć z audiobookiem, bo to nie jego forma i to przecież nie jest prawdziwe czytanie. A kolejnych publikacji papierowych nie ma już gdzie stawiać. Coraz to ładniejsze okładki, po których wedle powiedzenia nie należy oceniać, coraz bardziej niepraktyczne pomysły na książki tak wielkie, że nie sposób ich czytać. Powieści LeGuin w jednym tomie i twardej oprawie? Serio? Czyta to ktoś jeszcze prócz starego brytyjskiego lorda Tytanowe Kolana, który ma kominek, głęboki fotel i cały czas, który ukradł swoim niewolnym pracownikom na plantacji herbaty w Indiach? Szacki Miłoszewskiego, wydany w jednym tomie jest wyłącznie po to, by go położyć na półce. Nie wierzę absolutnie nikomu, kto powie, że kupił to, by w takiej formie przeczytać.

    Wspomniałem już mimochodem o czasie, czy też jego braku, ale to rzecz, której warto poświęcić chwilę. Naprawdę go nie mamy. Naprawdę żyjemy szybciej, a każde medium dostosowuje się i dopasowuje do nowych czasów i naszych potrzeb. Newsy dostajemy albo w tweetach, albo w krótkich filmikach, wreszcie w fotogaleriach na mobilnych apkach. Na ekranach naszych telewizorów królują Netflixy i inne platformy, które zdają się mówić: spokojnie, zobaczysz, kiedy będziesz miał czas, a nie kiedy oni ci to narzucą. Renesans seriali też wiąże się z brakiem czasu. Choć całościowo serial jest dłuższy, to odcinek czyli pojedyncza dawka, trwa znacząco krócej. Łatwiej wpisać go w grafik.

    www.unsplash.com/James Tarbotton

    Książka natomiast wymaga spokoju. Wymaga całkowitej uwagi i skupienia. Nastroju. Czyli wielkich nieobecnych. Patrzę po sobie – ogarniam kolejne tytuły tylko dlatego, że słucham audiobooków ćwicząc i biegając (co i tak bym robił), a czytam po rozdziale w toalecie, wannie czy w łóżku przed snem. Całe moje życie związane jest ze słowem pisanym a i tak ciężko mi znaleźć czas na lekturę. A co dopiero ktoś, kto mimo szkolnej traumy, utrzymał w sobie trochę chęci i zapału? Czy je w nowych okolicznościach utrzyma?

    Pytają mnie różni ludzie, co w obliczu tak tragicznej sytuacji polskiego czytelnictwa należy robić i jak to zmienić. Zawsze uważałem, że sposób na to jest jeden – namów jedną osobę, która nie czyta, do książki, która mu się spodoba. Musisz go wtedy posłuchać, dowiedzieć się z kim masz do czynienia i dobrać dlań lekturę. A gdy chwyci, podrzuć jeszcze parę innych, możliwie różnych od siebie rzeczy. Potem zachęć go, by to samo zrobił wobec kogoś innego. Pożyczaj książki, a nie zmuszaj do ich kupowania. To przyjdzie z czasem. Nie pieprz bez sensu, że jak książka to tylko papier – tak ględzą tylko snoby i papierowi fetyszyści i nie ma to nic wspólnego z czytelnictwem. Nie pomaga mu, a wręcz szkodzi. No i wreszcie, chyba najważniejsza porada – nie rezygnuj, czytaj.

    Bo warto.

  • BLOGOBOJNI? Felieton Jakuba Ćwieka.

    Na pozór marketing idealny.

    Z jednej strony mamy blogerów literackich – dedykowanych odbiorców wystawiających opinię produktowi z samej chęci podzielenia się swoim wrażeniem. Każdy czy każda z nich ma swoje miejsce w sieci, nie tak ulotne jak wpis na wallu facebooka, często opatrzone mniej lub bardziej profesjonalnym logotypem i nazwą. Większość ma też grupkę w miarę regularnych czytelników złożoną ze znajomych, kolegów – przyjaciół czy to z rzeczywistości, czy z for lub innych sieciowych grup. Już nawet to stanowi całkiem niezłą podstawę, a są przecież blogerki i blogerzy, którym udało się zbudować solidną bazę odbiorców wykraczającą daleko poza kręgi znajomych.

