Tag: Wojciech Chmielarz felieton

  • Wielkie wyparcie – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zastanawiam się ostatnio, jak będzie wyglądać literatura po pandemii. Niewątpliwie jest to bowiem doświadczenie, które przeorało naszą codzienność jak żadne inne w przeciągu ostatnich trzydziestu lat. Ale równocześnie jest ono bardzo nierównomiernie rozłożone. Także dlatego, że skutecznie je wypieramy.

    W ostatnim „Drugim śniadaniu mistrzów” Justyna Sobolewska powiedziała, że czeka nas druga Lombardia. Ja dodałem, że nie czeka, ale ona już tu jest. Bo w najbliższych tygodniach czekają na nas już nie rekordy zakażeń, ale rekordy zgonów. Ale one de facto już się wydarzyły. W tym sensie, że mamy te ponad 30 tysięcy zakażeń dziennie i już wiemy, że z tych 30 tysięcy około 2,5 procent umrze (oczywiście, zdaję sobie sprawę z problemów z liczeniem śmiertelności COVID 19 i z góry przepraszam za ewentualną pomyłkę). Co oznacza 750 zgonów. Ci ludzie jeszcze żyją. Być może nawet dobrze się czują. Ale tak naprawdę już jest po wszystkim. Ich przyszłość jest rozstrzygnięta. W tej grupie być może jestem ja. Prawie na pewno jest w niej ktoś z czytających ten felieton.

    koronawirus, fot: www.unsplash.com/CDC

    Oczywiście, nie da się żyć ze świadomością, że być może jest już po wszystkim. Jeśli czegoś nas nauczył ostatni rok, to tego jak silny jest mechanizm wyparcia w każdym z nas i jak mocno udajemy, że pandemii nie ma. Żeby była jasność, nie mam tu na myśli tych, którzy powtarzają, że to wszystko spisek Billa Gatesa, krzyczą, żeby włączyć myślenie, a w najlepszym razie twierdzą, że COVID to taka zwykła grypa. Chodzi mi o ludzi takich, jak ja, którzy wiedzą, co się dzieje, noszą maseczki, uważają na siebie i śledzą statystyki. Ale równocześnie, kiedy tylko to możliwe, wypieram pandemię z mojej głowy. Staram się udawać przed samym sobą, że jest normalnie. Przestaję śledzić informacje o zapaści w służbie zdrowia, nie czytam już na facebooku opowieści wracających z dyżury lekarzy. Zmieniam kanał, kiedy na ekranie pojawia się covidowy reportaż. Wiem, że jest źle. Wiem, że będzie jeszcze gorzej. Ale po roku jestem tym strasznie zmęczony. Potrzebuję poudawać przynajmniej, że nic złego się nie dzieje.

    Wiele osób twierdzi, że po pandemii wszyscy lub prawie wszyscy będziemy musieli zmagać się z syndromem stresu pourazowego. A przecież pandemia doświadczyła nas w różnym stopniu. Sam uważam się za szczęściarza. Moi bliscy są bezpieczni. Nie musiałem zamykać firmy, nie straciłem dorobku życia ani nawet pracy. Jedyne, co mnie spotkało, to pewne drobne niedogodności. Jak mogę się więc równać z tymi, którzy przechorowali tę straszną chorobę? Lub musieli pożegnać swoich bliskich? Jak będę mógł po wszystkim rozmawiać z lekarkami, pielęgniarzami, ratownikami, wszystkimi pracownikami systemu opieki zdrowotnej, którzy przeżyli straszną jesień, a przeżywają jeszcze straszniejszą wiosnę? Nasze doświadczenia są przecież diametralnie inne. Czy będziemy w ogóle w stanie zgodzić się co do tego, co się właściwie wydarzyło? A to wyparcie, wyparcie, które teraz jest ratunkiem dla naszej psychiki, będzie to później jeszcze bardziej utrudniać. Co będę ja i inni szczęściarze (a przecież pomimo wszystko, trochę nas jest) wspominać za rok czy dwa? Będziemy opowiadać zabawne anegdotki o nielegalnych spacerach po lesie, podziemiu fryzjerskim i fitnesowym, zapominając o towarzyszącej nam teraz niepewności i strachu? Jak na nasze wybuchy śmiechu będą reagować ci, którzy czekali godzinami z umierającymi bliskimi na przyjazd karetki? A jak ci, którzy w tychże karetkach pędzili z chorym po kilkadziesiąt kilometrów, bo w odległym szpitalu było jedyne wolne miejsce? Przydałaby się nam wielka narodowa terapia. Ale ponieważ polska psychiatria wygląda, jak wygląda (nie ze względu na brak zaangażowania lekarzy, ale chroniczne niedoinwestowanie), raczej nie możemy na nią liczyć. Lubię myśleć, pewnie naiwnie i życzeniowo, że pomoże nam literatura.

    www.unsplash.com/Ed Robertson

    Bo trochę tym właśnie jest, prawda? Wielką rozmową o tym, co się wydarzyło i co nas czeka. Próbą podzielenia się różnymi doświadczeniami. Nauką empatii. Oczywiście, pełni też funkcję eskapistyczną. I szczerze mówiąc, to zalewu takich książek początkowo się spodziewam. Ba! Sam takie piszę! Ani w „Prostej sprawie”, ani w nadchodzącym „Wilkołaku” nikt nie nosi maseczek. Nie znają nawet tego słowa – koronawirus. Ale prędzej czy później będę musiał się z tematem COVIDu zmierzyć. Podobnie jak inni autorzy. Co nam z tego wyjdzie? Chyba nawet nie ośmielę się prognozować. Wiele zależy od tego, co nas jeszcze czeka. Mam jednak nadzieję, że my jako pisarze damy radę. I jak już będzie po wszystkim, trochę pomożemy w zrozumieniu tego, co się właśnie dzieje i jak to zmieni świat. To będzie nasza taka popandemiczna odpowiedzialność. Bo jeśli nie będziemy potrafić tego zrobić, to może literatura wcale nie jest taka ważna, jak mi się wydaje.

