O samotności długodystansowca, kłótniach na Facebooku, szychcie w mózgu i nowych światach, a także o wyrzucaniu powieści do kosza, chałturach oraz Mozarcie. O tym wszystkim z Jackiem Dehnelem rozmawia Sylwia Chutnik.
Czym różni się praca nad dłuższym tekstem od tej nad krótszym?
Miałem kiedyś rozmowę na ten temat z pewnym profesorem, podówczas starszym już panem, który powiedział: „Pan ma zupełnie inny stosunek do czasu, bo jest pan młody. A ja myślę sobie, że mam jeszcze tak z dziesięć lat życia. Jeśli więc ktoś prosi mnie o napisanie książki, o której wiem, że zajmie mi od półtora do dwóch lat, to patrzę na to inaczej”. Coś w tym jest. Decyzja, że coś będzie powieścią to jest poważna sprawa. Są wprawdzie autorzy, którzy rzucają się na głęboką wodę – kiedyś spotkałem się z pewnym polskim pisarzem, był w kiepskim humorze. Okazało się, że napisał dwieście stron powieści i właśnie wyrzucił je do kosza. Pomyślałem sobie, że u mnie nie ma takiej opcji. Przede wszystkim, jak mam napisać coś, co liczy więcej niż dwadzieścia stron, to obracam ten pomysł w głowie na wszystkie strony. Jestem przekonany, że wiem, co chcę powiedzieć, i jak ma to wyglądać. Zdarzały mi się natomiast niespodzianki innego rodzaju: zaczynałem pisać krótkie opowiadanie, które rozrastało się w dłuższą formę. Pomysł działał od początku, tylko przyrastało to, co chciałem powiedzieć, bo przecież pisanie to forma myślenia, czasem dochodzi się do nieoczekiwanych i nieprzewidzianych zawczasu wniosków.
Siadając do pisania masz gotowy tekst w głowie, co sprawia, że to, co piszesz jest przemyślane i nie ma możliwości skuchy?
Nie no, błędy są zawsze możliwe, powieść może być zwyczajnie nieudana. Ale uważam, że jeżeli pisze się rzetelnie, przemyślanie i nie odwala chałtury – to nie da się stwierdzić, czy książka jest dobra czy zła, dopóki się jej nie wyda.
Czasem jest tak, że tekst sam niesie autora. Ale może też zaistnieć sytuacja, w której teoretycznie wszystko było powymyślane, przysposobione. Dokumentacja, latające fiszki po pokoju i dwieście procent normy, a tekst nie idzie. Po pięćdziesiątej stronie myślisz sobie, że to jest taki znój, że do śmierci tego nie napiszesz.
Kryzysy się zdarzają. Z mojego doświadczenia wynika, że najczęściej powstają w miejscach nieciągłości, dziur w planach. Bo kiedy mówię, że mam zaplanowaną książkę, to nie mam jej zaplanowanej słowo po słowie, jest tam trochę pól niejasnych. Tu potrzeba może wyjaśnienia… generalnie powiedziałbym, używając przykładów muzycznych, że są dwa systemy pracy twórczej: Mozarta i Beethovena. Jak porówna się ich manuskrypty, to u Mozarta wszystko jest czyściutkie; chodził na spacery, pił wino, grał w karty, a później siadał i pisał wszystko z głowy. Natomiast Beethoven pracował na papierze, kreślił, robił dziury w rękopisie; pracował na papierze, dopiero tam był w stanie wszystko opanować. Żaden z tych systemów nie jest lepszy ani gorszy, wynika po prostu z naszych predyspozycji duchowych, obyczajów, właściwości mózgu. Ja akurat jestem bliżej strony Mozartowskiej, więc siadam do powieści dopiero, kiedy ją sobie zaplanuję. Tylko podczas zapisywania okazuje się, że jednak pewne szczegóły, dotychczas obmyślane osobno, muszą się połączyć i na tych stykach coś zgrzyta, coś się nie zgadza. A w dużej prozie błędy konstrukcyjne są bardziej niebezpieczne, niż w wierszu, dajmy na to – bo liczba stron działa na naszą niekorzyść. Wytrzymamy nudne 20% wiersza na stronę, ale nie wytrzymamy nudnych 20% powieści liczącej 500 stron, bo to jest sto stron ziewania. Dużo. Za dużo. Kryzysy zatem się zdarzają, bo tu coś nie wychodzi, tam się sypie, jakieś wątki się nie domykają, wydarzenie A musi być umieszczone zarazem przed i po wydarzeniu B. Często takie blokady zdarzają mi się, kiedy jadę na rezydencje pisarskie i tam pracuję nad jakimś tekstem na przykład przez bity miesiąc, narzuciwszy sobie dość wysoką dniówkę, czyli dziesięć tysięcy znaków.
