Tag: Jakub Ćwiek

  • „Mam nadzieję, że oszukałem i zmanipulowałem czytelnika”

    Niech pierwszy podniesie rękę ten, kto nigdy nie dał się zrobić w konia. Czy to przez dorzucenie złotówki do bułki, która i tak wiadomo, że poszła na alkohol, albo w jakiś inny, może bardziej spektakularny sposób. Artyści przekrętu, których Jakub Ćwiek opisuje w „Szwindlu” nie idą w detal, bardziej w hurtową grabież swoich ofiar. Myślicie, że znacie triki oszustów, więc nie dacie się im podejść? Pomyślcie o tym, gdy będziecie się po raz kolejny logować do niezabezpieczonej sieci wi-fi. Czy to na pewno darmowy Internet z kawiarni, w której właśnie siedzicie? A może zaraz stan Waszego konta ekstremalnie się zmniejszy? Żeby nie było, „Szwindel” to także historia o miłości, zaufaniu, tajemnicach, który każdy z nas nosi w sobie. Łapcie naszą rozmowę.

  • „Szwindel”, fragment najnowszej książki Jakuba Ćwieka

    Gdy zachrobotał klucz w zamku, a zaraz potem poruszyła się klamka, obie kobiety niemal równocześnie znalazły się w przedpokoju – Kaśka w progu kuchni, Kinga pokoju dziennego. I to właśnie tę drugą Mikołaj zobaczył po wejściu do mieszkania. Zdziwiony przystanął, uniósł brwi, zabawnie marszcząc przy tym czoło i lekko rozchylił usta. Gdyby nie była na niego taka wściekła, Kaśka uznałaby, że wygląda w tym momencie uroczo i zabawnie. No i na pewno nigdy wcześniej nie widział Kingi Wilk na oczy.

    Dzień dobry? – odezwał się. Zabrzmiało to jak pytanie. Drugie zadał spojrzeniem, gdy odwróciwszy głowę, dostrzegł Kaśkę.

    Kinga Wilk poprawiła torebkę na ramieniu, postąpiła krok i wyciągnęła rękę.

    Dzień dobry, panie Mikołaju – powiedziała, próbując się uśmiechnąć. Zerknęła na Kaśkę, jakby na szybko rozważała, co powinna teraz zrobić.

    Kaśka zmrużyła oczy i zacisnęła zęby. No dalej, tylko spróbuj. Tylko, kurwa, spróbuj poprosić go teraz o rozmowę na osobności!

    Nazywam się Kinga Wilk – podjęła kobieta. – I jestem… to znaczy byłam, pielęgniarką pańskiego ojca.

    *

    Proszę, Miki, twoja woda – powiedziała, stawiając przed nim szklankę.

    Dzięki, kochanie – odparł machinalnie. Przez niemal całą rozmowę czy też bardziej monolog pielęgniarki siedział na krawędzi sofy, prawie jakby kucał, z łokciami na kolanach i dłońmi zaciśniętymi w pięści, jedna tuż obok drugiej, nie odrywając oczu od Wilk. Kaśka próbowała sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej go takim widziała, ale nie przychodziła jej do głowy żadna sytuacja, w której zachowywałby się w ten sposób.

    Na początku Mikołaj często przełykał ślinę i otwierał usta, jakby chciał się wtrącić. Potem już w zasadzie tylko słuchał, może zostawiał sobie pytania na koniec, tylko że pod wpływem szoku zupełnie o nich zapomniał. Nic dziwnego, wieści rzeczywiście, musiała to przyznać, były poruszające i szokujące. I nie chodziło nawet o śmierć ojca, bo trudno czuć stratę po kimś, kogo przecież się nie znało. W osłupienie raczej wprawiało to, że Ferdynand Górski, tak według pielęgniarki nazywał się ojciec Mikołaja, nie tylko wiedział o synu, miejscu jego zamieszkania, nawet całkiem sporo o jego pracy i życiu prywatnym, ale i od ponad roku przebywał w ośrodku w Piasecznie niespełna godzinę drogi od ich domu. Czy możliwe, że cały czas mieszkał w okolicy? Także wtedy, gdy Mikołaj, jeszcze przed śmiercią matki i jakiś czas później, szukał go intensywnie, zatrudniając w tym celu nawet detektywa? Czy było możliwe, że facet wiedział o tym wszystkim i specjalnie się ukrywał?

    W każdej chwili skurwiel mógł się odezwać, pomyślała, porozmawiać, jakoś zaistnieć w życiu Mikołaja. W każdej chwili, wystarczyło wybrać numer lub wziąć taksówkę. Ale nie, on postanowił zrobić to dopiero po śmierci, wysyłając obcą kobietę, a wcześniej napychając ją mnóstwem wiadomości o ich prywatnym życiu. Jak bardzo trzeba być podłym, zadufanym w sobie, małym człowiekiem, by postępować w taki sposób?!

    Na pewno nie chce pani jeszcze jednej herbaty? – zapytała. – A może dla odmiany coś zimnego?

    Kinga Wilk potrząsnęła głową i zerknęła na maleńki zegarek na nadgarstku.

    Właściwie to powinnam już się zbierać powiedziała z przepraszającym uśmiechem. – I tak zajęłam państwu dużo czasu, a teraz pewnie będą państwo chcieli porozmawiaćPodniosła się, obciągnęła bluzkę i sięgnęła po torebkę. Zamiast ją jednak zawiesić na ramieniu, sięgnęła do środka i wyjęła grubą, brązową kopertę formatu A4. Na kopercie starannym, choć lekko rozchwianym pismem wykaligrafowano nazwisko Mikołaja i ich adres.

    Właściwie to przyszłam przede wszystkim po to, panie Mikołaju. – Podała gospodarzowi paczkę. – Ojciec chciał, żeby to trafiło do pana. A, no i pogrzeb odbędzie się pojutrze, w czwartek o trzynastej na cmentarzu komunalnym w Piasecznie. Gdyby pan… to znaczy państwo chcieli się zjawić.

    Mikołaj podniósł się bardzo powoli, wyjął kopertę z ręki pielęgniarki i ostrożnie, jakby miał do czynienia z czymś na- prawdę delikatnym, odłożył ją na stół. Gdy się wyprostował, zrobił coś, od czego Kaśka dostała ciarek. Uśmiechnął się, lek- ko przechylając głowę i miłym, ciepłym głosem powiedział:

    To nie był mój ojciec i proszę nigdy więcej tak nie mówić.

    Kinga Wilk obejrzała się na Kaśkę, a nie znajdując w niej wsparcia, zarzuciła torebkę na ramię.