    Strona druga to oczywiście wydawcy. Nie licząc tych największych graczy, ci wciąż zmuszeni są liczyć każdą złotówkę zainwestowaną w promocję i bardzo oszczędnie dobierać metody reklamowania każdego tytułu. U większości nie wchodzi w grę kampania ATL (czyli kierowana do szerokiego odbiorcy strategia oparta na największych mediach typu telewizja, radio, prasa wysokonakładowa), a podejmowane działania suną po utartych, bezpiecznych ścieżkach niskich kosztów. W tym świetle współpraca z blogerami oparta często na regularnym wysyłaniu im książek w zamian za recenzje to układ idealny. Za koszt równy cenie produkcji egzemplarza (plus koszt przesyłki) docierają do swojej grupy docelowej. Marketing szeptany z wartością dodaną w postaci artykułu wiszącego w sieci i być może nawet jakoś tam pozycjonującego się w wyszukiwaniach Google.

    www.unsplash.com/William Iven

    Jeśli dodać do tego czytelnika mogącego bez trudu znaleźć szerszą opinię o interesującej go książce oraz autora cieszącego się z każdej formy promocji, pierwsze zdanie tego felietonu może zaskakiwać. Dlaczego bowiem tylko na pozór jest to forma idealna?

    Przyczyn jest kilka. Zacznijmy od tego, że bloga może założyć każdy, co jest tej formy wyrażania się niewątpliwą zaletą. Każdy z tych blogerów może również zawrzeć umowę, często niespisaną, z wydawcą na wspomnianą wcześniej formę współpracy. I choć zwykle nie ma reguły mówiącej, że zapłatą za książki są recenzje wyłącznie pozytywne, to osobliwie często zdarzają się przypadki gdy blogerzy, zwłaszcza początkujący, bardzo młodzi i mocno nastawieni na dostawy darmowych publikacji, uznają to za nieformalny aneks.

    Niewątpliwie utwierdzają ich w tym przekonaniu krążące po blogosferze opowieści o przypadkach wydawców próbujących skarżyć czy zastraszać recenzentów piszących o ich książce niepochlebnie. I choć tak radykalnie głupie postępki to szczęśliwie wciąż wyjątki, to sytuacji, gdy zła recenzja kończyła współpracę, było wiele i zdarzają się nagminnie.

    Oczywiście rzecz ma się zupełnie inaczej, gdy mówimy o blogerach profesjonalnych. I wliczam do tej grupy zarówno tych, dla których blog stanowi główne lub istotne źródło zarobku, jak i tych, którzy wciąż traktują ten obszar jako hobby, ale mają warsztat, renomę i możliwości, by wykazać się asertywnością. Tym blogerom i blogerkom często bliżej do zawodowych dziennikarzy czy krytyków niż do większości koleżanek i kolegów po sieci, ale kopernikowska zasada, że gorszy pieniądz wypiera lepszy, działa tu niestety w najlepsze. W powszechnej świadomości blogosfera to nadal średnia profesjonalizmu wszystkich jej członków. Średnia, powiedzmy to szczerze, nie za wysoka.

    W praktyce wygląda to często tak, że zdecydowanie lepiej jest zgarnąć dziesięć recenzji pochlebnych czy choćby neutralnych, nawet napisanych marnie, niż jedną, na którą wydawca w zasadzie nie ma wpływu. Stąd teksty pojawiające się zaraz po premierze to szał pochwał, a recenzje krytyczne pojawiają się wtedy, gdy do głosu dochodzą blogerzy, którym do książki nie było spieszno, nie dostali jej, a trafili w księgarni lub bibliotece.

