Tag: Wojciech Chmielarz

  • Kim jest Ułan, jedna z kluczowych postaci „Wyrwy”?

    Rodzinna tajemnica skrywana przez wiele lat, śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach oraz konsekwencje kłamstw z przeszłości, to wątki, z którymi będą musieli zmierzyć się bohaterowie słuchowiska Empik Go „Wyrwa. Historia Ułana”. To prolog do nowej powieści Wojciecha Chmielarza, której premiera już w najbliższą środę. W rolach głównych pojawią się Nikodem Rozbicki, Adam Woronowicz, Katarzyna Warnke i Jacek Beler. Słuchowisko jest już dostępne w aplikacji Empik Go.

    Kilkanaście dni temu pisałem, że nowa powieść Wojtka podeszła mi o wiele bardziej niż poprzednia, a nawet napisałem, że „Wyrwa” jest lepsza od „Żmijowiska”, co oczywiście nadal podtrzymuję. Ciekawi mnie natomiast to słuchowisko, którego głównym bohaterem jest Ułan. Gdy przeczytacie książkę to sami stwierdzicie, że nie jest to postać z pierwszego planu, ale jednak szalenie istotna dla całości. Nie mogę Wam napisać co się z nim dzieje, ani jaka jest jego rola. Uzbrojony w wiedzę z książki mam zamiar zabrać się za odsłuchanie prologu, bo sam jestem ciekaw, dlaczego Ułan jest w „Wyrwie” właśnie taki. Czym jest więc „Wyrwa. Historia Ułana”?

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojtek Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Jest to spin-off „Wyrwy”. Produkcja, która powstała w oparciu o scenariusz autorstwa pisarza, miała swoją premierę na tydzień przed pojawieniem się książki. Chmielarz stworzył wciągającą historię, której bohaterowie mierzą się z bolesnymi kłamstwami oraz tajemnicami sprzed lat. W „Wyrwie. Historii Ułana” w rolach głównych występują: Jacek Beler, Nikodem Rozbicki, Adam Woronowicz i Katarzyna Warnke, zaś narratorem jest Krzysztof Czeczot. Producentem wykonawczym tytułu jest studio Osorno, które odpowiadało także za poprzednie realizacje Empik Go.

    Nieustannie szukamy nowych form współpracy z autorami i słuchowisko „Wyrwa. Historia Ułana” jest takim nowatorskim projektem. Wojciech Chmielarz zapalił się do pomysłu przedstawienia tzw. „origin story” Ułana, czarnego charakteru z jego nowej powieści. Produkcja funkcjonować może jako świetny prolog do „Wyrwy”, ale równie dobrze sprawdza się jako samodzielny utwór. Cieszymy się, że mogliśmy pracować z tak wspaniałym autorem przy tym projekcie, pierwszym takim na naszym rynku. Liczymy na kolejne możliwości tego typu współpracy z autorami i wydawnictwamimówi Paweł Heba, Dyrektor Wydawniczy Virtualo.

    Trzech braci i jedna tajemnica

    Prolog powieści Chmielarza to kompletna, wciągają historia. W mazurskim Mrągowie przed laty dochodzi do nieszczęśliwego wypadku, w którym ginie Mirek – ojciec, mąż, brat i syn. Zagadka jego śmierci zostaje rozwiązana dość szybko, a w sercach bliskich pozostają ból i tęsknota. Choć czy na pewno? Taką wersję poznają znajomi, mieszkańcy miasteczka i przede wszystkim tytułowy bohater słuchowiska, kilkuletni Paweł, nazywany Ułanem. Sprawa komplikuje się, gdy chłopak wyrasta na niezłe ziółko i pewne tajemnice jest coraz trudniej utrzymać. Z taką historią zderza swoich czytelników Wojciech Chmielarz.

    Podczas pisania książek czasem dzieje się tak, że pewne historie trzeba pominąć. Często zajmują zbyt dużo miejsca czy nie mieszczą się w ramach jednej powieści. Tak też wydarzyło się w przypadku „Wyrwy”. Z pomocą przyszedł Empik Go, który dał przestrzeń dla „Wyrwy. Historii Ułana”. To słuchowisko oddaje głos postaciom ważnym dla fabuły, choć drugoplanowm – dzięki temu możemy lepiej zrozumieć ich motywacje mówi Wojciech Chmielarz, autor słuchowiska oraz książki.

  • „Kilka dni przed premierą”, felieton Wojciecha Chmielarza

     

    No to za parę dni, 6 maja, ukazuje się „Wyrwa” czyli moja nowa powieść. Trudno nawet powiedzieć, że trafi na księgarskie półki, bo przecież większość księgarń jest zamknięta albo działa na pół gwizdka.

    To nie była łatwa decyzja. Telefon pod koniec marca, z jednej strony ja, z drugiej wydawnictwo i długa rozmowa na temat tego, czy „Wyrwę” wydawać w maju tak jak planowaliśmy, czy nie. Argumentów przeciw było mnóstwo. Pandemia, zamknięte księgarnie i centra handlowe, odwołane Warszawskie Targi Książki, Międzynarodowy Festiwal Kryminału i wszystkie możliwe spotkania autorskie, rosnąca z każdym dniem niepewność. Argumenty za były właściwie dwa. Po pierwsze, czytelnicy czekają. Po drugie, nie wiadomo, co będzie później. Może będzie lepiej, może będzie gorzej.

    No i wydaję „Wyrwę” w tym dziwnym okresie. Z niepokojem odliczam dni do premiery, zastanawiając się, ilu czytelników ta książka w ogóle zainteresuje. I przede wszystkim, jak do nich dotrzeć. Jeszcze niedawno to było w teorii przynajmniej proste. Powieść trzeba było wydrukować, rozesłać do hurtowni, wykupić miejsca na stoiskach w księgarni, najlepiej tuż przy wejściu, żeby rzucała się w oczy. Ktoś przechodził, sięgał, czytał opis, jeśli mu się spodobało, to wędrował do kasy. A teraz, jak dotrzeć do tych czytelników? Wykupić reklamy pomiędzy serialami na netflixie? Oczywiście, jest ta grupa, która śledzi moje poczynania, czyta wiadomości na facebooku, interesuje się gatunkiem, czyta felietony na smakksiazki.pl. Oni o „Wyrwie” już wiedzą, czekają na nią i zapewne kupią. Ale co z resztą?