Dziesięć tysięcy napisanego tekstu dziennie! Trzymajcie mnie.
Ale w to wliczam felietony, tłumaczenia i tak dalej. I na ogół do niej jednak nie dobijam. Tak czy owak, jeśli siedzę w pracy głęboko, po uszy, to zdarzają mi się takie momenty, gdzie, jak powiedziałaś, samo mi się pisze. Palce nie nadążają za myślą. Tyle, że na ogół wynika to z pracy, której wcale nie wykonałem świadomie. Wykonał ją mój mózg, który pracuje też we własnym zakresie – z własnym mózgiem współpracujemy trochę jak z obcą osobą: częściowo rozwiązujemy problemy świadomie, a częściowo mózg sam sobie przetwarza. I ten naszy mózg jest trochę jak kopalnia, która gdzieś tam, na dole, produkuje sobie urobek. I posyła wagonikami na górę, do świadomości. I czasem okazuje się, że akurat mamy tego urobku bardzo dużo.
Szychta w mózgu.
Miewałem taki dni, że pisałem dwadzieścia, trzydzieści tysięcy znaków. I co z tego, skoro następnego dnia nie byłem w stanie napisać ani słowa. Przez chwilę miałem natłok myśli czy rozwiązań, które się nagromadziły, ale później podświadomość dostała zadyszki i nie była w stanie pracować.
Co ze źródłami, które wykorzystujesz przy pisaniu?
Działają niczym skład nowych pomysłów do tekstu. Napisałem cztery powieści, wszystkie były obsadzone w prawdziwych realiach: „Lala” to historie rodzinne, „Krivoklat” jest oparty na współczesnej postaci. Natomiast w przypadku „Matki Makryny” i „Saturna” to była duża praca na źródłach z epoki, łącznie z wyprawą do Rzymu do archiwum Zmartwychwstańców, sczytywaniem dokumentów z rękopisów i trudno dostępnych druków.
Teksty źródłowe mogą inspirować, ale również wywołać uczucie przesytu.
Owszem. I, co więcej, niektóre książki robią się od tego niestrawne. Na przykład „Mesjasze” György Spiró to dla mnie właśnie opowieść o nadmiarze kwerendy. Robiłem do niej trzy podejścia i nie zmogłem. Tam są wspaniałe historie, które mogłyby funkcjonować osobno, a zgromadzone w jednym miejscu, są nie do zniesienia. Jak ta o polskim uchodźcy, który ucieka z armią po upadku powstania listopadowego. Trafia na dwór jednego z niemieckich książąt i jest tam traktowany jako wielka atrakcja dzięki interesującej ranie: kuli, która utkwiła mu w mózgu, nie powodując śmierci. Księcia, który kolekcjonuje interesujących wojaków, strasznie to ekscytuje, więc oferuje mu stanowisko dowódcy gwardii z ogromną pensją. Oficer zgadza się, ale chce, żeby go zoperowano i usunięto kulę. I w czasie zabiegu umiera. Kapitalna mikroopowieść, perełka, błyszcząca we wstępie powieści – za dobra, żeby jej nie dać, ale co z tego, skoro całość złożona z tych perełek nuży? Rozumiem ból pisarza, który trafia na takie kawałki, ale myślę, że selekcja jest bardzo istotna, łatwo bowiem polec, gubiąc zainteresowanie czytelnika.
