Tag: Piotr Borlik
-
„Czy należy rozmawiać o złych książkach?” Felieton Piotra Borlika
W pierwszym odruchu na usta ciśnie się odpowiedź: Tak, trzeba głośno krzyczeć, ostrzegać, by inni nie powielili naszego błędu i nie sięgnęli po złą książkę. Wiele wartościowych pozycji ginie w gąszczu premier, promowane są książki złe lub co najwyżej przeciętne, a kryminał pomału otrzymuje łatkę ociekającego bezsensowną przemocą. Trudno więc się dziwić złości, a niekiedy nawet frustracji osób, którym na sercu leży dobro literatury. Tylko czy piętnując złe książki, przypadkiem nie wyrządzają im przysługi?
Do przemyśleń skłonił mnie tekst o książce „Parafil” umieszczony na profilu smakksiazki.pl. O ile godne uznania jest zachowanie Adama, który nie pierwszy raz odrzuca możliwość zarobku w zamian za promowanie złej książki, tak nie wiem, czy ogłaszając to publicznie, nie osiągnął efektu odwrotnego od oczekiwanego. Pierwszą ku temu przesłanką może być liczba reakcji na post. Już po pierwszej godzinie było ich więcej niż pod recenzjami, felietonami i zapowiedziami razem wziętymi. Ktoś powie: super, przynajmniej ludzie wiedzą, żeby omijać tę książkę szerokim łukiem. Pewnie będą mieli sporo racji, świadomi czytelnicy poczują się ostrzeżeni i skreślą „Parafila” z listy zakupowej, ale nie ma co się oszukiwać: świadomych czytelników wcale nie jest tak dużo.

Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio Pamiętam, jak na fali wznoszącej znalazła się Blanka Lipińska i jej „365 dni”. Budżet na promocję jej radosnej twórczości zapewne wielokrotnie przewyższał nakłady poświęcone na „Parafila” niemniej w obu przypadkach dostrzegam podobne zjawisko. Nie kojarzę innej książki, która otrzymałaby tak wiele skrajnie negatywnych opinii. „365 dni” było wyśmiewane, odradzane, podkreślano jej szkodliwość, szydzono z autorki, a sprzedaż zamiast maleć, rosła w jeszcze większym tempie. Czytelnicy zamiast zapomnieć o książce, kupowali ją, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest taka zła, jak wszyscy o niej mówią. Tak to niestety działa. Złe książki „klikają się” na Instagramie, złe opinie przyciągają komentujących, a o książce jest coraz głośniej. Kontrowersja się sprzedaje.
Z faktami nie ma co dyskutować: w Polsce dobrze sprzedają się książki ociekające krwią. Z roku na rok mnożą się autorzy proponujący bezmyślne sieczki, granica okrucieństwa przesuwana jest coraz dalej. Na grupach kryminalnych królują tytuły Piotrowskiego, Czornyja czy Kościelnego. Może nie powinienem tego mówić, ale uważam, że moją najgorszą kryminalną książką jest „Boska proporcja”. Pisząc ją, miałem znacznie słabszy warsztat, gorzej konstruowałem portrety psychologiczne, w kilku miejscach zastosowałem zbyt duże uproszczenia, to jednak ona osiągnęła bardzo dobrą sprzedaż, sprawiła, że mogłem rozwinąć skrzydła, przywiodła do mnie wielu czytelników. Może w „Boskiej proporcji” nie było aż takiego okrucieństwa, niemniej mogę się założyć, że Adam również odmówiłby napisania jej odpłatnej recenzji i być może napisałby podobny tekst. Nie zmienia to faktu, że przez wiele lat będę kojarzony z „Boską proporcją” i gdy ktoś będzie zastanawiał się, którą książkę Borlika przeczytać, to pewnie sięgnie właśnie po przygody Agaty Stec i Artura Kamińskiego. To ona wciąż zbiera najwięcej opinii, to do niej zostały sprzedane prawa do ekranizacji, to ona wciąż bardzo dobrze się sprzedaje. Tak to już działa. Nie potrafię zliczyć opinii po „Zapłacz dla mnie” czy „Wymazanych z pamięci”, w których zarzucano mi nudę i brak akcji. Wiem, że bezpowrotnie straciłem osoby oczarowane „Boską proporcją”, ale na szczęście w międzyczasie pojawili się nowi czytelnicy oczekujący czegoś więcej niż krew.
Co więc zrobić w zamian? Milczeć? Po lekturze schować książkę do piwnicy, by nie daj Boże nie wpadła w niczyje ręce? Poniekąd tak, wszak nie ma nic gorszego dla książki niż cisza. Jak wspomniałem na początku, jest wiele wartościowych książek, które nie potrafią przebić się przez „konkurencję”. Może więc zamiast robić kolejną reklamę złym książkom, skupmy się wyłącznie na tych dobrych?
Piotr Borlik
-
O owocach Duriana, klasie biznes i odciąganiu pokarmu, czyli odpowiedź na recenzję Jakuba Ćwieka
Zakładam, że skoro trafiliście na ten tekst, to doskonale znacie tło całej dyskusji, lub przynajmniej przeczytaliście opinię Jakuba Ćwieka o moich „Wymazanych z pamięci” (klik), więc od razu przechodzę do meritum. Pozwolę sobie przy tym obrać formę listu otwartego, gdyż poniższe słowa mają dla mnie spory ładunek emocjonalny.
Kuba, przede wszystkim dziękuję Ci za tak wnikliwą analizę mojej książki. Zawsze śmieszą mnie wydawane w połowie roku sądy, że dana książka jest najlepszą wydaną w tym roku, najlepszym debiutem itd., jakby autor tych słów nie zamierzał do końca roku nic więcej nie czytać. Niemniej doświadczenie wyniesione z poprzednich książek pozwala mi ukuć tezę, że Twoja recenzja będzie najciekawszą i najobszerniejszą, jaka ukaże się na temat „Wymazanych z pamięci”. Dzięki za poświęcony czas i zaangażowanie. To dla mnie wiele znaczy.
Dziękuję za wiele miłych słów, docenienie warsztatu, pomysłu na fabułę i budowania ekspozycji. Żeby jednak nie było za słodko, muszę zacząć od czegoś, co najbardziej mnie uderzyło w Twojej opinii. Poświęciłeś „Wymazanym z pamięci” blisko 19 tysięcy znaków ze spacjami, a nawet słowem nie zająknąłeś się o tym, co w książce najważniejsze. Piszesz o lotnisku, siedzeniach w samolocie, dziennikarzach, zupełnie zapominając o sercu tej historii. Jak słusznie zauważył nasz gospodarz Adam Szaja w swoim Smacznym Przeglądzie Tygodnia, „Wymazani…” są książką o rodzinie. Włożyłem całe serce, by oddać emocje przeżywane przez bohaterów, pokazać ich rozterki, rozchwianie emocjonalne, wyrzuty sumienia, gdy nie potrafią cieszyć się z odzyskanych dzieci. Książka jest opakowana jako kryminał, nie mam więc pretensji, gdy czytelnicy skupiają się na wątku wyjaśnienia zagadki, ale dla mnie jest on tłem. Książkę przeczytałem wiele razy, a cały czas czuję dreszcze na wspomnienie sceny, w której Karolina pierwszy raz spotyka swoją odnalezioną córeczkę, a ta zamiast wpaść jej w objęcia, zerka na panią psycholog. Odniosę się trochę niechronologicznie do Twoich zarzutów, ale być może właśnie dlatego zakończenie nie spełniło Twoich oczekiwań. Dla mnie bowiem historia kończy się, gdy Karolina podejmuje taką, a nie inną decyzję, Marlena robi to, co robi z synem, a Paweł z bratem (wybaczcie te ogóły, ale nie mogę zdradzić więcej). Ostatni rozdział i epilog są dla mnie jedynie domknięciem fabuły, a nie wisienką na torcie.
