Tag: Wojciech Chmielarz

  • A gdyby tak pisać mniej książek? Felieton Wojciecha Chmielarza

    Był niedawno felieton optymistyczny, to pomyślałem sobie, że czas wrócić do ogólnego narzekania. Ta myśl po przeczytaniu kryminału polskiego autora pojawia mi się w głowie tak często, że właściwie przestałem ją zauważać – fajna książka, ale szkoda, że nie popracował nad nią trochę dłużej

    Bo rozumiecie Państwo, kończę powieść. Odkładam na bok. I często niby na pierwszy rzut oka wszystko gra, ale jednak coś mnie w tym wszystkim gryzie. Zaczynam analizować fabułę. I wystarczy tylko lekko poskrobać z wierzchu i okazuje się, że pojawia się jeden błąd za drugim, nieprawdopodobieństwo goni nieprawdopodobieństwo, a postacie, które na początku były okej, w pewnym momencie tracą takich drobiazg jak wiarygodność psychologiczna i zmieniają się manekiny, które robią to, co im autor każe. Natężenie tych zjawisk jest mniejsze lub większe. Czasami można przymknąć oko. Czasami mam ochotę książką rzucić o ścianę.

    A chciałbym dostawać książki dopracowane. Chociaż przyznaję, że to wyznanie aż dziwnie brzmi. Bo wydaje się, że to rzecz oczywista i powinno na tym wszystkim zależeć. Tymczasem nie. Raz po raz czytam książki z logicznymi błędami. I najbardziej boli to, że tego dałoby się uniknąć. Wystarczyłoby trochę nad daną powieścią popracować albo na etapie planowania, albo już w redakcji. W wielu przypadkach wystarczy jedno zdanie, lekkie przemodelowanie całości. Usunięcie jednego wątku, jednej sceny. Albo dodanie dwóch, trzech dialogów. Jednak autorzy i wydawnictwa nie mają na to czasu? Dlaczego?

    Z prostej przyczyny – rynek wymaga na nas, żebyśmy pisali i wydawali coraz więcej, coraz szybciej. Celowo piszę rynek, a nie czytelnicy. Bo czytelnicy co prawda na forach proszą o kolejne książki, ale równocześnie skarżą się na rosnące koło ich łóżek „kupki wstydu” czy w ogóle „hałdy hańby”. Myślę, że parę osób by się ucieszyło z tego, gdyby jednak ukazywało się mniej nowości. Decydująca wydaje mi się polityka sieci księgarskich, które wymagają ciągłej zmiany asortymentu. A skoro tak, to trzeba im dostarczać ciągle nowe tytuły.

    Co to oznacza dla pisarza? Książka w Polsce żyje średnio trzy miesiące. Czyli ledwo po kwartale, jeśli dana powieść się nie sprzedaje, to znika z księgarskich półek. Oczywiście, są wyjątki od tej reguły, ale są one właśnie wyjątkami. Autor ma więc świadomość, że ma zaledwie trzy miesiące, żeby zarobić na swojej pracy. A biorąc pod uwagę, że czytelnictwo w Polsce wygląda tak, jak wygląda, rynek jest dość płytki, to raczej nie ma szans, żeby w tym czasie sprzedał tyle egzemplarzy, żeby mieć się za co utrzymać przez najbliższe dwanaście miesięcy. Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Napisać i wydać kolejną książkę.

    www.unsplash.com/Claudia Wolff

    Tylko ile da się napisać powieści w ciągu roku tak, żeby móc poświęcić odpowiednią ilość czasu na planowanie, research, pisanie, redakcję, promocję? Nie będę tu Państwu odpowiadał na to pytanie. Są różne sytuacje, różni autorzy, różne powieści. Ale od pewnego momentu jeden z tych etapów pracy nad kryminałów musi ucierpieć. I to widać na naszym rynku – za liczbą wydawanych kryminałów (ponad 400 rocznie!) nie idzie jakość.

    Zdaję sobie sprawę, z jakim naiwnym apelem teraz wystąpię, jak dziwnie to zabrzmi i jak to rozwiązanie jest nierealne – a gdyby tak pisać mniej książek? Bo mam wrażenie, że wszyscy by na tym zyskali. My, autorzy, mielibyśmy więcej czasu na dopracowanie swoich powieści, zebranie materiałów, redakcję, spotkania z czytelnikami, ale także na zwyczajny odpoczynek. Bo on też jest ważną częścią twórczego procesu. Czytelnicy mogliby nadrobić zaległości, zmniejszyłyby się kupki wstydu, dostawaliby też po prostu lepsze książki. Wydawnictwa miałaby czas, żeby w spokoju promować swoje tytuły. Cykl życia książki zwiększyłby się z tych nieszczęsnych trzech miesięcy do pół roku albo i dłużej. I wreszcie, to nie tak, że ogólna sprzedaż książki by spadła. Pewnie pozostałaby taka sama. Dzielona byłaby tylko na mniejszą liczbę tytułów. Poszkodowani ewentualni byliby debiutanci, bo na takim rynku trudniej byłoby im wydać książkę. Ale czy na pewno? W obecnych warunkach debiut jest jak mrugnięcie okiem. Znika, zanim ktokolwiek zdąży go zauważyć.

    Czuję się też trochę w tych swoich rozważaniach osamotniony. Bo niejednokrotnie mam wrażenie, że tylko ja zwracam na te rzeczy uwagę. Tylko ja się domagam, żeby autorzy, ale przede wszystkim wydawnictwa, traktowały mnie jako czytelnika z szacunkiem. Zdarzają się przecież kryminały, które są zupełnie pozbawione sensu. I to nie w tym znaczeniu, że jakieś wydarzenia są mało prawdopodobne, ale w tym najbardziej fundamentalnym. Po prostu luka w fabule jest tak gigantyczna, że wszelki sens do niej wpada i potem umiera cichutku chlipiąc w ciemności. A wiecie Państwo, co jest najgorsze – te powieści stają się bestsellerami.

    Może to więc tylko ja i parę osób. A większość czytelników wcale nie chce dobrych książek. Wystarczy, jeśli są szybko pisane.

    Wojciech Chmielarz

  • „Ależ to będzie dobry rok!” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pomyślałem sobie, że skoro jeszcze jest styczeń i 2020 dopiero niedawno zamienił się w 2021, to zamiast zwyczajowego narzekania, że brutalność, że schematyzm, brak nowych twarzy, napiszę felieton optymistyczny

    Mój optymizm jest jednak ograniczony do pewnego konkretnego obszaru. Bo przecież pandemia nam nie odpuszcza (chociaż liczby, przyznaję spadają, a i znajomi lekarze potwierdzają, że łapią oddech), naukowcy straszą nas już wariantem brytyjskim i wszystkie problemy 2020 mogą wrócić ze zdwojoną siłą. Jeśli chodzi o szczepionki, to w liczbie osób zaszczepionych wyprzedziła nas już Francja, która, powiedzmy sobie szczerze, dała na początku tak bardzo ciała, że bardziej się nie da. Knajpy i restauracje padają, za nimi pójdą obawiam się hotele. W górach sezon zimowy to albo dziwne kombinacje i balansowanie na granicy prawa, albo jego łamanie. Za to pan prezydent się cieszy, że policja działa profesjonalnie, bo przecież nikt nie zginął. Także ten… Natomiast jeśli chodzi o kryminał, to szykuje się nam całkiem udany rok!

    www.unsplash.com/César Viteri

    Zacznę chyba od książek, które już czytałem albo zacząłem czytać. A tutaj zeszłoroczny laureat Wielkiego Kalibru Jędrzej Pasierski i „„Kłamczuch”. Pierwszy polski kryminał, jaki przeczytałem w roku 2021 i jaki to był dobry wybór! Świetna, nastrojowa, przemyślana książka! Premiera już w środę, więc naprawdę, bierzcie, kupujcie, czytajcie! Miesiąc później ukaże się natomiast „Mocna więź” Magdaleny Majcher i to jest w kryminale zupełnie nowe nazwisko. Majcher jest dobrze znana czytelnikom i czytelniczkom literatury obyczajowej. Dostałem tę książkę wcześniej z prośbą o pomoc w promocji. I pisząc szczerze, podchodziłem do niej ze sporą rezerwą. Bo jak to tam literatura obyczajowa, a tutaj true crime? Zupełnie inne gatunki, zupełnie inny zestaw pisarskich narzędzi, zupełnie inny nastrój. Tymczasem Majcher znalazła swój własny język, swój własny sposób, żeby opowiedzieć pewną prawdziwą, tragiczną i przerażającą historię. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni jakaś książka mnie tak pozytywnie zaskoczyła.