    Cóż, panie Mikołaju, nie zamierzam usprawiedliwiać czy tłumaczyć pana Ferdynanda…

    To dobrze – ostro wszedł jej w słowo, by zaraz ponownie uśmiechnąć się w ten paskudny, sztucznie miły sposób. – I dziękuję, że pani przyszła. Mogę pani zamówić taksówkę.

    Dziękuję, poradzę sobie.

    Ruszyła w stronę drzwi wyjściowych, mijając Kaśkę i posyłając jej smutny, współczujący uśmiech. Dziewczyna skinęła lekko głową, doceniając gest.

    Naprawdę dziękujemy, że pani przyszła – powiedziała. – Rozumie pani, że to dość trudny temat i…

    Wtedy Kinga Wilk chwyciła ją za rękę i delikatnie pociągnęła za sobą do przedpokoju. Zaskoczona Kaśka pozwoliła jej na to, a gdy obie znalazły się już poza zasięgiem wzroku Mikołaja, pielęgniarka nachyliła się nagle do gospodyni i szepnęła:

    Myślałam, że zareaguje dużo gorzej. Zadba pani o niego, prawda?

    Pytanie, zwłaszcza z ust obcej przecież kobiety, zabrzmiało tak absurdalnie i było tak zaskakujące, że Kaśka mało się nie roześmiała. Zamiast tego przytaknęła z uśmiechem i otworzyła przed nią drzwi wejściowe.

    Naprawdę jeszcze raz dziękuję za wizytę. Do widzenia. – Do widzenia.
    Kaśka zamknęła drzwi i przywarła do nich, upewniając się przez wizjer, że pielęgniarka wsiadła do windy. Dopiero wtedy wróciła do pokoju dziennego.

  • „Pisarze to kłamcy”, kwietniowy felieton Jakuba Ćwieka

    Pisarze to kłamcy – powiedział kiedyś jeden z bohaterów noweli graficznej „Sandman” Neila Gaimana. Myślę, że wyraził się nieprecyzyjnie. Pisarze bowiem to coś więcej niż kłamcy. Kłamcą jest w zasadzie każdy z nas, a przynajmniej każdy, komu zdarza się kłamać. Pisarze natomiast, ci co sprawniejsi to oszuści. Artyści przekrętu.

    Ci spośród czytelników, którzy znają mnie z pisania czegoś innego niż te felietony, wiedzą, że do tej pory zajmowałem się przede wszystkim fantastyką. To bardzo szerokie pojęcie gatunkowe, zawiera w sobie bardzo wiele podgatunków, których nie będę teraz przybliżał, bo szkoda tu miejsca na wyliczanki. Jedyne co warto wiedzieć w tym momencie, to, że główna linia podziału fantastyki to science-fiction, gdzie zwykle podstawą jest taki czy inny wsparty naukowo twór czy konstrukt oraz fantasy, gdzie ważną rolę odgrywa magia i/lub elementy nadnaturalne. To bardzo, bardzo uproszczone definicje, ale na potrzeby tego felietonu tyle wystarczy.

    Pisarze fantastyki, jak wszyscy inni pisarze oszukują czytelnika. Robią to za pomocą fabularnych wolt, zmyłek, wypuszczania fałszywych tropów, ale jednocześnie umieszczają to w fantastycznej otoczce, która nieustannie przypomina czytelnikowi. To się nie dzieje. To nie mogłoby się zdarzyć, bo przecież nie ma magii, a my nie odkryliśmy teleportacji. I nawet jeśli problemy przedstawione w fantastycznej fabule są życiowe, uniwersalne i same w sobie bardzo realne, umysł czytelnika, zmuszony do nieustannego zawieszania niewiary na fantastycznym kołku, wie, że ma do czynienia li tylko z opowieścią. To trochę jak uczestniczenie w przedstawieniu iluzjonisty – by się dobrze bawić, zakładamy, że wierzymy, że to magia, ale przecież wszyscy wiemy, że nie. Twórców fantastyki, tak samo jak iluzjonistów, trudno potraktować do końca poważnie. A jeśli dodatkowo jest się krytykiem aspirującym do rangi autorytetu, bezpieczną drogą wydaje się nie traktować w ogóle. Nie widzieć.

    Rzecz w tym, że o ile pisarz fantasta od samego początku rysuje bardzo wyraźną granicę umowności, o tyle inni pisarze popularnych gatunków, choć stosują w większości te same sztuczki, już tego nie robią. To nie są iluzjoniści we frakach i cylindrach. To oszuści rodem z oscarowego „Żądła”.

    Piszę o tym wszystkim teraz, bo to są właśnie myśli towarzyszące mi przy okazji publikacji mojej pierwszej powieści niefantastycznej „Szwindel”. Książka ta bierze na cel właśnie oszustów, ludzi, którzy żerując na naszych marzeniach, na słabościach i lękach, a także na schematycznym myśleniu, sprawnie i gładko robią nas w konia. Myśląc o niej teraz, zastanawiam się, jak bardzo, mówiąc o tej pozycji tu i tam, wciskam potencjalnym czytelnikom kit.

    No bo zacznijmy od samego napisu na okładce. Widnieje tam słowo KRYMINAŁ, którego długo nie byłem pewien. Sam, przedstawiając ten tytuł czy to wydawcy czy znajomym, określałem go mianem caper story lub heist story, co oznacza ten rodzaj opowieści, w której przestępstwo, zwykle związane z kradzieżą lub oszustwem właśnie przygotowywane jest na oczach odbiorcy. Dobrym przykładem byłby tu mój ukochany „Vabank”, „Vinci”, ale też „Żądło”, „Ocean’s Eleven” ,czy trochę bardziej fantastycznie „Incepcja”. I tak, caper story to podgatunek crime story, więc z punktu widzenia definicji, słowo na okładce pasuje tam jak ulał. Ale…

    Co nam przychodzi do głowy, gdy słyszymy słowo kryminał? Czy opowieść o konstruowaniu dajmy na to napadu będzie naszym pierwszym skojarzeniem? Nie jest tak, że oczekujemy raczej trupa lub najmniej zaginięcia i żmudnego śledztwa prowadzącego nas do rozwiązania takiej czy innej zagadki? Czy to nie właśnie ta zabawa w, niejednokrotnie, makabryczne puzzle najbardziej ujmuje czytelników gatunku?

    A skoro jestem świadom tego, że przeciętny odbiorca tak sobie kryminał definiuje, czy sprzedając swoją powieść tym słowem oszukuję, bazując na utartym schemacie i modzie czy nie?