    Zdaję sobie też sprawę, że napisałem w pewien sposób książkę historyczną. Powieść, której bohaterowie swobodnie jeżdżą po Polsce, spotykają się, rozmawiają, nie noszą maseczek. A ich problemy, także te finansowe, są przecież niczym wobec problemów, z którymi musimy zmierzyć się już dzisiaj. Jest więc „Wyrwa” pocztówką ze starego świata. Świata, do którego nie jestem pewien, czy kiedykolwiek wrócimy. Przyznam szczerze, że lekko nieprzyjemne to uczucie. Jeszcze dwa miesiące temu „Wyrwa” opisywała naszą rzeczywistość za oknem. Dzisiaj to opowieść z dawnego świata.

    Wszystko to sprawia, że odczuwam niepokój zamiast zwyczajowej ekscytacji. Na jakimś poziomie to taki zwykły strach dotyczący spraw bytowych. Taki, który towarzyszy przecież teraz milionom Polaków. Jestem zawodowym pisarzem, utrzymuję się ze sprzedaży książek, więc stawką dla mnie jest tutaj po prostu zawartość mojego portfela, a więc i, koniec końców, żołądka. Ale jest też inny poziom. Nazwałbym go artystycznym, literackim. Uważam, że „Wyrwa” mi się udała. Nasz gospodarz, Adam Szaja, twierdzi, że ta powieść jest lepsza nawet od „Żmijowiska”. Nie potrafię opisać tego bardziej subtelnymi słowami, nie znajdę tutaj żadnej wyszukanej metafory, więc napiszę tak zwyczajnie – będzie mi po prostu smutno, jeśli ta powieść zaginie gdzieś w tym pandemicznym szaleństwie. Oczywiście, rozumiem, że w ogólnym zbiorze rzeczy strasznych i niewdzięcznych, których właśnie jesteśmy świadkami, jedna zapomniana powieść znaczy niewiele, a moje myśli są teraz mocno samolubne, ale nic na to nie poradzę.

    Tak czy siak, „Wyrwa” powędruje do Państwa szóstego maja. Pomimo wszystko, pomimo wszystkich moich obaw i wątpliwości, dalej uważam, że to dobra decyzja. Także dlatego, że po prostu chciałem się już podzielić z Państwem tą historią, dowiedzieć się, jak na nią zareagujecie. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Miłej lektury!

    Wojciech Chmielarz

  • Przedpremierowy fragment „Wyrwy” Wojciecha Chmielarza!

    Po raz pierwszy dotarło do mnie, że Janina naprawdę odeszła, w chwili, kiedy stanąłem przed bramą przedszkola i zastanawiałem się, jak powiedzieć córce, że jej mama nie żyje. Wcześniej, i wiem, że zabrzmi to banalnie, wszystko to zdawało mi się cholernie nierzeczywiste. Ale za kilka minut miałem stanąć przed moją małą dziewczynką i wypowiedzieć słowa, które na zawsze zmienią jej życie. Wiedziałem, co się stanie. Wiedziałem, że wybuchnie płaczem. Wiedziałem, że będzie płakać przez wiele dni, przez wiele nocy. Że jej poczucie bezpieczeństwa, wiara w ten świat, w to, że to jest dobre miejsce, gdzie mieszkają dobrzy ludzie i nikomu nie może stać się NAPRAWDĘ nic złego, zostanie bezpowrotnie zniszczona. Że będzie potrzebować miesięcy, może lat, by dojść do siebie. Uporać się z traumą. Nauczyć się żyć ze strachem o najbliższych. Za kilka chwil miałem odebrać jej dzieciństwo. Pomyślałem wtedy, że nie ma nic bardziej rzeczywistego, i zrobiło mi się niedobrze.

    Oparłem się o bramę przedszkola. Ogrodzenie było zielone, stare i powyginane, wielokrotnie je odmalowywano. Gdzieniegdzie farba odchodziła, a wtedy ukazywały się, jedna pod drugą, upakowane ciasno kolejne jej warstwy. Zaciskałem dłonie na prętach, kurz, który na nich osiadł, brudził mankiety białej koszuli. W czoło wbijały mi się tępe metalowe groty ozdabiające bramę na górze.

    Myślałem o tym, że dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, a rodzice nie powinni umierać wtedy, kiedy dzieci są dziećmi. To jest po prostu niesprawiedliwe. Rodzice powinni widzieć, jak ich córki, synowie rosną, zmieniają się w nastolatki, jak pojawiają się im włosy na nogach, pod pachami, wokół genitaliów, jak wstydzą się oznak dorastania – budzących się piersi, zmieniającego barwę głosu, jak zakochują się po raz pierwszy, drugi, trzeci, jak przeżywają kolejne rozczarowania i porażki, zdają na studia albo z nich wylatują, układają sobie życie, zdobywają żonę, męża, jak rodzą im się ich własne dzieci i wszystko się powtarza. A dzieci powinny oglądać przez lata swoich rodziców. Obserwować, jak się zmieniają, jak we włosach pojawiają im się kolejne pasma siwizny, skóra zaczyna obwisać i pokrywać się zmarszczkami, z początku drobnymi, ledwo zauważalnymi, potem coraz głębszymi. Powinni wziąć udział w tym procesie, kiedy rodzice przestają być jedynym autorytetem, kimś, kto tłumaczy świat, i zmieniają się w przeciwnika, kogoś, kto częściej karze i wymaga, niż pomaga, a miłość do nich coraz częściej ustępuje niechęci, a potem nawet nienawiści, żeby wreszcie po latach powrócić wraz ze zrozumieniem – silniejsza, ale i spokojniejsza niż kiedykolwiek.