    Wiem też co, ale nie wiem kiedy, wydaje Jakub Ćwiek. Ja już jestem po i powiem szczerze, strasznie się cieszę, że wydałem pewną swoją powieść wcześniej od Kuby. Bo na pewno będą nas porównywać. Ale w tej sytuacji to jego będą porównywać do mnie, a nie mnie do niego, co stawia mnie na trochę lepszej pozycji. Bo książka Ćwieka jest tak dwa razy lepsza od mojej. Serio, jest na co czekać.

    Z rzeczy prawie przeczytanych, to na warsztacie mam teraz „Winni jesteśmy wszyscy” Bartosza Szczygielskiego i po 50 stronach muszę powiedzieć, żeby jest dobrze. Zobaczymy, czy utrzyma poziom po mocnym początku. Ale jeśli mu się to uda, to będzie liczącym się kandydatem do wszystkich kryminalnych nagród.

    Przed nami przecież jeszcze kilka innych rzeczy. Robert Małecki szykuje na rok 2021 aż dwie premiery. I chyba (chyba!) żadna z nich nie będzie nowym Grossem, więc jestem mocno zaintrygowany. Nie, żebym miał coś przeciwko Grossowi, bo przecież trzy o nim powieści to obok Wrońskiego prawdopodobniej najczęściej nagradzany w Polsce cykl kryminalny. Ale dobrze, że po „Zadrze” komisarz będzie mieć chwilę oddechu. Możemy się też spodziewać kolejnej powieści Anny Kańtoch. Wreszcie, korzystając z moich kontaktów (tak, pogadaliśmy po prostu na messengerze) dowiedziałem się, co planuje Grzegorz Kalinowski. I jestem mocno, mocno zaintrygowany.

    www.unsplash.com/Anastasiia Chepinska

    A przecież to są tylko te rzeczy, o których się dowiedziałem w ten, czy inny sposób. Ile przegapiłem? Kto mnie jeszcze zaskoczy? Jakie są plany Mariusza Czubaja, który po „Około Północy” i „Ciosie kończącym” ma u mnie ogromny kredyt zaufania? Co z autorami, których jeszcze nie znam albo ich twórczości aż tak nie śledzę (bo niestety nie da się czytać wszystkiego!)? A może pojawi się jakiś debiut, który sprawi, że wszystkim opadnie nam szczęka?

    No i jak to pozbierać wszystko do kupy, to naprawdę mam wrażenie, że jeśli chodzi o mój ukochany literacki gatunek to 2021 zapowiada się bardzo, ale to bardzo ciekawie. Pozostaje nam tylko trzymać kciuki za to, żeby wszystkie inne aspekty tego roku dorównały do poziomu polskiego kryminału. Ale jak napisałem na początku (ach, nie mogę jednak pozbyć się tego pesymizmu!), niespecjalnie się na to zapowiada.

    Wojciech Chmielarz

  • „Blown Away”, grudniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zdaję sobie sprawę, że wiele osób wykorzystało wolny świąteczny czas, żeby nadrobić kulturalne zaległości. Przeczytało książki, na które do tej pory nie mieli czasu, obejrzeli wartościowe, wymagające skupienia filmy. Ja natomiast skończyłem oglądać pierwszy sezon „Dmuchaczy szkła”.

    „Dmuchacze szkła” to program typu reality show, który jest dostępny na platformie Netflix. Polega na tym, że do huty wpuszczono… no cóż… dmuchaczy szkła. W każdym odcinku jury daje im do wykonania jakieś zadanie. Po jego wykonaniu odpada najsłabsza osoba. I tak do wielkiego finału. Na swoim facebooku przyznałem się do słabości dla tego typu programów. Mam już za sobą „Glow up” (to samo, co „Dmuchacze…”, ale dla makijażystów), „Next in fashion” (konkurs dla projektantów mody), „Wojny kwiatowe” (ogrodnicy) i jeszcze parę innych. Generalnie, lubię, kiedy utalentowani ludzie wychodzą zrobić coś fajnego, czego ja w życiu bym nie potrafił. Nie przemawiają do mnie z jakiegoś powodu programu kulinarne (chociaż cały ten gatunek zaczął się chyba od sławnego „Masterchefa”).

    Kończąc sezon „Dmuchaczy szkła” (mój faworyt zajął niestety drugie miejsce, ale miło było śledzić jego drogę do finału), pomyślałem sobie, że chętnie zobaczyłbym tego typu program z pisarzami. Proszę sobie wyobrazić, że w telewizyjnym studio pojawia się dziesięciu utalentowanych twórców. Wszyscy to generalnie amatorzy, ale ktoś tam się chwali, że dziesięć lat temu wydał już jedną książkę w niszowym wydawnictwie. Mamy poetę, mamy starszego pana, który całe życie pisał limeryki, miłośników fantastyki, powieści kryminalnych, historycznych czy horrorów. I wszyscy oni dostają zadania do wykonania. Mają napisać scenę miłosną, opowiadanie na sto słów, przerażającą historię, inne zakończenie „Władcy pierścieni” czy bajkę dla dzieci z morałem. Mierzą się z poezją, epiką i dramatem. Dekonstruują polską i światową klasykę, czy starają się zmienić „365 dni” Blanki Lipińskiej na powieść młodzieżową. Czasami dostają konkretny temat, czasami mają wolną rękę. Piszą samotnie i w duetach. A na końcu są oceniani przez jury, gdzie mamy prowadzącego program – totalnie widziałem bym w tej roli na przykład Aleksandrę Szwed, znanego krytyka literackiego (Justyna Sobolewska, Michał Nogaś?), a do tego w każdym odcinku pojawiałby się specjalny gość – Rafał Kosik oceniałby literaturę dla dzieci i młodzieży, Zygmunt Miłoszewski kryminały, a Ewa Winnicka reportaż. Nagrodą byłoby wydanie powieści w jakimś dużym wydawnictwie, a Empik dorzuciłby do tego pakiet promocyjny.

    Zygmunt Miłoszewski, Wojciech Chmielarz, Adam Szaja. fot: smakksiazki.pl

    Ech… Rozmarzyłem się, chociaż daję sobie sprawę, że taki program nie ma niestety racji bytu. Nawet nie ze względu na brak docelowej widowni. Umówmy się, dmuchanie szkła to jeszcze bardziej niszowe zajęcie niż pisanie książek, a Netflix postanowił jednak zainwestować w produkcję. Po prostu wszystkie te zajęcia, które wymieniłem jak tworzenie makijaży, szycie, dekoracja wnętrz, gotowanie czy nawet tworzenie instalacji roślinnych, są fotogeniczne. Cholernie dużo się tam dzieje. Ktoś biega, ktoś coś przekłada, kroi i zszywa, maluje, tu dodaje, tu odejmuje, jest ruch, jest napięcie, jest jakaś historia. Jak miałoby to wyglądać w wypadku programu o literaturze? Oglądamy jak przez czterdzieści minut kilka osób siedzi przy komputerze i stuka te literki w edytorze tekstu popijając kawę lub herbatę. Pewnie najbardziej emocjonującą częścią programu byłby wyścig do drukarki. Na końcu czytaliby swoje dzieła, zapewne we fragmentach, bo na całość nie byłoby czasu i tyle.