    Wojciech Chmielarz

  • Co przeczytać w wakacje? Poleca Wojciech Chmielarz

    Po bardzo dziwnym roku szkolnym, który zakończył się trochę w marcu, a trochę we wrześniu. Dużo było nerwów, dużo niepewności, dużo pracy z dziećmi, ale w końcu zaczęły się wakacje. I wobec tego można myśleć o urlopowych lekturach

    Na początek zła wiadomość. Liczcie się Państwo z tym, że we wrześniu dzieci nie wrócą do szkoły. Pomimo tego, co twierdzi pan premier, pomimo tego, co opowiada pan minister edukacji. Serio, przygotujcie się psychicznie i fizycznie do nauczania domowego. W obecnej sytuacji po prostu nie jesteśmy w stanie przewidywać tego, jak będzie wyglądać Polska za dwa miesiące. Czy sobie poradzimy z wirusem, czy nie? Ja jestem generalnie pesymistą, ale Szanowni Państwo, jeśli mam rację, to we wrześniu będziecie jako tako przygotowani do tego, co was czeka. Jeśli się mylę, to czeka was miła niespodzianka. I żeby była jasność – naprawdę liczę na to, że nie mam racji.

    A teraz przejdźmy do wakacyjnych lektur. Na początek dwa tytuły, o których dużo mówiłem, dużo pisałem i uważam, że w te wakacje to jazda obowiązkowa. A więc „Topiel” Jakuba Ćwieka, niesamowita opowieść o dojrzewaniu i powodzi z 1997 roku. Jedna z najlepszych książek, które czytałem w tym roku. Druga to „Kwestia ceny” Zygmunta Miłoszewskiego. Miłoszewski kazał nam czekać na drugą powieść ponad dwa lata, ale było warto. Mądra, sensacyjna, kipiąca akcją letnia przygoda.

    www.unsplash.com/Link Hoang

     

    A teraz trzy książki, o których Państwu jeszcze nie opowiadałem. Najpierw Magda Stachula i „Strach”, który powraca”. Książka, na okładce której znajdziecie Państwo moją polecankę. „Strach, który powraca” to kontynuacja debiutanckiej „Idealnej”. I po raz kolejny Stachula postawiła na swoje znaki rozpoznawcze – mocny obyczaj połączony z równie mocnym thrillerem, małżeńskie problemy, przeplatające się wątki i wreszcie, kobiecy punkt widzenia. Bo od dawna uważam, że polski kryminał, nawet ten napisany przez kobiety i nawet z kobiecymi bohaterkami, przedstawia świat jednak z perspektywy męskiej. Stachula zrywa z tym schematem. Znalazła swój język i swój sposób na opisywanie kryminalnych historii. Czytałem to z dużą przyjemnością i satysfakcją. Oczywiście, najlepiej zacząć od „Idealnej”.

    Również z perspektywy kobiecej napisała swoją powieść „Od jednego Lucypera” Anna Dziewit – Meller. To rodzinna saga o śląskiej rodzinie, która rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu II Wojny Światowej. Ludowa władza jest już mocno na Śląsku umocowana, ale ciągle niepewna i brutalna. Polska zmaga się właśnie z najgorszym okresem stalinizmu, a kobiety nagle zachęcane są do pracy w fabrykach, kopalniach i hutach. I teraz tak – to, nie mam żadnych wątpliwości, kawał świetnej literatury. Ale to też literatura, która ma swój ciężar, napisana miejscami na czystym wkurwie, nie mająca dla czytelnika litości i bezwzględna. Kilka razy musiałem odkładać tę powieść na bok, żeby odetchnąć. Dziewit-Meller opowiada o codzienności śląskich kobiet (chociaż nie udawajmy, jest to opowieść mocno uniwerasalna), o przemianach, które zachodziły i o wiecznym zniewoleniu, które miało różne formy i oblicza. „Od jednego Lucypera” powinna się pojawić w księgarni w połowie lipca.

    I Stachulę, i Dziewit- Meller, chociaż mają te powieści różny ciężar gatunkowy, powinni przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Bo to są pozycje, które potrafią otworzyć oczy. Pokazują świat widziany kobiecymi oczyma i cholera jasna, nie jest to wesoły obrazek. I obie te książki odkładałem z taką myślą, że fajnie, że urodziłem się facetem. Ale był w tej myśli również jakiś wyrzut sumienia.

    www.unsplash.com/Mohamed Ajufaan

    A na koniec coś autentycznie lżejszego, czyli „Dzień rozrachunku” Johna Grishama. Trochę wstyd przyznać, ale jest to pierwsza powieść tego autora, którą czytałem (chociaż widziałem wcześniej kilka ekranizacji). Kawałek solidnej literatury rozrywkowej. Jest intryga, są bohaterowie, z którymi moglibyśmy się utożsamiać, są nawiązania do historii II Wojny Światowej, wreszcie kilka zwrotów akcji. Ciekawe i idealne na plaże, chociaż mam wrażenie (słuszne lub nie), że napisane mocno mechanicznie. Pozbawione znamion indywidualnego stylu. Taka powieść skrojona pod listy bestsellerów. Ale przyznam, przeczytałem do końca i dobrze się bawiłem.

    No to na dobry początek sezonu wakacyjnego – pięć pozycji. A ja w miarę możliwości i szybkości czytania, będą dorzucać kolejne. A póki co – miłego odpoczynku. Zbierajcie siły na wrzesień.

    Wojciech Chmielarz

  • „Będzie słuchane” – marcowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Zacznę od największej słabości tego tekstu, którym jest moim zdaniem brak liczb. Pomimo prowadzonych poszukiwań, nie udało mi się znaleźć żadnego sensownego raportu, który przedstawiałby kształt i wartość rynku audiobooków w Polsce. Mam jednak wrażenie, jako tego rynku w pewnym sensie aktywny uczestnik, że dzieje się na nim bardzo, ale to bardzo dużo.

