„Jesteśmy ostatnim pokoleniem do odstrzału”, wywiad z Rafałem Cichowskim.

 

Kto nie marzył o wyprawie na inną planetę, niech podniesie rękę. No właśnie, wszyscy, albo prawie wszyscy. Dajcie się więc zabrać w podróż poza Ziemię. Obiecuję, że wrócicie tu za kilkaset lat. Cali, zdrowi i nieśmiertelni. Zapnijcie pasy i zaczytajcie się w „Pyle Ziemi”. Przed Państwem Rafał Cichowski.

Czym jeździsz?

BMW.

Skąd sentyment akurat do niemieckich samochodów?

Interesuję się motoryzacja od dziecka. Przerobiłem dużo różnych marek. Jakoś tak się złożyło, że od jakiegoś czasu jeżdżę tą konkretną. Miałem już kilka aut, starszych, młodszych, nawet dwudziestoparoletnich, gdzie każde odpalenie silnika to było małe święto, bo nigdy nie wiedziałem czy ruszy. Każda przejażdżka to była niezła przygoda, musiałem się też nauczyć podstaw mechaniki. Może to kwestia designu, a może tej takiej dziwnej duszy, którą mają te „zjeżdżone graty”.

Dużo zainwestowałeś w wydanie „2049”?

W „2049” zainwestowałem przede wszystkim mnóstwo czasu i energii, bo promocję robiłem sobie sam. Wysyłałem tony maili. Jeździłem, spotykałem się z ludźmi. Zapukałem do każdych drzwi, żeby załatwić sobie jakieś recenzje. Żeby ta książka gdzieś tam zaistniała, a nie przepadła, bo wierzyłem w ten materiał. Własnoręcznie przetłumaczyłem ją na angielski i szukałem wydawcy za granicą, ale tam z perspektywy obcokrajowca jest jeszcze trudniej zadebiutować niż u nas. Chociaż było jedno wydawnictwo poważnie zainteresowane wydrukowaniem mnie, ale koniec końców stwierdzili, że współpraca z osobą z Europy będzie zbyt karkołomna. Książa za to bardzo im się podobała.

A teraz z perspektywy czasu jakie jest Twoje zdanie o self- publishingu?

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że debiut literacki zależy głównie od szczęścia. Niektóre osoby trafią w gusta wydawnictwa i zadebiutują. Ale większość niestety nie. Ilość ludzi dobrze piszących mocno przekracza możliwości wydawnictw. Dlatego czemu nie spróbować samemu wyjść z szuflady? Nie widzę nic uwłaczającego w tym, że ktoś sam sobie wyda książkę, czy nawet zapłaci komuś, żeby mu tę książkę wydał. Jeżeli to będzie dobra literatura, to ona się sama obroni i ludzie będą ją czytać. Jest to sensowniejsze niż czekanie latami aż ktoś się zlituje, pochyli i z łaski swojej puści twoje dzieło do druku. Ja tak czekałem przez dziesięć lat. Wysyłałem różne moje książki do wszystkich wydawnictw w Polsce i nic się nie działo, a jednocześnie utrzymywałem się z pisania (praca w gazetach a później w reklamie), więc jakieś umiejętności literackie musiałem posiadać. Realia są jakie są. W Polsce większość ludzi nie czyta książek. Wydawcy prowadzą firmy, które muszą być rentowne i nie jest tak, jak w idealnym świecie, że dobra książka pójdzie do druku, a niedobra nie pójdzie. Często wydaje się rzeczy, dlatego, że zarobią pieniądze, niezależnie od ich jakości.

Ale sam wiesz, że to są jednostkowe przypadki, że komuś udaje się z self-publishingu wybić.

Jasne. Co nie zmienia faktu, że lepiej wydać, niż nie wydać wcale. Lepiej wyjść z tej szuflady i nawet mieć tych piętnastu czytelników, bo przynajmniej jest jakiś feedback, ktoś coś powie. Ktoś przeczyta tę książkę i będzie jakaś opinia o niej docierała do autora. To jest jakiś krok, żeby doskonalić warsztat.

O czym są Twoje książki, które leżą w szufladzie i pewnie już ich nie wyciągniesz?

O wszystkim tak naprawdę. Napisałem eksperymentalną opowieść o grupie artystycznej, która jeździ po wyimaginowanym świecie i gra koncerty. Miarą ich doskonałości jest to, ile osób dostanie zawału podczas występów. To jest totalnie abstrakcyjna i absurdalna rzecz z dużą dozą przewrotnego humoru. Napisałem też książkę o gościach z blokowisk sprowadzających samochody. Rzecz się dzieje zaraz po tym gdy otworzono granice i można było przywozić każdy szrot z Niemiec. To książka oparta na doświadczeniach moich znajomych z liceum i z osiedla. Tak więc tematycznie bardzo duży rozrzut jest w tym, co pisałem do tej pory. Czerpałem z różnych gatunków i to w „Pyle Ziemi” widać, bo od zawsze sięgałem w wielu kierunkach i próbowałem to lepić w jedną całość. W czytaniu i w pisaniu nie ograniczam się nigdy do jednego gatunku.