    Kwestia numer dwa. „Opowieść oparta na faktach” czy też „inspirowana prawdziwymi wydarzeniami”. Teoretycznie moja powieść spełnia ten wymóg. Obejrzałem kiedyś film, w którym był przedstawiony pewien numer, zainteresowałem się, poszukałem inspiracji i znalazłem prawdziwą historię, z której wziąłem kilka głównych założeń. Zmieniłem realia, zlokalizowałem, a następnie zbudowałem sobie bohaterów i relację między nimi i umieściłem to wszystko na tym fundamencie z elementami prawdziwej historii. Potem ubrałem to wszystko w inne prawdziwe opowieści, które, choć miały miejsce rzeczywiście, z tą pierwotną nie miały nic wspólnego.

    I teraz, gdybym miał podać tu proporcje prawdy do fikcji, wyszłoby pewnie pół na pół. Czy to uprawnia mnie do mówienia, że „Szwindel” jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami? Bo tak się składa, że to kolejne określenie, które dziś sprzedaje książki.

    Tyle, że czytelnik myśląc „inspirowane prawdziwymi wydarzeniami” zwykle myśli, że oto czyta zbeletryzowaną prawdziwą historię. Owszem, może tu i tam podkręconą dla efektu, gdzieniegdzie uzupełnioną domysłami, ale generalnie to prawdziwa opowieść. Czy wolno mi zagrać na tym myśleniu i wykorzystać je do swoich celów.

    Podobnych kwestii kłębi się w mej głowie mrowie. Do tej pory, jako fantasta nie miałem większości tych dylematów. Mogłem co najwyżej powoływać się na innych gatunkowych autorów, przylegać do nich i cieszyć się lub przeklinać fakt, że nazywają mnie polskim Gaimanem, Kingiem czy kim tam jeszcze się zdarzało. Ludzie, którzy przychodzili na moje show iluzjonisty, wiedzieli, że mogą się spodziewać, że pokażę im parę sztuczek i tylko od mojej sprawności i bezczelności zależy czy się połapią czy nie. Teraz ja, iluzjonista, wchodząc w nowy zupełnie obszar, już na wejściu dostaję arsenał nowych trików i informacje: nie ma wyjściowych granic. Kogo zrobisz, ten twój!

    Cóż, nie mogę się oprzeć tej pokusie. Obiecuję jednak – o ile obietnica oszusta warta jest cokolwiek – nie kroić nikogo za mocno i pilnować, by były to przekręty na najwyższym możliwym dla mnie poziomie.

    Jakub Ćwiek

  • Dlaczego warto…czytać mniej? Marcowy felieton Jakuba Ćwieka

    Zacznijmy od ciekawostki: wiecie czym jest przeciążenie informacyjne? W dużym skrócie i uproszczeniu jest to sytuacja, w której otrzymujemy tak wiele różnych informacji, że nasz umysł nie wytrzymuje i przestaje je rejestrować. To znaczy nadal przepływają one przez naszą głowę, ale przestajemy mieć wpływ na to, co w niej zostaje, nie analizujemy też, czy dana wiadomość to szum czy informacja w jakiś sposób dla nas istotna. Oczywiście w zaistniałych okolicznościach nie jesteśmy też w stanie zweryfikować samego komunikatu. Najczęściej polegamy więc na tym, co się nam powie.

    Kilka lat temu znany brytyjski mentalista Derren Brown eksperymentował z przeciążeniem informacyjnym próbując płacić sprzedawcom w sklepach czystymi kartkami papieru zamiast pieniędzmi. Zanim jednak sięgał po portfel, wciągał ich w konwersacje w których zasypywał ich tyloma różnymi komunikatami – jednocześnie wymagając tak wielu różnych odpowiedzi – że jego rozmówca zwyczajnie się gubił. Czy naprawdę do tego stopnia, by jego umysł nie rozróżniał białych kartek od pieniędzy? Tak twierdzi Brown i jego ukryta kamera.

    Niezależnie jednak od tego, czy rzeczywiście tak było w tamtym przypadku czy nie, przeciążenie informacyjne nie tylko istnieje, ale doświadczamy go na co dzień. Czym innym bowiem wytłumaczyć, że nie reagujemy na jawne próby zrobienia nas w durnia?

    Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Hasła reklamowe na książkach. Niby drobiazg, bo któżby się nimi kierował, ale z drugiej strony są ważne, bo to często te zdania, które zapadają w pamięć. Zawarty w jednym, dwóch zdaniach komunikat, który niczym haczyk ma się wbić w nasze mózgi i tam zostać aż świadomie zainteresujemy się tytułem. Nie musi być prawdziwy. Ba, czasem jest paskudną, kłamliwą bzdurą, którą ktoś tworzy z pełną premedytacją, wiedząc, że w zalewie informacji, nikt nie będzie hasła analizował, zastanawiał się nad nim. Po prostu przyjmie i już.

    www.unsplash.com/Anastasia Zhenina

    By nie być gołosłownym. Niedawno znalazłem w księgarni piąty tom książki Michaela Dobbsa „House of cards” wydanego w Polsce nakładem wydawnictwa Znak Literanova. A na nim, nad nazwiskiem autora hasło:

    „Książka na podstawie której powstał najpopularniejszy serial XXI wieku”.

    Brzmi mocno, prawda? Dumnie dla wydawcy, że dorwał taki tytuł i zachęcająco dla czytelnika, bo przecież najlepszy serial wieku to nie w kij dmuchał. Nawet jeśli ten wiek trwa dopiero niecałe dwadzieścia lat. Tyle, że to całkowita nieprawda!

    Gwoli przypomnienia lub uświadomienia na spokojnie: chodzi o ten sam wiek, w którym HBO zaprezentowała między innymi: „Kompanię braci”, „Rodzinę Soprano” czy, uwaga, uwaga, „Grę o tron”!

    To to samo stulecie w którym pojawiły się mało u nas popularne, ale uwielbiane i chętnie oglądane w Stanach seriale takie jak „The Walking Dead” czy „Supernatural”. To stulecie doktora House’a, którego oglądaliśmy przecież tak chętnie. Że już nie wspomnę nawet o wszelkich CSI, NCIS, które rosną w sezony i pączkują spin-offami albo o sitcomach jak chociażby te od Chucka Lorre’a: „The Big Bang Theory” i jeszcze popularniejsze „Two and half man” ze średnią oglądalnością powyżej piętnastu milionów widzów!