    W skrócie, myśl przyznaję mało odkrywcza, popularność audiobooków, ale także podcastów rośnie. Widzę to u siebie, patrząc w raporty na temat sprzedaży moich książek (Państwo wybaczą, ale nie mogę, związany umowami, podzielić się danymi), widzę rozmawiając z czytelnikami, których coraz większa liczba moje książki zna właśnie z wersji audio. Widzę wreszcie półki w marketach zastawione sprzętem do nagrywania podcastów.

    www.unsplash.com/Malte Wingen

    Jestem w stanie tę rosnącą popularność zrozumieć. Tradycyjnym tzw. medium towarzyszącym, czyli medium, które jak to się mówi popularnie ma grać w tle, jest radio. Tylko, że radio słuchacza takiego jak ja (a nie jestem na pewno jedyny) zawodzi. Coraz mniej w nim zwyczajnie ciekawych audycji. Mam wrażenie, że najpopularniejsze stacje radiowe przez większość czasu antenowego zajmują się jednym i tym samym, próbują nas nakłonić, żebyśmy wysłali smsa i wzięli udział w tym cholernym konkursie, w którym mamy wygrać górę pieniędzy lub nowy samochód. Ten ciąg namów i obietnic, że wystarczy tylko jeden sms, żeby cieszyć się spływającymi na konto tysiącami złotych przerywany jest tylko wiadomościami i wywiadami z politykami, którzy jak to politycy, rzadko mówią coś nowego i ciekawego, a koncentrują się na kolejnej rundzie nudnej i przewidywalnej partyjnej nawalanki. No i do tego muzyka, która jest taka sama i idealnie sformatowana pod gust niby przeciętnego Polaka. Oczywiście, są radiostacje, które próbują zaistnieć inaczej. Proponują ciekawsze, bardziej ambitne lub przynajmniej trochę inne treści, ale z nimi jest ten problem, że trudno się je odbiera poza wielkimi miastami. Nic dziwnego, że coraz częściej Polacy sięgają po podcasty na interesujące ich tematy, które do tego mają tę zaletę, że są dostępne wtedy, kiedy chcemy, i audiobooki.

    Na rynku audiobooków zaczęło się zresztą w ostatnich latach bardzo dużo dziać. Zaczęła chyba audioteka.pl, która wystartowała ze swoimi superprodukcjami. Jeśli ktoś nie słuchał, to serdecznie zachęcam. Najlepsi polscy aktorzy, efekty dźwiękowe, muzyczne, wszystko w najwyższej jakości. Sama przyjemność słuchania. Jakoś w podobnym momencie pojawił się na polskim rynku storytel.pl i mocno zamieszał. Najpierw modelem abonamentowym, a potem ofertą, kiedy zaczęli wrzucać do swojego katalogu własne oryginalne produkcje. Tym samym tropem zdaje się iść EmpikGo, który już zrobił serial audio „Chaos” na podstawie popularnej książki „Szczury Wrocławia” Roberta J. Szmidta. A żadna z tych firm nie zamierza na tym poprzestać. Każda szuka nowych treści i nowych sposób na zainteresowanie klienta.

    Audiobooki i literackie słuchowiska stają się więc czymś modnym. Co ciekawe, jak pokazują dane z zagranicy, sięgają po nie przede wszystkim ludzie młodzi, dla których słuchanie staje się naturalnym i dominującym sposobem kontaktu z literaturą. Nie jestem z tych, którzy załamują w tym momencie ręce i twierdzą, że audiobook to nie prawdziwa książka. Jakiekolwiek wartościowanie tych dwóch czynności wydaje mi się pozbawione sensu. Oczywiście, słuchanie to nie czytanie. Pracują inne części mózgu. Istotny jest także wpływ lektora, który czytając w ten lub tamten sposób, niejako narzuca interpretację książki. Niemniej, audiobooki mają jedną kolosalną zaletę – można ich słuchać w tych momentach, kiedy po prostu nie możemy czytać – podczas jazdy samochodem, biegania, ćwiczeń czy gotowania obiadu. Audiobooki są dla mnie więc dodatkowym kanałem kontaktu z literaturą, który nie tyle konkuruje, co współistnieje z tradycyjnym czytelnictwem.

    Ten wzrost popularności audiobooków jest też dla mnie źródłem nadziei, bo pokazuje, że pomimo wszystko, ludzie mają potrzebę kontaktu z dobrą opowieścią i tego kontaktu po prostu szukają. I patrząc na to, co się dzieje, nie zdziwię się, jeśli w najbliższym czasie kilku najciekawszych literacko książek raczej będziemy wysłuchiwać niż je czytać.

    Wojciech Chmielarz

  • „Dlaczego boję się 2019 roku?” Styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Jakub Szamałek, Jędrzej Pasierski i Bartosz Szczygielski, to trzech polskich autorów, z którymi rozpocząłem rok 2019. I każdy z nich napisał książkę co najmniej bardzo dobrą.

    O Jakubie Szamałku i jego „Cokolwiek wybierzesz” pisałem już sporo u siebie na facebooku. Tutaj powtórzę tylko, że to bardzo udana powieść. Dostępna jest już zresztą na rynku, więc każdy może po nią sięgnąć i sam się przekonać. Na powieści pozostałych dwóch autorów trzeba jeszcze kilka dni poczekać. Pierwszym z nich jest Jędrzej Pasierski ze swoimi „Roztopami”, czyli drugą częścią cyklu o podkomisarz Ninie Warwiłow. Pierwszy tom „Dom bez klamek” dział się w Warszawie. W drugim Pasierski wysyła swoją bohaterkę w Beskid Niski. Już tym mnie ujął, bo osobiście uważam, że dobre cykle kryminalne cechują się tym, że pierwszy tom dzieje się w wielkim mieście, a drugi w jakiejś zagubionej mieścinie w polskich górach (okej, na odczepnego może też być Sandomierz).