Wracając do zarzutów… Piszesz o błędzie w opisie loży na lotnisku w Kuala Lumpur, podpierając się opisem ze strony internetowej tegoż. Nie bez powodu akcję moich książek osadzam w Trójmieście lub Bydgoszczy. Opisuję miejsca doskonale mi znane, by jak najrzadziej wspierać się informacjami z Internetu. Tak też było w przypadku lotniska w Kuala Lumpur. Sam na nim nie byłem, ale moja żona spędziła tam sporo godzin, a opis loży sporządziłem na podstawie jej opisu. Jest to ogromne lotnisko, ma kilka mniejszych saloników, do których mają wstęp osoby z droższymi biletami, więc może w Internecie znalazłeś jakąś inną niż tą, do której trafiła ona (oraz Marlena). Chciałem nawet wkleić zdjęcie, ale niestety nigdzie takowego nie znalazłem. Na osłodę dołączam zdjęcie ciastek z owoców Duriana kupionych właśnie na tym lotnisku. Nie polecam. 😉

fot: Piotr Borlik Jeśli chodzi o kwestię zamiany miejsc w samolocie, to scena ta w pierwotnej wersji była znacznie dłuższa. Marlena przytaczała w głowie jedną z zasad wywierania wpływu wg. Roberta Cialdiniego, wspominała w myślach nawet przykład z jego książki, gdy w ramach eksperymentu student podchodził do kolejki oczekującej na ksero i prosił, by go wpuścili, podając bezsensowny argument, że musi zrobić ksero. Jeśli wierzyć literaturze, ludzie rzeczywiście ustępowali mu miejsca. Przed oddaniem tekstu do wydawnictwa czytam go kilkakrotnie, ten fragment wypadł chyba w drugim czytaniu, gdy uznałem, że niepotrzebnie wydłuża scenę, odbiera jej dynamizm, poza tym Marlena nie jest odpowiednią osobą do cytowania tego typu eksperymentów (od tego był Artur Kamiński w trylogii „Boskiej proporcji”, gdzie miało to uzasadnienie w jego wiedzy i wykonywanej profesji). Ta zasada była wystarczająca, by wpłynąć na pasażera, ale za jej pomocą nie byłoby już tak łatwo wymusić zmianę lotu. Zapewne masz rację, że siedzące z tyłu dziecko nie byłoby w stanie kopać fotela, ale z pewnością mogło uprzykrzyć podróż – coś takiego powinienem był wyłapać podczas jednego z czytań.
Wiem, że nie wypunktowałeś wszystkich uwag, a tylko podałeś przykłady, niemniej chciałem pokazać, jak łatwo pomylić się i wyciągnąć nieprawidłowe wnioski. Cieszy mnie, że nie tylko ja zwracam uwagę na takie drobnostki. Jak dziś pamiętam moje oburzenie, gdy czytając „Pokutę” Anny Kańtoch, natknąłem się na scenę, w której żona jednego z bohaterów podczas rozmowy piecze ciasto. Biorąc pod uwagę czas tej rozmowy, w jakieś piętnaście minut przygotowała ona składniki, zmieszała je i upiekła ciasto. Można by pomyśleć, że czepiamy się tematów nam bliskich, bo Ty lubisz podróżować, a ja gotować, ale podobnie nie mogłem przeboleć, gdy w „Cokolwiek wybierzesz” Jakuba Szamałka szefowa głównej bohaterki odciągała pokarm z piersi i cały proces zajął jej dosłownie chwilę. Obie książki czytałem jakiś rok temu, a sceny te utkwiły mi w pamięci; mam nadzieję, że za rok nie będziesz kojarzył „Wymazanych z pamięci” tylko ze względu na lotnisko i fotele w klasie premium.
Przejdźmy jednak do najpoważniejszego zarzutu – mediów. Tu muszę przyznać Ci rację. Zawsze gdy czytam książki lub oglądam filmy, mam problem z przełożeniem tego aspektu na rzeczywistość. Czasem dziennikarze koczują przed domem bohaterów, czasem nikogo to nie obchodzi. Zgadzam się, że najważniejsza jest konsekwencja, czego tu być może mi zabrakło. W przypadku „Wymazanych…” chciałem bowiem, żeby media odegrały pewną rolę: scena w mieszkaniu rodziców Arka i postać dziennikarki (znowu sorry, że nie wchodzę w szczegóły). Być może to był błąd, być może lepiej byłoby zignorować temat mediów, niektórych by to zabolało, ale nikt by nie mógł zarzucić mi niekonsekwencji, a tak rzeczywiście taki zarzut ma uzasadnienie. To trochę tak jak ze współczesnymi horrorami, gdzie bohaterom musi zepsuć się komórka lub muszą wyjechać gdzieś, gdzie nie ma zasięgu, by nie mogli wezwać pomocy. Jest to uproszczenie, na które wszyscy się godzimy. Po trylogii „Boskiej proporcji” zdecydowałem, że nie chcę opisywać policyjnych śledztw. Nie zrobię tego tak dokładnie jak Robert Małecki w serii o komisarzu Grossie. Zawsze pójdę na pewne uproszczenia, puszczenie oka do czytelnika, by zamiast na szczegółach śledztwa skupiać się na psychologii i bardziej atrakcyjnych dla mnie tematach. Nie lubię mediów, nie znam się na nich, więc pewnie w przyszłości będę je ignorował. Nie wiem, czy ten argument Cię przekona, ale uważam, że nagonka medialna mogłaby przesłonić najważniejszy problem bohaterów. Ważniejsze od tego, co na zewnątrz, było dla mnie skupienie się na tym, co dzieje się wewnątrz postaci – emocje głównych bohaterów, decyzje, które podejmują, i wreszcie tytułowe wymazanie dzieci z pamięci.Tyle w temacie odpierania zarzutów. Raz jeszcze dziękuję Ci za poświęcony czas. Widzę, że inaczej patrzymy na książki, inne rzeczy są dla nas istotne, a inne ignorujemy. Aż korci mnie, by spróbować wspólnej oceny wybranej przez czytelników książki. Nie jest to nic odkrywczego, ale dawno nie widziałem, by ktoś zrobił to naprawdę dobrze. Niezależnie od tego, czy ta inicjatywa rozrośnie się do sporego projektu, czy na tym zakończymy, oczywiście jestem gotowy do współpracy i wzajemnej pomocy.