    Odebrano im to.

    Rodzice powinni umierać późno. Wtedy, kiedy są już starzy. Wtedy, kiedy wszyscy są już na to gotowi. Spokojnie. A ich odejście powinno być zapowiedziane setkami znaków: drobnymi urazami, przewlekłymi chorobami, wcześniejszymi zawałami, diagnozami lekarskimi, wizytami na drugim krańcu Polski u specjalistów z profesorskim tytułem i stosem lekarstw na wszelkie możliwe dolegliwości w plastikowym koszyczku w pachnącej zwietrzałym lakierem szufladzie.

    Nie gwałtownie. Nie wtedy, kiedy nikt się tego nie spodziewa. Nie w momencie, gdy ich odejście oznajmia lekko przejęty obcy głos w słuchawce aparatu.

    Kobieta, trzydziestolatka w piaskowym płaszczu i granatowej sukience odsłaniającej podrapane kolana, wyszła z przedszkola. Prowadziła chłopczyka o gęstych kręconych włosach i w za dużej kurtce, pewnie po starszym rodzeństwie, który przyciskał do piersi wściekle żółtą koparkę. Obrzuciła mnie zaniepokojonym spojrzeniem, chwyciła synka za dłoń, przyciągnęła do siebie, a potem minęli mnie szybkim krokiem.

    Zatrzymali się po około dwóch metrach. Kobieta nachyliła się do synka, szepnęła mu coś do ucha, po czym wróciła do mnie. Dotknęła nieśmiało mojego ramienia. Cały zesztywniałem, jakby nagle przestała we mnie krąży krew.

    Przepraszam, czy pan jest tatą Iwonki? – zapytała z troską.

    Pociągnąłem nosem i przetarłem wierzchem dłoni oczy. Wyprostowałem się i obróciłem, mając nadzieję, że wyglądam w miarę przyzwoicie. Chłopiec bawił się koparką, imitując cichutko odgłosy pracującego silnika.

    Tak – odpowiedziałem głucho.

    Chodzimy do jednej grupy. To znaczy mój Pawełek chodzi z Iwonką do jednej grupy. Do Wesołych Skoczków.

    Skupiłem wzrok na chłopczyku. Klęczał teraz i pakował mokre po niedawnym deszczu patyczki do łyżki koparki. Przewoził je kilkadziesiąt centymetrów, a potem wyrzucał jednym energicznym ruchem. Faktycznie, kojarzyłem go. Kilka razy widziałem, jak bawił się z innymi dziećmi drewnianymi klockami. Budowali jak najwyższą wieżę, żeby potem zniszczyć ją z głośnym śmiechem. Jego ojciec był barczystym mężczyzną o równie bujnej jak u syna czuprynie i ramionach pokrytych tatuażami. Pracował jako budowlaniec. Kiedyś, czekając w szatni, aż jego dziecko włoży buty, opowiadał innemu ojcu o Ukraińcach, z którymi teraz pracuje. „Zabierają nam pracę” – rzucił ten drugi, ale bez gniewu, raczej żartobliwie. „No co ty. Naszych to, kurwa, nie ma. Wszyscy wyjechali w euro zarabiać. Gdyby nie te skurwysyny, tobyśmy w tym kraju nic nie wybudowali” – odpowiedział budowlaniec. Jedna z matek spojrzała na niego oburzona i wskazała na maluchy. Budowlaniec machnął ręką, jakby nic się nie stało, ale jednak potem uśmiechnął się przepraszająco. Stałem wtedy niedaleko i poczułem coś na kształt wyrzutów sumienia. Żałowałem, że to nie ja zwróciłem mu uwagę, by nie przeklinał przy dzieciach. Nie dlatego, że jakoś szczególnie mi to przeszkadzało. Po całym dniu w pracy ze zgiętym karkiem i wpatrywaniu się w excelowe tabelki byłem zobojętniały i zmęczony. Ale przeczuwałem, że Iwonka powtórzy jedno z zasłyszanych słów w domu, a wtedy Janina spyta, skąd ona je zna, i będę musiał opowiedzieć o ojcu Pawełka, a wtedy Janina zapyta, co zrobiłem, kiedy zaczął przeklinać, i będę musiał przyznać, że nic, a wtedy ona spojrzy na mnie rozczarowana i rozżalona, jakbym nie wiadomo, jak ją zawiódł.

    Potrząsnąłem głową, bo poczułem, że odpływam. Nie wiedziałem, dlaczego właśnie teraz zaatakowało mnie to wspomnienie. Wydało mi się to nawet zabawne, jednak zamiast się uśmiechnąć, zamknąłem oczy, żeby nie wybuchnąć płaczem.
    – Co się stało? – zapytała kobieta.
    – Moja żona nie żyje – odpowiedziałem.

  • „Wyrwa” Chmielarza już za miesiąc!

    Część wydawców przekłada premiery, ale nowa książka Wojciecha Chmielarza pojawi się na rynku dokładnie za miesiąc. Może to być perfekcyjny ruch, ale może być też golem do własnej bramki, bo przecież nie wiemy, jak będzie wyglądała sytuacja pandemiczna za miesiąc. Nie zmienia to faktu, że na tę książkę pewnie sporo osób czeka, więc może rzeczywiście nie było sensu przekładania jej na jesień. Poniżej znajdziecie informacje, o czym jest „Wyrwa”, znajdziecie też okładkę. Smakksiazki.pl jest jednym z patronów medialnych, więc pewnie będę miał dla Was wkrótce kilka egzemplarzy. Klikając w okładkę przeniesiecie się na empik.com, gdzie możecie już kupić książkę w dobrej cenie. 

