Tag: Wydawnictwo Znak

  • Jak odrzucić gówniane jedzenie? Rozmowa z Mikołajem Marcelą

    Próbować można w nieskończoność, ale gdy już się uda, to jest zdecydowanie więcej plusów niż minusów. Jak pozbyć się z diety gównianego jedzenia? Mikołaj Marcela w swojej najnowszej książce mówi nam, jak jeść zdrowo. Nie jako teoretyk, a praktyk, wszak schudł 70 kilogramów dzięki…monotonii. Co jeść? Jak jeść? O tym dowiecie się z książki „Sztuka obrony przed gównianym jedzeniem”, a także z naszej rozmowy. Czy Mikołaj skusi się na hamburgera?

  • „Ćwiczenia z dysonansu” – rozmowa z Tomaszem Stawiszyńskim

    Z filozofią mam tylko wspólnego, co z mercedesami, czyli nic. Na szczęście jest Tomasz Stawiszyński, który tłumaczy mi zawiłe sprawy, a teraz mieliśmy kolejną okazję do spotkania z powodu premiery „Ćwiczeń z dysonansu”, które są zbiorem felietonów z Tygodnika Powszechnego. Jak napisać dobry felieton? Dlaczego przelewamy pieniądze, gdy pisze do nas fikcyjna Jennifer Lopez? Kto może być naszym przewodnikiem w tym pędzącym świecie?

    Łapcie naszą rozmowę, która powstała przy płatnej współpracy z Wydawnictwem Znak.

  • Nowa książka, nowe wydawnictwo. Rozmowa z Marcinem Mellerem

    Na nową książkę Marcina Mellera jeszcze trochę poczekamy, ale to nie przeszkadza w ujawnieniu kilku szczegółów na jej temat. Czy będzie to nowa seria? Tego jeszcze nie wiemy. Wiemy natomiast, że Meller osadzi fabułę w Turcji i Etiopii, a książka ukaże się w Wydawnictwie Znak. Rozmawiamy też o sytuacji w Gruzji, którą pisarz śledzi praktycznie każdego dnia, pojawia się też wątek „Chłopek” i pewnej afery literackiej.

    Miłego odbioru!

  • „Czy należy rozmawiać o złych książkach?” Felieton Piotra Borlika

    W pierwszym odruchu na usta ciśnie się odpowiedź: Tak, trzeba głośno krzyczeć, ostrzegać, by inni nie powielili naszego błędu i nie sięgnęli po złą książkę. Wiele wartościowych pozycji ginie w gąszczu premier, promowane są książki złe lub co najwyżej przeciętne, a kryminał pomału otrzymuje łatkę ociekającego bezsensowną przemocą. Trudno więc się dziwić złości, a niekiedy nawet frustracji osób, którym na sercu leży dobro literatury. Tylko czy piętnując złe książki, przypadkiem nie wyrządzają im przysługi?

    Do przemyśleń skłonił mnie tekst o książce „Parafil” umieszczony na profilu smakksiazki.pl. O ile godne uznania jest zachowanie Adama, który nie pierwszy raz odrzuca możliwość zarobku w zamian za promowanie złej książki, tak nie wiem, czy ogłaszając to publicznie, nie osiągnął efektu odwrotnego od oczekiwanego. Pierwszą ku temu przesłanką może być liczba reakcji na post. Już po pierwszej godzinie było ich więcej niż pod recenzjami, felietonami i zapowiedziami razem wziętymi. Ktoś powie: super, przynajmniej ludzie wiedzą, żeby omijać tę książkę szerokim łukiem. Pewnie będą mieli sporo racji, świadomi czytelnicy poczują się ostrzeżeni i skreślą „Parafila” z listy zakupowej, ale nie ma co się oszukiwać: świadomych czytelników wcale nie jest tak dużo.

    Piotr Borlik, fot: Piotr Haltof & Youme Studio

    Pamiętam, jak na fali wznoszącej znalazła się Blanka Lipińska i jej „365 dni”. Budżet na promocję jej radosnej twórczości zapewne wielokrotnie przewyższał nakłady poświęcone na „Parafila” niemniej w obu przypadkach dostrzegam podobne zjawisko. Nie kojarzę innej książki, która otrzymałaby tak wiele skrajnie negatywnych opinii. „365 dni” było wyśmiewane, odradzane, podkreślano jej szkodliwość, szydzono z autorki, a sprzedaż zamiast maleć, rosła w jeszcze większym tempie. Czytelnicy zamiast zapomnieć o książce, kupowali ją, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest taka zła, jak wszyscy o niej mówią. Tak to niestety działa. Złe książki „klikają się” na Instagramie, złe opinie przyciągają komentujących, a o książce jest coraz głośniej. Kontrowersja się sprzedaje.