Jak wiesz, nie byłem entuzjastą pomysłu, by autorzy oceniali innych autorów. Nasz eksperyment pokazał, że można, ale wciąż boję się, że może to przybrać formę wzajemnej promocji lub walki na noże. Nie wiem, czy to zasługa tej akcji, ale gdzieś mignęło mi, że Krzysztof Bochus i Tomasz Duszyński krzyżowo recenzują swoje najnowsze książki. Chyba więc zasiałeś wirusa – oby przybrał on zdrową formę, a nie zmutował w towarzystwo wzajemnej adoracji.
Piotr Borlik
-
Wymazani z rzeczywistości, czyli kilka słów o „Wymazanych z pamięci” Piotra Borlika
Krótkie wprowadzenie w sytuację. Jakiś czas temu, Wojtek Chmielarz napisał felieton o tym czy pisarzom wypada pisać recenzje książek innych polskich pisarzy (klik). Wynikła z tego dyskusja, w którą zaangażował się między innymi pisarz Piotr Borlik (klik) i ja (klik). No i w ostatnim akapicie swojej odpowiedzi na słowa Piotra zaproponowałem mu napisanie wzajemnie recenzji swoich książek. Piotr podjął wyzwanie (klik), w rzeczowy sposób punktując mój „Szwindel” (jeszcze raz dzięki). Ja spośród wskazanych przez Piotra tytułów zdecydowałem się na jego najnowszą publikację „Wymazani z pamięci”. Jeżeli chcecie być na bieżąco, jestem pewien, że Adam zadbał już tutaj o odpowiednie linki. Kto chce niech czyta.
A teraz nie przedłużając, bo i tak będzie długo, zapraszam do recenzji. Zaczynam, dla wejścia w klimat, od krótkiego przedstawienia fabularnego punktu wyjścia:
Pewnego dnia w Gdańsku odnajduje się nagle szesnastka dzieci przez lata uważana za zaginione. Są w różnym wieku, różni ich też czas jak długo pozostawały poza domem. Nie sprawiają wrażenia maltretowanych, głodzonych czy w inny sposób wykorzystywanych. Przeciwnie, w większości zachowują się jakby ostatnie lata spędzili w całkiem niezłych warunkach. Tym co ich łączy, prócz ujawnienia się w tym samym miejscu i czasie, jest lęk przed ciemnością i niezdolność do przypomnienia sobie jakichkolwiek wydarzeń z czasu, gdy byli na liście poszukiwanych.
Owo cudowne odnalezienie stanowi punkt wyjścia do opowieści prowadzonej od tego momentu przeplatającymi się trzema wątkami. Ich bohaterami są członkowie rodzin zaginionych dzieci: Karolina, matka małej Patrycji, która rozpacz przemieniła w prywatną krucjatę przeciwko krzywdzicielom dzieci, Arek, chłopak, któremu przed laty zaginął młodszy brat Paweł, i który nigdy nie wyzbył się przekonania, że jest za to odpowiedzialny oraz Marlena, ustawiona materialnie businesswoman, która pracoholizmem próbuje zaleczyć dziurę po synu Kamilu porwanym przez swojego byłego męża. Każde z tej trójki będzie próbowało na swój sposób dojść do wyjaśnienia co się właściwie stało tak przed laty, jak i teraz. No i rzecz jasna kto za tym stoi.

Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio Pomysł, nie ukrywam, intrygujący i już u samej swojej podstawy nietuzinkowy. Podkreślę fakty, które może nie wybrzmiały właściwie, a warte są wyróżnienia: po pierwsze oś fabuły nie opiera się na morderstwie, co wciąż w polskim kryminale stanowi pewną interesującą odmianę. Po drugie pojawiające się w książce dzieci nie noszą znamion wykorzystywania. Pisałem już kilkakrotnie o tym, że bardzo mnie niepokoi z jaką lekkością pisarze dziś wplatają wątki z drastycznymi, obrzydliwymi krzywdami dokonywanymi na dzieciach. A tu Piotr postanowił nas w swojej opowieści poprowadzić w zupełnie inną stronę i to również mam za bardzo interesujące, i to nawet jeśli budowanie przez niego samych dziecięcych bohaterów mnie nie przekonało.
Tempo powieści jest bardzo dobre, a idea fabularnego warkocza splatanego z osobnych śledztw trójki bohaterów połączonych celem to bardzo ciekawy sposób prowadzenia fabuły. Widać, że autor przemyślał sobie kwestię, które wskazówki podać kiedy i z której perspektywy i miał też świadomość, gdzie chciałby zakończyć wątek danego bohatera, tak by ten wybrzmiał tak w ramach pojedynczej fabularnej nitki, jak i w kontekście głównej opowieści.
W kwestii dorosłych bohaterów autor postawił na proste szablony gatunkowe, ale w większości całkiem mu się to sprawdza. Interesujące jest otwierające książkę wprowadzenie Karoliny i jej adwokata, całkiem sprawne wprowadzenie Arka i, by nie spoilerować specjalnie, osób z jego otoczenia. Problemy pojawiają się dopiero w wątku Marleny, ale do niego przejdę za chwilę, bo teraz chcę podkreślić: W tej książce jest naprawdę wiele fajnych elementów. Miejcie to w pamięci, zanim przejdziecie w tej recenzji dalej.

Bo teraz zmuszony jestem zwrócić uwagę na kluczowy problem „Wymazanych z pamięci”. Oto bowiem stawiam tezę, że autor skupiony na swojej historii mocno zaniedbał wiarygodne przedstawienie świata. Wynikiem tego zawieszenie niewiary bardzo szybko idzie w drzazgi.
I teraz musimy się umówić na konkretną rzecz, by uniknąć nieporozumienia. Problem, o którym mówię czyli kłopoty z uwiarygodnieniem świata, w mniejszym lub większym stopniu dotyczy każdego z wątków, ale nie chciałbym, by ta recenzja zmieniła się bezsensowne wypunktowywanie. Nie o to przecież chodzi. Zamiast tego postaram się zatem unaocznić problemy skupiając się na jednym z wątków, by lepiej zobrazować ich naturę i jednocześnie uniknąć daleko idących spoilerów, dobrze?
Mówiąc konkretniej, odniosę się szczególnie do fragmentów ekspozycji businesswoman Marleny. Na jej przykładzie wskażę dwa wybrane, bo znajdujące się akurat blisko siebie przykłady źle zrobionego reaserchu oraz jeden błąd fabularny. I tak mam świadomość, że dla większości odbiorców te dwa i większość innych zaniedbań reaserchowych z książki nie będzie miała znaczenia. Błąd jednak, choć to początkowo pozornie szczegół, w kontekście dalszej fabuły powinien być bardzo brzemienny w skutki. A zupełnie nie jest.