    To jest zresztą większy, głębszy problem z literaturą. W jaki sposób o niej rozmawiać, w jaki sposób ją promować w atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy, przyzwyczajonego jednak do kultury obrazkowej i pewnego dynamizmu w przekazie? Bo jak rozmawiamy o literaturze, to zazwyczaj na poważnie, żeby nie powiedzieć, że na kolanach. A fajnie by było chyba podejść do tematu tak bardziej na luzie. Pobawić się nim, pośmiać. Były takie próby. Z Zygmuntem Miłoszewskim improwizowaliśmy kiedyś kryminał na scenie „Worka kości” i wyszło całkiem sympatycznie. Jeśli więc miałbym czegoś nam wszystkim (twórcom, wydawcom, czytelnikom) życzyć na nadchodzący rok to tego, żeby znalazł się ktoś łebski, kto wymyśli jakiś fantastyczny, nowoczesny i pasjonujący sposób na rozmowę o literaturze. I to niekoniecznie w formule reality show.

    Wojciech Chmielarz

  • „Jak kupić nowe książki i zrobić dobry uczynek”. Listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Pamiętam, że kiedy lata temu mówiłem rodzicom, że jadę do miasta, to tak naprawdę chodziło o to, że jadę pochodzić po księgarniach.

    Tak, to pewnie znaczy, że byłem dość nudnym nastolatkiem. Ale było minęło. Dodam też do tego pewien kontekst czasowy. To była epoka (przynajmniej w Gliwicach) bez wielkich centrów handlowych. Pamiętam, jak kiedyś kolega opowiadał z błyskiem w oku, że pojechał z rodzicami do Selgrosa (a może to było Makro?) i było to coś, co robiło na nas wrażenie. A otwarcie pierwszego hipermarketu było wielkim wydarzeniem, na której zjechało się chyba z pół miasta. Podobne tłumy w jednym miejscu widziałem wcześniej tylko na finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

    No więc w tych dawnych czasach, kiedy w Gliwicach nie było ani jednej galerii handlowej, żadnego hipermarketu, a z okazji otwarcia supermarketu sieci Plus (wielkości mniej więcej obecnej Biedronki) koncert zagrał na gliwickim rynku zespół Piersi (jeszcze z Pawłem Kukizem!), jeździłem do miasta, żeby pochodzić po księgarniach. Zaczynałem zazwyczaj od rynku, gdzie znajdował się i znajduje Empik. Potem w dół Zwycięstwa. Jedna księgarnia, druga, trzecia, czwarta. Chociaż przyznaję, że omijałem księgarnię św. Jacka. Jakoś nie mój klimat. Zabawne było to, że w każdej było przecież to samo (za wyjątkiem jednej, malutkiej, która specjalizowała się w fantastyce i grach RPG), ale zupełnie inaczej ułożone. I jakoś to inne ułożenie, inny wystrój, to jakoś tak wszystko zmieniało. Wstyd, ale nazw większości z tych księgarń  nie pamiętam, ale mógłbym pokazać, gdzie kiedyś się znajdowały. Kiedyś, bo już ich oczywiście nie ma. I Gliwice zrobiły się przez to trochę smutniejszym miastem.

    fot: ksiazkanatelefon.pl

    Opowiadam o tym wszystkim w związku z akcją „Książa na telefon”, której celem jest pomoc kameralnym księgarniom. I teraz tak. Nie będę teraz Państwu opowiadał, że wielkie sieci księgarskie to bezduszne i czyste zło. Bo to byłaby po prostu nieprawda. Mają one wiele zalet (szeroki asortyment, niskie ceny, żeby wymienić dwie pierwsze z brzegu) i dobrze, że są. Ale potrzebujemy tych mniejszych księgarń. Rodzinnych. Wyspecjalizowanych. Z księgarzami, którzy oddali swojej pracy całe serce i całą duszę. Takimi, którzy potrafią nam polecić taką powieść, która nam się na pewno spodoba, bo nas dobrze znają. Albo na odwrót. Od czasu do czasu w takiej małej księgarni potrafię poprosić, żeby księgarz polecił mi książkę, po którą sam nigdy bym nie sięgnął. I w ten sposób poznałem wspaniałe „To oślepiające, nieobecne światło” Tahara Ben Jelloun, przejmujący „Bezmatek” Miry Marcinów (obie dzięki Big Book Cafe) czy nastrojowe „Gdzie się podziałeś, Buzzie Aldrinie?” Johana Harstada (to z kolei dzięki sopockiemu „Smakowi Słowa”).

     

    Z powodu konstrukcji naszego rynku, księgarnie kameralne i tak miały pod górę. Nie mogąc konkurować ceną (nie oszukajmy się, niestety dla większości z nas to ciągle najważniejsze) walczyły jakością obsługi czy asortymentem. Często, jak w przypadku mojej lokalnej księgarni dla dzieci „Trzy Jeże” na warszawskim Ursynowie, przynosiło to magiczne rezultaty. Ale pandemia dała im potężnie po tyłku.

     

    I teraz sprawa jest prosta. Albo pomożemy im przetrwać ten trudny czas, albo kiedy to się wszystko skończy na miejscu naszej ulubionej księgarni będzie kolejna „Żabka” czy placówka banku (z całą moją sympatią do pracowników i ajentów „Żabek” i jednak trochę mniejszą sympatią do banków). Na szczęście możemy to zrobić w sposób prosty i właściwie nic przy tym nie tracąc. Zbliżają się Mikołajki. Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. I tak planowaliście Państwo kupić prezenty. Skoro czytacie te słowa na tym portalu, to pewnie i tak miały być to książki 😉 A skoro tak, to czemu nie kupić ich w waszej lokalnej, kameralnej księgarni?

    Pomoże wam w tym inicjatywa „Książka na telefon”. Znajdziecie tam adres fizyczny, internetowy i numer telefonu do najbliższej kameralnej księgarni. Bo teraz najlepsze. Nie trzeba tam nawet chodzić. Wystarczy zadzwonić, zamówić, a dostarczą wam do domu.

    To co? Wybieramy się na świąteczne zakupy?

    Wojciech Chmielarz

  • Wymazani z rzeczywistości, czyli kilka słów o „Wymazanych z pamięci” Piotra Borlika

    Krótkie wprowadzenie w sytuację. Jakiś czas temu, Wojtek Chmielarz napisał felieton o tym czy pisarzom wypada pisać recenzje książek innych polskich pisarzy (klik). Wynikła z tego dyskusja, w którą zaangażował się między innymi pisarz Piotr Borlik (klik) i ja (klik). No i w ostatnim akapicie swojej odpowiedzi na słowa Piotra zaproponowałem mu napisanie wzajemnie recenzji swoich książek. Piotr podjął wyzwanie (klik), w rzeczowy sposób punktując mój „Szwindel” (jeszcze raz dzięki). Ja spośród wskazanych przez Piotra tytułów zdecydowałem się na jego najnowszą publikację „Wymazani z pamięci”. Jeżeli chcecie być na bieżąco, jestem pewien, że Adam zadbał już tutaj o odpowiednie linki. Kto chce niech czyta.

    A teraz nie przedłużając, bo i tak będzie długo, zapraszam do recenzji. Zaczynam, dla wejścia w klimat, od krótkiego przedstawienia fabularnego punktu wyjścia:

    Pewnego dnia w Gdańsku odnajduje się nagle szesnastka dzieci przez lata uważana za zaginione. Są w różnym wieku, różni ich też czas jak długo pozostawały poza domem. Nie sprawiają wrażenia maltretowanych, głodzonych czy w inny sposób wykorzystywanych. Przeciwnie, w większości zachowują się jakby ostatnie lata spędzili w całkiem niezłych warunkach. Tym co ich łączy, prócz ujawnienia się w tym samym miejscu i czasie, jest lęk przed ciemnością i niezdolność do przypomnienia sobie jakichkolwiek wydarzeń z czasu, gdy byli na liście poszukiwanych.