    Z faktami nie ma co dyskutować: w Polsce dobrze sprzedają się książki ociekające krwią. Z roku na rok mnożą się autorzy proponujący bezmyślne sieczki, granica okrucieństwa przesuwana jest coraz dalej. Na grupach kryminalnych królują tytuły Piotrowskiego, Czornyja czy Kościelnego. Może nie powinienem tego mówić, ale uważam, że moją najgorszą kryminalną książką jest „Boska proporcja”. Pisząc ją, miałem znacznie słabszy warsztat, gorzej konstruowałem portrety psychologiczne, w kilku miejscach zastosowałem zbyt duże uproszczenia, to jednak ona osiągnęła bardzo dobrą sprzedaż, sprawiła, że mogłem rozwinąć skrzydła, przywiodła do mnie wielu czytelników. Może w „Boskiej proporcji” nie było aż takiego okrucieństwa, niemniej mogę się założyć, że Adam również odmówiłby napisania jej odpłatnej recenzji i być może napisałby podobny tekst. Nie zmienia to faktu, że przez wiele lat będę kojarzony z „Boską proporcją” i gdy ktoś będzie zastanawiał się, którą książkę Borlika przeczytać, to pewnie sięgnie właśnie po przygody Agaty Stec i Artura Kamińskiego. To ona wciąż zbiera najwięcej opinii, to do niej zostały sprzedane prawa do ekranizacji, to ona wciąż bardzo dobrze się sprzedaje. Tak to już działa. Nie potrafię zliczyć opinii po „Zapłacz dla mnie” czy „Wymazanych z pamięci”, w których zarzucano mi nudę i brak akcji. Wiem, że bezpowrotnie straciłem osoby oczarowane „Boską proporcją”, ale na szczęście w międzyczasie pojawili się nowi czytelnicy oczekujący czegoś więcej niż krew.

    Co więc zrobić w zamian? Milczeć? Po lekturze schować książkę do piwnicy, by nie daj Boże nie wpadła w niczyje ręce? Poniekąd tak, wszak nie ma nic gorszego dla książki niż cisza. Jak wspomniałem na początku, jest wiele wartościowych książek, które nie potrafią przebić się przez „konkurencję”. Może więc zamiast robić kolejną reklamę złym książkom, skupmy się wyłącznie na tych dobrych?

    Piotr Borlik

  • „Spirala przemocy, pornografii i grafomanii”. Felieton Roberta Ostaszewskiego

    Musiał wreszcie nastąpić moment przesilenia i dobrze, że nastąpił. Albo nastąpi. Oby. W mediach społecznościowych witryna smakksiazki.pl zaprezentowała fragment debiutanckiej powieści kryminalnej Bartka Rojnego Parafil (Wydawnictwo Znak), w którym ukazany jest brutalny, ohydny gwałt na kobiecie opisany ohydnym, prostackim, by nie powiedzieć plugawym, językiem. Redaktor witryny poprosił odbiorców o opinie i wylała się istna fala komentarzy. I dobrze.

    Ale po kolei… Powiem wprost: znam jedynie jeden fragment powieści Parafil i opis tej książki. Podejrzewam jednak, że całość, jeśli chodzi o koncept fabularny i sposób pisania, nie różni się diametralnie od znanej mi sceny. Prawdę powiedziawszy, nie mam ani ochoty, ani czasu, by to sprawdzać. Ale też w moim tekście nie chodzi o samego Rojnego i jego powieść, ponieważ wcale nie jest tak, że oto nagle i znikąd pojawił się niejaki Rojny, pseudoskandalista, który epatuje przemocą, ledwo klecąc zdania pojedyncze.

    Od kilkunastu lat regularnie piszę o polskiej prozie kryminalnej, od kilku jestem jurorem Nagrody Kryminalnej Piły. Czytam setki książek z literatury gatunkowej rocznie. Od dwóch, trzech lat zauważałem, że zdecydowanie rośnie liczba kryminałów czy thrillerów, których autorzy nie przejmują się logiką intryg, wiarygodnością kreowanego świata czy psychologiczną spójnością postaci, używają polszczyzny prostej aż do bólu, za to skupiają się na tworzeniu postaci psychopatów, którzy zabijają, bo są psychopatami (i tyle motywacji oraz psychologicznej głębi), i mnożeniu opisów scen wymyślnej (a najczęściej zwyczajnie wydumanej) przemocy. A do tego od czasu sukcesu sprzedażowego pewnej autorki-celebrytki, piszącej soft porno z elementami przemocowymi, do scen przemocy doszły jeszcze sceny seksu, opisywanego zwykle z ginekologiczną dokładnością albo fantazją rodem z mokrych snów wuja z wąsem.