    W całym tym serialowym zamieszaniu serialowy „House of Cards” to ledwie średniak, w dodatku z oglądalnością spadającą sukcesywnie aż do dramatycznych jak na tak kosztowną produkcję wyników oglądalności szóstego sezonu.

    Czyli uraczono nas ordynarnym kłamstwem. Ofiarowano brownowskie białe kartki papieru, a my się nie zorientowaliśmy, po prostu przyjmując informację świadomie, albo podświadomie. A często, co jeszcze gorsze, puszczamy później taki bzdurny slogan w świat zwiększając szum czyli tym samym generując idealną sytuację dla coraz większych przeciążeń.

    Inny przypadek to głośna ostatnio sprawa wydawnictwa Agora, które jednego dnia chwali się tym, że wykupiło erotyczny magazyn „Twój weekend” aby go zamknąć i w ten oto sposób symbolicznie domknąć też erę seksizmu i przedmiotowego traktowania kobiet. To samo wydawnictwo chwali się, że podpisało kontrakt z Blanką Lipińską i wyda trzeci tom jej pornograficznej serii, w której kobiety traktowane są jako seksualne zabawki. Dwa newsy podane nam w przeciągu miesiąca. Gdyby nie przeciążenie informacyjne, pewnie zarejestrowalibyśmy, że ktoś tutaj robi z nas kretynki i kretynów, ale w sytuacji, w której się znaleźliśmy nikt nie ma na to wolnych zasobów. Rejestrujemy więc te dwa wydarzenia jako zupełnie ze sobą niepowiązane.

    Jak to działa w praktyce? W poradniku „Pisanie na chłodno” najpopularniejszy polski pisarz Remigiusz Mróz mówi o tym jak powstają jego książki. Mówi między innymi o pisaniu około dwudziestu stron dziennie, dzień w dzień przez cały rok. Powinno dać nam do myślenia, bo przecież taka liczba stron każdego dnia to proszenie się o przeciążenie umysłu w tydzień, dwa. A co dopiero w skali roku, czy – jak w przypadku Remigiusza – kilku lat? Nie da się analizować tylu informacji w takim tempie i Remigiusz nie jest od tej reguły wyjątkiem, a właśnie idealnym przykładem. W jego prozie łatwo zauważyć iż nie analizuje on przyswojonych informacji, a po prostu je wprowadza. Nie zauważa też, że stoją one w sprzeczności z tymi już wprowadzonymi wcześniej. I nic dziwnego, bo zwyczajnie nie ma na to czasu.

    Jednocześnie, co bardzo ironiczne, nikt tego przykładu nie widzi. Bo fakt, że w zasadzie większość książek Remigiusza nie spina się fabularnie, jest kompletnie nielogiczna, a rozwiązania nieprzemyślane i pretekstowe nie ma znaczenia, gdy my sami, przeciążeni, nie analizujemy dostarczanych nam informacji. Przeciążenie informacyjne autora, skutkujące taką a nie inną książką, zderza się z przeciążeniem informacyjnym odbiorcy, którego szum tak już zobojętnił i wyjałowił, że ten nie poddaje czytanych treści pod wątpliwość.

    Wróćmy jeszcze na chwilę do Derrena Browna. Mentalista próbował sztuczki w kilku miejscach – w sklepie rybnym, u jubilera – i udawało się wszędzie, tylko nie… u ulicznego sprzedawcy hot-dogów. Dlaczego? Bo tego człowieka ulica nauczyła odpowiednich reakcji. Kilka razy się pewnie sparzył, wiedział, że wielu będzie go chciało oszukać i już na dzień dobry poddawał pod wątpliwość intencje klientów. I patrzył im na ręce.

    www.unsplash.com/Aris Sfakianakis

    Ktoś zapyta: czy tego właśnie chcesz? Żeby czytelnicy patrzyli pisarzom i wydawcom na ręce, zakładając, że ci mogą ich oszukać? I odpowiadam: TAK! Dokładnie tego chcę!

    Chcę, żebyśmy zrozumieli wreszcie, że należy pieprzyć wszystkie blogowe wyzwania czytelnicze, czy systemowe zachęty do czytania większej liczby książek! Nie powinniśmy się wstydzić tego, że jako Polacy czytamy mało, tylko tego, że czytamy nieudolnie, że nie umiemy czytać! Że idąc na ilość wzmagamy szum informacyjny i wspomniane wyżej przeciążenie, a bzdurnym gadaniem, że o gustach się nie dyskutuje zamykamy usta wszystkim, którzy mogliby nas przed czymkolwiek przestrzec. Oczywiście, że dyskutuje się o gustach! Nie dyskutujemy w zasadzie o niczym innym!

    Wyśmienity amerykański komik George Carlin powiedział kiedyś, że ważne jest nie tyle uczenie ludzi czytania, ale uczenie ich wątpienia w to co czytają, kwestionowanie tego. Tylko wtedy to ma sens. I nieważne czy bierzemy do ręki kryminał czy zbiór reportaży. Szczerze mówiąc wolałbym, żeby przeciętny czytelnik, podejmujący wyzwanie pięćdziesięciu dwóch książek rocznie przeczytał zamiast tego sześć, po jednej na dwa miesiące. Ale przeczytał naprawdę, zastanawiając się nad motywacjami bohaterów, zastanawiając czy podane przez autora rozwiązanie ma sens czy nie. Bo często nie ma!

    Chciałbym, by wybierał lektury uważnie. By, wchodząc do księgarni, wziął do ręki książkę, przeczytał hasło na okładce i zapytał: naprawdę? Najpopularniejszy serial ostatnich dwudziestu lat? Sprawdźmy, mam przecież telefon z Internetem. A! Mam Was, kłamliwe gnojki! Ten serial nie jest nawet w pierwszej dwudziestce! To pieprzę Waszą książkę, oszuści!

    Bo przy obecnym szumie informacyjnym i sposobie dobierania lektur, przy obecnym naszym podejściu do procesu czytania, przeciążeniu, możemy właściwie wchodzić do księgarni i brać książki na chybił trafił. I tak nie będzie to miało najmniejszego znaczenia.

    Jakub Ćwiek

  • „Samotność w sieci dwa zero”, lutowy felieton Jakuba Ćwieka

    Nigdy nie byłem fanem książki, do której tytułu pozwoliłem sobie nawiązać, ale teraz jak nigdy wcześniej mam wrażenie, że jej przekaz jest mi bliski.