W „Matce Makrynie” są na przykład dwa plany główne: spowiedź Makryny, w której opowiada ona swoją straszliwą i zmyśloną historię męczeństwa za wiarę, oraz powieść prawdziwa, w której relacjonuje, jak była latami katowana i upokarzana przez męża i inne osoby. To ta historia daje jej pęd do opowiadania o rzeczywistej, doświadczonej przemocy, którą kamufluje w relacji o męczeniu Polki i katoliczki przez Moskala. Kiedy czyta się jej zeznania, czyli fałszywą opowieść, to one są bardzo naddatkowe, przesadne, zanurzone w żywotach świętych, w inkantacjach. Ale ta przesada, jakkolwiek może męcząca miejscami dla czytelnika, jest konieczna.
Z początku planowałem, żeby „Makryna” była złożona z trzech części: pierwsza to oficjalna opowieść o męczeństwie za wiarę, druga to spowiedź z życia prawdziwego, a trzecia to fuzja, gdzie mówi: „Owszem, kłamałam, ale w gruncie rzeczy mówiłam prawdę”. Teza, antyteza i synteza, klasycznie. Jednak w czasie pisania książki zorientowałem się, że ta pierwsza część niezmiksowana z drugą będzie zupełnie niestrawna w jednym kawałku, że muszą się ze sobą przeplatać, a dopiero na koniec można to wszystko ukoronować syntezą, bo w przeciwnym razie percepcja czytelników tego nie wytrzyma.
Zresztą potem końcowe partie książki też mocno poprzestawiałem. Wydrukowałem sobie parę rozdziałów, pociąłem na osobne całostki i dopiero poukładałem. W ogóle mam nawyk drukowania ukończonej książki, żeby jeszcze raz przeczytać ją na papierze.

Jesteś wzrokowcem?
To też. Ale wtedy po prostu można zobaczyć książkę inaczej. Bo kiedy widzimy ją jako kodeks, to jest linearna, nieodwołalnie złożona z kolejnych kartek. Podobnie jak dokument, kiedy oglądamy go w komputerze: strużka tekstu, która sobie idzie przez kolejne strony. Natomiast wydrukowanie pozwala na spojrzenie z lotu ptaka, można sobie ją układać, przestawiać, obcować w inny sposób z tekstem, który nie ma swojej finalnej struktury.
Bo kolejność pisania jest różna. Kryminały piszę jak należy, od początku do końca, bo współpracuję z Piotrem [Tarczyńskim], a on taki system preferuje, zresztą przy kryminale ma to swoje dobre strony, bo dokładnie się wie, co już zostało napisane, co jeszcze nie, co pomaga w dyscyplinie konstrukcyjnej. Natomiast w tekstach, które piszę sam, najpierw zapisuję te sceny, które ułożyły mi się już w głowie. Potem czasem do nich coś dodaję, zespajam z kolejnymi. Żeby opisać tę moją metodę pisania, używam niekiedy metafory wody podsiąkającej płótno: plamy powiększają się, powiększają, aż w końcu w końcu ze sobą się łączą w całość. Metoda nie linearna, tylko plamista.
To oczywiście prowadzi do pewnych zagrożeń konstrukcji, ponieważ przychodzi nieprzyjemny moment, kiedy te wszystkie ekscytujące, kluczowe sceny już się napisało i teraz trzeba przestrzenie między nimi wypełnić gruzem, zwykłością. Nieprzyjemna sprawa. Bo w tej zwykłości nadal trzeba dbać o element czytelniczej przygody, suspensu, i tak dalej. Wiele lat temu opiekowałem się moim czteroletnim podówczas kuzynem, opowiadałem mu jakąś długą bajkę, którą był już trochę znudzony. W pewnym momencie rzucił: „Aż tu nagle…?”. Chciał, żeby wreszcie coś się wydarzyło. Trzeba pamiętać, że czytelnik też czasem ma ochotę powiedzieć: „Aż tu nagle?”.