    Kluczowe jest jednak to, co napisałem o recenzenckiej wartości. Tę bowiem, podobnie zresztą jak zasięgi, mało kto weryfikuje. Książki dla dorosłych recenzują ambitne nastolatki, pisząc nieskładnie, koślawymi zdaniami, z mocnymi opiniami pozbawionymi jakiegokolwiek podparcia w tekście. I zanim powiecie, że atakuję pracowitą młodzież – to nie o nich mi tu chodzi. To raczej ignorancja tych, którzy bazę pod współpracę tworzyli na podstawie wpisanego w wyszukiwarkę „blog literacki”. Powstałe w ten sposób recenzje dają trochę szumu, a i owszem, ale to tylko szum tła. W dodatku, o czym już wspomniałem, dość mocno wpływający na społeczny odbiór blogosfery jako przestrzeni krytycznej. Nawet najlepszy, najbardziej profesjonalny spośród blogerów opinii publicznej związanej sentymentem ze starszymi mediami jawić się będzie co najwyżej jako jednooki pośród ślepców.

    www.unsplash.com/Redd Angelo

    To jeden z największych problemów z blogami. Wydawcy mało wiedzą o ludziach, którym rozsyłają książki. Po prostu szeroko zarzucają sieci, licząc, że coś się złapie. O ile rozsądniej byłoby na przykład zapoznać się z recenzjami, choćby pod kątem zainteresowań blogera. To pozwoliłoby na unikanie kwiatków w postaci „nie lubię krwawych książek, a tu jest naprawdę wyjątkowo krwawo” odnośnie do kryminału. Zanim powiecie, że to żaden kwiatek, nadmienię że wcześniej, na tym samym blogu pojawiły się recenzje dwóch książek z tego samego gatunku, a nawet wydawniczej serii, opatrzonych podobnymi stwierdzeniami. Wszystkie zakończono podziękowaniem skierowanym do wydawcy za darmowy egzemplarz do recenzji.

    Tyle, że to wymaga nakładu pracy niewliczonego w koszta przesyłki paczki. Podobnie jak weryfikacja tej największej z wartości czyli zasięgów i odzewu. Kilka godzin lektur komentarzy i parę kliknięć w dołączone do nich linki wystarczy, by zobaczyć, jak często mamy do czynienia ze swoistym chowem wsobnym. Jedynymi komentującymi wielu sieciowych recenzentów są inni blogerzy zamykający się w ciasnym kółeczku wzajemnej adoracji. Groteskowo często blisko jesteśmy sytuacji, gdy dziesięć rozesłanych książek to tak naprawdę dotarcie do dziesięciu, może jedenastu osób na dziesięciu blogach. Czyli: tak panie wydawco, książka fajna, dziękuję – to jedyna marketingowa korzyść.

    Jest jeszcze coś. Legitymizowanie upadku sztuki recenzenckiej. Jeśli cenione wydawnictwo śle książkę do blogera, to w jakiś sposób go wyróżnia. Chcemy wierzyć, że to dlatego, że to po prostu fachowiec, a nie że zgodził się napisać pozytywną recenzję i wrzucić pełen pakiet gwiazdek na Lubimy czytać. A jeśli jeszcze taki wydawca zacytuje u siebie na stronie wyjątek z takiej opinii, to nobilitacja sięga sufitu. A przecież taki nieobyty bloger może napisać nam wszystko. Ileż to razy ja byłem polskim Gaimanem, Kingiem, geniuszem zrównanym z największymi? Wystarczy z takiej recenzji wziąć wyimek i już. Wielkie słowa stanowiące cyniczne wykorzystanie faktu, że młody bloger mało jeszcze wie o literaturze i ma dość wąskie możliwości dokonywania porównań.

    Od razu podkreślam, nie jestem tutaj ja, czy moja oficjalna strona, bez winy. Też zdarzało mi się budować marketing na selekcjonowanych recenzjach, gdzie kluczem do rzeczonej selekcji była nie jakość tekstu i argumentów, a to że recenzja była pochwalna. Lepsza jednak późna refleksja niż tej refleksji brak. Stąd ten tekst.

    Uważam, że potrzebujemy, my czytelnicy, my autorzy, wydawcy czy wręcz blogerzy, dwóch rzeczy. Po pierwsze profesjonalizacji blogosfery zaczynającej się choćby od nieco bardziej krytycznego podejścia do blogów i recenzji. Nieustanne zasłanianie się sformułowaniem „to moja opinia i mam do niej prawo” kończy dialog. Po drugie trzeba nam uniezależnienia się blogów od wydawców. Czy też raczej refleksja tych ostatnich, że choć blogosfera to potencjalnie świetna ścieżka pod marketingowe przechadzki, to jednak przydałoby się nie srać tam, gdzie się jada. Nawet w imię chwilowej korzyści.