    Kiedy Maciej Tomski dowiaduje się, że jego żona Janina zginęła w wypadku samochodowym, myśli, że wali mu się cały świat. Jak powiedzieć dwóm córeczkom, że właśnie straciły matkę? Jak powiedzieć teściom? Jak ma teraz funkcjonować, gdy dotychczasowe, spokojne życie zmienia się w ciąg udręk?

    Maciej nie ma pojęcia, dlaczego do wypadku doszło pod Mrągowem, skoro Janina powiedziała mu, że jedzie na delegację pod Kraków. Pomyliła się? Okłamała go? A gdy na jej pogrzebie pojawia się tajemniczy mężczyzna, Maciej zaczyna rozumieć, że Janina miała wiele sekretów. Znacznie więcej niż można się spodziewać po kimś tak zagonionym i zapracowanym. I że musi się z nimi zmierzyć.

    Pytania zaczynają się mnożyć, a tragedia zmienia w skomplikowaną zagadkę. Maciej jedzie na Mazury i wkrótce przekonuje się, że być może tak naprawdę nie znał kobiety, z którą spędził ostatnich dwanaście lat życia.

    Fascynowała mnie twórczo sama ta konstrukcja. Myśl, że każdy człowiek ma wiele twarzy, ale nie znamy ich wszystkich. Inaczej zachowujemy się w pracy, inaczej w domu. Ba! Inaczej zachowujemy się w towarzystwie kogoś, kto zna nas od lat, a inaczej w towarzystwie kogoś, kogo dopiero spotkaliśmy. To nie znaczy, że kogoś oszukujemy, zakładamy maski. Ale po prostu na nasze relacje z innymi ludźmi wpływa bagaż wspólnie przeżytych doświadczeń” – opowiada Wojciech Chmielarz.

    Akcja powieści skupia się na postaci zaginionej Janiny, przy czym kobieta cały czas pozostaje w cieniu, odkrywamy ją dopiero wraz z postępami w prywatnym śledztwie prowadzonym przez męża. „Chciałem, żebyśmy poznali tę bohaterkę, być może najważniejszą postać, która pojawia się w tej książce, tylko poprzez opowieści innych osób. Chciałem zobaczyć, co się stanie, kiedy te opowieści się ze sobą zderzą i okaże się, że każdy, kto znał Janinę, tak naprawdę opisuje inną osobę”.

    Wyrwa to także opowieść o mężczyznach, którzy kochali tę samą kobietę i którzy będą musieli zmierzyć się z tajemnicą jej śmierci. O poczuciu straty i głuchej rozpaczy zmieniającej się w gniew, który szuka ujścia. To także historia o splątanych uczuciach, o trudnej przyjaźni i o konsekwencjach życiowych błędów. I o tym, że można niewiele wiedzieć o kimś, z kim mieszka się pod jednym dachem.

  • „Będzie słuchane” – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zacznę od największej słabości tego tekstu, którym jest moim zdaniem brak liczb. Pomimo prowadzonych poszukiwań, nie udało mi się znaleźć żadnego sensownego raportu, który przedstawiałby kształt i wartość rynku audiobooków w Polsce. Mam jednak wrażenie, jako tego rynku w pewnym sensie aktywny uczestnik, że dzieje się na nim bardzo, ale to bardzo dużo.

    W skrócie, myśl przyznaję mało odkrywcza, popularność audiobooków, ale także podcastów rośnie. Widzę to u siebie, patrząc w raporty na temat sprzedaży moich książek (Państwo wybaczą, ale nie mogę, związany umowami, podzielić się danymi), widzę rozmawiając z czytelnikami, których coraz większa liczba moje książki zna właśnie z wersji audio. Widzę wreszcie półki w marketach zastawione sprzętem do nagrywania podcastów.

    www.unsplash.com/Malte Wingen

    Jestem w stanie tę rosnącą popularność zrozumieć. Tradycyjnym tzw. medium towarzyszącym, czyli medium, które jak to się mówi popularnie ma grać w tle, jest radio. Tylko, że radio słuchacza takiego jak ja (a nie jestem na pewno jedyny) zawodzi. Coraz mniej w nim zwyczajnie ciekawych audycji. Mam wrażenie, że najpopularniejsze stacje radiowe przez większość czasu antenowego zajmują się jednym i tym samym, próbują nas nakłonić, żebyśmy wysłali smsa i wzięli udział w tym cholernym konkursie, w którym mamy wygrać górę pieniędzy lub nowy samochód. Ten ciąg namów i obietnic, że wystarczy tylko jeden sms, żeby cieszyć się spływającymi na konto tysiącami złotych przerywany jest tylko wiadomościami i wywiadami z politykami, którzy jak to politycy, rzadko mówią coś nowego i ciekawego, a koncentrują się na kolejnej rundzie nudnej i przewidywalnej partyjnej nawalanki. No i do tego muzyka, która jest taka sama i idealnie sformatowana pod gust niby przeciętnego Polaka. Oczywiście, są radiostacje, które próbują zaistnieć inaczej. Proponują ciekawsze, bardziej ambitne lub przynajmniej trochę inne treści, ale z nimi jest ten problem, że trudno się je odbiera poza wielkimi miastami. Nic dziwnego, że coraz częściej Polacy sięgają po podcasty na interesujące ich tematy, które do tego mają tę zaletę, że są dostępne wtedy, kiedy chcemy, i audiobooki.

    Na rynku audiobooków zaczęło się zresztą w ostatnich latach bardzo dużo dziać. Zaczęła chyba audioteka.pl, która wystartowała ze swoimi superprodukcjami. Jeśli ktoś nie słuchał, to serdecznie zachęcam. Najlepsi polscy aktorzy, efekty dźwiękowe, muzyczne, wszystko w najwyższej jakości. Sama przyjemność słuchania. Jakoś w podobnym momencie pojawił się na polskim rynku storytel.pl i mocno zamieszał. Najpierw modelem abonamentowym, a potem ofertą, kiedy zaczęli wrzucać do swojego katalogu własne oryginalne produkcje. Tym samym tropem zdaje się iść EmpikGo, który już zrobił serial audio „Chaos” na podstawie popularnej książki „Szczury Wrocławia” Roberta J. Szmidta. A żadna z tych firm nie zamierza na tym poprzestać. Każda szuka nowych treści i nowych sposób na zainteresowanie klienta.