    Prosta recepta – nieodmiennie nic tak dobrze się nie sprzedaje, jak przemoc pomieszana z seksem, bo wielu czytelników wciąż kręcą krew i sperma. I pewnie kręcić będą. Przyznam szczerze, że po lekturze niektórych książek z tego rodzaju, miałem nie tyle ochotę rzucać nimi o ścianę, co zwymiotować. Od jakiegoś czasu w świecie ludzi związanych z kryminałem rozmawialiśmy o tym, że tej bezsensownej przemocy, niepotrzebnie brutalnych opisów jest w powieściach za wiele. Na rozmowach się kończyło. Tym bardziej że zawsze dało się znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla chorych pomysłów – że konwencja dopuszcza takie rzeczy, że w ogóle żyjemy w świecie, w którym jest coraz więcej przemocy, że w końcu jeśli czytelnik takich wątków potrzebuje, to czemu mu ich nie dać. Jednak może jest już czas najwyższy, żeby powiedzieć: Stop. I zacząć mówić otwartym tekstem, że spora część polskiej prozy gatunkowej jest zła, bo ogranicza się do epatowania scenami przemocy, której ofiarami na dodatek często są osoby słabsze, kobiety czy dzieci, odwołując się do mrocznych, niezdrowych fascynacji czytelników. Jest zła, bo jej autorzy tak mocno skupiają się na pozornych mrokach psychiki swoich psychopatycznych bohaterów i opisach wypruwania flaków, że mają gdzieś zasady gatunku, zwykła logikę czy dbałość o język i styl, tworząc teksty absolutnie grafomańskie. Trzeba wreszcie zacząć publicznie mówić, że tego rodzaju proza jest zła i zwyczajnie szkodliwa, bo – jestem tego zdania – każda lektura, choćby nie wiem jak lekko i z dystansem traktowana, pozostawia w czytelniku ślad.

    Robert Ostaszewski, fot: smakksiazki.pl

    Często powtarza się, że proza gatunkowa, kryminały, thrillery czy powieści sensacyjne, pisane są przede wszystkim dla lekturowej rozrywki. Pełna zgoda, co nie zmienia faktu, że w prozie gatunkowej można pisać o ważnych i poważnych problemach, czego dowodem jest chociażby skandynawska proza kryminalna, która mocno eksponuje wątki obyczajowe czy społeczne, przedstawia i analizuje skutki rozmaitych patologii. Ale w prozie gatunkowej można też beztrosko rozpleniać zło, co jest tym bardziej niebezpieczne, że owo opisywane zło wbudowane jest w tekst z założenia rozrywkowy. Zwrócę uwagę na jedną kwestię, rzadko poruszaną. W kryminałach czy thrillerach autorzy dotykają materii zbrodni – i mniejsza czy są one wymyślone, czy inspirowane rzeczywistymi zbrodniami i przestępstwami. Istnieje cienka i – to prawda – dosyć niewyraźna granica między opisami zła, przemocy, które służą budowaniu fabuły albo ukazywaniu ważnego społecznie problemu, a opisami zła, przemocy, które służą jedynie mnożeniu makabry, epatowaniu czytelnika wywalonymi na wierzch bebechami, tryskającą krwią i wszechobecną przemocą. W tym drugim przypadku dochodzi jeszcze problem odpodmiotowienia, dehumanizacji kreowanych przez autorów postaci, które stają się niczym innym jak grubo ciosami kukiełkami w żenującym teatrzyku makabry i grozy. Ostatnimi czasy wielu autorów tę granicę przekracza, część pewnie dlatego że jej zwyczajnie nie zauważa, ale część robi tak, cynicznie licząc na to, że sprzedadzą parę książek więcej. A w ten sposób nakręca się w prozie gatunkowej spirala przemocy, pornografii i grafomanii, bo współczesny odbiorca potrzebuje za każdym kolejnym razem mocniejszych, bardziej walących po głowie bodźców – z każdym miesiącem więcej krwi, bardziej dosadnych i dosłownych opisów, jeszcze więcej makabry. A to naprawdę do niczego dobrego i sensownego nie prowadzi.

    Pewnie ktoś mi zaraz zarzuci, że jestem naiwny albo chcę walczyć z wiatrakami. Bo wydawcy i tak opublikują najgorszej nawet jakości, najohydniejszy tekst, jeśli tylko wyczują, że księgowemu wydawnictwa będą się zgadzały liczby w tabelkach w Excelu. Bo to przecież czytelnik decyduje, na jaką książkę przeznacza pieniądze, i wcale nie musi mu podczas zakupu towarzyszyć moralne czy estetyczne wzmożenie. Bo rozmaici blogerzy, instagramerzy czy samozwańczy „promotorzy” literatury i tak za darmowy egzemplarz książki albo kilka złotych będą się zachwycać nawet najgorszym literackim badziewiem. Wszystko jasne. Jednak żyjemy we wciąż – ponoć – wolnym kraju, więc niech mi będzie wolno wyrazić swój sprzeciw. Nie godzę się z tym, że na rynku jest coraz więcej złych, szkodliwych, urągających literackiej polszczyźnie książek. Boli mnie, że publikują je wydawnictwa niegdyś uważana za poważne i szanowane. Uważam, że należy złe książki wskazywać i tłumaczyć, dlaczego są złe. A przede wszystkim nie należy ich przemilczać. Strategia przemilczania zupełnie już nie działa.