    Jakub Ćwiek.

  • „Remigiusza Mroza owczy (za)pęd”, czyli felieton Jakuba Ćwieka.

    Zanim oddam głos, a właściwie skrawek Internetu Kubie, to kilka słów ode mnie. Dziś w programie „Dzień Dobry TVN” ukazał się materiał o pisarzu z Wysp Owczych, który wydał bestsellerową trylogię. Całość, blisko siedem minut, zobaczycie klikając tutaj. Okazuje się, że Ove Logmansbo to nasz polski Remigiusz Mróz. Jego fani i fanki szaleją, chwalą pomysł, doceniają spryt autora. Poprosiłem Jakuba Ćwieka, żeby sprawie przyjrzał się głębiej, a on, jak to on, jak już się przyjrzał, to od podstaw. Po kilku godzinach przysłał felieton, do którego lektury zachęcam. 

    Kilka miesięcy temu, mój dobry kumpel, mający zadatki na niezłego pisarza, napisał do mnie z pytaniem, czy czytałem coś Ove Løgmansbø. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że nie, bo nie ciągnie mnie do szwedzkich kryminałów. Jakoś ta moda nigdy do mnie nie przemówiła. Motywacje zbrodniarzy dalekich mi kulturowo wydawały się zwykle zbyt wydumane, problemy społeczne odległe i trochę „na własne życzenie”, a całe opowieści zbyt chłodne w formie.

    „Tyle, że to kryminał rzekomo z Wysp Owczych” pisze mi kumpel, wyraźnie kładąc akcent na kluczowe dla niego słowo.

    „Rzekomo?” podchwyciłem.

    I wtedy usłyszałem o jego prywatnym śledztwie, o tym, jak zauważył nieścisłości względem opisów znanej sobie kultury wysp, a potem zweryfikował je u znajomych autochtonów, dochodząc do jednego swoim zdaniem słusznego wniosku. Tej książki nie napisał nikt stamtąd.

    Ciekawe, napisałem, choć raczej z grzeczności. Bo w gruncie rzeczy jak mogłem za interesujący uznać fakt, że ktoś z innego kraju podszywa się pod pisarza z wysp, które grzeczną, miłą, stonowaną nudę mają niejako wpisaną w nazwę, a podobno trochę i kulturę. A potem się okazało – najpierw z wpisu na wallu kumpla, a długo później z materiału w „Dzień Dobry TVN”, że Ove Løgmansbø to Remigiusz Mróz. I to już zwróciło moją uwagę.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Karsten Koehn

    Lubię Remka. Mieliśmy się okazję spotkać dwa razy, w tym raz na chwilkę dłużej, kiedy pojawiliśmy się razem w opolskiej śniadaniówce „O!polskie o poranku”. Jako pisarze rodem z Opola i okolic mówiliśmy o swoich książkach przed kamerami, a zanim to nastąpiło, spędziliśmy razem z kolegą Mrozem kilka chwil przy kawie. Potem mignęliśmy sobie na targach, a raz po raz, jak przystało na ludzi wpisujących próżność w koszta, lajkujemy sobie nawzajem wpisy.

    Zawodowo jesteśmy od siebie dość daleko, przede wszystkim dlatego, że Remigiusza Mroza cechuje pisarska dyscyplina, jaka nigdy chyba nie będzie moim udziałem. Całkowicie wierzę w to, jak opisuje swój dzień, że paręnaście godzin pisze, potem biega, a potem redaguje swoje rzeczy, a dla przyjemności – i reaserchu – czyta cudze. To przynosi efekty, jakie sobie zaplanował – sześć poczytnych książek w roku.

    Tym, co nas różni, mam wrażenie jeszcze mocniej, jest podejście do popkultury, bo o ile obaj zajmujemy się jej przetwarzaniem, celem Remka, jest uzasadnione nade wszystko rynkowo naśladownictwo. Każdy z nas prędzej czy później dostaje porównawcze etykietki, staje się polskim kimśtam, ale dla Mroza nie jest to żadna piętnująca szkarłatna litera. To powód do dumy i marketingowy wabik.