    Owo cudowne odnalezienie stanowi punkt wyjścia do opowieści prowadzonej od tego momentu przeplatającymi się trzema wątkami. Ich bohaterami są członkowie rodzin zaginionych dzieci: Karolina, matka małej Patrycji, która rozpacz przemieniła w prywatną krucjatę przeciwko krzywdzicielom dzieci, Arek, chłopak, któremu przed laty zaginął młodszy brat Paweł, i który nigdy nie wyzbył się przekonania, że jest za to odpowiedzialny oraz Marlena, ustawiona materialnie businesswoman, która pracoholizmem próbuje zaleczyć dziurę po synu Kamilu porwanym przez swojego byłego męża. Każde z tej trójki będzie próbowało na swój sposób dojść do wyjaśnienia co się właściwie stało tak przed laty, jak i teraz. No i rzecz jasna kto za tym stoi.

    Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

    Pomysł, nie ukrywam, intrygujący i już u samej swojej podstawy nietuzinkowy. Podkreślę fakty, które może nie wybrzmiały właściwie, a warte są wyróżnienia: po pierwsze oś fabuły nie opiera się na morderstwie, co wciąż w polskim kryminale stanowi pewną interesującą odmianę. Po drugie pojawiające się w książce dzieci nie noszą znamion wykorzystywania. Pisałem już kilkakrotnie o tym, że bardzo mnie niepokoi z jaką lekkością pisarze dziś wplatają wątki z drastycznymi, obrzydliwymi krzywdami dokonywanymi na dzieciach. A tu Piotr postanowił nas w swojej opowieści poprowadzić w zupełnie inną stronę i to również mam za bardzo interesujące, i to nawet jeśli budowanie przez niego samych dziecięcych bohaterów mnie nie przekonało.

    Tempo powieści jest bardzo dobre, a idea fabularnego warkocza splatanego z osobnych śledztw trójki bohaterów połączonych celem to bardzo ciekawy sposób prowadzenia fabuły. Widać, że autor przemyślał sobie kwestię, które wskazówki podać kiedy i z której perspektywy i miał też świadomość, gdzie chciałby zakończyć wątek danego bohatera, tak by ten wybrzmiał tak w ramach pojedynczej fabularnej nitki, jak i w kontekście głównej opowieści.

    W kwestii dorosłych bohaterów autor postawił na proste szablony gatunkowe, ale w większości całkiem mu się to sprawdza. Interesujące jest otwierające książkę wprowadzenie Karoliny i jej adwokata, całkiem sprawne wprowadzenie Arka i, by nie spoilerować specjalnie, osób z jego otoczenia. Problemy pojawiają się dopiero w wątku Marleny, ale do niego przejdę za chwilę, bo teraz chcę podkreślić: W tej książce jest naprawdę wiele fajnych elementów. Miejcie to w pamięci, zanim przejdziecie w tej recenzji dalej.

    Bo teraz zmuszony jestem zwrócić uwagę na kluczowy problem „Wymazanych z pamięci”. Oto bowiem stawiam tezę, że autor skupiony na swojej historii mocno zaniedbał wiarygodne przedstawienie świata. Wynikiem tego zawieszenie niewiary bardzo szybko idzie w drzazgi.

    I teraz musimy się umówić na konkretną rzecz, by uniknąć nieporozumienia. Problem, o którym mówię czyli kłopoty z uwiarygodnieniem świata, w mniejszym lub większym stopniu dotyczy każdego z wątków, ale nie chciałbym, by ta recenzja zmieniła się bezsensowne wypunktowywanie. Nie o to przecież chodzi. Zamiast tego postaram się zatem unaocznić problemy skupiając się na jednym z wątków, by lepiej zobrazować ich naturę i jednocześnie uniknąć daleko idących spoilerów, dobrze?

    Mówiąc konkretniej, odniosę się szczególnie do fragmentów ekspozycji businesswoman Marleny. Na jej przykładzie wskażę dwa wybrane, bo znajdujące się akurat blisko siebie przykłady źle zrobionego reaserchu oraz jeden błąd fabularny. I tak mam świadomość, że dla większości odbiorców te dwa i większość innych zaniedbań reaserchowych z książki nie będzie miała znaczenia. Błąd jednak, choć to początkowo pozornie szczegół, w kontekście dalszej fabuły powinien być bardzo brzemienny w skutki. A zupełnie nie jest.

    Przejdźmy zatem do meritum. Naszych głównych bohaterów poznajemy w ich w „naturalnych środowiskach”. Prowadząca swoją krucjatę Karolina krąży wokół placów zabaw, student Arek trudną sprawę jaka spadła mu na barki opija w barze, a kobieta interesu Marlena zmaga się z problemami wielkiej firmy na lotnisku w Kuala Lumpur.

    Na ile dobrze wnioskuję – mogę się mylić, bo tu wchodzi kwestia interpretacji – przedstawiając nam Marlenę, autor stawia sobie za cel zwrócenie uwagi na następujące fakty:

    1. Marlena jest kobietą sukcesu. Stanowczą, profesjonalną pracoholiczką, co wynika po części z chęci ucieczki w pracę po osobistej tragedii.

    2. Marlena bardzo dużo podróżuje, doskonale zna lotniskowy ekosystem i zasady panujące w portach lotniczych.

    3. Marlena jest wymagająca wybredna, momentami aż po snobizm.

    4. Marlena zawsze stawia na swoim, jest zaradna, cwana i na tym etapie wydarzeń, mocno skupiona na sobie.

    Borlik zna zasady budowania ekspozycji więc wie, że zamiast wyłożyć to wszystko wprost, lepiej to czytelnikowi pokazać. I z początku robi to bardzo sprawnie. Świetnie działa zobrazowanie kolejki do kontroli bezpieczeństwa, obserwacji ludzi przy poszczególnych stanowiskach, kalkulacji gdzie najbardziej opłaca się stanąć. Widać, że autor niejednokrotnie stał w takiej kolejce i tu kupuję tę scenę w całości. Jest dla mnie jasne, że ktoś taki jak Marlena postępowałby właśnie tak.

    Problem pojawia się, gdy do zobrazowania innej postawy autorowi zaczyna brakować własnego doświadczenia. I tu kłania się kolejna scena czyli czas jaki Marlena spędza przed lotem w saloniku VIP na lotnisku w Kuala Lumpur. Zakładam, że Piotr Borlik, podobnie jak ja, nigdy w tym saloniku nie był, ale ponieważ wskazał dość konkretne miejsce, a przy okazji przedstawił opisem obraz rozjeżdżający się z moją wiedzą na temat tego konkretnego lotniska, sprawdziłem. I powiem tak: rozumiem, że celem sceny było pokazanie iż Marlena ma wysokie standardy. Ale ten prawdziwy salonik – w przeciwieństwie do opisanego – raczej by sobie z nimi poradził. Opisanie saloniku, który ma w necie swoją stronę z galerią zdjęć, aktualizowane menu itd. nie powinno być problemem.

    Pojawia się zatem zgrzyt. Autor chciał nam powiedzieć tą sceną coś konkretnego o bohaterce, ale dla uważnego czytelnika przekaz zginie rozbijając się o łatwo weryfikowalną rzeczywistość. Bo jeśli autor chciał mieć inny salonik, pasujący pod opis to czemu wybrał akurat to lotnisko? Przecież samo to skąd Marlena leci nie ma fabularnego znaczenia. Podobny do opisanego jest natomiast chociażby w Pensylwanii – w tym byłem – skąd bohaterka też wracałaby do Warszawy około dwunastu godzin. Dlaczego konkretnie Kuala Lumpur skoro potem nie trzymamy się realiów?