    Audiobooki i literackie słuchowiska stają się więc czymś modnym. Co ciekawe, jak pokazują dane z zagranicy, sięgają po nie przede wszystkim ludzie młodzi, dla których słuchanie staje się naturalnym i dominującym sposobem kontaktu z literaturą. Nie jestem z tych, którzy załamują w tym momencie ręce i twierdzą, że audiobook to nie prawdziwa książka. Jakiekolwiek wartościowanie tych dwóch czynności wydaje mi się pozbawione sensu. Oczywiście, słuchanie to nie czytanie. Pracują inne części mózgu. Istotny jest także wpływ lektora, który czytając w ten lub tamten sposób, niejako narzuca interpretację książki. Niemniej, audiobooki mają jedną kolosalną zaletę – można ich słuchać w tych momentach, kiedy po prostu nie możemy czytać – podczas jazdy samochodem, biegania, ćwiczeń czy gotowania obiadu. Audiobooki są dla mnie więc dodatkowym kanałem kontaktu z literaturą, który nie tyle konkuruje, co współistnieje z tradycyjnym czytelnictwem.

    Ten wzrost popularności audiobooków jest też dla mnie źródłem nadziei, bo pokazuje, że pomimo wszystko, ludzie mają potrzebę kontaktu z dobrą opowieścią i tego kontaktu po prostu szukają. I patrząc na to, co się dzieje, nie zdziwię się, jeśli w najbliższym czasie kilku najciekawszych literacko książek raczej będziemy wysłuchiwać niż je czytać.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kraj bez Playboya”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Wiadomość, że polska edycja „Playboy’a” zwija żagle była dla mnie sporym zaskoczeniem. Chociaż nie powinna być. Trendy na rynku prasy drukowanej są, jakie są. Jeśli inni kończą działalność, a właściwie każdy tytuł walczy o byt, to czemu nie miałoby to spotkać „Playboy’a”?

    Moje związki z „Playboy’em” nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie. Niemniej, opublikowałem tam dwa teksty. Rzutem na taśmę (w przedostatnim numerze) ukazał się tam wywiad ze mną. Ba! Znalazłem się nawet na sesji zdjęciowej (w ubraniu, żeby uprzedzić komentarze). W sumie, zawodowo wycisnąłem z tego tytułu niemal wszystko, co się dało. Ale jednak wiadomość o rychłym końcu „Playboy’a” w Polsce wywołała we mnie pewien smutek. Z dwóch podstawowych przyczyn. Po pierwsze, jak zwracało uwagę wielu dziennikarzy, których znam i szanuję, był to jeden z niewielu na rynków magazynów, gdzie dało się opublikować duży i poważny tekst na tematy kulturalne i literackie. Odnoszę wrażenie, że nawet tzw. „tygodniki opinii” mają teraz z tym problem. Druga rzecz, to obserwacja bardziej ogólnej natury. Trendy na rynku prasy papierowej od lat są niezmienne. Spada sprzedaż, nakłady i przychody poszczególnych tytułów. Mowa tu o miesięcznikach, tygodnikach, dziennikach, tytułach lifestylowych, hobbystycznych, politycznych. Nie ma segmentu, który nie musiałby się z tym zmagać. Bronią się zaledwie pojedyncze tytuły, ale wszyscy wiedzą, że jest to raczej wyjątek potwierdzający regułę. Miarą tego upadku jest inna wiadomość z ostatnich dni, kiedy koncern Agora poinformował, że przychody spółki ze sprzedaży popcornu w należącej do niego sieci kin Helion przewyższają przychody ze sprzedaży „Gazety Wyborczej”. Oczywiście, że do przychodów, które generuje dziennik, należy też dodać przychody z reklam publikowanych na jego łamy. Ale nawet jakby dodać obie te sumy (sprzedaż i reklamy) to okazuje się, że Agora więcej zarabia na samej sprzedaży biletów w Heliosie. A mówimy przecież nie o byle jakiej tam gazetce, ale ciągle jednym z największych i najważniejszych tytułów prasowych w Polsce!

    www.unsplash.com/Max Letek

    Nie jest wielką tajemnicą, że kiedyś wiązałem swoje plany życiowe z dziennikarstwem właśnie. Co więcej, miała to być właśnie prasa papierowa. Widziałem siebie jako poważnego pana redaktora, który pisze poważne teksty, a potem może je sobie przeczytać następnego dnia w wydaniu porannej gazety. Moje życie z różnych powodów potoczyło się inaczej, w sumie lepiej, ale i tak robi mi się trochę smutno na myśl, że to moje nastoletnie marzenie nigdy się nie spełni. Ale upadek prasy papierowej martwi mnie z jeszcze jednego powodu. Na papierze czyta się jednak inaczej i tutaj mogę się podzielić dowodem anegdotycznym z mojego własnego życia. Przez lata byłem wiernym czytelnikiem magazynu „Książki”. Pędziłem do kiosku, kiedy tylko ukazywał się kolejny numer i czytałem właściwie od deski do deski. W pewnym momencie kupiłem jednak internetową prenumeratę „Gazety Wyborczej” i dostałem również dostęp do artykułów z „Książek”. Przestałem je więc kupować i, jak się niedawno zorientowałem, także je czytać. Nie do końca wiem, dlaczego. Jakby czegoś mi brakowało. Papier powodował jakiś przymus czytania. Leżąca na stole gazeta nieustannie o sobie przypominała, a z czasem potrafiła nawet stać się wyrzutem sumienia. Nigdy nie miałem takich uczuć w stosunku do treści z Internetu. Artykuły, które chciałem przeczytać najpierw znikały w odmętach sieci, a potem z mojej pamięci. Prasa papierowa ma też swój ciężar. Wspominał o tym Cezary Łazarewicz, który w jednym z wywiadów powiedział, że kiedy pisał dla Wirtualnej Polski jego teksty były znacznie częściej czytane i komentowane przez tysiące ludzi, ale nic z tego nie wynikało. Publikacje „na papierze”, chociaż miały mniejszą widownię, przynosiły znacznie bardziej konstruktywny odzew czytelników i potrafiły realnie coś zmienić.