    Kiedy w 2005 roku rozpoczynałem swoją przygodę pisarską – jako początek tej konkretnie przygody celowo wskazuję rok debiutu, nie napisania pierwszych tekstów – byłem już mocno zaangażowanym środowiskowo fanem fantastyki. Regularnie jeździłem na konwenty, gdy była okazja wygłaszałem prelekcje albo organizowałem konkursy i ogólnie robiłem tyle, ile się dało, by się środowisku przysłużyć. Bo, to myślę ważne, traktowałem te wydarzenia jako coś, co fani robią dla fanów. Trochę jak – pozwolę sobie użyć porównania mego przyjaciela, Piotra W. Cholewy – składkowe ognisko, gdzie każdy się dorzuca, a i tak przynosi, co może. Jeden kiełbasę, drugi gitarę, śpiewnik i masę zapału…

    Gdy zadebiutowałem książkowo, nie zmieniłem podejścia. Wciąż najważniejsze było dla mnie spotkanie z fanami, rozmawianie z nimi, spędzanie czasu. Jedyna różnica była taka, że część spośród tych fanów była już nie tylko fanami fantastyki ogólnie, ale także moimi i moich książek. To była nowa sytuacja, w której musiałem się odnaleźć.

    Czy mi się udało, czy nie, to temat na osobne rozważania. Ważne jest jednak, żeby podkreślić, że od 2005 roku do 2011 odbyłem kilkaset spotkań autorskich, średnio pięćdziesiąt na rok, a rekordowo prawie dwa razy więcej. I jeżdżąc tak od Przemyśla po Szczecin i od Olsztyna po Kłodzko nieustannie powtarzałem, że to najlepsza część mojej pracy. Ten nieustanny kontakt z ludźmi, możliwość porozmawiania z nimi, napicia się piwa. Chciałem kontaktu z czytelnikami nie dlatego, że podbudowywało to moje ego – chociaż, nie ukrywajmy, to też miało znaczenie – ale przede wszystkim dlatego, że lubię rozmawiać z ludźmi. Lubię ich słuchać, spierać się z nimi i zgadzać. Inspirować ich i dać im się zainspirować. Dość powiedzieć, że wielu moich fantastycznych przyjaciół, nauczycieli różnych dziedzin życia poznałem dzięki temu, że czytali moje książki!

    Ktoś może zapytać, skąd taki, a nie inny czasowy przedział w zdaniach powyżej. Dlaczego wspominam o 2011 roku? Otóż wtedy właśnie, o ile pamięć mnie nie myli, powstał mój fanpage na Facebooku.

    Byłem jednym z pierwszych autorów, którzy się na to zdecydowali. Współpracowałem akurat z pewną agencją Social Mediową, budując dla niej komunikację dla kilku dużych marek i byłem pod wrażeniem tego, co działo się wokół mnie. To były początki tej branży w Polsce, wiele zasad się dopiero kształtowało, ale powietrze aż iskrzyło potencjałem. Dla mnie, człowieka, który w jednej chwili był na Facebooku Królem Sobieskim i uczył, jak nie przeklinać na fanpage’u wódki, innym razem cwaniackim podrywaczem rodem ze starych reklam dezodorantów AXE, a wreszcie troskliwym wsparciem dla matek w ramach Mothercare, najważniejsze było jednak to, że ludzie chcą w sieci rozmawiać. I to rozmawiać inaczej niż na hermetycznych forach, na których muszą się logować, zapisywać i regularnie sprawdzać, co się dzieje. Tu pojawiałeś się, lubiłeś i komentowałeś. Buńczuczne hasła, że oto Internet dorobi się wreszcie komunikacji dwukierunkowej pełną gębą zdawały się działać.

    www.unsplash.com/Glen Carrie

    Nie będę krył, czułem się wielki, gdy mój fanpage przekraczał kolejne granice polubień. Gdy mój prywatny Facebook, na który przyjmowałem każdego dorobił się najpierw tysiąca, potem dwóch, wreszcie prawie pięciu tysięcy znajomych. Każdy mój wpis był, tak czułem, wypowiedzią z wysokiej katedry. Był przemówieniem, ale i spotkaniem autorskim w wersji online. Opcją dla moich czytelników zderzenia się ze mną we własnym domu. A potem przyszły rozczarowania.

    Pierwszym było spostrzeżenie, że ludziom nie chce się czytać. Wyrywane z kontekstu hasła, słowa klucze – prawdziwe lub nie – stanowią podstawę do dziesiątek komentarzy nie na temat. Chęć podzielenia się myślą nie wywołuje dyskusji, a jedynie kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt wzniesionych w górę kciuków. Wiem, jak utrzymać czytelniczą uwagę na spotkaniu autorskim, ale tu, w sieci, czuję się w tym względzie całkowicie bezradny. Trochę jak różnica między kinem, a Netfliksem, którego możesz zapauzować na siku, na odebranie telefonu czy cokolwiek innego. Korzyść czy strata?

    Drugie spostrzeżenie jest takie, że w sieci nie widzisz, kiedy odchodzi wzajemna fascynacja. Mam obecnie przeszło trzynaście tysięcy fanów w ramach mojego fanpage’a. I nie ma znaczenia czy to dużo, czy mało. Liczy się bardziej to, że ogrom tych ludzi zalajkował Jakuba Ćwieka, pyzatego typka, który zapylał z konwentu na konwent i obiecał, że domknie rozpoczętą i lubianą serię książek fantasy. Rzecz w tym, że to już dawno nie ja i już nam się z wieloma z tych wczesnych fanów drogi rozeszły. Im zmieniły się gusta, mnie pisarskie ambicje, a lajki na stronie wiszą. Jesteśmy jak stare małżeństwo, które już się nie kocha, może nawet nie lubi, ale też sobie nie wadzi. A że mieszkanie duże, można się mijać.

    Widać to szczególnie, gdy wrzucam jakiś post i promuję go na fanów strony. Jednocześnie z dużym odzewem na sam wpis pojawia się spory odpływ ludzi z fanpage’a. I oczyma wyobraźni widzę tego typka czy koleżankę, któremu wyskakuje nagle mój wpis, a on czy ona patrzą na niego zdziwieni: To ja go jeszcze w ogóle lubię? Ilu wtedy odkliknie, a ilu oleje, bo w końcu nie wyskakuję im aż tak często?