Przejdźmy zatem do meritum. Naszych głównych bohaterów poznajemy w ich w „naturalnych środowiskach”. Prowadząca swoją krucjatę Karolina krąży wokół placów zabaw, student Arek trudną sprawę jaka spadła mu na barki opija w barze, a kobieta interesu Marlena zmaga się z problemami wielkiej firmy na lotnisku w Kuala Lumpur.
Na ile dobrze wnioskuję – mogę się mylić, bo tu wchodzi kwestia interpretacji – przedstawiając nam Marlenę, autor stawia sobie za cel zwrócenie uwagi na następujące fakty:
1. Marlena jest kobietą sukcesu. Stanowczą, profesjonalną pracoholiczką, co wynika po części z chęci ucieczki w pracę po osobistej tragedii.
2. Marlena bardzo dużo podróżuje, doskonale zna lotniskowy ekosystem i zasady panujące w portach lotniczych.
3. Marlena jest wymagająca wybredna, momentami aż po snobizm.
4. Marlena zawsze stawia na swoim, jest zaradna, cwana i na tym etapie wydarzeń, mocno skupiona na sobie.
Borlik zna zasady budowania ekspozycji więc wie, że zamiast wyłożyć to wszystko wprost, lepiej to czytelnikowi pokazać. I z początku robi to bardzo sprawnie. Świetnie działa zobrazowanie kolejki do kontroli bezpieczeństwa, obserwacji ludzi przy poszczególnych stanowiskach, kalkulacji gdzie najbardziej opłaca się stanąć. Widać, że autor niejednokrotnie stał w takiej kolejce i tu kupuję tę scenę w całości. Jest dla mnie jasne, że ktoś taki jak Marlena postępowałby właśnie tak.
Problem pojawia się, gdy do zobrazowania innej postawy autorowi zaczyna brakować własnego doświadczenia. I tu kłania się kolejna scena czyli czas jaki Marlena spędza przed lotem w saloniku VIP na lotnisku w Kuala Lumpur. Zakładam, że Piotr Borlik, podobnie jak ja, nigdy w tym saloniku nie był, ale ponieważ wskazał dość konkretne miejsce, a przy okazji przedstawił opisem obraz rozjeżdżający się z moją wiedzą na temat tego konkretnego lotniska, sprawdziłem. I powiem tak: rozumiem, że celem sceny było pokazanie iż Marlena ma wysokie standardy. Ale ten prawdziwy salonik – w przeciwieństwie do opisanego – raczej by sobie z nimi poradził. Opisanie saloniku, który ma w necie swoją stronę z galerią zdjęć, aktualizowane menu itd. nie powinno być problemem.
Pojawia się zatem zgrzyt. Autor chciał nam powiedzieć tą sceną coś konkretnego o bohaterce, ale dla uważnego czytelnika przekaz zginie rozbijając się o łatwo weryfikowalną rzeczywistość. Bo jeśli autor chciał mieć inny salonik, pasujący pod opis to czemu wybrał akurat to lotnisko? Przecież samo to skąd Marlena leci nie ma fabularnego znaczenia. Podobny do opisanego jest natomiast chociażby w Pensylwanii – w tym byłem – skąd bohaterka też wracałaby do Warszawy około dwunastu godzin. Dlaczego konkretnie Kuala Lumpur skoro potem nie trzymamy się realiów?
Podobnie jest z zaprezentowanym przez autora opisem sprawnego wymyku zastosowanego przez Marlenę, próbującą uporać się w samolocie z problemem kopiącego jej w tył fotela dzieciaka. Według książki, bohaterka demonstruje swój spryt i zaradność przekonując innego pasażera, że muszą się zamienić, bo ona musi trzymać jedną nogę wyprostowaną ze względu na problemy z kolanem. Musi ją trzymać prosto, a więc wyciągnąć wzdłuż alejki. Problem w tym, że jak się dowiadujemy, Marlena leci na dwunastogodzinym dystansie dużym samolotem linii Qatar Airways. Kopanie w siedzenia i zmiana miejsc to problemy i rozwiązania klasy ekonomicznej, które w klasie biznes, zwłaszcza tak luksusowych linii zwyczajnie nie mogłyby mieć miejsca. Tam fotele są wzmocnione, z dużo większymi odstępami, a siedzenia skonstruowane tak, by móc swobodnie wyprostować nogi. Często nawet by przyjąć w fotelu pozycję półleżącą. Jeśli ktoś nie ma możliwości sprawdzenia tego detalu osobiście – a zapewniam, że często się da, zależy od lotu i obsługi – sieć pełna jest zdjęć i filmików prezentujących jak to w tych samolotach tej linii wygląda.
I znowu, zabieg ekspozycyjny mający nam pokazać ważną cechę charakteru bohaterki rozbija się o banalny fact check. A przecież gdyby autor chciał mieć swoją scenę wystarczyło zrobić tak, że Marlena potrzebuje pilnie zmienić lot i przez to decyduje się bohatersko na lecenie lotem wcześniejszym, gdzie miejsce jest niestety tylko pojedyncze, w economy. I już wszystko działa. Jeden akapit zmienia wszystko.
I zanim ktoś mi to wytknie – wiem, że książek nie czyta się z telefonem w ręce i nie googla się ich co drugie zdanie. Nie zrobiłem tego, po prostu dużo latam i lubię lotniska, więc mam tu po prostu inaczej zawieszoną niewiarę. Sprawdzam dopiero gdy coś mi mocno zgrzyta. Zdaję sobie również sprawę, że większość czytelników nigdy nie będzie na lotnisku w Kauala Lumpur, nigdy nie poleci klasą biznes i ma w zasadzie gdzieś jak naprawdę wyglądają takie miejsca i co się tam da zrobić, a czego nie. Podobnie jak wiele osób nie wie też pewnie, że Marlena nie musiałaby czekać do końca lotu by skontaktować się z policją, bo usługi telefoniczne są co prawda drogie, ale już dawno dostępne, także dla pasażerów. Wiem to wszystko.
Podniesione przykłady służą jednak wyciągnięciu konkretnego wniosku: realizując swoje założenia fabularne autor albo opiera się na własnych doświadczeniach – i wtedy wychodzi – albo na intuicji i przekonaniu, którego potem w żaden sposób nie weryfikuje. I wtedy pojawiają się zgrzyty. I dobrze, kiedy tylko zgrzyty dla takich czepiaczy jak ja. Gorzej, a niestety i taki przypadek ma tu miejsce, gdy pojawia się bardzo poważna dziura fabularna.