    W najlepszej serii Remigiusza, prawniczych thrillerach z Chyłką i Zordonem, jeszcze nie rzuca się to aż tak w oczy – ot, powieści mocno wpisujące się w schematy gatunku. Jednak już taki cykl o Forście to książki, gdzie skala wydarzeń, ich tempo, ilość zwrotów akcji, a nawet struktura rozdziałów przywodzą na myśl powieści Dana Browna. Z kolei opublikowane ostatnio polityczne „Wotum nieufności” nawet sam autor nazywa polskim „House of cards”.

    Podkreślam to wszystko raczej, by wskazać pewne różnice w naszym podejściu do tego samego zawodu niż by Remigiusza w jakiś sposób potępiać. Dopiero bowiem dzisiaj, przy okazji materiału o Ove – i wynikającym z tegoż coming outu – Remek powiedział coś, czego nie mogę zrzucić na karb innego podejścia. Coś, z czym się bardzo mocno nie zgadzam i co, czuję wewnętrznie, muszę sprostować, bo daje fałszywy obraz rzeczywistości.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Mike Kosiakov

    Oto bowiem uzasadniając przyjęcie pseudonimu, kolega Mróz porównał się w tym względzie do Kinga i Rowling. O tym dlaczego przyjął pseudonim, napisał bowiem tak:

    „Z tego samego powodu, dla którego Stephen King powołał niegdyś do życia Richarda Bachamana, a J. K. Rowling Roberta Galbraitha. Pewnie, każde z nas sprzedałoby dużo więcej pod własnym nazwiskiem, ale wszyscy chcieliśmy sprawdzić się jako nieznani autorzy, debiutanci. Poza tym, tak jak Kingowi, mnie również zabrakło miejsca w terminarzu wydawniczym. A kolejne historie wciąż się dobijały z podświadomości…”  (cytat ze strony autora)

    Wszystko pięknie, ale nie ma tu dość kluczowego dla obojga wymienionych czynnika, a mianowicie zarówno King jak i Rowling mieli w swojej głowie… innego pisarza, piszącego skrajnie inne rzeczy. Pod każdym względem inne, bo zarówno w kwestii gatunku, jak i językowej formy, trochę podejścia do świata. U Kingowego Bachmana widać fascynację klasykami amerykańskiej literatury, widać ambicje autora, który nie chce być wyłącznie tym gościem od horrorów, który skompromitował się kiedyś udziałem w reklamie kart kredytowych. Bachman pozwolił Kingowi nade wszystko zdjąć z siebie brzemię autora bestsellerów, opublikować książki niszowe, z innymi ambicjami, niekierujące się prawidłami rynku. Taki jest kameralny w gruncie rzeczy „Wielki marsz”, takie są gniewne „Rage” czy depresyjny, przepełniony frustracją „Ostatni Bastion Barta Dawesa”. Z kolei w opublikowanym po latach „Blaze” widać wyraźne echa Steinbecka. I tak, element nasycenia rynku też miał tu znaczenie niebagatelne, ale to dlatego, że w Stanach owych czasów za przesadę uznawano wydanie… dwóch książek rocznie.

    Rowling z kolei stworzyła Galbraitha by udowodnić samej sobie, ale i po trosze światu, że jest pisarką, a nie tylko stworzoną przez udany marketing autorką opowieści o małym czarodzieju, co zarzucano jej nawet po udanym „Trafnym wyborze” opublikowanym pod własnym nazwiskiem. Napisała kryminał, jak sama mówi, bez presji zarobkowej, ale by się sprawdzić, by zobaczyć czy da sobie radę w gatunku, który ceni sobie jako czytelniczka. Niszowym, umówmy się, bo tak naprawdę poza Skandynawią, świat nie przeżywa obecnie takiego wielkiego bumu na kryminały jak my.