W recenzji, która pojawiła się w katowickiej Gazecie Wyborczej napisałem, że to jest taki misz masz. Jakbyś po trochu wyciągał z różnych gatunków. Jak bardzo według Ciebie rozwinie się jeszcze technologia? Czy jest jakaś ściana, do której możemy dojść?

Myślę, że Ziemia ma niestety datę ważności i zbliżamy się do momentu, kiedy wyeksploatujemy ją do tego stopnia, że będziemy musieli stąd uciekać. To nie jest tylko moje zdanie, bo wielu futurologów pokazuje, że jedynym słusznym kierunkiem jest góra czyli ucieczka do gwiazd, szukanie nowych miejsc, gdzie człowiek może się osiedlić, bo Ziemia nas nie wytrzyma w pewnym momencie. Ja bym chciał, żeby było inaczej. Żebyśmy naprawdę korzystali tylko z tego, czego potrzebujemy i nie eksploatowali Ziemi, ale nie sądzę, żeby nam się to udało, bo natura ludzka jest taka jaka jest. I chyba będziemy musieli stąd odlecieć.

www.unsplash.com/NASA

A jak jest z tą nieśmiertelnością, o której piszesz w „Pyle ziemi”?

Sądzę, że to nie jest kwestia jakiejś tam odległej przyszłości, bo w tym momencie są prowadzone bardzo zaawansowane badania nad lekami, które zatrzymują proces starzenia. Wielu naukowców postrzega starzenie się jako chorobę, którą niebawem można będzie wyleczyć. Żyjemy w bardzo ciekawych czasach i moim zdaniem jeszcze za naszego życia doświadczymy wielu rewolucji naukowych. Mam znajomego, który bardzo interesuje się tematem i jest przekonany, że to my jesteśmy ostatnim pokoleniem do odstrzału. Później już ludzie przestaną umierać.

Ja natomiast przeczytałem, że w 2054 roku będziemy w stanie przeszczepić wątrobę, która będzie wydrukowana na drukarce 3D.

Bardzo prawdopodobne. Wczoraj czytałem, że stworzono sztuczną synapsę. Zbliżamy się wielkimi krokami do stworzenia post-człowieka. W pewnym momencie organiczne ciało stanie się opcjonalne.

Przeczytałeś wszystkie książki Lema?

Nie. Jeśli chodzi o science fiction jestem bardzo cienki i przyznaję się do tego bez bicia. Czytam bardzo różne rzeczy. Sięgam oczywiście po S-F, ale bardziej leży mi literatura amerykańska i generalnie autorzy, którzy stoją na pograniczu gatunków. Szukam osób, które nie boją się wykraczać poza schematy.

Kto nie wykracza?

Mark Danielewski, na przykład. To jest gość, który napisał „Dom z liści”, który teraz został przetłumaczony i wydany przez MAGa w Polsce. On stoi rozkrokiem pomiędzy horrorem, science fiction, romansem, ale też trochę wymyśla książkę na nowo. Zaciera granice pomiędzy literaturą a designem. Trzeba zobaczyć jego książkę, żeby zrozumieć o co chodzi. Tam często tekst nie niesie znaczenia w sensie słów czy zdań, ale jest obrazem. Wizualna strona jego książek jest bardzo ważna.

Kto jest Ci bliższy z bohaterów „Pyłu ziemi” Rez czy Lilo ?

Oni są trochę jednym bohaterem. To są takie dwie połówki, które próbują się z powrotem skleić w całość.

Wiesz z czym mi się skojarzyli od razu? Jesteśmy mniej więcej w podobnym wieku, więc z Pi i Sigmą. Oni też byli niby dwa osobne ciała, ale…

Tak, tak. Jak za długo patrzysz na coś, to to coś zaczyna znikać. Rez i Lilo są przykładem osób, które są ze sobą już tak długo, że praktycznie dla siebie przestali istnieć. Oni by chcieli, żeby coś tam między nimi się wydarzyło i Rez walczy o to. To jest taka metafora długodystansowego związku. Sądzę, że można ich traktować jako całość, więc ciężko mi rozgraniczać i powiedzieć kogo lubię bardziej.

A co byś powiedział, gdyby ktoś zaproponował odczytywanie „Pyłu ziemi”w podobny sposób jak „2049”? Tamta książka jest poniekąd satyrą na nasze współczesne czasy. I gdyby odczytać „Pył ziemi” jako taką, może nie satyrę, ale diagnozę?

Myślę, że ta książka mówi sporo o tym, że człowiek niezależnie od technologii zawsze pozostanie człowiekiem. Ciężko mu będzie się zmienić, ciężko mu będzie pozbyć się pewnych cech, które są w nas zwierzęce. Możemy zbudować sobie super statek, ale dalej będziemy ludźmi i pokłócimy się na tym statku i doprowadzimy do wojny domowej na przykład. Jest taki epizod w „Pyle ziemi”. Nie pisałem tego jako przestrogi w żadnym wypadku, bo nie chcę moralizować. To jest po prostu wariacja na temat co mogłoby się stać gdybyśmy faktycznie doprowadzili do tego, że technologia, która posiadamy zacznie nas przerastać. W jaki sposób człowiek za tysiąc lat będzie obcował z ta technologią, jaki będzie jego stosunek do Ziemi i do świata.