    Oczywiście, dostrzegam też ironię sytuacji, bo czytacie Państwo ten tekst w internecie właśnie. Na ekranach komputerów czy komórek. I raz jeszcze powtórzę, trendy są jakie są i jakoś nie widać szans, żeby się odwróciły. Ale śmierć polskiego „Playboy’a” wydaje mi się jednak kamieniem milowym. Szkoda tego tytułu. Szkoda polskiego rynku prasy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Kamera mocno mnie onieśmiela”, Wojciech Chmielarz o premierze serialu „Żmijowisko”

    Plan był taki, że spotkam się z Wojtkiem i nagramy krótkie wideo, w którym opowie o swoich wrażeniach po pierwszym odcinku „Żmijowiska”. Słabo nam jednak poszło zgranie grafików, więc łapcie krótką rozmowę w wersji tekstowej. Oglądaliście, podobało się? A może macie jakieś uwagi co do produkcji Canal+ Polska?

    Wojtku, przede wszystkim gratulacje z powodu debiutu aktorskiego. Jako młody chłopak pewnie marzyłeś, żeby zagrać w jednej produkcji z Cezarym Pazurą, a tu proszę, udało się. Jak do tego doszło, że wystąpiłeś w „Żmijowisku”? Casting, a może po prostu przechodziłeś z tragarzami ;)? No i najważniejsze, czy pojawisz się w kolejnych odcinkach?

    Ha! Okej. Tutaj historia akurat jest dość prosta. Akurat byłem na planie, a Łukasz Palkowski zapytał, czy nie zechciałbym wystąpić przed kamerą. Chciałem 🙂 Powiem Ci, że ten mój występ jest oczywiście króciutki i raczej w kategorii mrugnięcia okiem do widza, ale nerwy były. Jednak kamera mocno onieśmiela. A do tego masz taką świadomość, że oprócz ciebie na planie jest kilkanaście innych osób i ich praca zależy od tego, czy ty dobrze wykonasz swoją robotę.

    Pierwszy odcinek widziałeś na długo przed premierą, a jak zareagowali znajomi, czytelnicy? Masz już informacje zwrotne?

    Póki co jest dobrze. Czytelnicy są zadowoleni, znajomi są zadowoleni, widzowie, którzy nie znali wcześniej książki, również. Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć coś naprawdę fajnego. Ale z oceną poczekajmy jeszcze do zakończenia serialu.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Apetyt rośnie w miarę jedzenia? To znaczy, czy już marzy Ci się ekranizacja „Rany”, ewentualnie cyklu z Jakubem Mortką? 

    Odpowiem szczerze – nie marzy mi się żadna ekranizacja. Ale żeby była jasność, ja się bardzo cieszę ze „Żmijowiska” i będę się cieszył z każdej następnej propozycji. Ale to nie jest tak, że dniami i nocami chodzę po domu i zastanawiam się, co by się teraz nadawało do ekranizacji i czemu producenci do mnie nie dzwonią. Zawsze marzyłem o tym, żeby być pisarzem. To marzenie udało mi się spełnić. I na dalej będę skupiał, żeby pisać jak najlepsze książki. Jeśli jakąś uda się kiedyś przenieść jeszcze na ekran to super, ale to nie jest i nigdy nie było najważniejsze.

    Wracając do „Żmijowiska”, to kiedy uwierzyłeś, że z serialem wszystko się uda, że on na pewno powstanie?

    W momencie, kiedy trafiłem w wakacje na plan i zobaczyłem tę grupę blisko pięćdziesięciu osób, które ciężko zasuwają na to, żeby wszystko się udało. Zdaję sobie sprawę, że świat filmowy bywa okrutny. Znam projekty, które były odwoływane w dosłownie ostatniej chwili. Nie jest też wielką tajemnicą, że już lata temu miała powstać filmowa ekranizacja „Farmy Lalek”. Nie udało się, chociaż PISF przyznał już dotację. Dlatego przez cały czas, kiedy pracowałem nad scenariuszem, kiedy rozmawialiśmy z Aurum Films czy Canal Plus, powtarzałem sobie – spokojnie, nie ciesz się za bardzo, to jeszcze nic nie znaczy. Ale tym razem historia znalazła swoje szczęśliwe zakończenie.

    Od dzisiaj będziesz sprawdzał oceny nie tylko na lubimyczytac.pl, ale też na filmwebie? A może  jednak masz wrażenie, że „Żmijowisko” nie jest do końca Twoim dzieckiem, a raczej dziełem zespołowym?

    O! Serialowe „Żmijowisko” to zdecydowanie dzieło zespołowe! Zaczynając od początku, to ogromny wkład wniosła współscenarzystka Dana Łukasińska. Potem reżyser Łukasz Palkowski, odpowiedzialny za zdjęcia Michał Sobociński, ludzie od castingu, dekoracji, charakteryzacji, wybierania lokacji, kierownicy produkcji i planu, a wreszcie aktorzy. Ale to dobrze! To było dla mnie w tej całej historii najciekawsze – co z tą książką zrobią inni! Co z niej wydobędą, co będzie dla nich ważne i istotne. I dlatego to doświadczenie było tak fascynujące.

    Czy jest przewidziany drugi sezon serialu, czy wszystko skończy się na siedmiu odcinkach?