    Jędrzej Pasierski, fot: smakksiazki.pl

    No dobra, ale teraz to już na poważnie. Pierwsza rzecz, która mnie ujęła w „Roztopach” to język. Pasierski po prostu pięknie pisze i trochę mu tego zazdroszczę. Jego zdania są precyzyjne, porównania i metafory trafione, a równocześnie jest w swoim pisaniu bardzo oszczędny. Nie ma tutaj żadnego zbędnego słowa. Przez tę powieść po prostu się płynie. Druga rzecz, to sama podkomisarz Nina Warwiłow. Świetnie zbudowana i przemyślana postać. Wieloznaczna, niekoniecznie kryształowa, czasami trudna, nieustępliwa. Bardzo prawdziwa, w taki zwyczajny, ale również fascynujący sposób. Nie chcę za dużo o niej tutaj opowiadać, żeby nie spoilerować, ale to taka bohaterka, o której można gadać i gadać, analizując jej kolejne decyzje życiowe. Zresztą, już po jednej takiej dyskusji jestem. No i wreszcie intryga. I to jest kolejna rzecz, za którą Pasierskiego muszę pochwalić. Bo to nawet nie chodzi o to, że ona się trzyma kupy, jest logiczna, a jedno wynika z drugiego. Nie. Przede wszystkim imponuje mi jej precyzja. Znowu, nie chcę za wiele zdradzać, ale jest w tej książce jeden element, który mnie absolutnie zachwycił. Element, na który wielu czytelników być może nawet nie zwróci uwagi, ale dla mnie jest dowodem tego, jak ta historia jest dokładnie przemyślana i zaplanowana. Tam nie ma ani jednej luźnej nitki. Chodzi o motywację jednej z postaci. Najpierw poznajemy jedną wersję. Która byłaby nawet wystarczająca. Odrobinę za prosta, ja sam kręciłbym nosem, ale w sumie to nawet, zawieszając trochę niewiarę, kupiłem ją. Ale potem Pasierski przedstawia nam drugą wersję tej samej historii. Tą prawdziwą. I tutaj kurczę zrobił na mnie wrażenie, bo już naprawdę nie miałem się do czego przyczepić. No i teraz najważniejsze – Pasierski mógł pójść na łatwiznę. Mógł zostać przy pierwszej wersji. Ale wybrał trudniejszą drogę. I wygrał na tym. Naprawdę od bardzo dawna nie czytałem tak dobrze skonstruowanego kryminału. Na jednym ze spotkań Pasierski powiedział, że odwołuje się do dziedzictwa Agathy Christie. Że to jest ten rodzaj kryminału, który najbardziej mu odpowiada. Powiem tak, „Roztopy” to książka współczesna i napisana w nowoczesny sposób. Ale czuć w nim ducha Christie. Naprawdę go czuć.

    Bartosz Szczygielski, fot: Maksymilian Rigamonti/ Wydawnictwo WAB

    Z kolei Bartosz Szczygielski kończy „Sercem” swoją trylogię o komisarzu Gabrielu Bysiu z Pruszkowa. Od razu się przyznam, że czytałem tylko pierwszą i ostatnią część. Pierwsza, „Aorta” zrobiła na mnie dość duże wrażenie. Niestety, miała jedną, bardzo dużą wadę konstrukcyjną, która mocno psuła odbiór całości. „Serce” jest już tych błędów pozbawione. Tak jak u Pasierskiego to bardzo solidnie przemyślana i przepracowana historia. Idzie do przodu, logicznie się rozwija i ma mocny finał. Bohaterowie są specyficzni, ale mocni i wyraziści. Przede wszystkim jednak Szczygielskiemu udało się w przeciągu pracy nad trzema książkami, coś czego niektórym innym autorom nie udaje się osiągnąć całe życie – dorobił się własnego stylu. Pisze więc Szczygielski powieści mroczne, ciężkie, brudne, często nieprzyjemne. Nie ma litości ani dla swoich bohaterów, ani dla czytelników. Nie oszczędzi nam niczego.

    Czytając „Serce” i mając w pamięci „Aortę” kiwałem z uznaniem głową nad rozwojem twórczym Szczygielskiego. To jest już inny pisarz niż przy debiucie. Znacznie lepszy i dojrzalszy. Ale mam też wrażenie, że bohaterowie wykreowani w pierwszej książce, wydawali się krępować autora. Nie pozwalali mu w pełni rozwinąć skrzydeł. Przecież nie mógł zignorować tego, co opisał w poprzednich dwóch książkach. Musiał pozamykać wszystkie wątki, opowiedzieć historię Bysia do końca. I żeby była jasność – „Serce” to bardzo dobry kryminał. Ale aż boję się myśleć, co Szczygielski nam zaserwuje, kiedy będzie mógł opowiedzieć zupełnie nową i zupełnie świeżą historię. Boję się i nie mogę się doczekać.

    www.unsplash.com/Emily Morter

    To chyba dobry moment, żeby odpowiedzieć na pytanie zadane w tytule tego felietonu. Trzy pierwsze kryminały przeczytane w 2019 roku. Trzy znakomite książki. Odpowiadając żartobliwie – boję się, bo konkurencja w gatunku zrobiła się naprawdę ostra. A przecież to nie wszystko. Bardzo dobre recenzje zbiera Piotr Rozmus z „Piętnem mafii” i Marta Matyszczak z „Morderstwem w Hotelu Kattowitz”. Sporo szumu zaczyna robić wokół siebie Grzegorz Kalinowski z „Grą w oczko”. A to tylko dwa pierwsze miesiące tego roku! A co dalej? Następną książkę zapowiada Anna Kańtoch i Ryszard Ćwirlej. Plotkuje się o kolejnej pozycji od Marty Guzowskiej, a swój pierwszy kryminał ma wydać Jakub Ćwiek. Oj będzie się działo. Zobaczycie Państwo, 2019 to będzie bardzo dobry rok dla polskiego kryminału.

    Wojciech Chmielarz

  • „Nostalgia”, listopadowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Kilka dni temu odwiedziłem swoje rodzinne Gliwice. W drodze na spotkanie autorskie przejeżdżałem obok domu dawnej koleżanki z podstawówki. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że w jej mieszkaniu znajduje się teraz sklep z trumnami. Trudno o lepszy symbol przemijania

    Jestem już w tym wieku, a może to kwestia charakteru, kiedy proces przemijania wprowadza mnie w nostalgiczny nastrój. Najczęściej dzieje się tak właśnie w Gliwicach. Co jest dość łatwe do wytłumaczenie. Bywam tam dość często, mniej więcej raz w miesiącu, ale na krótko. Dzień, dwa, rzadko dłużej. Trzymam się jednej okolicy, rzadko wypuszczając się na dalsze wędrówki. Są więc takie rejony miasta, których nie odwiedzałem od lat. I one potrafią mnie zaskoczyć.

    Teraz okazją do wizyty było spotkanie autorskie organizowane przez radę osiedla Wójtowa Wieś. To dzielnica Gliwic, którą opisałem w „Zombim” i częściowo w „Wampirze”. Spędziłem w tej okolicy wczesne dzieciństwo. Przez długie lata mieszkali tam moi dziadkowie, a ja chodziłem tam do szkoły.