    Słowem – owszem, zarówno Rowling jak i King chcieli się na moment pozbyć brzemienia znanego nazwiska, ale po to, by, i to jest kluczowe, sprawdzić się w czymś, czego dotąd nie robili. Nie chcieli, by ich etykietka wpływała na odbiór czegoś, w czym całkowicie eksperymentują. Oczekiwali szczerej opinii o czymś na czym się nie do końca znają. King w temacie rzeczy, które napisał w większości zanim stał się sławny – i które pisał młodocianym gniewem i determinacją. Rowling by, jak już wspomniałem, ale podkreślę, udowodnić sobie, że to nie było tylko szczęście i zbieg okoliczności, że jest tam, gdzie jest.

    krajobraz Wysp Owczych, fot: www.unsplash.com/Jan Erik Waider

    Na tle tych postaw stworzenie przez Mroza Ove Løgmansbø jawi mi się wyłącznie jako sprytny zabieg marketingowy, nie zaś test dla samego siebie. Oto bowiem nadal mamy do czynienia z kryminałem czyli czymś, w czym Remigiusz czuje się dobrze. Lektura „Enklawy”, a także, a może przede wszystkim wyniki śledztwa kolegi, pozwalają sądzić, że na polu gromadzenia materiałów źródłowych, autor również dramatycznie nie zmienił metody ich pozyskiwania. To nie tak, że kiedyś czytał źródła, a teraz doświadcza wszystkiego sam, co mu zmienia perspektywę.

    Idźmy dalej. Wybór nazwiska też nie jest przypadkowy. Popularność w naszym kraju Larsona, Menkella, Nesbo wciąż jest spora, ludzie szukają czegoś w tym duchu. I nagle pojawia się kolejny skandynawski autor, którego kupują prawem serii. Książki autora mają identyczną oprawę graficzną, co książki Nesbo, blurby pisane są w tym samym stylu, a w nazwisku autor ma charakterystyczną, dla nas nietypową, ukośną kreskę. Jak się to ma do neutralnego Richarda Bachmana, którego King skleił sobie ze swojej miłości do kryminałów i rocka? Jak ma się do Roberta Galbraitha, będącego połączeniem Roberta Kennedy’ego – politycznego idola autorki – z nazwiskiem jej dziecięcego alter ego?


    Oba te nazwiska łączy jeszcze jedno. Są typowe, zwyczajne, nie budzące w czytelniku żadnych w zasadzie skojarzeń z tym, czego może się spodziewać po książce, którą zaraz przeczyta. Ani Bachman, ani Galbraith, to nie jest składowa okładki, nie jest element
    blurba. Nie na chłodno, analitycznie skalkulowany proces pozyskania kolejnego segmentu rynku, wykorzystania literackich mód czytelniczych upodobań czy ich skłonności do owczego pędu.


    To po prostu dwa fałszywe nazwiska.

     

  • Rasa Panów…Czytelników. Felieton Jakuba Ćwieka.

    Czytam książki, odkąd pamiętam i nie ma w tym przesady. Czytać zacząłem dość wcześnie, bo jeszcze w przedszkolu, a z racji tego, że moja mama jest bibliotekarką, zawsze miałem do fajnych książek nie tylko dostęp, ale i dodatek w postaci rekomendacji. Czytałem w zasadzie wszędzie – w szkole na przerwach i pod ławką, chodząc po mieście, siedząc w toalecie, w wannie, w łóżku. I choć dość szybko przypadła mi do gustu fantastyka, nie stawiałem sobie żadnych ograniczeń. Przeciwnie, wymyślałem sobie dziwaczne wyzwania typu brania losowej książki z dowolnej półki albo czytania po kolei wszystkich autorów na literę C. Średnia liczba książek czytanych rocznie za czasów ogólniaka to dwieście pięćdziesiąt. Średnią obecną mam sporo niższą, ale nadal na niektórych robiącą wrażenie – około setki.

    Nie piszę tego wszystkiego po to, żeby się chwalić. Przeciwnie, uważam, że to zwyczajne stwierdzenie mało znaczących faktów dotyczących mojego hobby, nie zaś jakiś wyjątkowy powód do bezbrzeżnej dumy. Powodem do napisania tego felietonu jest natomiast głębokie przeświadczenie, że jestem w tym poglądzie dość mocno odosobniony.