    Wspomniałem o targetowaniu. Nie żebym miał przeciwko, że Facebook chce na mnie zarabiać – w końcu w idealnym świecie ja też czerpię ze współpracy z nim korzyść – ale chyba nie umiem się odnaleźć w świecie, w którym płacę za to, że ktoś pomaga mi się narzucać ludziom. Widzę jednak różnicę między chęcią zbudowania więzi między czytelnikiem a autorem, relacji dwustronnej opartej na częstych rozmowach w sieci, a bezpośrednim przekazem reklamowym. Gdy umieszczam grafikę z zapowiedzią nowej książki czy spotkania, to płacąc za to, nie czuję się dziwnie. Ale gdy piszę tekst, w którym dzielę się jakimś przemyśleniem, odkryciem, mam z tym problem, którego nigdy nie miałem na autorskim.

    www.unsplash.com/Marc Schäfer

    Wiem, brzmię trochę jak zgorzkniały typ gadający truizmy. Rzecz jednak w tym, że z jednej strony czuję tę presję istnienia w świadomości społecznej, w social mediach, o której pisał tu kiedyś Wojtek Chmielarz. Z drugiej mam poczucie, że ulegając przystępności nowej formy komunikacji z odbiorcami, krok po kroku szedłem przez te lata na coraz mniej korzystne kompromisy. Najpierw skrócenie tekstów i złagodzenie ich przekazów – bo kto chce nieustannie wychodzić na pieniacza? Następnie pójście w zdjęcia kosztem tekstu. W filmiki kosztem notatek. W szybkie, znikające zaraz Instastory. Mówiąc krótko, obecne Social Media chcą, żebym wyrażał się krótko, szybko i możliwie za pomocą obrazka, a dodatkowo wynajmował specjalistów, którzy skutecznym nagabywaniem ściągną mi więcej ludzi, którzy sami z siebie raczej by do mnie nie przyszli.

    Nie zrozumcie mnie źle. Nie chcę znikać z social mediów, nie o to chodzi. Po prostu nie wiem czy jest w nich miejsce dla pisarza czy w ogóle gawędziarza, który tym właśnie chciałby pozostać. I choć bawi mnie wrzucenie takiej czy innej fotki na Insta, nie wiem czy chciałbym być człowiekiem pozą, chodzącym bon-motem. Czy naprawdę chcę, jak to już parę razy robiłem w przeszłości, zabiegać o uwagę sztuczkami, jakie wyniosłem z agencyjnych czasów?

    Wiem natomiast jedno i z tym zamierzam coś wkrótce zrobić. Z przeszło trzynastu tysięcy ludzi na moim FP spora część musiałaby się dziś pewnie zastanowić, kim jestem. I to w zasadzie jedyne, co nas w tym momencie łączy. Czas to zmienić.

    Jakub Ćwiek

  • „WyZysk, czyli historia pewnej korespondencji”, tekst Jakuba Ćwieka

    W pierwszej chwili większość z Was pomyśli pewnie: nic złego. Ot uczciwie postawiona propozycja, wszystko zaznaczone na początku rozmowy. Potem ta sama grupa przeczyta odpowiedź na zagajenie i powie: no ale po co ten sarkazm. Nie można było po prostu podziękować za współpracę? No i jeszcze ta literówka. To nie przystoi człowiekowi zajmującemu się książkami! I wtedy pojawia się trzeci mail, w którym te właśnie myśli znajdują ucieleśnienie. Padła propozycja, a jedna złośliwa odpowiedź pociągnęła kolejną i tak to niepotrzebnie eskaluje. A przecież można było pokojowo!

    Tyle, że nie, nie można było. I już tłumaczę dlaczego nie, a także dlaczego namówiłem Adama, by pozwolił mi o tej sprawie napisać, choć sam czuł się niezręcznie (proszę czytać od dołu). 

     

    Pamiętacie jeszcze mój felieton Blogobojni (klik)? Pisałem wtedy o potwornie niebezpiecznym trendzie w wydawniczym marketingu polegającym na tym, że wydawnictwa nobilitują wyrastające jak grzyby po deszczu maleńkie blogi czytelnicze, nadając im rangę nieomal krytyków literackich. Cytaty z blogów zostały wyciągnięte na okładki, u co przytomniejszych odbiorców wzbudzając ciekawość z rodzaju „kto tu komu pomaga”?

    I teraz wracamy do Adama. Z tego, co się orientuję, to nie jest tak, że duże Wydawnictwa pokroju Zysk i Spółka zainteresowały się nim od razu. Adam wkłada kawał pracy i pasji w to, żeby książki promować ciekawie. A to przejedzie pół Polski z autorem po to, by zrobić wywiad na tle ważnych dla książki wiatraków, a to zejdzie do kanałów, bo to dobre tło, by opowiedzieć o innej historii. Swoje materiały realizuje z reporterskim zacięciem, materiały cudze wykorzystywane w swoich produkcjach kupuje legalnie u źródła. Zaprasza do współpracy różnych zaprzyjaźnionych autorów i prosząc ich po przyjacielsku o teksty, zawsze za nie płaci po umówionych z autorem stawkach. Zresztą – przejrzyjcie sobie smakksiazki i zobaczcie jakie teksty możecie na nie znaleźć. Zobaczcie na zróżnicowanie prezentowanych tam materiałów! Już sama lista ludzi współpracujących z Adamem dłużej wiele mówi: Jest Wojtek Chmielarz, Bartek Szczygielski i ja. Co jakiś czas pojawia się Krzysztof Zajas, czy Marta Guzowska. A to tylko ci, którzy pisali więcej niż jeden felieton!

    Adam Szaja i Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Dziś wiem, że są duże wydawnictwa chwalące sobie stałą współpracę ze smakiem. I Adam też chwali sobie pracę z nimi, bo wie, że nawzajem traktują się poważnie. Nie będę wymieniał, przejrzyjcie sobie na blogu. Zobaczcie materiały tam prezentowane! Patrzcie na tytuły! Patrzcie na stale rosnący fanpage i zapytajcie sami siebie ile to kosztuje, bo przecież Facebook już od dawna nie da się wykpić zaangażowaniem, domagając się sporych kwot za regularną promocję.

    Obserwuję smakksiazki od samego początku tej witryny. Więcej, od pomysłu, który Adam obgadywał ze znajomymi. I pamiętam wszystkie te momenty, gdy dobijał się do jednego, drugiego, trzeciego wydawcy z ofertą promocji sieciowej innej niż dotychczasowe. Pomysłowej, zaangażowanej.

    Dziś udało się na tyle, że Zysk i Spółka, w osobie pana Konrada, dostrzegając potencjał w tej współpracy, proponuje… barter. To taki trochę biznesowy odpowiednik: dzień dobry, pani kurwo, z ogromną przyjemnością wyruchałbym panią pod tą latarnią, oferując wynagrodzenie w naklejkach na Świeżaki”.