    Póki co czekamy na reakcję widzów. Co będzie dalej, zobaczymy.

     

  • „Kwestia imienia”, październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Chris Carter zyskał w Polsce sporą popularność. Czytałem wiele pozytywnych recenzji na temat jego powieści, czytelnicy na internetowych forach albo się zachwycają, albo przynajmniej mocno chwalą. Nawet mój gospodarz na tej stronie jest miłośnikiem tego pisarza. Co do mnie, to na mojej półce lezy kilka powieści Cartera. Lubię być z gatunkiem na bieżąco, ale żadnej jeszcze nie przeczytałem. Dlaczego? Niedawno się nad tym zastanawiałem i w końcu do mnie dotarło – chodzi o imię i nazwisko głównego bohatera

    Robert Hunter – tak właśnie nazywa się bohater Cartera. Dzielny policjant walczący ze złem na ulicach Los Angeles. Przepraszam Państwa bardzo, być może te powieści faktycznie są bardzo dobre, ale ja już na tym etapie nie jestem ich w stanie traktować poważnie. Robert Hunter. Robert Łowca. Już słyszę jego lekko zachrypnięty (oczywiście), szorstki (jeszcze bardziej oczywiście), ociekający testosteronem (oczywista oczywistość) głos w głowie – Nazywam się Robert Łowca i poluję na przestępców.

    Chris Carter, fot: smakksiazki.pl

    Kurczę, naprawdę nie dało się wymyślić mniej pretensjonalnego imienia i nazwiska?

    Ale i tak na mojej prywatnej liście najgorszych imion i nazwisk bohaterów kryminałów Robert Łowca zajmuje dopiero zaszczytne drugie miejsce. Na pierwszym od wielu lat znajduje się detektyw londyńskiej policji z cyklu Tony’ego Parsonsa Max Wolfe (dla niepoznaki z „e” na końcu). Max, kurczę, Wolfe. Maksymalny Wilk. Nie jestem w stanie traktować poważnie kogoś, kto tak nazwał główną postać swojego cyklu. Samego bohatera zresztą też nie. Dlatego z tą serią pożegnałem się dość szybko.

    Mam problem z obsadą trzeciego miejsca, chociaż mam kilka typów. Jednym z nich jest Harry Hole. Żeby była jasność, bardzo cenię pisarstwo Jo Nesbo i jego powieści. Ale imię i nazwisko głównego bohatera? Trochę przesadzone. Po pierwsze imię. Harry. A więc angielskie, a nie norweskie. Niemniej, występuje w Norwegii. Jednak ma swoje potoczne znaczenie. „Harry” to przymiotnik oznaczający coś bez smaku lub nawet wulgarnego. Wynikało to z faktu, że imię to nadawali swoim dzieciom głównie przedstawiciele klasy robotniczej. Hole to dziura. Przyjrzyjmy się teraz naszemu bohaterowi, który jest policjantem, jego prywatne życie to jedna ogromna emocjonalna katastrofa, a wewnętrzną pustkę próbuje wypełnić alkoholem. Nesbo nazwał nadał mu imię i nazwisko, które de facto oznacza „wulgarną dziurę”. Jak dla mnie, trochę przegiął. Rozumiem, że nomen omen i tak dalej, ale co za dużo, to niezdrowo.

    Jest też bohater pani J.K. Rowling. Cormoran Strike? Świetnie imię dla postaci z Harry’ego Pottera, beznadziejne dla powieściowego detektywa. Cormoran (imię giganta z kornwalijskich legend, kojarzący się z francuską nazwą kormorana, nota bene, nie znalazłem nikogo o takim imieniu na facebooku) Strike. Kormoran Uderzenie. Uderzenie Kormorana? Nawet nie jestem pewien, jak to powinienem przetłumaczyć. Co zaskakujące, pani Rowling wymyśliła sobie całkiem fajny i wpadający w ucho pseudonim Robert Galbraith. Dlaczego nie mogła pójść za ciosem i stworzyć coś równie prostego dla swojego bohatera? To już pozostanie tajemnicą.

    Na tym tle John Rebus z powieści Iana Rankina wypada dość zwyczajnie. Ale też jest dziwaczny i niepotrzebnie znaczący. Jestem policjantem, rozwiązuje kryminalne łamigłówki, a nazywam się Rebus. Czemu nie krzyżówka? Albo jeszcze lepiej – Jolka lub Sudoku? Rankina w pewnym sensie tłumaczy, że debiutował w latach osiemdziesiątych. I w tamtym czasie to faktycznie mogło być coś nowego, ciekawego i świeżego. No i przede wszystkim – Rebus jednak nie gryzie w zęby tak mocno jak Max Wolfe.

    Ale żeby nie było, są też pozytywne przykład. Całkiem sobie nieźle z nazywaniem swoich bohaterów radzą polscy autorzy. Mistrzem dla mnie jest tutaj (co powtarzałem wielokrotnie) Mariusz Czubaj z Rudolfem Heinzem. Tak. Na pierwszy rzut ucha/oka brzmi dziwacznie, ale równocześnie całkiem nieźle. Za to kiedy zdamy sobie sprawę, że główny bohater pochodzi ze Śląska, cała ta dziwność znika. Rudolf Heinz wywodzi się po prostu z niemieckiej mniejszości (nawet jeśli się już z nią nie identyfikuje). Co więcej, jeśli już to wiemy, to możemy też sobie wyobrazić, jak wyglądało życie jego rodziny w okresie PRLu i jaki to miało wpływ na życie Rudolfa. Pisząc krótko, w tym imieniu i nazwisku zawarta jest cała historia tej postaci. Absolutne mistrzostwo.