    Zacznijmy od czytelniczych akcji mających w ogóle zachęcić nas do sięgnięcia po lekturę. Co nam one mówią? Po pierwsze, że czytelnictwo (w domyśle: książek) rozwija wyobraźnię, wzbogaca nasze słownictwo, wyczula nas na niuanse naszego języka. I jasne, jest w tym wszystkim trochę prawdy. Jednak nie należy ślepo jej przyjmować. Po pierwsze, nie ono jedno rozwija nas w tym zakresie. Z poszerzaniem granic naszej wyobraźni wyśmienicie radzi sobie muzyka, ale też przecież -dajmy na to- teatr budujący często wyłącznie wizualny kontekst, nie podając niczego wprost. Słownictwo i język nade wszystko rozbudowują konwersacje z innymi ludźmi, bo wtedy nie dość, że słyszymy dane słowo, to jeszcze mamy możliwość odniesienia się do niego, użycia go samemu, sprawdzenia jego różnych znaczeń czy kontekstów. Tak więc książka, owszem, ale jako jedna z opcji, medium będące nośnikiem treści, rzecz fajna, ale w kwestii naszego rozwoju wcale nie obligatoryjna.

    Po drugie, to przecież nie jest bez znaczenia, co się czyta. Książka równie dobrze jak poszerzać nasze horyzonty, może je drastycznie zawęzić. Co z tego, że czytam dwieście książek rocznie, skoro one wszystkie są przygotowane według tego samego schematu, skrojone pod gusta tego samego czytelnika, który, owszem, lubi taką formę rozrywki, ale tylko podaną tak, jak się już przyzwyczaił. Doskonale pasuje tu określenie, jakiego kiedyś użył Neil Gaiman zapytany o serię Harry’ego Pottera. „Ta seria jest jak dobry obiad, który zamówiłeś. Nie ma zaskoczenia, gdy kelner przynosi ci talerz, a na nim jest kotlet, ziemniaki, sałatka z ogórków, ale przecież nie o zaskoczenie chodziło, a o to, by było smacznie”. I żeby nie było wątpliwości: tak, jak słowa Gaimana nie były atakiem wymierzonym w książki Rowling, tak i moje nie są ciosem w czytelników serii tworzonych według schematu. Sam lubię takiego chociażby Reachera. Tyle że -powiedzmy sobie szczerze- czy on naprawdę ubogaca mnie bardziej niż nowy film Chrisa Nolana?

    www.unsplash.com/Jilbet Ebrahimi

    Zdaniem twórców akcji czytelniczych owszem: w nich linia podziału przebiega tyleż wyraźnie, co fałszywie pomiędzy tymi, co czytają, a tymi, co nie. Przykładem niech będzie akcja „Nie jestem statystycznym Polakiem, lubię czytać książki”. Już w nazwie podkreśla albo dumę z samego faktu bycia wyjątkiem, albo, w innym wariancie, potrzebę dania świadectwa. Ale to przecież jeden z najmniej wyrazistych przykładów. Kuriozalna w swym przesłaniu jest akcja „Nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka”, która nie dość, że próbuje zgranej już dawno temu marketingowej sztuczki sprzedawania dowolnego produktu seksem, to jeszcze karmi nas, czytelników, złudną nadzieją, że może skoro to jest condicio sine qua non, to działa on w obu kierunkach – jeśli czytam, to mam zagwarantowany seks, bo przecież majtki same spadają na myśl o tym, że ktoś umie w składanie literek! A jeśli nie seks, to może narodowe wartości? Czy sam fakt czytania może nas uczynić lepszymi obywatelami, jak sugeruje to akcja “Narodowe Czytanie”?

    I teraz, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie tak, że potępiam w czambuł wszystkie inicjatywy zachęcające do czytania. Jest mnóstwo naprawdę wartościowych, jak choćby akcja „Czytam sobie!” zachęcająca do zabawy z czytaniem, „Cała polska czyta dzieciom!” pogłębiająca więzi między rodzicami a dziećmi i pokazująca, że czytanie to dobry sposób na spędzanie czasu. „Książka w podróży” z darmowymi rozdziałami czy całymi książkami do ściągnięcia za pomocą QR code też robi, myślę, wiele dobrego. Podobnie jak promowany z różnym natężeniem Bookcrossing, projekty typu Legimi czy Bookrage (tak, wiem, że dwa ostatnie to coś innego niż tylko czytelnicze akcje, ale wpływ na czytelnictwo mają większy niż niejedna inicjatywa stricte promująca).