    Odpowiedź Adama była rzecz jasna sarkastyczna, ale przyjmijmy na moment, że nie. Na ułamek sekundy potraktujmy ją dosłownie. Oto człowiek, który działając w marketingu, promujący książki i angażujący się w swoją pracę dowiaduje się nagle, że oto wydawnictwo Zysk i Spółka płaci za marketing w barterze. A skoro i pan Konrad pracuje w marketingu to jakby dodając dwa do dwóch… Ale to przecież nie do pomyślenia, nie? Bo pan Konrad, którego polot w obliczu sarkazmu sprowadził się do wyszydzenia zgubionej litery zasługuje na wypłatę w prawdziwych pieniądzach! Zaoszczędził je dla firmy wciskając ludziom wokół barter. To się nazywa marketing książkowy! Brawo!

    Jakub Ćwiek

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz

  • O liście, który może pomóc

    To będzie krótka historia pewnego listu, który najpierw wzbudzał kontrowersje, a finalnie może pomóc. Inaczej. Wy możecie pomóc. Pamiętacie list otwarty, który Jakub Ćwiek napisał do Remigiusza Mroza? Część z Was pewnie tak, ale jeśli jednak nie, to przeczytajcie (klik). Po tym tekście w sieci zawrzało, komentowali go obrońcy Mroza oraz sympatycy Ćwieka. O liście napisało sporo portali, temat żył jeszcze przez dłuższy czas. Dlaczego o tym przypominam?

    Dlatego, że później Remigiusz Mróz wysłał Kubie książkę z dedykacją. Tak, tę na zdjęciu poniżej.

    Dla Kuby z wyrazami miłości (raczej mroźnej niż gorącej)”. No i podpis Remka. Jak doskonale wiecie, zbliża się 27. finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, więc Kuba zdecydował się przekazać tę książkę na aukcję. Mam nadzieję, że zarówno fani Mroza, jak i nienawidzący Ćwieka wzniosą się ponad podziały i tym razem ramię w ramię pomogą potrzebującym. Chcecie licytować? Kliknijcie tutaj.

    Przypomnę tylko, że wciąż trwają inne aukcję pod szyldem smakksiazki.pl. Cena tarczy z autografem Chrisa Cartera przekroczyła już 100 złotych (klik), książki „Opowiem Ci o zbrodni” z autografami autorów – 80 złotych (klik), a przekazanego przez Przemka Semczuka egzemplarza „Wampira z Zagłębia” z autografem i dedykacją dla zwycięzcy – 81 złotych (klik).

    To nie koniec, bo wkrótce pojawią się kolejne aukcje – gigantyczna okładka książki podpisana przez Cezarego Łazarewicza oraz…niech to na razie pozostanie tajemnicą.

  • „Obrazki z imprezy”, kolejny odcinek komiksowego cyklu Jakuba Ćwieka

    Mieliście kiedyś tak, że zaproszono was na przyjęcie kompletnie nie w waszych klimatach i nie z waszej bajki i wy najpierw się nieopatrznie zgodziliście, a potem usilnie staraliście się albo wymigać, albo chociaż dowiedzieć, czy będzie tam ktoś ze znajomych, ktoś do kogo będziecie się mogli przykleić?

    Jeżeli zdarzyło wam się to choć raz, myślę, że szybko zrozumiecie, na czym dokładnie polega mój kolejny pomysł na zachęcenie was do czytania komiksów. Chodzi o komiksowe kontynuacje czy adaptacje dzieł znanych z innych obszarów kultury.

    W Stanach jest to praktyka bardzo częsta. Jeżeli jakaś produkcja, czy to telewizyjna, czy filmowa, czy growa, zdoła zbudować sobie fandom – lub ma w sobie zalążki, potencjał na stanie się silnym, zgranym fandomem – wówczas któryś z mniejszych lub większych komiksowych graczy decyduje się wykupić licencję i albo zaadaptować już gotową historię, albo poszerzyć uniwersum danej postaci o komiks właśnie. Jeżeli spojrzeć z punktu widzenia wyłączenie ekonomicznego, przewaga komiksu nad książką jest jasna – komiks to w dużej mierze obrazy, a więc komunikacja wizualna. Dużo łatwiej zrobić gadżet w oparciu o postać, którą mamy skonkretyzowaną niż w oparciu o ogólne, nigdy nie doprecyzowane wyobrażenie na bazie książkowego opisu. Ale my nie o ekonomii i nie o materialnych zyskach będziemy tutaj mówić. Dużo bardziej interesować nas będzie to, jak wykorzystać ową sytuację dla pogłębienia zainteresowania komiksami.

    Zacznijmy od komiksowych kontynuacji bądź rozwinięć światów. Niezwykle popularny serial amerykańskiego scenarzysty Jossa Whedona (później reżysera dwóch pierwszych części Avengers) czyli „Buffy postrach wampirów” doczekał się siedmiu telewizyjnych sezonów. Byłoby więcej, ale koszty produkcji rosły, oglądalność malała, więc zdecydowano się zakończyć produkcję. Fani jednak domagali się dalszych przygód Buffy. Zdecydowano się na komiks i eksperyment zwany komiksem ruchomym, który jest czymś pośrednim między animacją a komiksem właśnie. I choć to drugie się nie przyjęło, dzięki komiksom fani Buffy poznali kolejne pięć sezonów jej przygód, a nowy wydawca, który właśnie odkupił licencję do pogromczyni wampirów, zapowiada kolejne zeszyty w styczniu 2019.

    Buffy jednak, choć mogliście się spotkać z tą postacią za sprawą Polsatu, TV4 czy kto tam ją jeszcze puszczał, to postać w Polsce raczej mało znana.

    Co więc powiecie na Wiedźmina? Ten sam komiksowy wydawca, który do niedawna odpowiadał za Buffy, czyli Dark Horse, wykupił licencję do opowieści o Białym Wilku i od tego czasu zdążył wypuścić szereg historii Geralta w tej formie. Swoją drogą warto tu wspomnieć, że jedna z tych komiksowych historii jest adaptacją jednego z wątków „Sezonu burz” czyli napisanej po latach powieści o Wiedźminie autorstwa Andrzeja Sapkowskiego. Warto się tym opowieściom przyjrzeć chociażby dlatego, że dadzą nam ogląd, jakie podejście do postaci mają Amerykanie, a więc w jakiś sposób czego – w kwestii klimatu, nastroju, akcentów, bo nie fabuły – możemy się spodziewać w serialu. Zwłaszcza, że nie musimy się męczyć sprowadzaniem tej historii, bo jest wydana w Polsce.