Prawdziwy duży problem – jeden z kilku w tej książce, ale tylko ten mogę przedstawić bez większych spoilerów – objawia się niepozornie zaraz na następnej stronie, po scenie z zamianą foteli. Oto bowiem z takich czy innych powodów Marlena nie odbiera telefonu od policji, więc o tym, że w Gdańsku odnaleziono szesnaścioro dzieci porwanych przez laty dowiaduje się… ze znajdującego się na pokładzie samolotu najnowszego wydania NY Timesa. I już pomijam, że w związku z tym sypie się troszkę linia czasowa wątków, bo sprawy ze świata pojawiają się w Timesie zwykle z minimum dniem opóźnienia ze względu na chociażby różnice czasu. Ale z tego da się jeszcze jakoś wybrnąć, to wciąż czepiactwo. Ale artykuł o tej sprawie w NY TIMESIE mówi nam czytelnikom jedną bardzo ważną rzecz: Sprawa jest tak głośna, mocna i ważna, że dotarła aż za ocean. Na oficjalnej stronie gazety są, jak sprawdziłem, spisy treści poszczególnych wydań przynajmniej do roku wstecz. Wystarczy więc sprawdzić jakiego kalibru i rodzaju treści z Polski trafiają do tej gazety. Skoro więc sprawa poszła w NYT, to w Polsce wybuchła medialna bomba o sile rażenia co najmniej kilkudziesięciu Mam Madzi! Czyli Marlena, jako bezpośrednio zamieszana, lecąc do Polski wleci w sam środek multimedialnego piekła.
Tymczasem co się okazuje? W książce w ogóle niemal w ogóle nie ma takiego zjawiska! Żadne media, żadni reporterzy nie czyhają pod miejscem, gdzie przywieziono dzieciaki, rodzice nie są natychmiast prześwietleni prasowo, nikt nie pilnuje każdego ich ruchu. Autor tłumaczy to tym, że policja nie chce, by sprawa wyszła na jaw. Ale wyszła, do cholery! Pisał o tym New York Times! To nie jest już coś, wiemy o tym dobrze, co można teraz zatrzymać czy choćby spowolnić. Taki temat to żer dla mediów na co najmniej kilka dni bardzo dużych newsów i miesiące mniejszych. A w przypadku niektórych tytułów pokarm nawet na tygodnie stron tytułowych! By pokazać jak taki mechanizm działa odwołam się do niedawnej sytuacji z własnego doświadczenia – ostatnio napisałem, że w filmie o Komendzie zniesławiono pewnego policjanta używając jego nazwiska w kontekście bardzo złej postaci. Efekt po dobie? Artykuły w większości czołowych serwisów internetowych, szeregu liczących się tytułach prasowych, na Kozaczku czy Superaku, kilka audycji w radio, wątki na kilkunastu grupach i przeszło sto bezpośrednich zapytań w temacie. Kilka godzin zajęło dziennikarzom zdobycie mojego numeru. Ze trzy więcej, żeby zdobyć prywatną komórkę rzeczonego policjanta! No a przecież mówimy tu o nieporównywalnej skali newsów. A pamiętacie jeszcze jak długo cała Polska żyła wspomnianą już sosnowiecką dzieciobójczynią? Ile się naprodukowano newsów, artykułów, analiz, konferencji, sesji foto etc? A to wciąż nie ta skala. Bo powtórzę: O sprawie cudownie odnalezionych dzieciaków napisał, z miejsca, od ręki New York Times!
W książce natomiast jakiekolwiek motywy z prasą i mediami pojawiają się raptem dwa, oba późno, oba są niemrawe i kompletnie oderwane od tego jak się takie rzeczy dzieją. A i wpływ mają potem raptem na jeden wątek i to też nie w kontekście przedstawionego świata, a osobistego dramatu postaci. Zupełnie jakby sprawa szesnastki cudownie i nagle odnalezionych dzieci, które nic nie pamiętają, mało kogo w Polsce obeszła. W Polsce, która od jak dawna śledzi każdy krok takiego Tomka Komendy?
Ktoś powie, że to przecież również drobiazg, bo nie to się w książce liczy. Znaczenie ma fabuła. Ale to nie do końca tak i już wyjaśniam dlaczego.
Nie chcąc wchodzić w fabularne szczegóły, dość ogólnie powiem, że ta naturalna konsekwencja podjętych przez autora decyzji czyli obecność dziennikarzy, reporterów i paparazzi sprawiłaby, że cała późniejsza fabuła zasadniczo nie mogłaby się wydarzyć w przedstawionym kształcie.

www.unsplash.com/Matt Chesin Bohaterowie nie mogliby spokojnie podróżować, co robią, podejmować wielu kontrowersyjnych – i czasem niezrozumiałych – decyzji, jak na przykład pozostawiania cudownie odnalezionych dzieci z opiekunką bez szeroko komentowanych konsekwencji. Rodzice innych cudownie odnalezionych dzieci nie byliby anonimowi, i tym samym skorzy do w gruncie rzeczy intymnych rozmów z obcymi, bojąc się, że rozmawiają z prasą. A to wszystko są sceny, które w tej książce czysto i bez komplikacji pchają akcję do przodu. Ale to przecież nie koniec. Służby porządkowe, chcąc się w temacie wykazać i czując, że wszyscy patrzą im na ręce, podejmowałyby szereg działań mniej lub bardziej pozorowanych na rzecz zapewnienia dzieciom opieki, udzielenia wsparcia, pilnowania rodziców. A jeśli nie, to też byłyby tego efekty.
Co więcej, media wpływają na social media, więc natychmiast ruszyłyby śledztwa internetowe, prasowe, podcasty analizujące sprawę dogłębniej niż wydarzenia na jakże przecież odległej w każdym względzie przełęczy Diatłowa. Pojawiliby się wszyscy Rutkowscy tego świata licząc na sławę. Wynikiem tego jeden z kluczowych zwrotów fabularnych – pewien przeoczony z początku dowód – na pewno wypłynąłby dużo wcześniej i to właśnie medialnie, więc z poważnymi implikacjami dla bohaterów. Bo, to trzeba wiedzieć, niektóre tytuły naprawdę potrafią płacić za ekskluzywne materiały całkiem nieźle.
Pominięcie naturalnej reakcji współczesnego świata na tej skali newsa sprawia, że nie sposób traktować tej opowieści jako wiarygodnej. I tym samym z każdą kolejną stroną drugiej połowy książki widać wyraźnie, że zachowania bohaterów są coraz mniej zgodne z wzorcem zachowania prawdziwych ludzi w trudnej sytuacji, a coraz bardziej przypominają ruchy pionków i figur na szachownicy. Nadal możemy być zainteresowani wynikiem rozgrywki, ale wiemy już, że to tylko gra. Nawet zbita figura to tylko figura, zbitych pionków nikomu nie jest tak naprawdę żal.
I ja naprawdę rozumiem, że autor kładł tu nacisk przede wszystkim na fabularne dzianie się i pchanie wydarzeń do przodu. Że najważniejsza była dla niego historia. Rozumiem i w jakimś stopniu przyjmuję to jako wyznacznik stylu. To zresztą jest bardzo trudne zadanie pisarskie, by należycie wyważyć proporcje, nie przegadać rzeczy i utrzymać dzianie się, ale jednocześnie zachować wiarygodność i efekt realizmu. Zdarza mi się samemu źle to wyważyć, co słusznie wypunktował mi Piotr przy „Szwidndlu”. Ale mimo wszystko musimy, my pisarze, przykładać się mocno do znalezienia tego złotego środka. Tu, w przypadku tej powieści, Piotr Borlik jest od niego bardzo daleko.