    www.unsplash.com/Glen Noble

    To, do czego zmierzam i co jest jedną z największych bolączek tego typu działań, jest wspomniane już głębokie przeświadczenie, że my, czytelnicy jesteśmy lepsi, bo czytamy. Statystyki czytelnictwa kiedy nikt nie czyta są „przerażające!” albo „zatrważające!”. Niski poziom czytelnictwa jest „żenujący!”. Zupełnie jakbyśmy byli zobligowani do czytania, bo bez książek nie mamy szans zbudować społeczeństwa spójnego, nastawionego na rozwój i wzajemne zrozumienie. Naprawdę? To z nimi mamy? W czasach, gdy każdy może napisać, wydać i wypromować w zasadzie co chce, wyrazić dowolny pogląd od prawa do lewa z tą samą stanowczością, naprawdę to książka jest lekiem na zło?

    Ten idiotyzm prowadzi nas płynnie do następnego. No bo skoro już staliśmy się w jakiś sposób narodem wybranym – My, czytelnicy – to przecież spoczywa na nas brzemię. Gdy już staniemy się niestatystyczni, wyjątkowi, następnym poziomem jest zrozumienie czym właściwie czytelnictwo jest, jakie lektury powinny nas określać, byśmy opisani tym, co czytamy, wyglądali wystarczająco światle. By zaistnieć pośród ludzi wyjątkowych, dookreślamy się czytanymi książkami, uważnie dobieramy, o których lekturach wypada nam wspomnieć w towarzystwie, a które należy wyszydzić. Bo mogło się nam wydawać, że , gdy już oddzielimy się od nieczytających, statystycznych Polaków, będzie nam po prostu dobrze w naszym oświeceniu i wyjątkowości, nagle okazuje się, że jesteś tym, co czytasz. Nie tym, co przyswoiłeś, co do ciebie dotarło, co przedyskutowałeś, przeanalizowałeś, wyciągnąłeś wnioski. Dosłownie, jesteś tym, co czytasz. Twoja wartość wśród wyjątków z miejsca spada, jeśli zamiast Houellebecqa wolisz poczytać Cobena.

    Nie chcę dramatyzować, to dość naturalna tendencja w dowolnym środowisku. Pragnienie elitarności, grupy radykałów, dla których nikt nie jest dość dobry, kółka wzajemnej adoracji i grupy wpływów. Miłośnicy czytania… no właśnie, nie są tu wyjątkiem. To po prostu ludzie, których łączy zamiłowanie do konkretnego medium, jednej z rozlicznych form przekazywania informacji czy opowieści. Może kiedyś, gdy opcji przyswajania komunikatów było mniej, rzeczywiście dawało im to pewne fory, ale dziś? W większości przypadków to zwykła legitymizacja snobizmu.

    Mimo to nadal rozsądne w założeniach akcje czytelnicze skierowane do dzieci -jak większość tu wymienionych- mają moje pełne poparcie. Bo dają alternatywę, trochę wyrównują szanse tego konkretnego medium wobec innych, bardziej kolorowych, dla dziecka atrakcyjniejszych. Bo uczą, że do opowieści nie trzeba prądu, że można je sobie przekazywać na wiele sposobów, i angażując innych, i zupełnie samemu. Bo choć książce od dawna nie należy się z automatu piedestał pośród form przekazu, to jednak powinna móc o niego powalczyć.

    Niekoniecznie jednak seksem czy łechtaniem wewnętrznego snoba.

    Jakub Ćwiek

  • Tylko na smakksiazki.pl: Powstaje serial internetowy na podstawie scenariusza Kuby Ćwieka. [wideo].

    Wyobrażacie sobie połączenie”Zabójczej broni” i „Kłamcy”? Już wkrótce zobaczycie efekt tej mieszanki wybuchowej, bo autor tego drugiego tytułu napisał scenariusz serialu internetowego.  „Stróże”, bo taki będzie miał tytuł,  będą wrzucani do sieci raz w tygodniu, odcinki będą miały… albo nie, oddaję głos Kubie, który najlepiej opowie Wam o serialu. 

  • Jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów książek fantastycznych w Polsce.

    Kiedy? 18.04.2013, g.18.00

    Gdzie? Empik, Silesia City Center

    Z kim? Jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów książek

    fantastycznych w Polsce. Będziemy rozmawiać o jego najnowszym tytule „Dreszcz”.