    Mariusz Czubaj gra Komedę nad grobem Komedy, fot: smakksiazki.pl

    Niezły jest Teodor Szacki. Nietypowe imię, po którymi następuje bardzo zwyczaje nazwisko. Fajne połączenie. Nieprzesadzone, prawdopodobne, a zapadające w pamięć. Podobnym tropem poszła Katarzyna Bonda tworząc Saszę Załuską. W trochę innej lidze grają twórcy kryminałów retro, ale i oni potrafią. Eberhard Mock Marka Krajewskiego czy Zyga Maciejewski Marcina Wrońskiego są blisko mistrzostwa świata.

    A co do mnie, to uważam, że mam literackie dwie pięty achillesowe. Wymyślam takie sobie tytuły swoich książek i takie sobie imiona i nazwiska bohaterów. Ale przy całym tym autokrytycyzmie uważam, że Jakubowi Mortce czy Dawidowi Wolskiemu jednak daleko do Maxa Auuuu! Wolfe’a.

    Wojciech Chmielarz

  • „Zagadka kasztanów”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

     

    Mało jest drzew, które są tak ważne, jak kasztanowce. W maju wyczekujemy aż zakwitną, bo przecież inaczej nie ma mowy o maturze. Ale prawdziwy szał na nie nadchodzi jesienią

    Wiele napisano i powiedziano o fenomenie zbieraniu grzybów w Polsce. Jesienią lasy szczelnie wypełniają się ludźmi w każdym możliwym wieku, każdej płci, których łączy wzrok wbity w ziemię wiklinowy (najczęściej) koszyk i scyzoryk w kieszeni. W tajemnicy trzymają najlepsze tereny zbierackie, zazdrośnie zerkają do koszyków konkurentów, chętnie opowiadają o tym, jakie to niegdyś znaleźli borowiki, rydze czy kanie.

    Podobnym zajęciem jest polowanie na kasztany. Wygląda to zresztą niemalże identycznie, chociaż areną zmagań są tutaj miejskie podwórka, a nie las. Gromady ludzi krążą wokół wysokich drzew, wyszukując w trawie brązowych kulek. Dodatkowy dreszczyk emocji zapewnia konieczność unikania psich kup (w lesie rzadko jednak spotykanych). O ile jednak grzybobranie jest nieźle w literaturze polskiej opisane, to zbieranie kasztanów jest fenomenem całkowicie pisarsko zignorowanym. I to pomimo tego, że zajmują się nim nie tylko dzieci, ale też osoby całkiem dorosłe. Kobiety i mężczyźni. Jest to zajęcie całkowicie demokratyczne.

    W zbieraniu kasztanów fascynuje mnie to, że jest to czynność absolutnie bezsensowna. Grzybobranie przynosi jednak jakieś wymierne korzyści. Te wszystkie jajecznice z kurkami, suszone grzyby, słoiki wypełnione marynowanymi podgrzybkami. W przypadku kasztanów wmawiamy sobie, że zbieramy je dla dzieci, żeby potem robić z nich kasztanowe ludziki (nota bene, właśnie ukazał się kryminał pod takim tytułem autorstwa Sorena Sveistrupa, po 200 stronach mogę powiedzieć, że całkiem udany), ale bądźmy szczerzy – najczęściej przynosimy do domu worek pełen jesiennych zbiorów, zostawiamy go w przedpokoju, żeby wyrzucić po dwóch miesiącach. A równocześnie ludzie naprawdę się angażują w to zajęcie. W tym ja. Dość powiedzieć, że pewnego dnia poważnie uszkodziłem sobie prawą nogę schodząc z kasztanowca, na który wspiąłem się, żeby trochę potrząsnąć gałęziami w wiadomym celu. Powiem tylko, że miałem wtedy dużo więcej lat niż wypadało (dużo więcej!).

    www.unsplash.com/Waldemar Brandt

    Piszę o tym wszystkim, bo fenomen zbierania kasztanów zauważyłem dopiero w tym roku. To znaczy, wcześniej wiedziałem, że ludzie zbierają kasztany. Ale nie docierało chyba do mnie w pełni jak powszechna, demokratyczna i popularna jest to czynność. Jak wielką niektórzy do niej przywiązują wagę. I to sprawiło, że zacząłem się zastanawiać, jakich jeszcze fenomenów w otaczającym mnie świecie nie zauważyłem lub ich nie doceniam. W pewnym momencie pogodziłem się, że nie nadążam już za rozwojem technologii. Zatrzymałem się gdzieś na poziomie facebooka. Ledwo ogarniam, o co chodzi z instagramem. Nigdy nie korzystałem ze snapchata i już totalnie nie rozumiem tiktoka. Dodajmy jeszcze do tego wszystkie youtube’owe mody, za którymi po prostu nie nadążam. Są też poważniejsze przykłady. Dopiero niedawno dowiedziałem się o modzie na podcasty. I znowu. Wiedziałem, że coś takiego jak podcasty istnieje. Wiedziałem, że przygotowują je i amatorzy, i poważne redakcje. Ale dopiero kilka dni temu uświadomiono mi jaki jest zasięg tego zjawiska. A mówimy tutaj tylko i wyłącznie o tym, co się dzieje w świecie wirtualnym! Co z tym, co wydarza się poza siecią?

    Wszystko to mnie martwi. Pisarz, szczególnie twórca dziejących się współcześnie kryminałów, powinien jednak trzymać rękę na pulsie. Orientować się w tym, co jest teraz na topie. I tym właśnie będę zajmował przez jesień. Odetchnę po promocji „Rany”, a później spróbuję przynajmniej trochę nadgonić za współczesnością. Będę obserwował, będę się uczył, będę starał się zrozumieć. Zobaczymy, gdzie mnie to poszukiwania zaprowadzą. Czego się dowiem o otaczającym mnie świecie. Jeśli mają Państwo jakieś sugestie, czemu powinienem się przyjrzeć – proszę wrzucać w komentarzach lub wysłać mi wiadomość na facebooku.

    Zanim jednak się tym wszystkim zajmę, pójdę najpierw pozbierać trochę kasztanów.

    Wojciech Chmielarz