    Robert Ostaszewski

    PS. Celowo w moim tekście nie podawałem przykładów złej literatury gatunkowej, oczywiście z wyjątkiem Rojnego, bo chciałem skupić uwagę na problemie a nie personaliach. Obiecuję jednak, że przedstawię przykłady – pewnie w innym miejscu i czasie.

  • Denaturat, Jeremi Przybora oraz Śląsk, czyli autobiografia Kazimierza Kutza

    Swoją autobiografię pisał praktycznie do końca swojego życia. Z kim pił denaturat? Jak doszło do tego, że został reżyserem kultowych filmów? Co z jego życiem ma wspólnego Jeremi Przybora, a co Wenecja? Kazimierz Kutz opowiada w tej książce o sobie, ale też o aktorkach oraz aktorach, z którymi się zetknął. Nie zawsze są to opowieści, o które stawiają opisywanych w pozytywnym świetle. Skandale, anegdoty, pikantne opowieści – to znajdziecie w książce „Będzie skandal. Autoportret Kazimierza Kutza”. Niesamowicie ważny był dla niego Śląsk, który pozostał w nim aż do śmierci.

    „A ja wiedziałem jedno: stawką jest wyrwanie się z tego śląskiego chomąta, bo u nas każdy chłop musiał być roboczym wołem, niewolnikiem. No i chciałem coś osiągnąć w kulturze. Chciałem być kimś. (…) zachciało mi się zostać facetem moc jakąś w sobie mającym, tajemnicę jakowąś.”

    Zobaczcie wideo, w którym o Kazimierzu Kutzu mówi…sam Kutz oraz także jego syn, a także Jerzy Trela, Daniel Olbrychski, Robert Talarczyk, dyrektor Teatru Śląskiego, Marek Plura, senator RP.

    Ten wybitny reżyser to kawał historii nie tylko polskiej kinematografii, ale także, a może przede wszystkim, Śląska. Premiera książki już jutro.

  • „Wkrótce owady wyprą ze stołów steki i schabowe”

    Niektóre owady mogą nas uratować z zawalonego budynku, inne pomagają rozłożyć plastik, a jeszcze inne przyczyniają się do powstania antybiotyków. Wielu z nas się nimi brzydzi, a okazuje się, że są bardzo pożyteczne, chociaż niekoniecznie piękne. Wszystko fajnie, ale wyobrażacie sobie, że włączacie owady do Waszej diety? Wiecie, mają sporo białka, a smażone smakują podobno całkiem okej. Podobno już za kilka lat…posłuchajcie zresztą sami.

  • Miłosz, Wałęsa, Chotomska. Wszyscy ludzie Kobiety Pracującej

    Pisała pamiętnik, miała problemy z arytmetyką, całe życie podporządkowała pracy, no i tak, żadnej pracy się nie bała. Dokładnie osiem lat temu zmarła Irena Kwiatkowska, którą już chyba na zawsze będziemy kojarzyć z serialem „Czterdziestolatek” oraz rolą Kobiety Pracującej. Jaka była prywatnie? Co ją łączyło z Czesławem Miłoszem? Dlaczego słuchała Radia Maryja i dlaczego miała dużo uwag do swojego wyglądu? O tym wszystkim, a także o wielu innych sprawach związanych z aktorką, rozmawiam z Marcinem Wilkiem, autorem książki „Kwiatkowska. Żarty się skończyły”. Za nami zobaczycie Teatr Syrena, czyli miejsce bardzo ważne dla bohaterki książki.

  • Wiosna, ach to ty! Co przeczytać w marcu?

    Wiosna (nie łączyć z polityką) zbliża się wielkimi krokami, w końcu będzie można czytać w plenerze. Może jeszcze nie w marcu, chociaż pewnie będą takie dni, że usiądziemy z lekturą na ławce. Co przeczytać? Co wybrać? Na co wydać pieniądze? Serwuję Wam listę książek, które bym kupił w ciemno. Czy skorzystacie, to już zależy od Was, ale polecam. Smacznego! Aha, klikając na okładki, przeniesiecie się na stronę ze szczegółami dotyczącymi danej książki.