    Gliwice, fot: Urząd Miasta w Gliwicach (www.gliwice.eu)

    Moja babcia mieszkała w niskim bloku z lat sześćdziesiątych lub pięćdziesiątych. Na podwórku przed budynkiem znajdowały się dwie betonowe budowle – wyjścia ewakuacyjne ze schronów przeciwlotniczych. Wspinałem się na nie, zeskakiwałem z nich, udawałem, że to wojskowe bazy, okręty, samoloty, oblężone przez hordy wrogów zamki. Miały tysiące funkcji. Najważniejsza była jednak wierzba. Potężne, ogromne drzewo, które zawładnęło niemalże całym podwórkiem. Jej witki tworzyły coś na kształt wielkiego klosza. Pod nim panował wieczny półmrok. Powietrze było wilgotne, a wokół unosił się lekki zapach zgnilizny. Te same witki mogły robić potem za liany, bicze, gałęzie były mieczami. Teraz tej wierzby nie ma. Pozostał po niej tylko nisko ucięty pieniek. Kiedy go po raz pierwszy zobaczyłem, długo przypatrywałem mu się z rosnącym niedowierzaniem. Chociaż to głupie, poczułem się tak, jakbym stracił kogoś bliskiego.

    Takich zmian jest zresztą dużo, dużo więcej. Nie ma już dziury w płocie na najkrótszej drodze pomiędzy szkołą podstawową, a sklepem, gdzie kupowaliśmy bułki z majonezem. Przy okazji spotkania dowiedziałem się zresztą, że był to przysmak nie tylko lokalny, ale także pokoleniowy. Młodsze klasy rozkoszowały się już bowiem bułkami z ogórkiem, daniem równie tanim, a nieporównanie zdrowszym. Zamiast pętli tramwajowej jest parking i dyskont „Biedronki”. No i co naturalne, wszystko wydało mi się teraz jakby mniejsze. Przestrzenie pomiędzy blokami uległy skróceniu, trasy moich heroicznych wędrówek okazały się odpowiednie na spokojny, niedługi spacer. Być może również wierzba nie była też tak potężnych rozmiarów, jak to zapamiętałem. Samo miejsce spotkania było zresztą również pod tym względem symboliczne. Restauracja „Pod więzami” to elegancki, szykowny lokal z nienaganną obsługą w śnieżnobiałych koszulach. Kiedyś mieścił się tam bar „Bartosz”. Prawdziwa mordownia obok, której strach było nawet przechodzić.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    To dziwne, ale dopiero podczas tego niedawnego spotkania, odpowiadając na pytania z sali, zdałem sobie sprawę, dlaczego napisałem „Wampira” i „Zombiego”. Chciałem po prostu ocalić swoje wspomnienia z dzieciństwa – te wszystkie miejsca, zapachy, obrazy. Zapisać je na czymś twardszym, bardziej trwałym niż niepewne zakamarki mojej pamięci. Zakonserwować w słowach, zanim wszystko się nieodwracalnie zmieni.

    Wracałem tą samą drogą. Znowu spojrzałem w okna mieszkania mojej koleżanki i ze zdumieniem zauważyłem, że ktoś kręci się po kuchni. Nie byłem pewien, czy to ona, jej mama, a może ktoś inny. Nie miało to zresztą żadnego znaczenia. Zniknął przecież sklep z trumnami! Ze zdumieniem przecierałem oczy, aż zorientowałem się, że tak naprawdę znajduje się on dwie klatki dalej. Za pierwszym razem po prostu pamięć spłatała mi lekkiego figla. Poczułem miłą ulgę. Tak jak salon z trumnami był dla mnie symbolem przemijania, tak moja pomyłka stała się symbolem tego, że mimo upływu lat, jednak nie wszystko się zmienia.

    Wojciech Chmielarz

  • „Jak przestałem kochać twisty”, wrześniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Kryminał jako gatunek zmaga się z kilkoma schorzeniami. Przesadna pogoń autorów za spektakularnym twistem jest chyba najpoważniejszym z nich wszystkich.

    Zacznijmy od tego, żeby wytłumaczyć sobie, czym ten twist jest. W skrócie, to nieoczekiwany zwrot akcji lub niespodziewane zakończenie, które do góry nogami wywraca całą fabułę powieści. Dokładnie tak, jak w absolutnie klasycznej powieści, jaką jest „Zabójstwo Rogera Ackroyda” Agathy Christie. Finał jest taki, że po jego poznaniu właściwie chcemy przeczytać całą powieść od początku, żeby zobaczyć, czy wszystkie wątki naprawdę tak ładnie się zgadzają. Co więcej, pomimo wielu lat od premiery „Zabójstwo…” ciągle się broni. Mam wrażenie, że odrobinę się zestarzało w sferze języka, ale strukturalnie to ciągle majstersztyk, któremu mało kto potrafi dorównać. Inny przykład? „Zaginiona dziewczyna” Gillian Flynn. Fantastyczny zwrot akcji w połowie książki, który wywraca historię do góry nogami. Z mniej znanych autorów, świetny twist wyszedł Johanowi Theorinowi w „Świętym Psycholu”.

    Dobry twist to skarb. Przyzna to każdy autor kryminałów. Zostawia on czytelnika z szeroko otwartymi ustami, zdumionego, że dał się aż tak zrobić w konia, a przy tym jednak literacko usatysfakcjonowanego. Bo po to też czytamy kryminały – żeby dać się autorowi oszukać. Problem pojawia się w chwili, kiedy autor szuka tego niespodziewanego zwrotu akcji na siłę. A takich książek, mam wrażenie, że jest coraz więcej.

    www.unsplash.com/Alfons Morales

    Ostatnio tak miałem z dwoma dość głośnymi tytułami. Czytało się w miarę łatwo, umiarkowanie przyjemnie, ale mniej więcej potrafię zrozumieć, skąd się bierze ich popularność. Wraz z kolejnymi stronami pojawiały się kolejne fabularne zgrzyty. Trochę kręciłem nosem, ale ciągle miałem nadzieję, że autorzy to jakoś naprostują. A potem następował twist, a ja za każdym razem zdębiałem. Ale nie ze zdumienia. Ze złości. Bo za każdym razem nie miały one żadnego sensu. Oba nie rozwiązywały żadnych fabularnych problemów, ale tworzyły gigantyczne logiczne dziury. Miałem wrażenie, że twórcy nawet nie próbowali ich załatać. Miał być zwrot akcji, to jest, proszę bardzo, czekam na oklaski. Tylko ja osobiście poczułem się jako czytelnik obrażony. Cholera, czytałem w swoim życiu książki lepsze i gorsze. Czytałem nawet takie zupełnie złe. Ale za każdym razem czułem, że pisarz się mniej lub bardziej starał. Nawet jeśli mu nie wychodziło, to przynajmniej . Nie tym razem. Tym razem autorzy pokazali, że mają mnie w swoich czterech literach. O co dokładnie chodziło? Nie opowiem, bo nie chcę zdradzać nazwisk twórców, ale generalnie były to zwroty akcji w typie kopniaka w jaja. O co dokładnie chodzi? Proszę sobie wyobrazić, że zapraszacie mnie na obiad. Przychodzę. Jemy rosół, potem schabowego. Rozmawiamy sobie o literaturze i o innych rzeczach. Jest bardzo miło i sympatycznie. W momencie, kiedy na stole pojawia się ciasto i kawa, podrywam się na równe nogi, wywracam stół, kopię gospodarza w krocze i wychodzę. Czy byłoby to zaskakujące? Niewątpliwie. Czy miałoby jakikolwiek sens? Żadnego. A jednak takie książki nie tylko są wydawane, ale co więcej – świetnie się sprzedają.