I jeszcze jedno zastrzeżenie, dość zaskakujące w kontekście poprzedniego akapitu: Jak na książkę zbudowaną na historii, podporządkowanej jej całkowicie, finał książki jest napisany na chybcika i strasznie po łebkach, a wyjaśnienia najbardziej intrygujących kwestii, wskazówek, bardzo mnie uwierają swoją banalności. W kwestiach najbardziej mnie interesujących, intrygujących i tych z najlepiej zbudowanym napięciem poczułem się zwyczajnie zbyty. Ale też warto podkreślić, że moje rozczarowanie bierze się także, a być może przede wszystkim z tego, że to napięcie było momentami naprawdę fajnie nabudowane. A i część tych skrótowych wyjaśnień byłaby ok, gdyby dano im odpowiednio wybrzmieć.
I już na koniec zupełnie, całkowicie szczerze, bez kurtuazji: zamierzam poczytać więcej Borlika. To bowiem co przeczytałem, w połączeniu z opisami innych jego książek i lektury wywiadów z nim, daje mi obraz autora poszukującego opowieści wokół siebie, a nie w słupkach pomiaru trendów. Widzę, że autor zna zasady pisania, konstrukcji fabularnej, zna też sporo sztuczek. Kilku muszę się przyjrzeć uważniej pod kątem własnego pisania, za co już teraz dziękuję.
Dziękuję również Piotrowi za podjęcie tego wyzwania – wzajemnego zrecenzowania swoich książek. Uważam, że zarówno przeczytanie jego recenzji, jak i pisanie tej, dały mi sporo do myślenia. Chciałbym też, by za takimi publicznymi merytorycznymi recenzjami pokazującymi, że jesteśmy wobec siebie fair i nie stanowimy towarzystwa wzajemnej adoracji kryjącej się nawzajem przed czytelnikami szła także czasem deklaracja wsparcia.
Każdy z nas ma swoje pisarskie dobre i słabsze strony. Te pierwsze należy pielęgnować, drugie rozwijać korzystając ze wsparcia tych, co potrafią. Więc tu już, Piotrze, apel do Ciebie: Jeśli dostrzegłeś w moim pisaniu coś, co może się okazać dla Ciebie pomocne w przyszłości, pozostańmy w kontakcie, a chętnie pomogę. Ze swojej strony pozwolę sobie poprosić i Ciebie o podobną gotowość w drugą stronę.
Jakub Ćwiek
-
Strzelba Ćwiekowa, czyli o kilka słów za dużo o „Szwindlu”
Wyzwany do pojedynku przez Jakuba Ćwieka, by krzyżowo zaopiniować swoje książki bez słodzenia i głaskania się po główkach, ale i bez niepotrzebnych złośliwości, sięgnąłem po „Szwindel”, czyli pierwszą przygodę Jakuba z literaturą kryminalną.
Gdy czytam książki, skupiam się na dwóch głównych aspektach: warsztacie i historii. Ten pierwszy ma dla mnie większe znaczenie – jestem w stanie przełknąć naciąganą fabułę, niewielkie błędy logiczne czy pogubione wątki, pod warunkiem, że książka jest napisana dobrym językiem. Gdy natknę się na coś, co mi nie pasuje, robię krótką przerwę i wyobrażam sobie, jak inaczej można było pociągnąć dany wątek lub wytłumaczyć taką, a nie inną decyzję bohatera, po czym wracam do lektury. W drugą stronę niestety tak to nie działa, dlatego często zdarza mi się odłożyć książkę, nawet gdy ta ma niebanalny pomysł. Zwyczajnie nie potrafię przebić się przez kolejne rozdziały, choć interesuje mnie, jakie będzie rozwiązanie. Zdaję sobie sprawę, że tym samym sporo tracę, ale nic już na to nie poradzę.
„Szwindlu” nie odłożyłbym na półkę, nawet gdybym czytał go bez dodatkowej motywacji w postaci wyzwania. Po Jakubie widać bowiem, że ma już na koncie wiele książek i krótko mówiąc: potrafi pisać. Ta powieść jest idealnym wyborem dla wszystkich uczestników wyzwań pokroju „Przeczytam 52 książki w roku”. „Szwindel” bowiem czyta się sam. Jako autor bardzo doceniam trud włożony w proces twórczy, by uzyskać taki efekt. Z doświadczenia wiem, że by ktoś mógł czytać łatwo, ktoś inny musi włożyć sporo wysiłku, by zdania miały odpowiednie długości, a tekst swoją melodię. Tu wychodzi doświadczenie Jakuba i dobra redakcja. Oczywiście nie należy stawiać znaku równości pomiędzy faktem, że książkę szybko się czyta i jest dobra, gdy jednak mówimy o literaturze, która przede wszystkim ma nam dostarczyć rozrywki, a za taką uważam „Szwindel”, to niewątpliwie jest to bardzo ważny aspekt. Żeby było zabawniej, przerwałem lekturę książki „Dunkel” imiennika Ćwieka, którą ten poleca z okładki, a którą to zdecydowanie nie czyta się szybko, ale to oczywiście zupełnie inny rodzaj literatury. Nie gorszy, nie lepszy, po prostu inny.
Przechodząc do historii przedstawionej w „Szwindlu”, to niestety nie jest już tu tak kolorowo. Pierwsze strony połyka się jak ryba przedstawiona na okładce książki, potem jednak coś zaczyna zgrzytać, a w zasadzie to czegoś zaczyna brakować. Tym czymś jest napięcie. Zazwyczaj w kryminałach wywołuje je pytanie „kto zabił?”. Tu nie ma trupa, ale historia dawała możliwość budowania napięcia, podsycania ciekawości czytelnika, który zachodzi w głowę, o jaki „szwindel” chodzi? Jakub jednak nie skorzystał z tych możliwości.
W wywiadach często podkreślam, że podczas planowania fabuły na własne potrzeby rysuję krzywą napięcia, w przypadku „Szwindlu” musiałbym narysować poziomą linię, no może na samym początku coś tam by się zadziało, ale szybko linia by się wypłaszczyła. Tu tempo cały jest takie samo. Nie ma przyspieszeń, nie ma nagłych zwrotów akcji, nie ma chwili na wytchnienie i przemyślenia. Porównując to do jazdy samochodem, ma się wrażenie, że jedzie się pustą autostradą z włączonym tempomatem. Niby fajnie, niby komfortowo, ale ile można?