    Oba wspomniane powyżej przykłady, myślę, całkiem nieźle nadają się do podstawienia pod metaforę od której zacząłem. Przychodzimy na nieznaną nam imprezę – świat komiksowy – przyklejeni do znajomego (Wiedźmina) lub znajomej (Buffy). Dawno się nie widzieliśmy, wiemy, że generalnie z nim lub nią jest fajnie niezależnie od tego, dokąd pójdziemy, więc jesteśmy skłonni zaryzykować. Najwyżej nie będzie to najlepszy wieczór w życiu.

    Trochę inaczej ma się sprawa z komiksowymi adaptacjami. Tu częstym argumentem przeciwników jest stwierdzenie: po co mam czytać komiks, skoro mogę książkę? Nie jestem w ogólniaku, nie potrzebuję streszczeń. I owszem, takie komiksy będące niepotrzebnymi streszczeniami się zdarzają. Są nim chociażby komiksowy „Percy Jackson” Riordana czy… Biblia w wersji komiksowej. Rysowane przeciętnie, niewnoszące do opowieści niczego od siebie – ot gadżety.

    Ale inaczej sprawa ma się na przykład z wyśmienitymi, wydanymi w Polsce opowieściami o Parkerze Richarda Starka zaadaptowanymi na komiks przez świetnego artystę Darwyna Cooke’a.

    Polski odbiorca nie miał zbyt wielu okazji, by poznać postać Parkera. Mógł go zobaczyć pod zmienionym nazwiskiem w kilku filmach z których najbardziej znane są dwie adaptacje powieści „The Hunter”: w „Zbiegu z Alcatraz” miał twarz Lee Marvina a w „Godzinie zemsty” wcielił się w niego Mel Gibson.

    Pod swoim nazwiskiem bezwzględny złodziej kierujący się nade wszystko bandyckim honorem pojawił się na ekranie raz, w filmie „Parker” (adaptacja powieści „Flashfire”) i zagrał go wtedy Jason Statham.

    Dlaczego piszę najpierw o filmach? Powód jest prozaiczny. W Polsce, jeśli się nie mylę – a mylić się mogę, nie czuję się na tym polu ekspertem i bardzo proszę o korektę jeśli rozmijam się tu z prawdą – wydano tylko jedną książkę Starka o Parkerze czyli wspomnianą już „The Hunter”. W antykwariatach szukajcie filmowej okładki i tytułu „Godzina zemsty”. Albo…

    I tu wracamy do komiksu. Wyśmienita adaptacja Cooke’a to cztery książki Starka. Pierwsza to znany nam już „Łowca”, a kolejne to dalsze losy Parkera. Pierwszym co rzuca się w oczy to dominujący kolor, inny dla każdego tomu. Drugim, że planszami z tego komiksu chciałoby się wyklejać ściany. To niezwykłe jak, wydawać by się mogło, łagodną, trochę karykaturalną kreską artysta buduje solidny, gęsty nastrój opowieści z gatunku hard boiled. Zaskakujące jest też to, jak bardzo to medium pasuje do małomównego Parkera. Kadr komiksu łatwiej jest uczynić nieprzegadanym, zwłaszcza jeśli ma się pomysły na to, jak w nietuzinkowy sposób przedstawiać sceny. Cooke miał tych pomysłów sporo, przez co jego wersje wychodzą daleko poza ramy obrazkowo-słownego streszczenia dzieła. I dlatego tę opowieść czyta się tak wyjątkowo, niezależnie od tego czy zna się książkowy pierwowzór, czy nie.

    A może zamiast ze złodziejem, chcielibyście na przyjęcie wejść z… agentem Jej Królewskiej Mości? Jeśli tak, również macie taką możliwość, bo Bond w wydaniu komiksowym to historia nie tylko dobra, ale wręcz dużo lepsza niż ta z ostatnich kilku filmów. W dwóch wydanych w Polsce tomach jest i dobrze prowadzona narracja, i świetne dialogi, a ponadto wszystko to, co lubicie w Bondzie i kilka nowych pomysłów. Nazwisko odpowiedzialnego za scenariusz Warrena Ellisa może wam jeszcze nic nie mówić, ale pozwólcie, że 007 zapozna was ze sobą, a myślę, że przypadniecie sobie do gustu. Zwłaszcza jeśli w pobliżu kręcić się będzie Spider Jerusalem, sztandarowa postać Ellisa z jego komiksu „Transmetropolitan”.

    Przykłady można by mnożyć, a ja pozwolę sobie na to, by wśród tych wszystkich wyśmienitych tytułów wspomnieć o historii komiksowej, którą sam napisałem czyli „Kłamcy Viva l’Arte”. O ile wiem, komiks nie jest już dostępny w sprzedaży, więc nie traktujcie tego proszę jako reklamy. Wspominam o tej historii z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, jak wiele moja historyjka zyskała na rozbieżności początkowej wizji mojej i Dawida Pochopienia, który ją zilustrował. Groteskowa oniryczność jego kreski nadała tej opowiastce złowieszczości i mroku, o której bym nawet nie pomyślał, a która była jej bardzo potrzebna. Gdy potem, na kolejnym etapie, doszedł do nas Grzegorz Nita z paletą kolorów, nastrój komiksu znowu zmienił się całkowicie. Niesamowite było patrzeć na ten kalejdoskop i powiem wam, nie byłbym w stanie, na tamtym etapie mojego pisania, osiągnąć takiego nastroju, klimatu samym tylko słowem. Nie wiem czy dzisiaj bym umiał.

    Powód drugi to wspomniane przyjęcie. Choć wielu moich czytelników odbiło się czy to od samego medium, czy też od specyficznej, charakterystycznej kreski Dawida, to kilkakrotnie spotkałem się już z takimi, co właśnie z Kłamcą wybrali się na nasze przyjęcie. I nie żałują. Bo dzięki temu, że się odważyli, poznali mnóstwo fantastycznych historii skrojonych pod opowieści obrazkowe.

    Bardzo jestem ciekaw z kim wy postanowicie się wybrać…

    PS. Wielkim nieobecnym tego felietonu jest dla mnie Conan Barbarzyńca. Pierwotnie chciałem go tu umieścić, ale raz, że w połączeniu z Wiedźminem zdominowaliby imprezę, a dwa, że jest to postać tak dla mnie ważna, a przy okazji z takimi komiksowymi tradycjami (i przyszłością), że pozwolę sobie poświęcić mu w przyszłości cały tekst.

    Jakub Ćwiek