    www.unsplash.com/Elijah O’Donell

    Zacząłem się zastanawiać, czy naprawdę bezsensowny twist wystarcza, żeby zastąpić postacie, fabułę, dialogi, opisy, słowem wszystko? Mam nadzieję, że nie. Ale ciągle mnie to dręczy. Mam wrażenie, że gatunek podąża w ślepą uliczkę. Że ta pogoń za twistem będzie nas wszystkich drogo kosztować. A przecież – nie zawsze o to chodzi. Jednym z najciekawszych kryminałów, jakie niedawno czytałem było „Miasto Glin” Karin Slaughter. Intryga była tam solidna, ale szału nie robiła. Za to opis Atlanty lat siedemdziesiątych! Opowieści o pierwszych policjantkach, które walczyły o szacunek swoich kolegów! Kawał wspaniałej, fascynującej literatury. „Łaska” i „Wiara” Anny Kańtoch. Nieustannie chwalę obie te powieści i nie mogę doczekać się „Pokuty”. Ale w przypadku pierwszej z nich dość szybko domyśliłem się, kto jest sprawcą. W przypadku drugiej nie, ale też rozwiązanie intrygi nie było aż tak rewelacyjne. Ale to nie miało aż tak wielkiego znaczenia. Liczyła się sama opowieść, jej intensywność, nastrój, język. Wspaniałe są te książki. Podobnie ze „Skazą” Roberta Małeckiego. To co buduje siłę tej powieści to bohaterowie drugoplanowi i ponury obraz dnia codziennego gliniarza z prowincji.

    Chcę państwu chyba powiedzieć, że kryminał jest wspaniałym, bogatym gatunkiem, który ma o wiele więcej do zaoferowania niż kopniak w krocze z zaskoczenia. Wystarczy tylko trochę poszukać.

    Wojciech Chmielarz

  • „Państwo redaktorstwo”, kwietniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Co pewien czas docierają mnie plotki o tym, czy tamtym pisarzu, polskim czy zagranicznym, że odmawia współpracy z redaktorami. Ma być tak, jak on chce albo wcale. Zawsze podnoszę wtedy brwi w wyrazie zaskoczenia, bo wydaje mi się, że pisarz może sobie tylko w ten sposób zaszkodzić.

    Żeby była jasność – relacja pisarz – redaktor, potrafi być skomplikowana. Pełno w niej kłótni, ciągnących się przez dziesiątki maili sporów, mniejszych i większych pretensji o niezrozumienie tekstu oraz czepialstwo. Przynajmniej ze strony autora (bo tylko taką stronę znam). Ale tylko podczas redakcji tekstu. Bo kiedy dostaję do ręki gotową książkę, czuję tylko głęboką wdzięczność. Zawsze jednak miałem tę obawę, że nie wyraziłem jej wystarczająco. W związku z tym potraktujcie Państwo ten felieton, jako podziękowanie dla wszystkich redaktorów, z jakimi miałem okazje przez te lata pracować. Bo dobry redaktor to skarb i potrafi bardzo pomóc książce. Mam na to trzy dowody.

    Pierwszym redaktorem, z którym pracowałem był Tomasz Zając w wydawnictwie „Czarne”. Przyznam szczerze, narobił się przy „Podpalaczu”. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy otworzyłem zredagowany przez niego tekst, uderzyła mnie fala czerwieni. Skreśleń, poprawek, pytań, uwag. Słowem, tekst wyglądał, jak dyktando ucznia, który nigdy nie miał styczności z językiem polskim, po sprawdzeniu przez nauczyciela. W „Podpalaczu” miałem zresztą kilka swoich ulubionych fragmentów. Takich, które wydawały mi się szczególnie literacko udane. Mówiły coś ważnego o bohaterach, naszej rzeczywistości, ludziach. Wszystkie, ale to dosłownie wszystkie zostały skreślone z jednym dopiskiem – za długie. I wiecie, co? Redaktor miał rację. One były za długie. Powieść traciła przez nie swój rytm. Nie pasowały stylistycznie do reszty tekstu. I koniec końców, nie były też tak odkrywcze. Przy kolejnych powieściach Tomasz Zając nie musiał się już tak napracować (przynajmniej tak to ja pamiętam, może on ma inne zdanie na ten temat). Solidnie odrobiłem lekcję, którą mi przekazał.

    Karolina Macios zajmowała się redakcją „Cieni”. Napisała do mnie po przeczytaniu tekstu. Pogratulowała. Stwierdziła, że bardzo udany i dodała kilka miłych dla autora komplementów. A na koniec zadała jedno pytanie: Dlaczego Mortka nie zrobił pewnej rzeczy? Prychnąłem wtedy pod nosem. Rozgrzałem palce, szykując się do napisania jej długiego, lekko kpiącego maila, w której wytłumaczę jej meandry fabuły, motywacje postaci i dodam kilka wtrętów na temat sztuki pisania kryminałów w ogólności. Ale dłonie zamarły mi nad klawiaturą, bo zdałem sobie sprawę, że odpowiedź na pytanie Karoliny brzmi: bo gdyby Mortka zrobił tę rzecz, książka skończyłaby się po jakichś pięćdziesięciu stronach. Reszta dnia to było kilkanaście wysyłanych w tę i z powrotem maili i gorączkowe rozmowy telefoniczne, podczas których przerzucaliśmy się pomysłami, jak to naprawić. Udało się. Błąd na szczęście nie był aż tak poważny, jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Niemniej gdyby został w tekście, skutkowałby potężną dziurą logiczną. Jedną z tych, których czytelnicy mogliby mi nie wybaczyć.