www.unsplash.com/Markus Winkler Długo zastanawiałem się, skąd naszły mnie takie refleksje. Najpierw sądziłem, że to nie moje klimaty, że brakuje przysłowiowego trupa i policjantów depczących mordercy po piętach, to jednak byłoby zbyt proste wytłumaczenie. Na samym początku bowiem wszystko odbywa się prawidłowo: poznajemy głównego bohatera, równolegle poznajemy „czarne charaktery”, by po jakimś czasie ich losy się skrzyżowały. Do tego momentu wszystko grało. Fajna scena w kawiarni, bardzo fajne wyprowadzenie w pole czytelnika, który był przekonany, że ofiara oszustwa to bardzo zła osoba, do tego fajny język pozwalający przenieść się do kawiarni, w której działa się akcja. Jako czytelnik oczekiwałem, że zaraz zaczną się przygotowania do tytułowego „Szwindlu”, jednak zamiast tego poznałem kolejne „czarne charaktery”, potem jeszcze jedne i jeszcze jedne, a potem jeszcze czarniejsze, ale ich imion nawet nie będę próbował sobie przypomnieć. W pewnym momencie myliły mi się Kaśki, Gośki, Aśki, Grześki, Bartki, Mikołaje… Za dużo zbyt podobnych do siebie osób. Pomyślałem sobie nawet: „Osz Ty, Jakubie, chcesz mnie wywieść w pole, skoro od początku wiadomo, że złodzieje nie używają prawdziwych tożsamości, to pewnie na końcu się okaże, że Kaśka to Aśka, albo Gośka, albo Marzena”. Niestety tak się nie stało. Co gorsza, uważam, że nie było potrzeby wprowadzania tylu złodziei, wszak w końcowym szwindlu ich rola była marginalna, by nie powiedzieć – niepotrzebna. Próbując znaleźć racjonalne wytłumaczenie, dlaczego bohaterowie są do siebie aż tak podobni, pomyślałem, że może taki był zamysł autora, że może chciał pokazać, jak złodziej nie wyróżnia się niczym w tłumie, że w ten sposób staje się niewidzialny, ale nie wiem, czy to nie będzie nadinterpretacja.
Nie to jednak było najgorsze. Jako czytelnik oczekiwałem etapu planowania „Szwindlu”, małych i większych problemów, stopniowego wdrażania czytelnika w plan, podczas gdy otrzymałem opis kolejnego mini-zadania, które nie miało nic wspólnego z fabułą.
Każdy autor kryminału zna zjawisko strzelby Czechowa (dla przypomnienia przytoczę: „Jeśli w pierwszym akcie powiesiłeś strzelbę na ścianie, to w kolejnym musi wystrzelić. W przeciwnym razie nie umieszczaj jej tam”). W przypadku „Szwindlu” nic takiego nie zachodzi, a okazji było co najmniej kilka. Skoro autor poświęca czas, by przedstawić pierwszą ofiarę szwindlu, a potem na kolejnych stronach opisuje jego rozmowę z policją to fajnie, jeśli później odegra jakąś rolę. Swoją drogą, nie rozumiem, skąd wywody o nazwisku Pychel, naprawdę ktoś słysząc takie nazwisko, pyta się o jego pochodzenie? Coś podobnego zauważyłem u Kasi Puzyńskiej, gdy w „Więcej czerwieni” jeden z policjantów co rusz podkreślał, że nie jest spokrewniony ze Zbigniewem Cybulskim. Serio, ktoś poznając Cybulskiego, pomyślałby, że to rodzina aktora? Czy wszystkich Kowalskich pytają, czy są spokrewnieni z popularną wokalistką? Nie traktuję tego jako błąd, bardziej zastanawiam się, czemu służą takie wstawki.
Idąc dalej w poszukiwaniu strzelby Czechowa, jesteśmy świadkami kolejnego mini-szwindlu. Poznajemy kolejną dziewczynę (Marta?), która jest przy okazji sympatią innego ze złodziei (Bartka?). Szwindel się nie udaje, ale niestety nie ma to żadnego przełożenia na fabułę, ot, mini-zadanie poboczne, które nic nie wnosi. Co więcej, nie rozumiem, po co w ogóle autor wprowadził Martę. Wszystkie jej wejścia są zupełnie zbyteczne. Dowiadujemy się, że dziewczyna prowadzi coś w rodzaju bloga i chyba robi to tylko po to, by Ćwiek mógł zabłysnąć wiedzą na temat prawdziwych złodziei. Serio, nie widzę powodu, żeby ta postać w ogóle istniała.
Szukamy dalej. Dowiadujemy się o planowanym przekręcie w Gdańsku (poznajemy całe tło) oraz w Zakopanem (znamy tylko wstępny zarys). Co chwilę czytamy, że ten jedzie tu, a tamten tam. W międzyczasie jedna z dziewczyn ma jechać pociągiem do Gdańska, gdzie ma kogoś namierzyć. Niestety, ani nie trafiamy z nią do pociągu, ani nie mamy pojęcia, co się stało w Gdańsku i Zakopanem. Tyle gadania tylko po to, żeby autor dał nam znać, że wszystko się udało. Powtórzę: po co? Skoro już autor zdecydował się pisać o dwóch kolejnych akcjach, to niech one mają przełożenie na fabułę!
Dochodzimy do największego problemu „Szwindlu”: proporcji. Nie jestem ekspertem, ale sam planując fabułę, widziałbym to mniej więcej tak:
20% na poznanie bohaterów, jakiś przykładowy szwindel, żeby poczuć klimat (ten z pierwszego rozdziału pasuje idealnie)
20% zarys głównego szwindlu, poznanie się bohaterów
50% przygotowania do szwindlu, różne kłopoty, improwizacja, bo coś poszło źle, akcja, akcja, akcja
10% rozwiązanie
U Jakuba mam wrażenie, że poznanie bohaterów i ich mini-zadań stanowi jakieś 80% całości. Ze szwindlu właściwego jedynie podobało mi się nawiązanie relacji Mikołaja (Nikodema) z Zygmuntem. Reszta była dziwnie przesadzona, zupełnie nie potrafiłem się wczuć w akcję. No bo jak mam się w coś wczuć, skoro nagle autor zaserwował mi dwutygodniowy przeskok i wszystko jest już gotowe? Żeby było zabawniej, poznałem całe mnóstwo złodziei, ale ci zamiast działać samemu i tak większość zlecają podwykonawcom… Po co?! Chcę widzieć, jak urabiane są kolejne gwiazdy, jak ktoś węszy fortel i trzeba go dodatkowo przekonać i tak dalej, i tak dalej. Tu dostałem wszystko na tacy. Mam wrażenie, że gdyby Jakub napisał kiedyś grę komputerową, to fabuła wyglądałaby mniej więcej tak:
Poznajemy głównego bohatera.
Główny bohater dostaje poboczne zadanie: przynieść szamanowi sześć ziółek.
Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie: przynieść innemu szamanowi pięć wątrób wilków.
Główny bohater dostaje kolejne poboczne zadanie, ale go nie wykonuje.
Główny bohater walczy z końcowym bossem.