    Podobnie jest z zaprezentowanym przez autora opisem sprawnego wymyku zastosowanego przez Marlenę, próbującą uporać się w samolocie z problemem kopiącego jej w tył fotela dzieciaka. Według książki, bohaterka demonstruje swój spryt i zaradność przekonując innego pasażera, że muszą się zamienić, bo ona musi trzymać jedną nogę wyprostowaną ze względu na problemy z kolanem. Musi ją trzymać prosto, a więc wyciągnąć wzdłuż alejki. Problem w tym, że jak się dowiadujemy, Marlena leci na dwunastogodzinym dystansie dużym samolotem linii Qatar Airways. Kopanie w siedzenia i zmiana miejsc to problemy i rozwiązania klasy ekonomicznej, które w klasie biznes, zwłaszcza tak luksusowych linii zwyczajnie nie mogłyby mieć miejsca. Tam fotele są wzmocnione, z dużo większymi odstępami, a siedzenia skonstruowane tak, by móc swobodnie wyprostować nogi. Często nawet by przyjąć w fotelu pozycję półleżącą. Jeśli ktoś nie ma możliwości sprawdzenia tego detalu osobiście – a zapewniam, że często się da, zależy od lotu i obsługi – sieć pełna jest zdjęć i filmików prezentujących jak to w tych samolotach tej linii wygląda.

    I znowu, zabieg ekspozycyjny mający nam pokazać ważną cechę charakteru bohaterki rozbija się o banalny fact check. A przecież gdyby autor chciał mieć swoją scenę wystarczyło zrobić tak, że Marlena potrzebuje pilnie zmienić lot i przez to decyduje się bohatersko na lecenie lotem wcześniejszym, gdzie miejsce jest niestety tylko pojedyncze, w economy. I już wszystko działa. Jeden akapit zmienia wszystko.

    I zanim ktoś mi to wytknie – wiem, że książek nie czyta się z telefonem w ręce i nie googla się ich co drugie zdanie. Nie zrobiłem tego, po prostu dużo latam i lubię lotniska, więc mam tu po prostu inaczej zawieszoną niewiarę. Sprawdzam dopiero gdy coś mi mocno zgrzyta. Zdaję sobie również sprawę, że większość czytelników nigdy nie będzie na lotnisku w Kauala Lumpur, nigdy nie poleci klasą biznes i ma w zasadzie gdzieś jak naprawdę wyglądają takie miejsca i co się tam da zrobić, a czego nie. Podobnie jak wiele osób nie wie też pewnie, że Marlena nie musiałaby czekać do końca lotu by skontaktować się z policją, bo usługi telefoniczne są co prawda drogie, ale już dawno dostępne, także dla pasażerów. Wiem to wszystko.

    Podniesione przykłady służą jednak wyciągnięciu konkretnego wniosku: realizując swoje założenia fabularne autor albo opiera się na własnych doświadczeniach – i wtedy wychodzi – albo na intuicji i przekonaniu, którego potem w żaden sposób nie weryfikuje. I wtedy pojawiają się zgrzyty. I dobrze, kiedy tylko zgrzyty dla takich czepiaczy jak ja. Gorzej, a niestety i taki przypadek ma tu miejsce, gdy pojawia się bardzo poważna dziura fabularna.

    Prawdziwy duży problem – jeden z kilku w tej książce, ale tylko ten mogę przedstawić bez większych spoilerów – objawia się niepozornie zaraz na następnej stronie, po scenie z zamianą foteli. Oto bowiem z takich czy innych powodów Marlena nie odbiera telefonu od policji, więc o tym, że w Gdańsku odnaleziono szesnaścioro dzieci porwanych przez laty dowiaduje się… ze znajdującego się na pokładzie samolotu najnowszego wydania NY Timesa. I już pomijam, że w związku z tym sypie się troszkę linia czasowa wątków, bo sprawy ze świata pojawiają się w Timesie zwykle z minimum dniem opóźnienia ze względu na chociażby różnice czasu. Ale z tego da się jeszcze jakoś wybrnąć, to wciąż czepiactwo. Ale artykuł o tej sprawie w NY TIMESIE mówi nam czytelnikom jedną bardzo ważną rzecz: Sprawa jest tak głośna, mocna i ważna, że dotarła aż za ocean. Na oficjalnej stronie gazety są, jak sprawdziłem, spisy treści poszczególnych wydań przynajmniej do roku wstecz. Wystarczy więc sprawdzić jakiego kalibru i rodzaju treści z Polski trafiają do tej gazety. Skoro więc sprawa poszła w NYT, to w Polsce wybuchła medialna bomba o sile rażenia co najmniej kilkudziesięciu Mam Madzi! Czyli Marlena, jako bezpośrednio zamieszana, lecąc do Polski wleci w sam środek multimedialnego piekła.

    Tymczasem co się okazuje? W książce w ogóle niemal w ogóle nie ma takiego zjawiska! Żadne media, żadni reporterzy nie czyhają pod miejscem, gdzie przywieziono dzieciaki, rodzice nie są natychmiast prześwietleni prasowo, nikt nie pilnuje każdego ich ruchu. Autor tłumaczy to tym, że policja nie chce, by sprawa wyszła na jaw. Ale wyszła, do cholery! Pisał o tym New York Times! To nie jest już coś, wiemy o tym dobrze, co można teraz zatrzymać czy choćby spowolnić. Taki temat to żer dla mediów na co najmniej kilka dni bardzo dużych newsów i miesiące mniejszych. A w przypadku niektórych tytułów pokarm nawet na tygodnie stron tytułowych! By pokazać jak taki mechanizm działa odwołam się do niedawnej sytuacji z własnego doświadczenia – ostatnio napisałem, że w filmie o Komendzie zniesławiono pewnego policjanta używając jego nazwiska w kontekście bardzo złej postaci. Efekt po dobie? Artykuły w większości czołowych serwisów internetowych, szeregu liczących się tytułach prasowych, na Kozaczku czy Superaku, kilka audycji w radio, wątki na kilkunastu grupach i przeszło sto bezpośrednich zapytań w temacie. Kilka godzin zajęło dziennikarzom zdobycie mojego numeru. Ze trzy więcej, żeby zdobyć prywatną komórkę rzeczonego policjanta! No a przecież mówimy tu o nieporównywalnej skali newsów. A pamiętacie jeszcze jak długo cała Polska żyła wspomnianą już sosnowiecką dzieciobójczynią? Ile się naprodukowano newsów, artykułów, analiz, konferencji, sesji foto etc? A to wciąż nie ta skala. Bo powtórzę: O sprawie cudownie odnalezionych dzieciaków napisał, z miejsca, od ręki New York Times!

    W książce natomiast jakiekolwiek motywy z prasą i mediami pojawiają się raptem dwa, oba późno, oba są niemrawe i kompletnie oderwane od tego jak się takie rzeczy dzieją. A i wpływ mają potem raptem na jeden wątek i to też nie w kontekście przedstawionego świata, a osobistego dramatu postaci. Zupełnie jakby sprawa szesnastki cudownie i nagle odnalezionych dzieci, które nic nie pamiętają, mało kogo w Polsce obeszła. W Polsce, która od jak dawna śledzi każdy krok takiego Tomka Komendy?

    Ktoś powie, że to przecież również drobiazg, bo nie to się w książce liczy. Znaczenie ma fabuła. Ale to nie do końca tak i już wyjaśniam dlaczego.

    Nie chcąc wchodzić w fabularne szczegóły, dość ogólnie powiem, że ta naturalna konsekwencja podjętych przez autora decyzji czyli obecność dziennikarzy, reporterów i paparazzi sprawiłaby, że cała późniejsza fabuła zasadniczo nie mogłaby się wydarzyć w przedstawionym kształcie.

    www.unsplash.com/Matt Chesin

    Bohaterowie nie mogliby spokojnie podróżować, co robią, podejmować wielu kontrowersyjnych – i czasem niezrozumiałych – decyzji, jak na przykład pozostawiania cudownie odnalezionych dzieci z opiekunką bez szeroko komentowanych konsekwencji. Rodzice innych cudownie odnalezionych dzieci nie byliby anonimowi, i tym samym skorzy do w gruncie rzeczy intymnych rozmów z obcymi, bojąc się, że rozmawiają z prasą. A to wszystko są sceny, które w tej książce czysto i bez komplikacji pchają akcję do przodu. Ale to przecież nie koniec. Służby porządkowe, chcąc się w temacie wykazać i czując, że wszyscy patrzą im na ręce, podejmowałyby szereg działań mniej lub bardziej pozorowanych na rzecz zapewnienia dzieciom opieki, udzielenia wsparcia, pilnowania rodziców. A jeśli nie, to też byłyby tego efekty.