    Wojciech Chmielarz, fot: smakksiazki.pl

    Spotkanie w wydawnictwie Marginesy. Po raz pierwszy, może drugi opowiadam o pomyśle na swoją nową powieść. Ma być o trzydziestolatkach spędzających wakacje w agroturystyce gdzieś pośrodku niczego, o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, o zaginionym dziecku. Od tego czasu minął blisko rok. „Żmijowisko” jest już gotowe i za niedługo trafi do księgarni. Prawdopodobnie jest to najlepsza moja książka. Wtedy, wychodząc z tego spotkania, nie byłem jeszcze pewien tego pomysłu. Dużo myśli mi się kłębiło w głowie. Czułem potencjał, ale jeszcze nie wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Po powrocie znalazłem na skrzynce maila od redaktora Adama Pluszki, który napisał jedną rzecz, jedno krótkie pytanie, jeden mały pomysł, drobny element. Ale to było właśnie coś, czego potrzebowałem. Nagle wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Chaos zastąpił porządek.

    Opisuję te trzy historie, żeby pokazać, że redaktorzy to nie tylko ludzie, który poprawiają przecinki i błędy ortograficzne. Ich rola w pisaniu książek jest znacznie większa. Pokazują autorowi jego silne i słabe strony, wyszukują błędy fabularne, pomagają na różnych etapach pracy. Dlatego, kiedy skończycie Państwo kolejną powieść, zerknijcie w stopkę, kto był jej redaktorem. Jako mały dowód szacunku dla ich ciężkiej, ważnej i mało zauważanej pracy.

    Wojciech Chmielarz

  • „Betatesterzy”, styczniowy felieton Wojciecha Chmielarza

    Betatesterzy, osobiście wydaje mi się, że to dość wulgarne określenie. Osobiście wolę sformułowanie – pierwsi czytelnicy, ale już mniejsza z tym. Chodzi mi o te szalenie istotne w procesie powstania książki osoby, które jako pierwsze dostają często surową, niezgrabną wersję dzieła i poświęcają swój czas, żeby je przeczytać, a potem wysłać autorowi swoje uwagi. Dzięki czemu Wy państwo dostajecie dzieło dojrzalsze, pozbawione największych błędów i po prostu lepsze. Mam wrażenie, że za mało się mówi o tych ludziach w dyskusjach o książkach. Dlatego poświęcam im swój dzisiejszy felieton. I napiszę, dlaczego nie korzystam z ich pomocy.

    Z mojej perspektywy betatesterzy popełniają jeden, zasadniczy i dyskredytujący ich błąd. Uważają, że naprawdę interesuje mnie ich opinia na temat mojej książki. Żeby była jasność. Rozumiem, skąd się bierze to nieporozumienie. Zdaję sobie sprawę, że najprawdopodobniej wynika ono z mojej, jako autora, winy. Piszę do kogoś. Proszę o przeczytanie mojej nowej powieści. Zaznaczam, że to pierwsza wersja i, fakt, mój błąd, proszę również o przesłanie uwag na jej temat. Każdy mógłby się pomylić i wziąć to na poważnie. Tymczasem w moim przypadku jest to pewien zwrot grzecznościowy. Coś jak „nie przejmuj się, możesz wejść w butach”, „nie martw, sam to wszystko posprzątam”, „nie, nie musisz odwiedzać mnie w szpitalu” i tym podobne rzeczy, które mówimy, spodziewając się, że osoba, do której się zwracamy zachowa się dokładnie na odwrót. I będziemy cholernie zaskoczeni, kiedy zrobi dokładnie to, o co ją prosimy.

    Tymczasem moje oczekiwania odnośnie betatesterów są krótkie i dość, zawsze miałem wrażenie, oczywiste. Betatesterzy mają mi po prostu napisać, jaką wspaniałą powieść napisałem. Koniec, kropka. Nawet nie muszą jej czytać. Wystarczy, że przekartkują, żeby mniej więcej kojarzyć postacie, kiedy zadam im jakieś pytania na temat treści. Powód takiego zachowania? Prosty. Okres zaraz po skończeniu powieści w moim przypadku jest czasem największej niepewności co do jakości mojej pracy. Nie wiem, czy to co napisałem, jest po prostu dobre. Czy trzyma poziom? Ma sens? Budzi emocje? To są wszystko pytania, na które nie znam odpowiedzi. Może się to wydać Państwu małe i płytkie, ale nie chcę w tym momencie dobrych rad i wskazywania błędów, które popełniłem, ale poklepania mnie po plecach. Powiedzenia, że wszystko jest w porządku. Doskonale to w swoim czasie zrozumiała Marta Guzowska, której w trybie awaryjnym wysłałem „Zombiego” ze stwierdzeniem, że „Nie jestem pewien, czy działa”. Odpowiedziała szybko. Odpowiedziała krótko. To nie jest dokładny cytat, ale jego sens brzmiał właśnie tak: bardzo dobre, działa. To było dokładnie to, czego wtedy potrzebowałem. Nawet jeśli Marta nie przeczytała książki (naprawdę miała mało czasu) to i tak zrobiła kupę dobrej roboty.

    Wojciech Chmielarz, fot: Wojciech Rudzki/Wydawnictwo Marginesy

    Może moja nastawienia do betatesterów wynika z jednego podstawowego faktu – zawsze trafiłem na znakomitych redaktorów. W związku z tym wiem, że etap znęcania się nad tekstem, wskazywania mi wszystkich jego niedoskonałości, pokazywania paluchem błędów logicznych i faktograficznych mnie nie ominie. Czekają mnie tygodnie ciężkiej pracy, sprawdzania niemal wszystkiego punkt po punkcie, upewniania się, że nigdzie nie ma najmniejszej nawet pomyłki. Chociaż te i tak potrafią się prześlizgnąć przez najgęstsze sito.