To oczywiście żart, może niepotrzebny, ale w ten sposób chciałem nawiązać do mojego poprzedniego felietonu, który stał się przyczynkiem do powyższych wywodów na temat „Szwindlu”. Ja właśnie w ten sposób czytam książki, tak rozkładam je na części, tak sprawdzam, czy autor nie robi mnie w balona. Ktoś powie (a nawet dużo osób), że się czepiam. A jasne, że się czepiam. Zdaję sobie sprawę, że większość czytelników nic sobie nie robi z wytkniętych przeze mnie kwestii, dlatego cały czas się zastanawiam, czy w przypadku negatywnego odbioru książki autor powinien zabierać głos? Co to da? Ktoś uzna, że zazdroszczę Jakubowi pozycji na rynku (a pewnie, że zazdroszczę, ale w pozytywny sposób). Inny powie, że próbuję wybić się na konflikcie ze znanymi autorami (mam nadzieję, że tak nie jest, ale nigdy niczego nie wykluczam). Ktoś inny się ze mną zgodzi (piona!), a jeszcze inni oleją sprawę, bo nastukałem za dużo literek (ich raczej już tu nie ma). Normalnie nie opublikowałbym tego tekstu, opinię zachowałbym dla siebie, ewentualnie dla Jakuba, gdybyśmy kiedyś spotkali się na piwie. Gdybym sam dostał taką informację zwrotną od innego autora, to nie wiedziałbym, czy mam się teraz tłumaczyć ze wszystkich punktów? Czy mam odpowiedzieć na zaczepkę? Zignorować ją? Przy piwie byłoby łatwiej, ale przerzucanie się komentarzami w Internecie jest trochę komiczne.
Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że nie przekroczyłem granic dobrego smaku. Jakub, czekam na kontratak, tylko pamiętaj, że jak mnie skrytykujesz, to będę wszystkim opowiadał, że jesteś małostkowy i mściwy. 😉
Piotr Borlik
-
„Bo książki są jak dzieci”, reakcja Piotra Borlika na felieton Wojciecha Chmielarza
Czy możemy porozmawiać o książkach? – pyta Wojciech Chmielarz w swoim felietonie, choć dalsza część tekstu sugeruje, że pytanie powinno brzmieć: „Czy możemy publicznie krytykować książki?”. Odpowiedź wydaje się oczywista: Tak, możemy, a nawet powinniśmy krytykować książki, ale… No właśnie, zawsze jest jakieś „ale”.
Dla wielu autorów książki są niczym dzieci. Jako rodzice niby jesteśmy otwarci na uwagi nauczycieli, ale czy chcemy, by inni rodzice kwestionowali nasze metody wychowawcze? Czy podziękujemy im za krytyczne uwagi, weźmiemy je do serca i spróbujemy coś zmienić, czy może jednak odwdzięczymy się opinią na temat ich rozwrzeszczanych bachorów? Co im do tego, o której nasze dziecko idzie spać, co je na śniadanie i ile czasu spędza przed komputerem.
Przenosząc to na książki, nauczycielami są znawcy literatury, zawodowi krytycy, obdarzeni autorytetem wynikającym z wiedzy i doświadczenia. Ich opinię traktujemy z szacunkiem, a jeśli nam się coś nie spodoba, to możemy nazwać ich teoretykami zamkniętymi w hermetycznym środowisku. Gorzej jednak radzimy sobie z opinią osób z naszego bezpośredniego otoczenia: sąsiadów, rodziców innych dzieci w szkole, czy w przypadku książek: innych autorek i autorów.
To normalne, że autorom brakuje dystansu do własnych książek. Pisząc, zostawiają w nich serce, zarywają nocki, zaniedbują rodzinę, a także pracę, gdy ukradkiem pracują nad tekstem. Pozostając przy analogii rodziców, warto zauważyć, że z każdym kolejnym dzieckiem nasze przewrażliwienie maleje. Na pierwszą pociechę chuchamy i dmuchamy, robimy tysiące zdjęć, zachowujemy pierwszy kocyk, śpioszki, opaskę ze szpitala, czepek, a niektórzy nawet pierwsze paznokcie. Przy drugim dziecku nie mamy na to wszystko czasu, a przy trzecim i czwartym nawet nie mamy kiedy zrobić fajnego zdjęcia. Nic więc dziwnego, że na krytykę najbardziej wrażliwi są młodzi twórcy, którzy z wypiekami na policzkach czytają każdą opinię, co rano śledzą miejsce na liście sprzedaży w największych księgarniach, sprawdzają grupy tematyczne, a ci o najmniejszym progu wstydu decydują się reklamować tam własne książki.
O ile w przypadku rodzicielstwa poziom przewrażliwienia maleje proporcjonalnie do liczby dzieci, tak przy książkach ma to większy związek z liczbą sprzedanych egzemplarzy. Mówiąc prościej: syty głodnego nie zrozumie. Wojciech Chmielarz zapracował na swoją pozycję świetnymi książkami. Ma ogromną rzeszę czytelników, nic więc dziwnego, że wydawnictwa i autorzy chętnie proszą go o napisanie kilku pochlebnych słów. Sami z wydawnictwem rozpatrujemy taką ewentualność, ale nie w tym rzecz. Pytanie brzmi, czy Wojciech Chmielarz, który miał na swoim koncie dwie, może trzy książki, tak chętnie prosiłby o publiczną krytykę? Czy nie bolałyby go słowa bardziej doświadczonych kolegów, którzy odradzaliby zakup jego książek? Ciężko ocenić to z perspektywy czasu, niemniej mając ugruntowaną pozycję na rynku, łatwo zapomnieć, jak było wcześniej. Ktoś powie, że nic takiego się nie stało, bo to były dobre książki, co z kolei otworzy dyskusję o tym, czym jest „dobra książka”, którą prędzej czy później ktoś spuentuje znienawidzonym przeze mnie określeniem: „o gustach się nie dyskutuje”.
Nie porównuję się do Chmielarza. Jestem dopiero na początku swojej literackiej drogi, ale od początku postanowiłem, że nie będę krytykował innych książek. Czytam dużo, niestety większość rzeczy mi się nie podoba, ale zachowuję tę opinię dla siebie. Publicznie wypowiadam się jedynie o książkach, które zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Może to głaskanie po plecach, może asekuranctwo, ale też po części lenistwo. Niestety, o ile jestem w stanie zrozumieć przewrażliwionych autorów, tak nie pojmuję armii wiernych fanów broniących swoich ulubionych autorów. Nie spodobało ci się? Idź poczytaj Mroza. Uważasz, że w pewnym momencie historia zrobiła się rozlazła, a autor zgubił wątki? Nie znasz się, nie zawsze krew musi lać się litrami. A może było za dużo bezsensownej przemocy? To specyfika mrocznego klimatu, nie znasz się, idź poczytaj Mroza.

www.unsplash.com/Andrew Seaman Kusząc się na podsumowanie: żyjemy w czasach, w których każda opinia niebędąca laurką od razu traktowana jest jako hejt. O książkach rozmawiać trzeba, ale czy profile autorskie są dobrym do tego miejscem? Czy nie lepiej napisać kilka szczerych słów autorowi w prywatnej wiadomości albo pójść na piwo podczas festiwalu kryminalnego lub targów książki?
Z drugiej strony, czy fakt napisania kilku wartościowych książek czyni z nas ekspertów? Czy nasze zdanie jest ważniejsze od zdania innych czytelników? Czy mamy wypowiadać się, choć nikt nie prosił nas o opinię? Wojtek posłużył się analogiami piłkarskimi, pytam więc, ilu byłych piłkarzy stało się rzetelnymi ekspertami, a ilu potrafi tylko wyrecytować skład Kaiserslautern z meczu z Bayernem?
Piotr Borlik