    Co więcej, media wpływają na social media, więc natychmiast ruszyłyby śledztwa internetowe, prasowe, podcasty analizujące sprawę dogłębniej niż wydarzenia na jakże przecież odległej w każdym względzie przełęczy Diatłowa. Pojawiliby się wszyscy Rutkowscy tego świata licząc na sławę. Wynikiem tego jeden z kluczowych zwrotów fabularnych – pewien przeoczony z początku dowód – na pewno wypłynąłby dużo wcześniej i to właśnie medialnie, więc z poważnymi implikacjami dla bohaterów. Bo, to trzeba wiedzieć, niektóre tytuły naprawdę potrafią płacić za ekskluzywne materiały całkiem nieźle.

    Pominięcie naturalnej reakcji współczesnego świata na tej skali newsa sprawia, że nie sposób traktować tej opowieści jako wiarygodnej. I tym samym z każdą kolejną stroną drugiej połowy książki widać wyraźnie, że zachowania bohaterów są coraz mniej zgodne z wzorcem zachowania prawdziwych ludzi w trudnej sytuacji, a coraz bardziej przypominają ruchy pionków i figur na szachownicy. Nadal możemy być zainteresowani wynikiem rozgrywki, ale wiemy już, że to tylko gra. Nawet zbita figura to tylko figura, zbitych pionków nikomu nie jest tak naprawdę żal.

    I ja naprawdę rozumiem, że autor kładł tu nacisk przede wszystkim na fabularne dzianie się i pchanie wydarzeń do przodu. Że najważniejsza była dla niego historia. Rozumiem i w jakimś stopniu przyjmuję to jako wyznacznik stylu. To zresztą jest bardzo trudne zadanie pisarskie, by należycie wyważyć proporcje, nie przegadać rzeczy i utrzymać dzianie się, ale jednocześnie zachować wiarygodność i efekt realizmu. Zdarza mi się samemu źle to wyważyć, co słusznie wypunktował mi Piotr przy „Szwidndlu”. Ale mimo wszystko musimy, my pisarze, przykładać się mocno do znalezienia tego złotego środka. Tu, w przypadku tej powieści, Piotr Borlik jest od niego bardzo daleko.

    I jeszcze jedno zastrzeżenie, dość zaskakujące w kontekście poprzedniego akapitu: Jak na książkę zbudowaną na historii, podporządkowanej jej całkowicie, finał książki jest napisany na chybcika i strasznie po łebkach, a wyjaśnienia najbardziej intrygujących kwestii, wskazówek, bardzo mnie uwierają swoją banalności. W kwestiach najbardziej mnie interesujących, intrygujących i tych z najlepiej zbudowanym napięciem poczułem się zwyczajnie zbyty. Ale też warto podkreślić, że moje rozczarowanie bierze się także, a być może przede wszystkim z tego, że to napięcie było momentami naprawdę fajnie nabudowane. A i część tych skrótowych wyjaśnień byłaby ok, gdyby dano im odpowiednio wybrzmieć.

    I już na koniec zupełnie, całkowicie szczerze, bez kurtuazji: zamierzam poczytać więcej Borlika. To bowiem co przeczytałem, w połączeniu z opisami innych jego książek i lektury wywiadów z nim, daje mi obraz autora poszukującego opowieści wokół siebie, a nie w słupkach pomiaru trendów. Widzę, że autor zna zasady pisania, konstrukcji fabularnej, zna też sporo sztuczek. Kilku muszę się przyjrzeć uważniej pod kątem własnego pisania, za co już teraz dziękuję.

    Dziękuję również Piotrowi za podjęcie tego wyzwania – wzajemnego zrecenzowania swoich książek. Uważam, że zarówno przeczytanie jego recenzji, jak i pisanie tej, dały mi sporo do myślenia. Chciałbym też, by za takimi publicznymi merytorycznymi recenzjami pokazującymi, że jesteśmy wobec siebie fair i nie stanowimy towarzystwa wzajemnej adoracji kryjącej się nawzajem przed czytelnikami szła także czasem deklaracja wsparcia.

    Każdy z nas ma swoje pisarskie dobre i słabsze strony. Te pierwsze należy pielęgnować, drugie rozwijać korzystając ze wsparcia tych, co potrafią. Więc tu już, Piotrze, apel do Ciebie: Jeśli dostrzegłeś w moim pisaniu coś, co może się okazać dla Ciebie pomocne w przyszłości, pozostańmy w kontakcie, a chętnie pomogę. Ze swojej strony pozwolę sobie poprosić i Ciebie o podobną gotowość w drugą stronę.

    Jakub Ćwiek

  • „Co wypada pisarzowi”, listopadowy felieton Krzysztofa Domaradzkiego

    Zamieszanie wokół zaostrzenia przepisów aborcyjnych przypomniało, że ludzie uprawiający szermierkę słowną mogą być znakomitymi reprezentantami pewnych przekonań. Mogą, choć oczywiście nie muszą. Tyle że milczenie może być kosztowne.

    Jak wiecie, nie wypowiadam się publicznie w sprawie polityki i religii, ale…”. „Normalnie nie zabieram głosu w tematach politycznych, ale…”. „Nie znam się na polityce, ale w tym przypadku…”.

    Mogę się założyć, że w ostatnich dniach nie tylko moja, ale również Wasze banieczki społecznościowe wypełniły się wypowiedziami, które zaczynały się od takich słów. Wypowiedziami osób niezaangażowanych politycznie, wstrzemięźliwych w publicznym wyrażaniu opinii, stroniących od przepychanek światopoglądowych. A także wypowiedziami autorów, którzy uznali, że złamanie kompromisu aborcyjnego wymaga komentarza. Czasem bardzo dosadnego.

    Niektórzy pisarze na kilka dni przeprofilowali swoje kanały społecznościowe: z osobisto-literackich na publicystyczne. Oczywiście autorzy często felietonują w swojej przestrzeni społecznościowej, dzieląc się tym, co leży im na bebechach, ale odniosłem wrażenie, że jeszcze nigdy tak ewidentnie nie zepchnęli na boczny tor zawodowego życia na rzecz spraw społeczno-politycznych. Tak, mam wrażenie, zrobili m.in. Wojciech Chmielarz, Szczepan Twardoch czy Jakub Żulczyk. Zwłaszcza ten ostatni, znany z dzielenia się bezkompromisowymi spostrzeżeniami na temat polskiej rzeczywistości, zbombardował swoją facebookową przestrzeń protestowymi publikacjami, jednocześnie przebijając się z nimi do mainstreamowych mediów (takich jak Onet).

    www.unsplash.com/Zuza Gałczyńska

    Ale równocześnie wielu autorów w żaden sposób nie odnotowało publicznie protestów. Dalej żyli w promocyjnym trybie: informowali o premierach, spotkaniach autorskich, pochlebnych recenzjach, promocjach. Postowali tak, jakby ich pisarska rzeczywistość nie stykała się z rzeczywistością ulic, czołówek mediów czy prywatnych dyskusji Polaków.

    Nie wiem, która postawa jest lepsza. Domyślam się, która jest uczciwsza.

    W marcu tego roku, jeszcze przed pandemią, namawiałem Was na smakksiazki.pl do starannego wyboru lektur. Sugerowałem, aby nie sięgać po utwory osób, z których poglądami fundamentalnie się nie zgadzacie. Za przykład podałem Zachara Prilepina, rosyjskiego narodowego bolszewika (walczył w Czeczenii, najechał Donbas), którego styl nawet mi się podoba, ale nie potrafię odseparować twórczości od poglądów autora. Przez to odczuwam poważny czytelniczy dyskomfort, stykając się z prozą Prilepina. A właściwie – odczuwałem, ponieważ podjąłem decyzję, aby już nie brnąć w tę literaturę.