    Nie wykluczam też, tym razem pisząc już zupełnie poważnie, że robię to źle. Mój kolega Michał Cholewa, znakomity autor science fiction, wysyłał mi fragmenty swoich powieści rozdział po rozdziale i na bieżąco nanosił te zmiany, które uznał za słuszne. Ja nikomu nie pokazuję nie ukończonych książek. Zbyt dużo może się zmienić w trakcie samego pisania, żebym się na to odważył. Dopiero kiedy całość jest skończona i po mojej autorskiej redakcji, jestem gotów się nią podzielić. Ale w tym momencie nie ma już czasu na noszenie innych zmian niż redakcyjne. Styl pracy Michała jest inny. Jest lepiej zorganizowany. Ma to wszystko bardziej przemyślane niż ja. Ma czas i chęć wsłuchać się w ten wielogłos porad na temat swoich powieści. Dodatkowo, mam wrażenie, że mnie betatesterzy rozpraszają. Za dużo czasu spędzałem odpowiadając na kolejne uwagi, tłumacząc moje zamiary, wyjaśniając kolejne fabularne zawiłości, zamiast po prostu siąść przy biurku i robić swoje.

    No i na koniec, żeby była jasność. Pisanie to czynność cholernie indywidualna. To, że mi jakiś jej element nie pasuje, nie oznacza, że innym autorom nie jest on potrzebny. Dlatego, drodzy betatesterzy – dziękuję Wam bardzo za wszystkie świetne powieści, które zawdzięczamy waszej pracy. Nie jest wykluczone, że za książkę lub dwie, będą do was wydzwaniał błagając o pomoc wykraczającą poza klepanie po plecach.

    Wojciech Chmielarz

  • „Cena”, czyli felieton Wojciecha Chmielarza.

    Takie pytanie na spotkaniach autorskich pojawia się regularnie: jak na mnie wpływa to, że jako autor zabijam swoich bohaterów w często dość brutalny sposób? Odpowiadam zwykle wzruszeniem ramionami i tłumaczę, że okej, zdarza mi się opisywać różne dziwne sytuacje, ale nie zapominajmy, że to koniec końców są wymyślone ludziki w wymyślonych sytuacjach. A przynajmniej odpowiadałem tak do momentu, kiedy nie wysłuchała tego moja żona. Po spotkaniu podeszła do mnie i stwierdziła – Mówisz tak tylko dlatego, że nie widzisz sam siebie w takich chwilach…

    No cóż, to był moment, kiedy dowiedziałem się o sobie czegoś nowego

    Wyraźne przygnębienie. Wzrok wbity w podłogę. Mrukliwość. Odpowiadanie na każde zagajenie prostymi, ale pełnymi irytacji „tak, nie, nie wiem”, a oprócz tego jakieś trudne do zrozumienia mruczenie pod nosem. Zamyślenie. To nie tylko zły nastrój, przygnębienie, tłumaczyła, ale coś więcej. Lepiej mnie wtedy omijać.

    – Zawsze wiem, kiedy opisujesz mocną scenę – powiedziała moja żona.

    Zaskoczyła mnie. Zawsze uważałem, że potrafię rozdzielić fikcję, to co się dzieje w mojej głowie, a co potem przelewam na papier, od prawdziwego życia. Że nie ma na mnie to żadnego wpływu. Co jest oczywiście, jak się nad tym głębiej zastanowiłem, nieprawdą. Za wszystko się przecież płaci jakąś cenę.

    Tutaj zróbmy przerwę na małe wtrącenie – nie chcę brzmieć, jakby dramatyzował. Z palucha jestem w stanie wymienić z dziesięć zawodów, które są dużo bardziej obciążające psychicznie niż praca pisarza. Poczynając od pielęgniarki, przez strażaka, lekarza, policjanta, a kończąc na żołnierzu na misji zagranicznej. Umówmy się – przez większość czasu pisanie to całkiem niezła zabawa. Ale faktem jest, że spędzam długie godziny na czytaniu o różnych okrutnych zbrodniach, seryjnych i masowych mordercach, socjopatach, psychopatach. Chłonę wszystko. Filmy dokumentalne. Literaturę faktu. Czasopisma fachowe. Oglądam zdjęcia z miejsc zdarzenia i amatorskie nagrania. Mam w głowie cały katalog paskudnych czynów, które ludzie robią sobie nawzajem. Nie pomaga mi też to, że naczytałem się o błędach popełnianych przez organy ścigania. Nawet nie chodzi mi tutaj o wielkie patologie. Raczej o zwykłe ludzie pomyłki wynikające ze zmęczenia, nadmiaru obowiązków lub niezgulstwa. Tylko, że wszystkie mają tragiczne skutki. Zabójca chodzi na wolności, ktoś niewinny trafia do więzienia. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze rozmowy. Te są najtrudniejsze. Z policjantami. Prokuratorami. Technikami. A czasami zwykłymi ludźmi, którzy dzielą się ze mną swoimi opowieściami. Nieczęsto się to zdarza, przyznaję, i trochę się z tego cieszę. Takie historie potrafią zaboleć. Potem to wszystko przetrawiam we własnej głowie. Obracam na wszystkie strony. Badam. Żeby wreszcie wymyślić własne fabuły.

    Efekty? Jest jedna taka scena w nadchodzącym „Zombim”. Pamiętam, że pisałem ją jak w transie. Ponad tysiąc słów, które wypłynęły ze mnie w przeciągu trochę ponad pół godziny (dla porównania, z tym felietonem walczę drugi dzień). Kiedy skończyłem, długo siedziałem bez ruchu przy biurku. Najpierw w głowie miałem totalną pustkę. Potem zastanawiałem się, czy nie powinienem rzucić komputerem o ścianę. Tak po prostu. Bo wydawało mi się, że dotknąłem czegoś autentycznie złego. Wreszcie wstałem i po prostu poszedłem na spacer. Pomogło.

    Czytałem tę scenę potem podczas redakcji. Znowu dziwnie się poczułem. Zupełnie obce słowa. Zdania. Całe fragmenty. Przytkało mnie. Było tak, jakby ktoś mi położył na piersi dziesięciokilogramowy ciężar. Do dzisiaj się zastanawiam, skąd się to we mnie wzięło. Jaka cząstka mnie wymyśliła ten opis i przelała go na papier? Nie znam jej. Nie rozumiem. Nie sądziłem, że ją posiadam. Ale tak samo, nie znam tego człowieka, z którym regularnie spotyka się moja żona po tym, kiedy napiszę brutalną scenę. Czasami jednak się w niego zmieniam. No cóż, to wielki paradoks literatury. Ludziki mogą być wymyślone, ale to się dzieje w mojej głowie podczas pisania, a w głowach czytelników podczas czytania jest w pewien sposób prawdziwe. I potrafi zaboleć. Taka jest cena uprawiania tego zawodu. Mam nadzieję, że warto ją zapłacić.

    Wojciech Chmielarz