    Prilepin nie kalkuluje. Nie zastanawia się, czy przez swoje opinie i zachowanie straci czytelników. Podejrzewam, że czuje się bardziej zdefiniowany przez światopogląd niż fach, jakim się zajmuje. W wywiadzie dla Booklips sprzed kilku lat stwierdził, że jest mu wszystko jedno, jak środowisko literackie (a pewnie także i czytelnicy) reagują na jego aktywności w sferze publicznej. Wierzę mu. Uwierzyłbym także Szczepanowi Twardochowi czy Jakubowi Żulczykowi, gdyby powiedzieli, że całkowicie im zwisa, w jaki sposób środowisko reaguje na wyrażane przez nich poglądy. Ale nie uwierzę, że autorzy regularnie odzywający się na Facebooku nie zabierają głosu na temat wyroku Trybunału Konstytucyjnego, ponieważ nie czują takiej potrzeby. Nie uwierzę, że sprawa zmian w prawie aborcyjnym nie wywołuje emocji w ludziach, którzy żyją ze sprzedawania emocji na kartach powieści. To coś zbyt osobistego (wszyscy mają żony, matki, siostry czy koleżanki), aby nie mieć nic do powiedzenia.

    Uwierzyłbym, gdyby wyznali, że milczą z powodu pieniędzy (nie chcą zantagonizować czytelników myślących inaczej) albo lenistwa.

    Sam odnosiłem się do protestów skromnie, co początkowo tłumaczyłem słabym publicystycznym refleksem (miałem wrażenie, że inni już dawno powiedzieli to, co sam chciałbym wyrazić) i brakiem czasu. Jednak brak czasu to łamliwy konstrukt, więc uczciwej powiedzieć, że nie publikowałem z lenistwa. I bardzo tego żałuję. Bo choć nie uważam, żeby autorzy mieli obowiązek zabierania głosu na każdy temat (wręcz przeciwnie: istnieje pierdyliard zagadnień, które w przestrzeni publicznej powinny być zarezerwowane dla ludzi z ekspercką wiedzą), to akurat w tym przypadku trudno milczeć. Tak uważa moja bańka społecznościowa. Podejrzewam, że Wasze również.

    Przekonałem się, że koszty milczenia mogą być srogie, kiedy kilka dni temu, wracając od wydawcy, na dwie godziny utknąłem w centrum Warszawy, tuż przed grupą protestujących. I gdy pomyślałem, że mój brak reakcji (w końcu zamiast strajkować, toczyłem normalne życie) mógłby zostać zinterpretowany jako poparcie dla decyzji TK, jako sygnał, że nie mam nic przeciwko odbieraniu kobietom wolności wyboru, zrobiło mi się potwornie głupio. Dlatego wyszedłem z samochodu i zacząłem krzyczeć. Dlatego dwa dni później przespacerowałem się w okolice Sejmu. Dlatego wziąłem udział (choć spóźniony) w piątkowej manifestacji. Bardzo, ale to bardzo nie chciałem być reprezentantem milczącej części społeczeństwa.

    PS. Jeśli się zastanawiacie, dlaczego protesty mają taką moc, obejrzyjcie dokument „The Last Dance” o legendarnej ekipie Chicago Bulls. Zwróćcie uwagę na fenomen doskonałych występów Michaela Jordana w starciach z ludźmi, którzy zaleźli mu za skórę. Gwiazdor Byków najlepiej grał wtedy, kiedy konfrontacja stawała się dla niego sprawą osobistą. Kiedy zwykła gierka przeobrażała się w prywatną wojną. Oczywiście w egocentrycznym świecie Jordana nie trzeba było zrobić wiele, aby mu podpaść – wystarczyło wyrazić opinię niezgodną z jego poglądem, wręczyć nagrodę komuś innemu niż on albo porównać go z niewłaściwym zawodnikiem. A wyrok TK – wraz ze wszystkimi społecznymi przyległościami – sprawił, że zmieniło się wiele. Dla mnie, dla autorów, dla was. Dla nas wszystkich.

    Krzysztof Domaradzki

  • Sztuczna inteligencja w kryminale – październikowy felieton Wojciecha Chmielarza

    W zeszłym tygodniu spotkałem się (wirtualnie) z Zygmuntem Miłoszewskim oraz Jakubem Szamałkiem, żeby pogadać trochę o wpływie nowych technologii na pisarską robotę. Rozmowę prowadził Kubę Szamałek i chyba wypadła dość interesująco (przynajmniej tak mi donosili czytelnicy). Mieliśmy jednak jeszcze poruszyć jeden temat, na który nie starczyło czasu. Czy kryminały będzie w przyszłości pisać za nas sztuczna inteligencja?

    No więc jestem przekonany, że to technicznie jak najbardziej możliwe. Już powstają pierwsze powieści napisane przez sztuczną inteligencję, jak „1 the road”, o której jeden z krytyków napisał, że nie ma tam żadnej fabuły, ale znalazło się w niej kilka uderzających i zapadających w pamięć akapitów. Z kolei firma ScriptBook chwali się, że w przeciągu pięciu lat opracuje program do pisania scenariuszy, którego dzieła będą lepsze od tych napisanych przez człowieka. Wierzę w te zapewnienia, bo na jakimś poziomie literatura to zbiór reguł, motywów, pomysłów, którymi można mniej lub bardziej swobodnie żonglować i układać z nich kolejne fabuły. Trudno wymyślić coś absolutnie nowego. Wszyscy mniej lub bardziej odbijamy się chociażby od campbellowskiej drogi bohatera, szukamy pierwszego i drugiego zwrotu akcji, skupiamy się na strukturze trzech aktów i tak dalej. Wszyscy też wiemy, że 99 proc. kryminałów zaczyna się od sceny, w której ktoś kogoś morduje, potem pojawia się śledczy, śledczy zabiera się za rozwiązywanie sprawy, po drodze ginie od pięciu do dziesięciu osób, a na końcu winny zostaje ukarany. Nie wygląda to jak coś, czego nie mogłaby napisać sztuczna inteligencja.

    www.unsplash.com/Michael Dziedzic

    Moim zdaniem jednak samo pytanie powinno być zadane inaczej. Czy ludzie będą chcieli czytać teksty napisane przez sztuczną inteligencję? No więc moim zdaniem, nie.

    Dlaczego? W klasycznej powieści „O czym śnią elektryczne owce” (na podstawie której potem Ridley Scott nakręcił kultowego „Blade Runnera”) Philip K. Dick zadaje pytanie, co różni człowieka od androida? I daje odpowiedź – empatia. To właśnie empatia, zdolność wczuwania się w drugiego człowieka, odróżnia nas od najbardziej inteligentnej nawet maszyny. Gdybym był złośliwy… Cholera, nie – po prostu, będę złośliwy i powiem, że już teraz niektóre powieści, nawet uznanych polskich autorów, wyglądają tak, jakby były napisane przez sztuczną inteligencję. Brakuje w nich po prostu empatii dla postaci. Czytam to i kręcę głową z niedowierzaniem i chcę raz po raz krzyczeć, że ludzie po prostu się tak nie zachowują! I nie chodzi mi o to poczucie, że JA zachowałbym się inaczej. Nie. Żadna żywa istota postawiona w takiej sytuacji nie zrobiłaby tego, co postać w tej powieści.

    No, ale takie książki też się sprzedają. Ku mojemu zaskoczeniu, mają też spore grono wielbicieli. I nie będę udawał, że to rozumiem. Gusta czytelnicze kilka razy mnie już zaskoczyły i zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

    Wciąż jednak uważam, że książka to miejsce spotkania dwóch istot ludzkich – czytelnika i pisarza. I w pewien sposób wspólnie tworzymy tę opowieść. Wspólnie ją przeżywamy. Ja, bo ją napisałem. Państwo, bo ją czytacie. A czytając, uruchomiacie swoją wyobraźnię. Przefiltrowujecie mojej słowa przez waszą wrażliwość, światopogląd, doświadczenie życiowe. Czytanie, które wydaje się być czynnością bardzo pasywną, jest w tym ujęciu czynnością wymagającą wielkiej aktywności. To wielka rozmowa. W książce szukam (i wierzę, że nie tylko ja) drugiego człowieka. Jego uczuć, jego przemyśleń, jego marzeń i obaw.

    I w tym upatruję nadzieję. Bo sztuczna inteligencja, zgodnie z zapowiedziami ScriptBook, może będzie pisała rzeczy lepsze od ludzi. Może będzie pisała od nas szybciej (nawet od Remigiusza Mroza) i może będzie żądała niższych honorariów.

    Ale czy będzie miała cokolwiek ciekawego do powiedzenia?

    Wojciech Chmielarz

  • „Czy możemy porozmawiać o książkach, proszę?” Wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Od lat powtarzam, że pisanie to jest głównie rzemiosło. I jak każdego rzemiosła, da się go po prostu nauczyć. Żeby to zrobić, trzeba robić dwie rzeczy. Po pierwsze pisać, po drugie czytać. Ale czytać krytycznie, z namysłem, zastanawiając się, co w danej książce działa, co nie i czego ja, jako twórca, mogę się z niej nauczyć.

    Dlaczego o tym wspominam? Bo kilka tygodni temu odbyła się na mojej facebookowej stronie dyskusja na temat tego, czy pisarz ma prawo krytykować/recenzować pracę innego pisarza. Nie wchodząc w szczegóły tej dyskusji, uważam, że tak. Z trzech podstawowych powodów. Po pierwsze, i najważniejsze, oprócz tego, że jestem pisarzem, jestem także czytelnikiem. Poświęcam czas na lekturę książek, czytam je starannie, i uważam (może na wyrost, ale to inna historia), że mam coś ciekawego na ich temat do powiedzenia. Po drugie, jako pisarz ma pewną unikalną wiedzę i perspektywę. Wydaje mi się, że patrząc/czytając z tej perspektywy widzę inne rzeczy niż zwykły czytelnik i chciałbym się swoimi przemyśleniami podzielić. Po trzecie w końcu, bo nikt inny tego nie zrobi.

    www.unsplash.com/Renee Fisher

    Serio, serio… Krytyka literacka w Polsce generalnie leży i kwiczy. Miejsca na rozmowy o książkach jest niewiele, a jeśli już się odbywają, to są bardzo płytkie. Podobało się lub nie, kilka słów argumentacji i tyle. Gdzie tu miejsce na namysł? Gdzie miejsce, żeby zastanowić się nad daną powieścią? Pomyśleć, co z niej wynika, dlaczego jest taka, a nie inna? Jasne, od razu zaznaczmy, są wyjątki. Ale to… no cóż… wyjątki właśnie. Ale nawet, gdyby było inaczej, gdyby poświęcono w szeroko pojętej literaturze więcej miejsca, to mielibyśmy inny problem. Mianowicie mało jest krytyków literackich, którzy znają się na literaturze gatunkowej, rozumieją, po co ona jest i jak działa.

    No dobra, ale po co mamy w ogóle o książkach rozmawiać? Pisząc z mojego punktu widzenia, żebym mógł pisać lepsze powieści i lepsze powieści czytać. Bo dobra literatura powstaje właśnie wtedy, kiedy się o niej dyskutuje! W tej chwili po prostu brakuje sensownego sprzężenia zwrotnego. Nikt nam, autorom, pisarzom, nie wskazuje błędów, jakie popełniliśmy podczas pisania, nikt nam nie pokazuje, co się nam udało, a co nie. W rezultacie te same pomyłki popełniamy w kolejnych powieściach i przestajemy się rozwijać. Albo próbujemy na oślep różne rzeczy, nie wiedząc, czy w ogóle idziemy we właściwym kierunku. Skutek jest tego taki, że cholera, różne moim zdaniem, negatywne zjawiska w gatunku, zamiast zanikać, pogłębiają się. Dostajemy coraz więcej kiepskich książek, ale wszyscy udajemy, że wszystko jest ok i poklepujemy się radośnie po plecach, jak to nam się gatunek znakomicie rozwija.

    Trochę to przypomina sytuację w polskiej piłce nożnej. Mamy coraz ładniejsze stadiony, coraz więcej ludzi chodzi na mecze, budżety klubowe puchną, podobnie jak piłkarskie pensje (tak, wiem koronawirus sporo zmienił), wszyscy się uśmiechają i zachwycają, ale potem przychodzą eliminacje do europejskich pucharów i mistrz Polski przegrywa z drużynami ze Słowacji, Mołdawii, Cypru, Białorusi czy Luksemburga. Więc jeśli zastanawiacie się Państwo, dlaczego świat nie oszalał na punkcie naszych kryminałów, to może odpowiedź jest taka, że nie oszalał z tego samego powodu, dla którego Legia nie podbiła Ligii Mistrzów.

    www.unsplash.com/Pedram Raz

    Inna sprawa, że często źle reagujemy na krytykę, ale też boimy się krytykować. To pierwsze czasami widać w internecie, ale nie ma co o tym rozmawiać. Ciekawi mnie drugie zjawisko. Podczas wspomnianej dyskusji u mnie na facebooku pojawiły się dwie osoby, które przyznały mi, że napisały recenzję „Wyrywy”, ale pewnie nie chcę ich czytać, bo są niepochlebne. Poprosiłem grzecznie, żeby jednak mi je pokazali. I byłem mocno zaskoczony, bo w mojej opinii obie chwaliły książkę. Jasne, w obu znalazły się krytyczne uwagi, ale pozytywów było więcej. Co więcej, co najmniej jedna z tych uwag dała mi sporo do myślenia i pozwoli mi lepiej w przyszłości pisać (przynajmniej mam taką nadzieję). Nie wiem, skąd u tych dwojga czytelników, obawa przed podzieleniem się ze mną recenzjami swoich książek. Nawet gdyby były one dużo ostrzejsze, to przecież bez sensu z mojej strony byłoby, gdybym się za to obrażał. Co więcej, sam bym sobie zaszkodził. Zdaję sobie sprawę, że popełniam błędy. Zdaję sobie sprawę, że mógłbym pisać lepiej. Ale żeby to zrobić potrzebuję pomocy.

    Potrzebuję kogoś, kto mi wskaże, co należy poprawić.

    Powiem szczerze, brakuje mi po prostu takiej poważnej rozmowy o książkach, literaturze, kryminale. Brakuje mi rozkładania książek na czynniki pierwsze, dogłębnych analiz, gadania o sukcesach i porażkach. Tak właśnie człowiek się uczy. Zdobywa nowe umiejętności. Uważam, że taka rozmowa dałaby nam wszystkim, autorom i czytelnikom, dużo dobrego.

    Ale póki co, zamiast tego, wolimy klepać się radośnie po plecach. Obyśmy z tego powodu nie skończyli, jak Legia w starciu ze Spartakiem Trnava.

    Wojciech Chmielarz

  • Czego warto wypatrywać w październiku?

    Październik równie obfity jak wrzesień, ale nie może być inaczej, bo przecież dziesiąty miesiąc roku to zawsze gwarant sporej liczby premier. Poklikałem, poszukałem, a efekty widzicie poniżej. Gdybym miał wydawać pieniądze na nowości, to z dużym prawdopodobieństwiem wybierałbym z tej listy. Macie swoich faworytów? Jest też kilka ciekawych wznowień, ale jednak to zestawienie dotyczy tylko nowości. Po kliknięciu w okładkę przeniesiecie się do sklepu, gdzie możecie przeczytać więcej o danym tytule, a także zamówić książkę.